Nowy Świat Czarownic, cz. 37

Tak jak się obawiał, nie pozwolono mu jednak pogalopować na grzbiecie Demona. Tan sprzeciwił się temu zdecydowanie. I to pomimo tego, że prośbę chłopaka wsparła Aurora.

- Nie ma mowy. Nie wtedy, gdy wrogowie ciągle stoją w pobliżu obozem.

- Ale mam teraz mnóstwo mocy i poradziłabym sobie z każdym zagrożeniem. Marcusowi nic by nie groziło w moim towarzystwie.

- Zaczynasz okazywać taką samą przesadną pewność siebie, jak te dwie wilczyce z Siedmiu Bram. I zobacz, dokąd je ona doprowadziła? Ja nie mam zamiaru ryzykować.

- Właśnie, panie. Co z nimi? Co z lady Berengarią i z księżniczką Bereniką?

- Nie wiem – przyznał niechętnie tan Arnold. - Moi ludzie obserwują obozowisko, oczywiście z bezpiecznej odległości. Starsza wiedźma nie pokazuje się nigdzie od kilku dni, odkąd magia poraziła ją podczas ostatniej bitwy.

- Dopadłam ją! Jestem tego pewna! - Aurora nie wytrzymała, pomimo poprzednich przestróg ojca.

- I znowu ta twoja młodzieńcza pewność siebie, córko. Może istotnie została poszkodowana. Przebywa chyba w swoim namiocie, kręci się tam mnóstwo ludzi i strzegą go silne straże. Może jest ranna, osłabiona. Ale to nic pewnego. A to niebezpieczny i podstępny wróg, znam ją od dawna. Kto wie, co może teraz szykować? A przecież zostaje jeszcze jej pomiot. Bereniki też, co prawda, nigdzie nie widać, może matka posłała ją z jakąś misją? Ale równie dobrze może czaić się gdzieś w pobliżu i planować groźny podstęp.

Słowa tana, chociaż miał zasadniczo słuszność w sprawie przebiegłości i perfidii księżnej, obudziły w duszy Marcusa pewną nadzieję. Jeżeli rzeczywiście wiedźma została poważnie zraniona w wyniku ich wspólnego z Aurorą uderzenia, to nic dziwnego, że nikt nie widuje także Bereniki. Dziewczyna wysunęła inny jeszcze argument.

- Tak czy inaczej, ona nie ma teraz mocy, bo i skąd miałaby ją brać, skoro Marcus przebywa u nas? Nie stanowi dla nas żadnego zagrożenia, zwłaszcza, że mnie akurat magicznej siły nie brakuje. - Tu spojrzała wymownie na chłopaka. - Uważam, że nie tylko powinieneś pozwolić nam na te przejażdżki, ale po prostu zebrać ludzi, zaatakować obóz i raz na zawsze zrobić z tamtymi porządek! Obydwie wiedźmy straciły swoich najważniejszych dostarczycieli mocy. Taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć.

- Cieszą mnie twój entuzjazm oraz twoja siła, córko. Jesteś jednak jeszcze bardzo młoda i zapalczywa. A podobne tobie adeptki magii okazują często wielką pewność siebie, gdy posiądą dużą moc. - Teraz to na tana Arnolda przyszła kolej, by spojrzeć znacząco na Marcusa. - Ja nie mogę sobie pozwolić na taki optymizm. Mamy za mało ludzi, by zmierzyć się z nimi w otwartej bitwie. Odwagi i waleczności naszym z pewnością nie brakuje, ale broni oraz wyszkolenia i owszem. Wiem, wiem, co chcesz powiedzieć... Wspomożesz nas swoją magią. Ale nie zyskaliśmy żadnej pewności, że księżna naprawdę nie może ci odpowiedzieć. I nadal trzyma w obozie swoich dwóch mężów, którzy oddawali jej magiczną siłę. Czyż nie tak, sir Marcusie?

- To prawda, panie. Sir Waldemar i sir Roger nie są już, co prawda, najmłodsi i gromadzą moc powoli, ale nie wolno ich lekceważyć. Z tego co wiem, księżna nie korzystała ostatnio zbyt często z ich usług i mogli zebrać sporo magicznej siły. - Omal nie powiedział zbyt dużo, na szczęście myśl tana podążyła inną ścieżką.

- Tak, to wyjaśniałoby, dlaczego po śmierci tego zwyrodnialca coraz więcej zadań powierzała córce. Aż do chwili, gdy ta nieoczekiwanie postanowiła cię zabić, Marcusie. Nadal nie pojmuję, dlaczego... - Ścieżka ta okazała się równie, jeśli nie bardziej nawet niebezpieczna.

- Może książę miał dość jej okrucieństw i uznała go za niepewnego. - Aurora przyszła chłopakowi z pomocą. - Sam powiedziałeś, że ostatnio to właśnie ta Berenika najczęściej używała mocy przeciwko nam.

- Sir Marcus oddawałby nasienie i magiczną siłę tak czy inaczej, czy tego by chciał, czy też nie. Wiedźmy mają na to swoje sposoby. My nie musimy ich stosować, prawda Auroro? Ale takowe przecież istnieją. - Arnold nie wyglądał na przekonanego, przynajmniej jednak znowu skierowano go na fałszywy trop.

- Ale z własnej woli i ochoty czyni to lepiej i skuteczniej, niż z niechęcią i pod przymusem. Sam widziałeś, ojcze, jakie daje to efekty.

- No nie wiem, może... Przyznaję, siłę oraz ochotę sir Marcusa ty akurat możesz ocenić najlepiej.

- Panie, lady Berenika, moja pani i małżonka, wspomniała podczas naszej ostatniej rozmowy, zanim...

- Zanim miała przeszyć cię strzałą, chłopcze.

- Tak, właśnie. A więc powiedziała, że jeżeli wszyscy w Królestwie uznają, że poległem bohatersko w walce z barbarzyńcami, to Rada pozwoli jej zapewne poślubić na moje miejsce innego męża i nie będzie musiała zadowalać się tylko trzema, których może jeszcze obecnie pojąć zgodnie z prawem. Szlachetnie urodzonego pana, który sprawi się lepiej niż ja.

Marcusowi przyszło szczęśliwie do głowy wyjaśnienie, które rozproszy wreszcie, jak liczył, wątpliwości tana. I przecież wcale nie tak bardzo mijał się z prawdą, bo księżna istotnie coś takiego planowała.

- One wszystkie są bardzo chytre i podstępne – podsumował ojciec Aurory. - Nie wiadomo, dlaczego nie zwijają obozu, to też może coś oznaczać. Nie zamierzam tymczasem ryzykować i wdawać się w nową bitwę. Musimy najpierw zebrać więcej wojowników z dalszych stron. Tym bardziej nie pozwolę, byście urządzali tu sobie przejażdżki po okolicy. Zostaniecie na miejscu! - Ruchem ręki uciął ewentualne protesty. - Ale możesz zajmować się swoim koniem, byle w stajni i na dziedzińcu. W towarzystwie mojej córki. Odpowiadasz za to, żeby nie zrobił nikomu krzywdy. Oboje odpowiadacie za to, żeby nic się nie stało. Czy to jasne? - Ostatnie słowa skierował niedwuznacznie do dziewczyny, ostrzegając zarazem Marcusa przed ewentualną próbą ucieczki.

W taki oto sposób zaczęli spędzać sporo czasu z Demonem, chociaż w przeciwieństwie do Bereniki, Aurora nie wykazywała szczególnych talentów i zamiłowania do konnej jazdy. Przyzwyczajony do odmiennego traktowania sztuki jeździeckiej w Królestwie, z trudem pojmował, że ubodzy barbarzyńcy nigdy nie hodowali oraz nie dosiadali wierzchowców rasy bardziej szlachetnej, nie nauczyli się więc czerpać z tego przyjemności na wzór prawdziwie błękitnokrwistych oraz niektórych ich sług. Po prawdzie, analogia ta mogła sięgać głębiej. Bo i z mocą właściwą arystokracji Królestwa ludzie Północy nie mieli okazji obcować zbyt często i w zbyt dużym stężeniu. W tym wypadku on sam występował akurat w roli pełnokrwistego ogiera. Przyznać jednak trzeba, że w tejże materii Aurora nie przejawiała żadnych obiekcji oraz wątpliwości. Obok stajni i opieki nad Demonem równie wiele czasu spędzali tylko w zaciszu alkowy, oddając się innym zadaniom oraz przyjemnościom. Tam dziewczyna okazywała się wyborną i ochoczą amazonką.

A jednak, to podczas szczotkowania przyjaciela Marcus stał się świadkiem wydarzeń, które miały wpłynąć na jego los.

- Dlaczego mi pomagasz? - Po raz kolejny zadał to pytanie towarzyszącej mu Aurorze.

- Bo uratowałeś mi życie – odpowiedziała jak zawsze.

- Skoro pomagasz mi utrzymywać w tajemnicy moje umiejętności, to naucz mnie innych czarów.

- Aż tak ci nie ufam, książę. A zresztą, nowe zaklęcia na nic ci się nie przydadzą. Lepiej oddaj moc mnie.

- Mówisz, jak Berenika.

- Ale przynajmniej nie próbuję cię zabić. I nie mam takiej potrzeby, bo nie ociągasz się z przekazywaniem magicznej siły. Ale nie zapominaj, że ojciec wierzy, iż taki właśnie motyw kierował twoją okrutną panią i małżonką.

- Sama podsunęłaś mu tę myśl.

- Gdyby poznał prawdę, najpewniej i on chciałby pozbawić cię życia. A na coś takiego nie mogłabym pozwolić, książę.

Powtarzali podobną rozmowę nie po raz pierwszy. Pod pozorem żartów, wypowiadane słowa trafnie ujmowały niepewną sytuację chłopaka. Pomimo wszystko, wiedział i czuł, że to nie jest jego miejsce, że nie potrafi zapomnieć o Berenice i spędzić reszty życia wśród barbarzyńców. Choćby nawet nie okazali się tak prymitywni, groźni i krwiożerczy, jak opowiadano.

Rozmowę przerwało nagłe zamieszanie przy bramie wjazdowej. Nadal ją naprawiano i nie zdołano jeszcze odbudować rozbitej wieży, ale wstawiono już solidne wrota. Rozwarły się teraz z przeraźliwym skrzypieniem drewna i na dziedziniec wjechał niewielki orszak konnych. Prowadził go niemłody już mąż, odziany w prosty, ale porządny strój podróżny. Wojownik pełniący rolę chorążego dzierżył coś w rodzaju drzewca chorągwi, ale zamiast sztandaru z herbem, ze szczytu tyki zwisały skóry białych lisów. Bardzo cenne i poszukiwane w krainach Południa, musiał przyznać Marcus, ale jako dodatki do odzieży szlachetnie urodzonych, a nie jako ich godło. W tej roli prezentowały się bowiem w sposób prawdziwie barbarzyński.

Te rozmyślania przerwały ciche słowa Aurory.

- Co tutaj robi tan Rogwold? A zwłaszcza ta jego Ragnega? Ojciec nic mi nie mówił.

Dla Marcusa imiona te pozostawały zupełną niewiadomą i w żaden sposób ich nie kojarzył. Zwrócił teraz jednak uwagę, że wśród przybyszów znajduje się również dziewczyna, podobnie jak wielu ludzi z Północy jasnowłosa. Wydała mu się krępej budowy i pozbawiona wdzięku, gdy zeskakiwała z konia, marnej zresztą na oko chabety. Innych cech urody nie zdołał ocenić z powodu grubej, futrzanej odzieży. Wieczory potrafiły już mrozić chłodem.

- Kto to taki?

- Tan Rogwold to jeden z wodzów z dalszej jeszcze Północy. Nie jest naszym wrogiem, ale też nie darzymy się z tamtejszymi ludźmi szczególną przyjaźnią. A ta tutaj, to jego córka. Nie wiedziałam o tym, że mają przyjechać.

- Może twój ojciec zbiera siły i poprosił o pomoc? Wojska z Siedmiu Bram nadal obozują w okolicy.

- Tylko po co przywiózł tę swoją dziewkę? - Osoba Ragnegi zdawała się wzbudzać największe zainteresowanie oraz niechęć Aurory. - To stary, przebiegły lis, nie przypadkiem jego znak to lisie ogony.

Tymczasem na spotkanie gości wyszedł sam pan fortecy. W przeciwieństwie do córki, nie sprawiał wrażenia zaskoczonego. Ale też nie do końca okazywał zadowolenie. Przywołał Aurorę i wspólnie zajęli się przybyszami, wiodąc ich do dworu. Marcus odniósł wrażenie, że dziewczyna odeszła niechętnie, a jej powitanie z Ragnegą wypadło chłodno. On sam nie został zaproszony do towarzystwa. Zarządca stajni dał mu wkrótce znak, że na dzisiaj koniec i powinien odprowadzić konia. Pozostawiony sam sobie, wrócił do swojej izby z przepalonym ryglem, którego dotąd nie naprawiono, okazując może chłopakowi chociaż odrobinę zaufania. A może to tan przejawiał dumę z rzekomej siły córki? Nadchodził już wieczorny chłód i ciepło komnaty wabiło. Nie liczył na to, że otrzyma wezwanie na powitalną wieczerzę, ale Marta dbała zwykle troskliwie o jego potrzeby. A bywało i tak, że z wieczornym posiłkiem pojawiała się sama Aurora i zostawała wtedy na długo, odganiając zbliżającą się zimę. Dzisiaj czegoś takiego chyba się jednak nie doczeka.

Istotnie, mocno spóźnioną kolację dostarczyła nawet nie Marta, ale jakiś nieznany Marcusowi pachołek, tłumacząc nieobecność gospodyni zajęciami przy gościach. Pogodził się już z perspektywą samotnego spędzenia nocy i szykował się powoli do snu, gdy rozległy się ciężkie, zdecydowane kroki. Nikt nie zawracał sobie głowy pukaniem czy oczekiwaniem na zaproszenie. Po prostu po chwili w izbie stanęły trzy osoby, tan Arnold oraz dwójka jego gości. Upijający często piwa z dzierżonego w prawej dłoni dzbana Rogwold sprawiał wrażenie krępego i silnego niczym niedźwiedź, nosił praktyczny, niewyszukany stój domowy. Arnold podobnie, dostosowując się zapewne w tym względzie do upodobań i możliwości sąsiada. Wydawało się natomiast, że więcej uwagi swemu odzieniu poświeciła Ragnega. Niewiele to jednak pomogło, prezentowała się niczym pomniejszona nieco wersja ojca, a sprowadzona w jakiś sposób z Południa materia, z której uszyto jej szatę, sprawiała wrażenie starej i wypłowiałej. Staromodny krój również wywołałby okrzyk przerażenia kogoś takiego, jak na przykład Jason. Aurora nie próbowała zwykle podobnych przebieranek, teraz mógł to docenić. Ragnega rozpuściła jasne włosy, jedyny godny uwagi element jej urody. Marcus przyjął to z pewnym niepokojem, potwierdzało to bowiem żywione przezeń obawy.

- Oto sir Marcus z Królestwa, który schronił się u nas i nad którym sprawuję opiekę – odezwał się sztywno tan Arnold.

- Niech no ci się przyjrzę, mój chłopcze. - Rogwold z niedźwiedzim wdziękiem klepnął chłopaka w plecy, na szczęście tylko lewą, wolną od dzbana ręką, dzięki czemu Marcus z trudem utrzymał wyprostowaną postawę. - Prawdziwy książę z Południa, no, no. A to się nam poszczęściło. Nie wyglądasz na tęgiego zucha, może karmią cię tutaj marnie, ale nie to jest najważniejsze. Zdejmuj te łachy i pokaż to, co naprawdę się liczy!

Młodzieniec spojrzał na gospodarza, który powoli skinął głową.

- Zrób to, proszę, książę.

Nie mając innego wyjścia, pozbył się ubrania. Stanął zupełnie nagi, bo przecież o to musiało chodzić temu prostackiemu barbarzyńcy, czując chłód nie tylko nadchodzącego, jesiennego już wieczoru.

- No, nie ma tam drąga niczym buhaj, ale moja córka na pewno coś na to poradzi, prawda Ragnego? I da jej moc, tak jak dawał tym swoim sukom na Południu, a ostatnio twojej Aurorze.

- Dzięki sir Marcusowi i Aurorze odparliśmy atak wiedźmy oraz jej armii. Książę wielce się nam przysłużył.

- A teraz przysłuży się także klanowi Srebrnego Lisa, przecież nie okaże się aż tak bardzo samolubny, prawda? Ty również nie, Arnoldzie. To wszystko po to, żeby tym pewniej skończyć z tymi przeklętymi wiedźmami. W zamian za tę przysługę wesprę cię moimi wojownikami, którzy nadciągną za kilka dni.

- Nie prosiłem cię aż o tak daleko idące zaangażowanie, Rogwoldzie.

- Ale ja sam postanowiłem ci pomóc, czyż nie od tego mamy przyjaciół? A przyjaciół nigdy za wielu, zawsze lepsi od wrogów.

- Ociągałeś się wprawdzie trochę z tą pomocą, ale rozumiem, że mogły przeszkodzić ci inne sprawy.

- Za to teraz przybyłem tu osobiście, a wkrótce nadejdą moi ludzie. Wspólnymi siłami, mając twoją Aurorę i moją Ragnegę, damy łupnia tym wiedźmom.

- Tak, z pewnością.

- Nie traćmy więc czasu. Chodźmy jeszcze się napić, a młodzi niech zrobią to, co trzeba. Zostawię im mój dzban, nikt nie powie, że tan Rogwold okazał się samolubnym skąpcem i myśli tylko o sobie!

Barbarzyńca klepnął z kolei w plecy gospodarza, odstawił na ławę naczynie z trunkiem, ujął tana Arnolda pod ramię i hałaśliwie opuścił izbę. Kroki obydwu mężczyzn ucichły po chwili w głębi korytarza.

Marcus spojrzał na niezgrabną, nie budzącą w nim żadnych gorących uczuć dziewczynę. A więc znowu potraktowano go niczym buhaja, sprzedano jego moc i nasienie. Tym razem uczynił to tan Arnold, może niekoniecznie z własnej woli, ale jednak. Ta tutaj, Ragnega czy jak jej tam, miała tylko dopełnić transakcji, odebrać zakupiony towar.

- Skoro musimy to zrobić, to rzeczywiście nie traćmy czasu. Jesteś zapewne zmęczona po podróży, a i ja chciałbym się jeszcze wyspać.

Dziewczyna spojrzała na niego trochę smutno, może z rezygnacją i kiwnęła głową.

- Dobrze.

Odezwała się niskim, chrapliwym głosem, zrzucając przez głowę swoją niemodną szatę, pod którą nie miała już żadnego innego odzienia. Nic dziwnego, skoro przybyła tu w określonym celu. Niestety, widok nadal w żaden sposób nie potrafił rozgrzać Marcusa. Może zdoła uczynić to piwo, skoro polecał je sam Rogwold, zapewne znawca i koneser tego typu urody? Sięgnął po dzban i pociągnął solidny łyk. Tak, przynajmniej piwo barbarzyńcy potrafili warzyć przyzwoite. Wprawdzie przy różnych okazjach, jeszcze w Międzyrzeczu, pouczano Marcusa, że szlachetnie urodzony pan powinien uważać z piwem, zwłaszcza, gdy może liczyć na rychłe wezwanie na komnaty swojej pani i małżonki. Piwo pozbawia bowiem gracji ruchów, uwalnia przykry zapach przy pocałunku, może spowodować pojawienie się potu i ogólnie uczynić kawalera niemiłym w oczach damy. A szkodzi zwłaszcza wówczas, gdyby zapragnęła pobudzić męża własnymi ustami. Jeśli już, to lepiej skosztować dla rozluźnienia odrobiny dobrego gatunku wina. I co z tego, nie miał tutaj do czynienia z żadną damą, całować się nie zamierzał, a jeżeli ona koniecznie zechce podniecić w wiadomy sposób jego fiuta, to już jej problem. Jeszcze raz pociągnął z dzbana i zgasił kilka płonących w izbie lamp oliwnych. Nie zamierzał oglądać tej Ragnegi dłużej, niż to konieczne.

- Proszę cię, jeżeli nawet to potrafisz, nie zapalaj światła. Zbyt wiele dam czyniło to już przed tobą.

W panującym półmroku domyślił się raczej niż dostrzegł, że kiwnęła głową. Niechętnie podszedł do dziewczyny, dotknął jej ramienia. Poczuł chłód, drżała zapewne z zimna. Pomimo niechęci, zadziałały wpojone odruchy.

- Napij się i ty, Ragnego. - Podał jej odstawiony uprzednio dzban. - I chodź pod skóry, tutaj rzeczywiście robi się chłodno.

- Jestem przyzwyczajona do chłodu, książę – odpowiedziała cicho, ale skorzystała zarówno z dzbana, jak i z zaproszenia.

Nie potrafił zdobyć się na to, by okazać jej czułość. Z trudem zmuszał się do dotyku i czekał na inicjatywę. W końcu po coś tutaj przybyła, po coś wrzucono ją dosłownie do jego łoża. On się nie prosił, wręcz przeciwnie. Skoro tak musi być, to niech ona bierze się do dzieła.

I rzeczywiście, dziewczyna znała się na rzeczy. Chcąc pozyskać moc, musiała wielokrotnie znajdować się w podobnej sytuacji. Uchwyciła dłonią oklapłego penisa Marcusa, lekko pociągnęła. Przymknął oczy i po chwili poczuł narastającą sztywność. Pewne sprawy zawsze okazują się niezmienne i tyle, po prostu. Skoro tak, to nie zamierzał ciągnąć tego bez końca.

- Weź w ten sposób, od spodu, tutaj. - Chwycił jej dłoń i poprawił ułożenie. - Tak lubię najbardziej i tak pójdzie najszybciej.

Dostosowała się do tego życzenia i uczyniła to zręczniej, niż oczekiwał. Poczuł znajome, rodzące się ciepło. To też zawsze odbywało się w gruncie rzeczy tak samo i działało na korzyść nawet tej niezgrabnej Ragnegi. Jej pobudzająca fallusa dłoń sięgała chwilami również klejnotów chłopaka, drażniąc je, a tym samym zarazem opóźniając, jak i pogłębiając falę gorąca przelewającą się w trzewiach młodzieńca. Wyczuł, że druga ręka Ragnegi także nie próżnuje. Dziewczyna zajmowała się również własnym kwiatem rozkoszy. Nie w taki sposób powinna wyglądać służba wobec damy, nie tak go uczono, ale co tam. To nie komnata na zamku i żadnej szlachetnej pani tutaj nie znajdzie. Im szybciej, tym lepiej. Jęknął, dając tym samym znać dziewczynie, że podąża we właściwym kierunku i powinna zdwoić wysiłki. Sama musiała o tym wiedzieć, ale może czekała jednak na ten objaw czegoś w rodzaju zadowolenia chłopaka? Zaprzestała drażnienia klejnotów i skupiła się wyłącznie na fallusie. Efekty wkrótce okazały się aż nadto wystarczające. Lawa dotarła do komina i zamierzała wydostać się na zewnątrz. Ragnega wprawnie ścisnęła penisa, blokując na chwilę ten wypływ. Odwróciła się i wsparła na kolanach, unosząc pośladki. Widok nie okazał się szczególnie atrakcyjny, ale w zalegających izbę ciemnościach, pobudzony Marcus nie zwracał na to uwagi. I tak przymknął zresztą oczy. Dziewczyna wsunęła nabrzmiałego fallusa we własny srom, o dziwo, jednak wilgotny. Czyżby zdołała pobudzić się własnymi pieszczotami? Może i tak. Nie dbał o to. Uwolniony z uścisku silnej dłoni członek wypluwał z siebie nasienie. Nasienie i moc. O tym drugim świadczyło uczucie ssania. W żaden sposób nie starał się tego wszystkiego opóźniać, czy też przyspieszać. Klęczał po prostu za wypiętymi, szerokim pośladkami i pozwalał, by penis robił swoje. Opadł wreszcie na posłanie, jak zwykle wyczerpany oddawaniem magicznej siły.

Ragnaga bez słowa podniosła się z łoża i narzuciła na siebie swoją żałośnie niemodną szatę. Na szczęście ciemność oszczędziła mu szczegółów tego widoku. Dziewczyna napiła się piwa. Sądził już, że wyjdzie po prostu z izby, ale niespodziewanie zbliżyła się do chłopaka. Podała mu dzban, w którym nadal chlupotała resztka trunku.

- Wypij i ty, to zawsze dobrze robi.

- Dziękuję – odpowiedział odruchowo.

- Masz naprawdę wiele mocy, nic dziwnego, że ojciec i inni...

- Jacy inni?

- Pozostali tanowie oraz wodzowie klanów z Północy. Każdy z nich ma córki, a jeżeli nawet nie sam, to w bliskiej rodzinie. Kobiety, które potrafią władać czarami, tylko zawsze brakuje im magicznej siły. I które mogą urodzić dzieci, synów i córki z dobrej krwi. Z twojej krwi oraz z twojego nasienia.

- Ty też? Ty także chcesz nie tylko mocy, ale i dziecka z linii Międzyrzecza?

- To, czego ja chcę, nie ma nawet znaczenia. Ale owszem, nie zamierzam teraz kłamać. Pragnę twego dziecka, syna, który będzie gromadził taką moc, albo córki, która potrafi ją przyjąć i używać.

- I dostałaś to dzisiaj? Syna albo córkę? Panie z Królestwa wiedzą o tym od razu.

- Nie mam aż takiej wiedzy i wprawy. Ale będę próbować, to zresztą też nie zależy tylko od mojej woli czy ochoty. I poza wszystkim, muszę posiąść dość magicznej siły, by móc stanąć do walki z tymi wiedźmami. Ale nie martw się. Wiem, że nie uważasz mnie za piękną, nigdy nie będziesz już uważał, choćbym nawet próbowała coś z tym wszystkim zrobić, jak czynią to podobno te twoje szlachetnie urodzone damy. Nie mam ich wiedzy i wprawy – powtórzyła. - Ta nieszczęsna suknia, to było zupełnie niepotrzebne. Ale wkrótce stanę się tylko jedną z wielu i jakoś wytrzymasz moje niezbyt częste towarzystwo. A teraz, skoro już wychodzę, zapalę jednak lampy. Mam na to ochotę, a tobie przyda się światło, żeby doprowadzić się do porządku.

Gdy zaległ samotnie w uporządkowanym łożu, wpatrywał się długo w pełgające płomyki, czując się niczym ostatni prostak.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Kapelusznik rok temu
    Można się było tego spodziewać
    Marcus jest traktowany tak samo, jeśli nie gorzej - przez barbarzyńców - tam (przynajmniej oficjalnie) miał jedną partnerkę, a tutaj ma być płodnym bykiem i jego jedynym zadaniem ma być ruchanie i rozmnażanie
    I R O N I A
    Fakt że córki tanów nie są traktowane wiele lepiej, jest również ironiczne - w królestwie kobiety zbierały moc i MOC posiadały
    Tutaj ewidentny patiarchat, a córki to nic więcej niż płodne krowy i broń masowego rażenia
    I R O N I A

    Teraz reakcja królestwa - krucjata - jest pewna
    Wiedźma się wycofa - jak nic - nie bedzie czekała aż zostanie zabita, chyba że jest w tragicznym stanie, ale wtedy jej ludzie zadecydują za nią
    Co do Marcusa - zobaczymy - ma dwie możliwości - schować dumę i poczekać na odpowiedni moment by się wyrwać z kolejnych kajdan, albo zrobić to znacznie szybciej i zostać samotnikiem...
    Może też samodzielnie zaatakować obóz, rozpalony pogardą i nienawiścią do całego świata - który ewidentnie nie widzi w nim nic więcej cennego niż pyton między nogami.

    Jak zwykle 5
    Pozdrawiam
  • Nefer rok temu
    Trafnie oceniłeś sytuację bohatera. W sumie okazuje sie niewiele lepsza od poprzedniej, tyle, że obecnie gospodarze nie zamierzaja go zabijać (bo nie znają jego możliwości), ale wykorzystać i owszem. Z kolei dla Królestwa obecność Marcusa u barbarzyńców musi jawić sie jako groźba, którą należy jak najszybciej usunąć. Najwyższy czas by pojał, że jeżeli pragnie decydować o swoim losie, musi zacząć działać.
    Pozdrawiam
  • krajew34 rok temu
    Markus zbytnio nie awansował... Z drugiej strony nie może narzekać, ale jednak męska duma w końcu da o sobie znać. Księżna niczym żmija czai się gdzieś tam w oddali, posykując niesłyszalnie. Optymizm raczej nie byłby wskazany wobec tej kobiety, nieustanna czujność i gotowość na jej uderzenie, to jedyna słuszna droga. Odcinek wprawdzie niczego nowego nie wnosi, oprócz nowego zapotrzebowania na moc kolejnej dziewczyny, ale i tak nawet ciekawy.
  • Nefer rok temu
    Sytuacja nabrzmiewa do kolejnego zwrotu, bo jasnym się staje, że obecny układ nikogo sposród głównych bohaterów zadowalać nie może, co więcej, dla cześci z nich stał sie groźna. Oznacza to, że nowe wydarzenia stoją za progiem.
    Dzięki za wpis i pozdrawiam
  • Pontàrú rok temu
    Wybacz, umknął mi jakoś twój tekst. Praca jak zwykle na medal i w zasadzie nie mam się do czego przyczepić.
    Achh, a więc znów potraktowali Marcusa jak towar którym na spokojnie i bez żadnych konsekwencji nożna handlować? Niby młodzieniec ma życie pełne rozkoszy cielesnych ale to chyba nie jest jednak to czego sobie życzył. Niepokojąca jest też informacja o innych tanach i ich córkach. Zapowiada się, że książę międzyrzecza będzie miał trochę roboty.
    Ode mnie 5 i pozdrawiam ;)
  • Nefer rok temu
    Racja, Życie dawcy mocy i odnowiciela linii szlachetnej krwi wśród Ludu Północy niekoneicznie musi odpowiadać bohaterowi, zwłaszcza w takiej forme, na którą się zanosi. Może pojmie wreszcie, że o samodzielnośc i realizowanie własnych pragnień musi zacząć walczyć. Tym bardziej, że wkrótce nadarzy się okazja.
    Dzięki za wizyte i pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania