O nadętym...

W pewnej krainie tak zaistniało,

że na pisdęta głosów niemało

padło z tej strony, co w głowach siano

zamiast rozumu w niej posiadało.

 

I odtąd pisdęt – słoń w porcelanie,

tłucze, co może, myśląc: „Bezkarnie

mogę to robić. Dobre – wetować.

Mam immunitet, on mnie uchowa.

 

Z kary uwolnię, bez żadnej racji,

zwłaszcza kiboli; są z mojej nacji.

Mogli sędziowie, nim ich skazali,

pomyśleć, żem też lubił się walić”.

 

Tak były kibol, szczerząc zębiska,

nadęty w muskuł, rechotem pryska:

„Mam kancelistów. Choć łamię prawo,

moje wyczyny dobrem objawią”.

 

Długo to potrwa? Są ludzie zgodni:

„Wszystko do czasu. Jemu podobni

też byli pewni, w kilku krainach,

że sprawiedliwość ich się nie ima”.

 

Lecz, gdy historii tryby powoli

zmieliły kłamstwa… (choć zwłoka boli),

nadchodził czas i głos prawdy śpiewał:

„Sprawiedliwości owoc dojrzewa”.

 

Dziś w którym kraju? Jak zwą pisdęta?

Małe zagadki. Pewnik – dzień święta

i czas rozliczeń przyjdzie sądownie.

Znów nie od razu, lecz nieuchronnie.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • realista

    Tam gdzie obiecano ci otworzyć trzosa
    Zobaczysz tylko czubek własnego nosa
    Prawda nie ma tu żadnego znaczenia
    Gdzie się okrągłą sumkę wymienia
    Cóż to jest prawda, zapytał Piłat
    I obecnie, pytać nad Wisłę przylazł.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania