" O lisie Filipie, który przenosił góry"
Był wczesny poranek słonecznego lata kiedy lis Filip- po raz pierwszy w życiu, nie potrafił dokończyć swojego ulubionego śniadaniowego omletu.
- Kochanie źle się czujesz ?- zapytała z przejęciem mama Felicja.
Mały lisek nie odpowiadając pokręcił tylko przecząco głową.
- Jeśli mi nie powiesz co się dzieje, to nie będę mogła ci pomóc. Posłuchaj, zwykle kiedy opowiesz komuś o swoim problemie, wówczas staje się mniejszy, a nawet znika. Wszystko za sprawą rozwiązań, które bawią się z nami w „chowanego” , co dwie głowy to nie jedna ! - poradziła lisowa mama.
Jednak mały lis nie miał ochoty dzielić się tym, co skutecznie pozbawiało go radości.
- Idę na podwórko, wrócę na obiad - wydusił z siebie.
- Dobrze. Mam nadzieję, że widok przyjaciół poprawi ci humor - odpowiedziała mama z widoczną nadzieją.
Jednak kiedy wyszedł na podwórko i zobaczył przyjaciół trafił w sam środek swojego problemu. Bowiem zazdrościł kotce Tosi doskonałego chodzenia po płocie, natomiast żabce Marcysi skoków, jego zdaniem tak wysokich jak drzewo na którym wisiał jego letni domek, w którym gromadził znalezione skarby.
- Szkoda, że nie mam żadnego talentu…jak mam żyć skoro niczego nie potrafię się robić dobrze - pomyślał.
Tosia i Marcysia widząc smutek przyjaciela szybko postanowiły dowiedzieć się co go trapi.
- Hej Filip co się dzieje? - zapytała Tosia.
- Możemy ci jakoś pomóc - zawtórowała Marcysia.
- Nie możecie niestety…patrząc na was dostrzegam jaki jestem słaby. Nie potrafię nic prócz podstawowego zawiązania sznurowadeł. Nie mam żadnego talentu…ahh marny mój los.
Żabka i Kotka nie zamierzały jednak zostawić przyjaciela samego, wówczas miały pomysł mający usunąć lisowe rozterki. Dwie przyjaciółki zaproponowały mu ćwiczenia w chodzeniu na płocie oraz dalekie skoki, po to by ich przyjaciel mógł wybrać, która z ich pasji podoba mu się bardziej. Mimo starań Tosi i Marcysi Filip nie nauczył się poruszać po płocie, a skoki kończyły się dotkliwymi zadrapaniami, które skutecznie zniechęciły małego lisa.
- Dziękuję wam za dobre chęci, ale ze mnie nic nie będzie…muszę się pogodzić z tym jaki jestem- gorzko stwierdził.
I tak Lis Filip udał się w stronę domu ocierając łzy. Tata Antoni przyglądając się całej sytuacji i smutku syna. Postanowił udzielić mu cennej lekcji.
- Synu idziesz do domu ? – zapytał.
- Taak tato. Nie mam ochoty spędzać czasu na podwórku, chyba łapie jakieś przeziębienie strasznie źle się czuje – odpowiedział, jednocześnie dotykając czule swojego czoła.
- Poczekaj. Znam cię i wiem kiedy jesteś przeziębiony, a kiedy coś cię „gryzie”. Mów szybko w czym rzecz!
- Popatrz tato: mama bardzo dobrze gotuje, ty naprawiasz, malujesz ściany…a ja nie potrafię nic jak to możliwe?! – stwierdził zrezygnowany.
- Kochanie zarówno mama jak i ja nie zawsze potrafiliśmy dobrze gotować czy reperować, jednak codziennie ćwiczyliśmy, po to by stawać się coraz lepszymi, często popełnialiśmy porażki pojawiał się pot i łzy, ale nigdy się nie poddaliśmy i po dziś dzień wciąż się uczymy. Pamiętam kiedy upiekłeś przy niewielkiej pomocy mamy przepyszny placek jabłkowy, jednak od tamtego czasu nie widziałem byś znów coś upiekł i chciał rozwijać swoje umiejętności. Widziałem widoczną radość w twoich oczach, więc dziwi mnie to, bo dzięki tej pasji mógłbyś przenosić góry.
- Wiesz co Tato nigdy nie widziałem tego w ten sposób, masz rację kiedy tworzyłem placek traciłem rachubę czasu i nie chciałem przestać ani na chwilę …Dziękuję ci tato bez ciebie nie potrafiłbym rozwiązać swojego problemu. Mama miała rację dzieląc z kimś problem stajemy się bliżsi rozwiązania go – odpowiedział z wielką radością Filip.
- Nie ma za co synu. Rodzina jest po to, by sobie pomagać nawzajem. Teraz biegnij do kuchni przenosić góry !
I tak z każdym dniem talent lisa Filipa w pieczeniu rozwijał się, wielką radość sprawiało mu dzielenie się nim z przyjaciółmi, rodziną. Zrozumiał, że jeśli będzie pracować na sobą może zdobyć wszystko !
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania