Poprzednie częściNowy etap

Nowy świt nad Sekwaną

Paryż, 26 marca 2025 roku.

 

Miasto, które kiedyś rozbrzmiewało śmiechem kochanków, szelestem kroków na bruku i melodią akordeonów, teraz leżało w ruinie, rozszarpane na krwawe strzępy własnym upadkiem. Wieża Eiffla, ta duma ludzkich rąk, chwiała się jak zmiażdżony kręgosłup, jej stalowy szkielet wył w męczarniach pod naporem wiatru, pokryty czarną rdzą i popiołem marzeń, które spłonęły w ogniu ludzkiej pychy. Sekwana płynęła jak arteria pełna krwi i łez, jej mroczne fale niosły truchła przeszłości – dziecięcy bucik zalany szkarłatem, strzęp listu z wyznaniem miłości, które nigdy nie dotarło, fotografie rodzin rozdartych na kawałki przez wojnę. Ludzkość, Homo sapiens sapiens, tonęła w otchłani własnej hańby. Wojny rozorały serca matek na pół, głód wyżarł wnętrzności dzieciom, a agresja – ta obłąkana, piekielna furia – pożerała ostatnie okruchy życia. Ulice Paryża wypełniały się kakofonią bólu: matki wyły nad zmasakrowanymi ciałami swoich maleństw, mężczyźni ryczeli w bezsilnej wściekłości, a dzieci, zbyt małe, by pojąć koniec, płakały, aż ich głosy pękały jak szkło, pozostawiając jedynie ciszę śmierci.

Wtem niebo eksplodowało – lodowaty, oślepiający blask rozdarł mrok jak miecz wbity w pierś świata. Statki z Proximy Centauri zstąpiły nad Paryż, ich lśniące kadłuby były jak klingi katowskie, gotowe do rzezi. Inżynierowie, smukli i nieludzko piękni, o skórze migoczącej jak rtęć i oczach zimnych jak groby, wysiedli z maszyn z bezlitosną gracją. Nie było w nich litości, tylko stalowa, nieugięta wola. Homo sapiens sapiens miał zostać zmieciony – rozszarpany jak robactwo pod butem losu. Na jego miejscu miał powstać Homo sapiens sapiens 2.0 – istoty czyste, boskie, wolne od plugastwa ludzkich grzechów, od tej brudnej, chaotycznej duszy, która sprowadziła Ziemię na skraj przepaści.

 

Krzyk rozdzierający niebo

Wszystko rozegrało się przed Notre-Dame, której wieże, poorane ogniem, krwią i rozpaczą, chwiały się jak matki nad grobami swoich dzieci. Tłum zebrał się w szaleńczym chaosie – matki tuliły swoje maleństwa tak mocno, że ich drobne kości trzaskały pod uściskiem, starcy padali na kolana, wyjąc modlitwy do nieba, które ich zdradziło, a młodzi, z oczami jak płonące piekło, ściskali broń, gotowi rozedrzeć świat na strzępy, jeśli tylko mogliby ocalić choć cień dawnego życia. Powietrze dusiło się od smrodu śmierci, od wrzasków matek, od krwi tryskającej z ran tych, którzy rzucili się na siebie w ostatnim akcie obłędu i desperacji.

Gdy statek Proximan dotknął ziemi, z jego trzewi wyszedł Kael-Tar, przywódca inżynierów. Jego głos, głęboki i melodyjny, rozciął tłum jak piorun wbity w serce: "Jesteście plagą! Wasza furia, wasza głupota – to zaraza, która musi spłonąć! My przynosimy kres i odkupienie!" Te słowa były jak cios w duszę, jak nóż wbity w pierś matki, która runęła naprzód, wyciągając ręce z synkiem, którego drobne ciało drżało w jej ramionach. "Błagam! Niech żyje! Weź mnie, ale nie jego!" – jej wrzask rozdarł ziemię, pełen bólu tak dzikiego, że kamienie zdawały się pękać pod jego ciężarem. Jej twarz, zalana łzami i krwią, była maską agonii, a oczy – dwa płonące jeziora – błagały o litość, której nie było. Żołnierz obok, z twarzą wykrzywioną szaleństwem, wystrzelił w Kael-Tara, ale kula rozpadła się w powietrzu, a on sam runął na bruk, szlochając i rycząc: "Zabijcie mnie! Ale nie odbierajcie mi mojej walki!" Jego głos był jak ryk ranionego zwierza, pełen żalu i wściekłości, które wstrząsnęły powietrzem.

 

Proximanie nie odpowiedzieli ogniem. Ich drony – maleńkie, lśniące jak gwiazdy zagłady – wzbiły się w powietrze, unosząc się nad tłumem jak rój demonów. Fale uspokajające spłynęły na ludzi, ale ich serca biły jeszcze chwilę, walcząc z nieuchronnym losem. Matka osunęła się na ziemię, jej ramiona wciąż ściskały syna, a z jej gardła wyrwał się ostatni, rozdzierający krzyk: "Nieeee!" Chłopiec zamarł w jej objęciach, jego oddech ustał, a jej łzy spływały na jego zimną twarz, mieszając się z krwią, która trysnęła z jej rozdartych dłoni. Żołnierz, z piersią rozszarpaną bólem, upuścił broń, a z jego ust wydobył się ryk – zwierzęcy, pierwotny, pełen żalu i wściekłości za świat, który mu odebrano. Jego ciało zadrżało, gdy padł na kolana, a z oczu popłynęły łzy zmieszane z krwią, znacząc bruk czerwonymi smugami. Paryż zamilkł, pogrążony w grobowej ciszy, która była jak całun śmierci, duszący każdy oddech, każdy płomień życia.

 

Narodziny w piekle męki

Pod Luwrem, w mrocznych, dusznych korytarzach, Proximanie rozstawili swoje laboratorium. Powietrze wyło od bólu, od szumu maszyn i smrodu rozpadających się ciał, który wdzierał się w nozdrza jak trucizna. Ściany, kiedyś zdobione sztuką, teraz ociekały wilgocią i krwią ostatnich ludzi, którzy szukali tu schronienia. Na stołach z przezroczystego szkła, jarzącego się zimnym, niebieskawym światłem, leżały nowe istoty – Homo sapiens sapiens 2.0. Ich ciała były jak wizje z koszmaru i snu: smukłe, kruche, z oczami jak płonące piekła i skórą, która lśniła blaskiem księżyca w pełni. Byli piękni, ale ich piękno było martwe, pozbawione tego dzikiego, ludzkiego żaru, który kiedyś rozświetlał Paryż.

Kael-Tar stał nad nimi, jego dłonie drżały, a w piersi coś pękało – nie z lęku, lecz z mroku, który go pożerał. "Nie będzie więcej krzyku!" – ryczał, jego głos łamał się, gdy dotykał czoła jednego z Luminari. "Nie będzie łez, nie będzie krwi! Tylko cisza!" Ale jego oczy płonęły łzami, które spływały po twarzy jak lawa, paląc jego duszę. W głębi serca czuł, że coś traci – coś, czego nie potrafił nazwać, coś, co wyrywało mu wnętrzności z każdym oddechem. Wspomnienie ludzkich wrzasków, tych pełnych bólu i miłości, odbijało się echem w jego umyśle, jak przekleństwo, którego nie mógł uciszyć.

Proces tworzenia był piekłem na ziemi. Ludzie, uśpieni przez drony, trafiali do kapsuł, gdzie ich ciała rozszarpywały się na strzępy w milczeniu. Matka, która błagała o syna, została wciągnięta do jednej z nich. Jej dłonie, wciąż wyciągające się ku niemu, zdawały się wyć w pustkę, gdy jej ciało rozpadało się w proch. Z jej ust wyrwał się ostatni, rozdzierający jęk – miłość, która umierała w agonii, krzyk, który rozdarłby niebo, gdyby nie został stłumiony przez technologię Proximan. Jej syn, mały chłopiec o oczach pełnych strachu, rozpadł się chwilę później, a jego drobne palce, które jeszcze przed chwilą ściskały jej suknię, rozsypały się w pył. Inżynierowie patrzyli na to z twarzami jak z kamienia, ale ich oczy – ich przeklęte oczy! – płakały krwią, zdradzając ból, którego nie mogli stłumić. Kael-Tar odwrócił wzrok, jego serce krwawiło, rozdarte między misją a rozpaczą, która dusiła go jak żelazna obręcz. Zacisnął pięści, aż knykcie pobielały, a z jego gardła wyrwał się stłumiony ryk – żal, wściekłość i coś, co przypominało miłość do tych, których niszczył.

Wokół laboratorium unosił się zapach śmierci – metaliczny, duszący, mieszający się z wonią ozonu i spalonej nadziei. Każdy oddech był torturą, każdym spojrzeniem na nowe istoty Kael-Tar czuł, że traci cząstkę siebie. Luminari byli doskonali, ale ich doskonałość była jak lodowa pustynia – zimna, pusta, pozbawiona tego chaosu, który kiedyś nazywano życiem.

 

Nowy Paryż – triumf w cieniu grozy

Mijały miesiące, a Paryż odradzał się w morzu krwi, łez i popiołów. Sekwana lśniła jak lustro śmierci, jej wody były martwe, niosąc echo krzyków, które nigdy nie ucichną. Wzdłuż brzegów piętrzyły się szczątki dawnego świata – połamane ławki, na których kiedyś siadali zakochani, strzępy plakatów z koncertów, które nigdy się nie odbędą, dziecięce rysunki zmyte deszczem i krwią. Wieża Eiffla, odnowiona przez technologię Proximan, stała jak sztylet wbity w niebo, jej blask był jak ostrze, które raniło oczy i duszę. Notre-Dame, niegdyś serce miasta, rozbrzmiewała teraz szumem maszyn, a jej strzeliste wieże, choć oczyszczone, wydawały się płakać, wspominając dawne dzwony i modlitwy.

Luminari – nowe istoty – chodzili po ulicach z uśmiechami, które były jak maski śmierci. Ich głosy brzmiały jak muzyka, ale puste, bez echa ludzkiego bólu czy radości. Byli doskonali, ale martwi w swej doskonałości. Nie znali miłości, która rozrywa serce, ani wściekłości, która pcha do walki. Ich oczy, wielkie i bursztynowe, patrzyły na świat z łagodną obojętnością, jakby nigdy nie miały zapłonąć ogniem pasji. Budowali nowe miasto – czyste, harmonijne, piękne – ale w jego ulicach brakowało życia. Brakowało chaosu ulicznych artystów, wrzasków dzieci bawiących się w parkach, szeptów kochanków pod latarniami. Paryż stał się grobowcem, w którym każdy kamień zdawał się szeptać o tym, co stracono.

 

Kael-Tar stał na dachu Pałacu Elizejskiego, wpatrując się w to martwe piękno. W jego piersi coś wyło – ból, który rozrywał go na strzępy, jak wilk szarpiący wnętrzności. "Zrobiliśmy to!" – wrzasnął w pustkę, ale jego głos przeszedł w szloch, który wstrząsnął jego ciałem. "Dlaczego czuję, że ich zabiłem?!" – jego pięści roztrzaskały balustradę, a łzy spływały po twarzy jak rzeka ognia, paląc jego duszę. Upadł na kolana, jego smukłe ciało zadrżało, gdy w głowie rozbrzmiewały mu krzyki matek, ryk żołnierzy, płacz dzieci – te dźwięki, których nie mógł uciszyć, choć tak bardzo chciał. Luminari byli jego dziełem, ale w ich ciszy brakowało życia, brakowało duszy, którą on sam, wbrew sobie, kochał w starym gatunku.

 

Ostatni płomień w otchłani

W katakumbach, głęboko pod miastem, Claire walczyła o każdy oddech, o każdą kroplę krwi w swoich żyłach. Jej serce biło jak młot, krew huczała w uszach jak burza, a ręce, mokre od łez, potu i krwi, ściskały dziennik – jej krzyk, jej furia, jej testament. Była ostatnią z Homo sapiens sapiens, kobietą o oczach płonących piekłem i wolą, która mogła rozedrzeć świat na strzępy. Katakumby były jej twierdzą – ciemne, wilgotne, pełne kości tych, którzy odeszli wieki temu, a teraz stały się jej jedynym schronieniem. "Nie umrę!" – ryczała w ciemność, pisząc słowa, które rozszarpywały jej duszę. "Kochaliśmy! Walczyliśmy! Byliśmy żywymi płomieniami!" Łzy spływały na kartki, mieszając się z krwią z jej rozdartych dłoni, ale pisała dalej, jakby te słowa mogły rozedrzeć śmierć na kawałki. Jej oddech był chrapliwy, ciało drżało z wyczerpania, ale oczy – o, jej oczy! – płonęły jak dwa słońca, pełne bólu, wściekłości i nieugiętej miłości do tego, czym była ludzkość.

 

Dni mijały, a ona ukrywała się w labiryncie tuneli, żywiąc się resztkami jedzenia, które znalazła w porzuconych plecakach. Każdy dźwięk – kropla wody, szmer wiatru – sprawiał, że jej serce zamierało, ale nie poddawała się. Wspominała dawny Paryż – kawiarnie pełne śmiechu, ulicznych grajków, zapach świeżo pieczonych bagietek. Teraz to wszystko było martwe, a ona była ostatnim płomieniem, który odmawiał zgaśnięcia.

Gdy drony ją znalazły, rzuciła się na nie z furią bestii. Rozbiła jedną o ścianę, jej krzyk rozdarł tunele: "Nie zabierzecie mi mojej duszy!" Krew trysnęła z jej rąk, gdy rozszarpała metal paznokciami, ale było ich za dużo. Schwytana, walczyła do końca – kopała, gryzła, wyła jak ranna lwica, aż w końcu jej ciało osłabło, a drony zaciągnęły ją przed Kael-Tara. Stanęła przed nim, z twarzą mokrą od łez, krwi i brudu, z piersią unoszącą się w szaleńczym rytmie. "Dlaczego nas mordujecie?!" – jej wrzask rozbił ciszę, pełen bólu i wściekłości, które mogły wstrząsnąć gwiazdami. "Kochaliśmy tak, że nasze serca eksplodowały! Tworzyliśmy piękno z chaosu! Walczyliśmy, choć wiedzieliśmy, że przegramy! Czy to dla was nic?!" Jej głos łamał się, przechodząc w szloch, ale oczy wciąż płonęły, jakby chciały spalić go żywcem.

 

Kael-Tar spojrzał na nią, a jego oczy zapłonęły – nie zimnem, lecz ogniem, który go pożerał. "Twoja dusza..." – ryczał, jego głos łamał się pod ciężarem łez, które spływały po jego twarzy jak strumienie lawy. "To coś, czego nie mogę zgasić! To coś, czego nie mogę zniszczyć!" Upadł na kolana przed nią, jego smukłe ciało zadrżało, gdy dotarło do niego, co stworzył i co stracił. Zamiast śmierci, dał jej nowe życie – jej DNA spleciono z Luminari, ale w jej sercu płonął ludzki ogień, który mógł spalić wszechświat. Gdy proces się zakończył, Claire krzyknęła – nie z bólu, lecz z triumfu, bo wiedziała, że jej dusza przetrwała, że ludzkość wciąż żyje w niej, choć w zmienionej formie.

Epilog – morze krwi, łez i nieśmiertelnego ognia

 

Rok 2030. Paryż lśnił pod rządami Luminari, ale dla Claire był grobem pełnym widm, które wyły w jej snach. Miasto stało się sterylne – ulice błyszczały czystością, budynki lśniły jak kryształy, a Sekwana płynęła spokojnie, ale jej wody były martwe, pozbawione życia, które kiedyś w nich kipiało. Luminari wznosili swoje spojrzenia ku gwiazdom, budując świat bez bólu, bez chaosu, ale i bez duszy. Ich harmonia była jak klatka – piękna, ale pusta.

Claire siedziała nad Sekwaną, jej nowe ciało drżało od szlochów, które rozrywały ją na kawałki. Płakała – za matkami, których dzieci zamarły w ich ramionach, za żołnierzami, którzy umarli z krwią na ustach, za kochankami, którzy szeptali sobie obietnice pod gwiazdami, za dziećmi, które śmiały się, biegnąc po Polach Elizejskich. "Byliśmy potworami!" – wyła w pustkę, a jej łzy spływały do rzeki, tworząc fale bólu i furii. "Ale byliśmy wolni! Kochaliśmy, aż nasze serca pękały! Walczyliśmy, aż nasze kości zamieniały się w pył!" Jej głos rozdzierał ciszę, a ręce zaciskały się w pięści, aż krew trysnęła z jej dłoni, znacząc ziemię czerwonymi smugami.

 

Luminari stali obok, ich oczy były puste, ale drżały, jakby czuli jej piekło, jakby jej ból przenikał ich lodowate serca. Słońce zachodziło, malując niebo krwawą czerwienią, a Claire podniosła wzrok ku gwiazdom. "Nie zapomnę was!" – ryczała, jej głos rozdarł niebo na pół. "Byliśmy ludźmi! Byliśmy chaosem, bólem, miłością i ogniem! I to wystarczy!" Jej serce, choć zmienione, biło jak wulkan – pełne wspomnień, żalu i nieśmiertelnego, ludzkiego płomienia, który nigdy nie zgaśnie.

 

W oddali, nad odnowioną Wieżą Eiffla, rozbłysła gwiazda – Proxima Centauri – przypomnienie tych, którzy ją stworzyli. Ale Claire nie patrzyła na nią z wdzięcznością. Patrzyła z wściekłością, z dumą, z miłością do tych, których jej odebrano. Wstała, jej sylwetka odbijała się w wodzie jak cień dawnego świata, i krzyknęła raz jeszcze – krzyk, który poniósł się nad Paryżem, nad Ziemią, nad wszechświatem: "Żyliśmy!" I w tym krzyku było wszystko – ból, triumf, rozpacz i nadzieja, która przetrwa wieczność.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania