O naturze norek i żurawi
Die Schleife to nie miejsce, które można było nazwać meliną - miało za sobą zbyt długą historię, a i klientela nie pasowała do tegoż określenia. Nie mogło być jednak też nazwane przystanią luksusu, dokładnie z tych samych powodów. Lokal okupował swoją własną szarą strefę, w której każdy wiedział, po co tu jest - nikt jednak nie mówił tego na głos; od roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego drugiego zapewniał bezpieczny przytułek dla duchów, z daleka od oczu tłumów, pod pomarańczowymi światłami barowych lamp.
O godzinie pierwszej nad ranem, tej zimnej listopadowej nocy, nastrój był tak przyjemny jak można się było tego spodziewać. Bywalcy - stali i nowi - rozsiedli się są w miarę regularnie, czy to w parach czy samotnie - skupieni na sobie, rozmowach lub cichej kontemplacji. Szafa grająca kręciła zmysłową, jazzową płytą okazjonalnie dodając do melodii swoje własne, ochrypłe trzeszczenie.
Annika Holz, właścicielka knajpy, opierała się biodrem o kontuar, leniwie polerując szklankę, obserwując mężczyzn siedzących po przeciwnej stronie tej miernej przegrony z uwagą - w razie, gdyby potrzebna byla jej interwencja. O tej godzinie na szczęście nie musiała się obawiać o nowych klientów - bezpiecznym było więc założyć, że reszta nocy minie jak zawsze. Może będzie musiała zamówić taksówkę dla Andreasa Mosera, gdy odpowiednio mocno się urżnie, udając jego sekretarkę przed żoną. Może trzeba znów będzie odseparować Klausa Vormanna i jego namiętnie znienawidzonego obecnie rywala - Konrada Bauera, po tym jak zadecydują, że ich pokerowy pokój dobiegł końca i muszą rozwiązać interesy we własnym zakresie. W końcu - kij bejsbolowy wiszący pod ladą miała właśnie w tym celu. Jak na mężczyzn z tak dużym zamiłowaniem do pałek wszelakich - robili się zaskakująco cisi na widok metalowego berła.
- Nowe kolczyki, co, Nikka? - wybrzmiał przeciągający głos. Mężczyzna w czarnej koszuli, otwartej dokładnie nad mostkiem miał nieco mokre, kręcone włosy opadające mu na czoło - odejmujące lat od jego faktycznego stażu w życiu. Tych, które widocznie na nim ciążyły, szczególnie tego dnia. - Chyba wolałem zielone. Bardziej pasowały do twoich oczu.
Wzrok kobiety skupił się na Rudolfie Schumannie, zmarszczywszy kąciki jej oczu z czułością, która przeznaczona była dla niewielu.
- Może. - odpowiedziała z fałszywą wstydliwością, wzdychając swoim niskim, lisim tonem. - Jest już po północy, Rolf. Zdecydowanie po twojej wieczorynce, nie wydaje ci się?
Pytając, założyła kosmyk szarych włosów za ucho. Jej srebrne kolczyki zalśniły odbitym pomarańczowym światłem w najbardziej urokliwy sposób. Usadowiony przed nią mężczyzna zakręcił się subtelnie z na winylowym krześle, pozwalając sobie na suchy, cichy śmiech.
- Od kiedy z ciebie taka kwoka? Moglibyśmy być bliźniętami. Myślę, że brakuje ci jeszcze tak z dwudziestu lat, żebyś to ty mogła dawać mi rady.
- Myślisz? - Pokręciła głową. - Z całym szacunkiem dla niej, twojej matce raczej to nie wyszło. Dlatego teraz cierpię konsekwencje. Szczerze... - Podniosła głowę, żeby jeszcze raz rozejrzeć się po barze. - Kwoka może jednak jest dobrym określeniem. Patrz tylko na to stado kawalerów.
- Myślę, że to zbyt ostro powiedziane...
- Mógłbyś tak stwierdzić, gdybym skłamała. A nie sądzę, że to zrobiłam. - Wróciła do polerowania szklanki, po czym oceniając, że jest wystarczająco sucha już od piętnastu minut, ułożyła ją pieszczotliwie na małej tacce pod barem. - Teraz na poważnie. Jest późno, ty masz jutro pracę, do której, niech mi bóg pomoże, musisz iść. Mądrze i dojrzale byłoby zasnąć o racjonalnej godzinie.
Rudolf westchnął ze znużeniem, wykrzywiając wąsa w małym, sardonicznym uśmiechu - takim, który nie sięgał jego oczu. Mimo tego, że brzmiało to nieznośnie i bezsensownie, w głębi wiedział, że rodziło się to z faktycznego zmartwienia. Zawsze taka była - zbyt zmartwiona, żeby wrzucić na luz, zbyt niezależna, żeby naprawdę zostać matką. Zamiast tego więc obrała sobie za cel rehabilitację tak wielu męskich dusz jak to możliwe - w sposób, który zazwyczaj kończył się limem albo stłuczoną szczęką. W tym była całkiem dobra.
- Wiem. Dla mnie będzie tylko jeszcze jedna whisky sour i będziesz mieć mnie z głowy, skarbie. - zapewnił mężczyzna, obserwując jak jej wyraz twarzy przechodzi z poirytowanego, przez rozluźniony, do rozczulonego. Annika pokręciła głową, wodząc długimi paznokciami po ramiączku swojego stanika, które szybko wsunęła spowrotem na ramię.
- Jasne, jedna whisky sour. Trzymam cię za słowo, inaczej skopie ci dupę i wyrzucę cię na chodnik własnoręcznie. - Jej ton był przekorny, biodro przekrzywione. Odwróciła się do niego, zaczynając przygotowywać drinka.
Rudolf dał sobie moment, żeby odchylić się od lady i odsłoniwszy zegarek szybkim ruchem nadgarstka z ciężkim westchnięciem. Mniej niż osiem godzin - i znów będzie musiał wrócić do szarej rzeczywistości istnienia w swoim ostrożnie sfabrykowanym życiu. Nigdy nie było to łatwe, zawsze przyprawiało mu tyle samo mdłości - ostatnie czterdzieści lat nie pomagało mu przyzwyczaić się do codziennej rutyny - każdy dzień niósł ze sobą przekonanie, że będzie to jego ostatni. Więcej było tych, gdzie w sumie się o to prosił - szybki koniec dla tej zakłamanej pielgrzymki. Rudolf na chwilę odpłynął, dając się połknąć dźwiękom otoczenia. Brzęczeniem szklanek, szeptem mężczyzn, gruchotem i szumem aut i tramwajów okazjonalnie przejeżdżających obok lokalu, trzęsącym się sufitem. Oddechy przychodziły mu ciężko, powoli - wdechy pełne tlenu i dwutlenku węgla, zaplątane, mieszajace się, wszechobecne. Zapach papierosów, szczyn, taniego alkoholu, woń potu, marihuany i piwnicy - uderzały go wszystkie naraz. Było gorąco - doprowadzało go to do mdłości, tak samo jak wilgoć w lokalu, przylegająca uparcie do jego skóry, włosów, otulająca jego ubrania.
I wtedy, w momencie w którym Annika odwracała się aby podać mu kolejną dawkę jego ulubionej trucizny - zatchnięta próżnia Die Schleife została przerwana gwałtownym otwarciem drzwi. Ciepło wewnątrz szybko zmieszały się z listopadowym chłodem - świeżym powietrzem wdzierającym się do piwnicy. Głowa Rudolfa odwrociła się prawie że instynktownie - i tak szybko również jego oczy napotkały inną parę.
Dzikie, szerokie - ich źrenice wydawały się połykać całe dyski tęczówek - chyba brązowych. Były wciśnięte głęboko w bladą twarz z niezdrowo ciepłymi rumieńcami zdobiącymi policzki. Włosy krótkie, nieokiełznane, tak jakby wiatr był dla niego fryzjerem - były mokre od mgły, przyklejone do jego czoła. Blondyn, ale nieautentyczny - czarne odrosty parowały się z ciemnymi brwiami, opadającymi w wyrazie błogiej rozkoszy. Nos i kości policzkowe nakropione były szczodrą ilością brązowych piegów. Były też jego usta - z dolną wargą pękniętą lekko po prawej - świeżo nabrzmiałą, i siniec przy oczodole, jak jakiś wymyślny tatuaż, rozkwitły w najpiękniejszych odcieniach różu i purpury.
Młody mężczyzna, by nie nazwać go chłopcem, był niskiego wzrostu, lewa stopa skręcała mu do środka. Jego kolana były krzywe, a pierś wydawała się skakać z każdym ubóstwianym oddechem - to ubóstwienie wyrażał oćpanym, szerokim uśmiechem. W dodatku do tego te dłonie - wyjątkowo szczupłe i kościste, z pozadzieranymi kłykciami i krwawiącymi paznokciami. Rudolf naliczył się trzech.
Jego stan surowy zdecydowanie nie ratował wybiór ubrań młodzieńca. Ciasny sweter odsłaniał obojczyki i talię, tworząc sporą przerwę pomiędzy nim, a biodrówkami, siedzącymi i tak zdecydowanie za nisko. Czarne, wojskowe buty z subtelnym obcasem dodawały mu paru centymetrów - i zabierały z itak znikomej elegancji. Przykryty beżowym płaszczem, trzy rozmiary za dużym - wyglądał jak gówniarz, który zakradł się do szafy ojca. Taki widok radował serce i sprawiał, że oczy i usta Rudolfa rozwarły się nieco szerzej.
Chłopak wmaszerował do środka tak, jakby to miejsce było jego drugim domem. Płaszcz powiewał za nim jak flaga, podczas gdy on kroczył na przód - dumnie i chwiejnie zarazem. Rudolf dostrzegł kątem oka jak Annika posyła mu ostrzegawcze spojrzenie, wiedział dokładnie, co znaczy. Jego instynkt wziął jednak górę - gdy młody tylko zbliżył się do wieszaka, mężczyzna zerwał się z krzesła, by w paru szybkich krokach znaleźć się obok niego.
- Przepraszam, czy pozwolisz... - zapytał, oferując wolne ręce. Reacka była natychmiastowa, choć młody mężczyzna nie udawał, że w żaden sposób go to obchodzi. Wręcz teatralnie powoli, jego głowa obróciła się, po czym przechyliła do góry - posyłając Rudolfowi wnikliwe spojrzenie, patrząc na niego prawie że do góry nogami. Krótka chwila ciszy wypełniła przestrzeń między nimi, moment pełen wymierzonych spojrzeń i cichych oddechów, zanim blondyn pozwolił swojemu płaszczowi opaść do łokci. Duże, delikatne dłonie pociągnęły za wełnę, pozbywając się wierzchniego odzienia i zawiesiły je na czarnym haku. Zanim Rudolf był w stanie zagadać do nowego przybysza - ten już obrał sobie inny cel zainteresowania. Poruszał się jak niezdarny wiatr - i z taką samą niezdarną, lecz prawie kocią gracją przerzucił nogę przez stołek i podciągnął się, aby na nim usiąść. Drewniana powierzchnia zetknęła się z jego łokciami z dość donośnym puknięciem, odwracając głowy. Po chwili jednak, cała uwaga jaką młodzieniec na sobie zgromadził rozeszła się, a reszta bywalców wróciła do swoich smutnych drinków.
Powiedzieć, że mężczyzna nie był dokładnie w grupie wiekowej stałych klientów, to jak nie powiedzieć nic. I mimo tego, że wyglądał na równie pechowego co jego towarzysze w niedoli tutaj - jego nastawienie niosło ze sobą świeżość. Taką, która w wieku Rudolfa była pulsem wyrwanym, bez możliwości powrotu. Dojrzałością, która przychodziła z wiekiem, w świecie, w którym mężczyzn takich jak on spisywało się na straty.
- Dobry wieczór! Może dzień dobry? W końcu mamy czwartek. Czy mogę poprosić o jeden White Russian? - zaćwierkało roznegliżowane chłopię, głosem wyjątkowo niskim jak na swoją aparycję. Zatrzepotał swoimi długimi rzęsami na Annikę, przekrzywiajac przy tym swoją głowę. Kobieta obróciła się zdatkowo, unosząc brwi. - Spektakularne kolczyki. Wyglądają naprawdę... epokowo. Myślę jednak, że bardziej pasowałby ci zielony.
Wydawał się nagiąć jeszcze bardziej.
- Przepraszam. Proszę pani.
- No popatrz, kocie, jakiś ty pewny siebie. - zaśmiała się serdecznie, kręcąc głową. Było coś w tym konusie, świeżym mięsie, co od razu wzbudziło w niej sympatię. Był, w pewnym sensie, jak jagnię w leżu wilków - wchodząc tutaj, praktycznie prosząc się o to, by się za nim obejrzeć i rozerwać go na strzępy. Chociaż, może to nie był najlepszy sposób, by to ująć. Młokos był pewny siebie - w ten konkretny, doprowadzający do szału sposób, charakterystyczny dla swojego pokolenia. Doświadczenie Schroedingera - widział i zrobił wystarczająco, żeby wiedzieć, jakie guziki wcisnąć - ale niewystarczająco, żeby wiedzieć, jakich ludzi unikać. Od jakich miejsc trzymać się z daleka.
Stety lub niestety - Annika wiedziała, że Die Schleife było jednym z tym miejsc.
- Po osiemnastce, kochanie? - zapytała rozbawionym głosem, nie marnując czasu i zaczynając przygotowywać drinka bez patrzenia. W międyczasie, Rudolf usadowił się zaraz obok blondyna, zrelaksowany i zainteresowany.
- Nikki, to nie osiemćdziesiąty ósmy, nie wjeżdżaj na niego w Stasi stylu. - mężczyzna mruknął, machając dłonią. W odpowiedzi usłyszał tylko zmęczone prychnięcie. - To będzie na mój koszt. Młody wygląda, jakby miał ciężką noc.
Rudolf podniósł whisky do swoich ust, w końcu nie mogąc się oprzeć i spoglądając na mężczyznę obok, jego twarz przesiąknięta wilgotnym uznaniem.
- Nie?
Przez moment, przy ladzie zapanowała cisza - a para brązowych, nie do końca przytomnych oczu wylądowała ponownie na starszym mężczyźnie. Rozwalone wargi rozciągnęły się w nieobecnym uśmiechu.
- Może miałem. Nie potrzebuję zbiórki charytatywnej.
- Nie powiedziałem, że potrzebujesz.
- Ale tak się zachowujesz. - młoszy mężczyzna przesiewał powoli słowa przez swoje usta. Głos miał hipnotyczny, a jego oczy oceniały Rudolfa przy każdym ruchu - jego otwarty kołnież, jego wąs - jego własne oczy, niebieskie jak letnie niebo.
- Kupując ci drinka? - Starszy mężczyzna zmarszczył brwi w zaskoczeniu. - Podstawowa etykieta. Poza tym, serio wyglądasz jakbyś tego potrzebował.
Anika podsunęła szklanmę do przodu, podczas gdy Rudolf po prostu popchnął go w stronę chłopięcia.
- Wyglądam? - zagruchał chłopak drocznie, zanim owinął zgrabne palce wokół szklanki, podnosząc ją do swoich ust. Wyglądał na rozbawionego. - Jak jeszcze wyglądam?
Rudolfowi Schumannowi podobała się ta gierka. Chłopak był pewny siebie - może nazbyt, hop do przodu - ale przynajmniej był tego świadomy. I tego, że jego wejście obrcało głowy, podsycało apetyty i rozgrzewało serca bywalców Die Schleife w niepokojący sposób.
- Jak tarapaty. - odpowiedział prosto, z prostym, choć zmęczonym uśmiechem na ustach. Jego wzrok plątał się na mieszance zadrapań i siniaków. Małe westchnienie wydarło się spod jego wąsa. - Najlepsze tarapaty. No i, przez ciężką noc miałem na myśli... No. Spójrz na siebie.
Bezwstydnie, Rudolf wyciągnął dłoń i przejechał palcami po policzku blondyna. Przywitała go rozbita, gorąca skóra, w epicentrum siniaka - nieco podniesiona, stłuczona.
- Kłótnia z "kochankiem"? Czy podpyskowałeś nie temu co trzeba?
Chłopak nie ruszył się, nie wzdrygnął. Można by rzec, że wręcz przeciwnie - tylko gdy dłoń Rudolfa zetknęła się z jego policzkiem, zamknął oczy, pozwalając ciepłym, wprawionym palcom eksplorować spustoszenie na jego licu. Westchnął cicho - siniec był wystarczająco świeży, by promieniować bólem wspomnienia.
- Żadne z powyższych. - Blondyn uśmiechnął się skromnie, a oczy ponownie spojrzały na Rudolfa. Był rozanielony. - Namiętne spotkanie z deską rozdzielczą.
- Ah. - Kiwnął głową Rudolf, opuszczając dłoń bez pośpiechu. - W takim razie wypadek samochodowy?
Młodszy mężczyzna wzruszył ramionami, zanim jego górna warga zamoczyła się ponownie w drinku - wyraz jego twarzy pozostawał taki sam. Przepełniony niepokojącą rozkoszą.
- Nie. - odpowiedział pokrótce, tonem wyrażającym głeboką satysfakcję z zamętu, jaki wprowadzał. Odpowiedź sprawiła, że Rudolf zakaszlał z konsternacją, odstawiając szklankę. Zamaskował to krótkim, szeleszczącym śmiechem, zaskoczonym, choć nie szyderczym. Więc nie była to żadna z opcji - i jednocześnie, mogła być to każda.
- Zastanawiam się, gdzie teraz uczą was manier, jak rozmawiać ze starszymi, na przykład. - Mężczyzna pokręcił głową z żartobliwym potępieniem. Wyciągnąłszy rękę - ze starym odciskiem po obrączce na palcu serdecznym, nieco jaśniejszym niż reszta jego opalonej skóry. - Rudolf Schumann. A mam przyjemność z...? Czy wolisz, żebym nazywał cię "tarapatem".
Tym razem, to młodzieniec się roześmiał - i jaki to był śmiech. Nieco jazgotliwy - ale niewystarczająco, żeby denerwować. Opuszki jego palców przejechały po brzegu szklanki, zanim wziął kolejnego łyka.
- Lubię "tarapat". Ma swój urok. Ale... - westchnął, ściszając swój głos. - Jestem za równą wymianą. Ludwig, Richter. Przyjemność po mojej stronie.
I tak, sączył swojego przeklętego White Russian, oglądając się za łysiejącym mężczyzną w rogu - to samo widmo uśmiechu grało na jego ubabranych wargach. Jedną nogę przerzucił przez drugą, zmieniając nieco posturę.
Rudolf pokiwał głową w ciszy, dostrzegając subtelne zmiany. Wyglądało to tak, jakby młody chciał, żeby walczyć o jego uwagę, zostać błaznem, sługą dla jego mrzonek. Wygłupić się, żeby ten miał satysfakcję i przywilej bycia tym, na którego patrzą; istotą czystej próżności. Świat pełen był takich dzieciaków - przekonanych, że każdy był im winien uwagi, uznania. Że będzie dziękowało się im za istnienie, wybaczało zawsze i wszędzie - a przede wszystkim, że za wszystko można zapłacić ładną buźką. Ta ostatnia część nie była tak daleka od prawdy. Uroda mogła zawieźć takie chłopię wszędzie - a szczególnie w miejscu pełnym duchów.
- No dobrze, tarapacie. Może powiesz mi co nieco o tym pieszczeniu tablicy rozdzielczej. - Rudolf odstawił swoją pustą szklankę, opierając całą swoją wagę na ladzie. - A ja w zamian kupię ci kolejnego drinka. Brzmi dobrze?
Mężczyzna z zadowoleniem obserwował, jak postura chłopaka ponownie się zmienia, a te oczy, do którch zdążył się już przyzwyczaić swawolnie lśnią. Właśnie tego potrzebował - widocznego zainteresowania. Dopiero wtedy dostrzegł, że ze swoim ukradzionym płaszczem - Ludwig wyglądał jakby był wyłuskany z ostatniego grosza. Bez niego zaś, chłopak siedzial przed nim, w kaszmirowym swetrze - ten nie wyglądał wcale na tani. Młodzieńcza rozpusta lub pieniądze rodzicłw.
- Mógłbym. Ale musisz mi obiecać, że nie będziesz się śmiać, to.. Cóż. Trochę...
- Wstydliwe?
- Tylko trochę. - przyznał blondyn. - Masz papierosy?
Pytanie to przeszło mu przez usta z taką łatwością, że Rudolf nie musiał się zastanawiać. Wyciągnąłszy paczkę mentolowych Marlboro, wytrząsnął jednego dla drugiego mężczyzny. Cienkie usta przyjęły poczęstunek bez problemu, a twarz wisiała blisko na tyle długo, by Rudolf mógł policzyć pojedyncze piegi na nosie chłopaka. Przełknął ciężko i gorąco, ale nie dał po sobie niczego poznać, samemu wyciągając jedną fajkę i kładąc otwarte pudełko na ladzie. Z gracją wydłubał srebrną zapalniczkę z kieszeni i odpalił ją. Cienka, tańcząca smuga ognia przywołała ich jak ćmy - Ludwig przysunął się pierwszy, po nim Rudolf, stykając ze sobą czubki swoich papierosów, zanim polizała je miniaturowa pożoga, barwiąc je na jasnoczerwono - jak dwa ślepia w ciemności. Młodzieniec mógł prawie że poczuć brązowy kosmyk włosów na swoim czole, a zapach drogiej wody po goleniu otulił jego zmysły. Zanim się odsunął, zaciągnął się głęboko. Oczy wpatrzone miał w Rudolfa, głowę - tak jak wcześniej, nieco przekrzywioną.
- Nie jesteś za stary na papierosy dla pedałów?
Słowa te wywołały tylko suchy, zgorzkniały śmiech u drugiego mężczyzny.
- No proszę. - mruknął, zaciągając się. - Nie jesteś czasem za młody, żeby kręcić dupą w barze dla pedałów?
Ludwig pozwolił, by dym wypełnił jego usta, gardło, płuca - zupełnie tak jakby był warty więcej niż powietrze. Jego oczy zamknęły się w rozbawieniu. Nieco się zgarbił, kładąc podbródek na nadgarstku, podczas gdy jego druga dłoń trzymała papierosa między długimi, smukłymi palcami.
- No dobrze. Na czym wsześniej skończyliśmy... Ah. Tak. Tablica rozdzielcza.
Chłopak uśmiechnął się, wracając spowrotem do tematu bezceremonialnie - zupełnie tak, jakby próbował uśmierzyć urażoną dumę po poprzednim docinku. - Na południu jest taki lokal, The Sonntags-Club. Znasz? Na pewno znasz.
Chłopak zaciągnął się.
- W każdym razie. Mają tego jednego ochroniarza, chyba częściowo Armeńczyka. Milos... Milos Ibram? Mhm, dokładnie ten. Duży skurwysyn, szeoki - wygląda jak lodołamacz na ekspedycji arktycznej. Albo kotwica lodołamacza.
Przekrzywił swoje ciało w prawie że konspiratoryjmy sposób, opierając się o ladę coraz bardziej pod ukosem - zminiejszając dystans między ich ciałami powoli, ale miarowo.
- Przyznam, że szczegóły trochę mi się mieszają. - wymruczał, strzepując popiół z fajki do popielniczki w kształcie byka, po czym wrócił do bezczynnego trzymania filtra między wargami. Po ponownym wdechu, wydmuchał dym nosem. - Ale pamiętam, że spytałem go o stopa do domu. Wiesz, wydałem tam tyle siana - był mi to praktycznie winny. Nie narzekał.
Wzrok Ludwiga zawędrował w stronę drzwi. Zupełnie tak, jakby w jego głowie nadal czaiła się jakaś obawa. Po chwili znów się rozluźnił.
- Jeździ takim... Pięknym, serio pięknym Cadillakiem DeVille. Czarny, matowy - z najwygodniejszą tapicerką. Jego suczka, tak bym to ujął. Może dlatego jest cały czas sam, zbyt zakochany w jebaniu tego auta w wydech.
Rudolf zadarł brew do góry.
- Nie wiem, czy powinno być go na to stać. Nie płacą tam dobrze ochroniarzom, bo nie mają co robić. Może dlatego są cały czas sfrustrowani i roszczeniowi. Pewnie się zadłużył, taka piękność. - przeciągnął, kręcąc głową. W międzyczasie, subtelnym gestem zamówił kolejnego drinka. Annika spojrzała na niego z niezadowoleniem - zachowała jednak milczenie.
- Właśnie, właśnie! A więc - Ludwig zbliżył się jeszcze bardziej, podnosząc się z krzesła. Winyl zajęczał pod nagle ustępującym ciężarem. - Wsiadamy do auta. On wyciąga kartę, wyciąga działkę, zaczyna dzielić. I wiesz, kim ja jestem, żeby powiedzieć "nie" białej damie. I tak już trochę trzeźwiałem.
Przez moment, Ludwig pozwolił dymowi po prostu sączyć się z jego ust, zanim zdecydował się kontynuować, nagle ożywiony. Rudolf zaś nie był w stanie oderwać wzroku od tych głębokich, orzecowych oczu. Ciepłych i zachęcających.
- Oczywiście, że dobiera się do mnie z łapami. Ja jestem zbyt zajęty dobrociami losu, a on cały czas na mnie. Tak blisko, że byłem w stanie poczuć jego zgniły oddech. No ale w końcu - za dobrze mi, trochę mi koło dupy to lata. Nie mówiąc o tym, że...
- Że lubisz tę uwagę. - Rudolf wtrącił się, przekrzywiając głowę, z łokciem opartym o stół. Bezmyślnie wyciągnął dłoń po swojego drinka, biorąc łyka.
Ludwig od razu się rozpromienił, słysząc te słowa - co z kolei sprawiło, że starszy mężczyzna zmrużył oczy z lekkim niezadowoleniem. Była to niewielka szpilka w wrażeniu, jakie wywołał na nim chłopak. Nie coś przeważającego - a jakby się znudził, zawsze mógł po prostu odejść. Był pewien, że; a raczej wiedział - że po żadnej ze stron nie będzie urazy.
- Uważaj, to informacja wrażliwa. Jeszcze jedno takie wymsknięcie i będziesz mnie musiał zabrać przed ołtarz w trybie pronto. - głos młodego mężczyzny zabrzęczał ekscytacją. - Ale dobra- Do brzegu.
Nastąpiła dramatyczna pauza.
- Startuje tego swojego Cadillaka - a ja, jak dobry obywatel, zapinam pas. Wiesz, bezpieczeństwo na pierwszym miejscu. To moje motto. - młodszy mężczyzna sięgnął po swoje White Russian - ale zauważając, że nic z niego nie zostało nie wahał się długo - złapał szklankę Rudolfa i podniósł ją do własnych ust, zostawiając towarzysza rozmowy w lekkim zdumieniu. Nie zniechęceniu - widząc, jak wysoko nosi się ten konus, coś brzydkiego i upchanego na samo dno zakręciło mu w głowie, a gorąc zaparł mu dech w piersi. Taki rodzaj gorąca, który popychał go bliżej i bliżej do przejścia do rzeczy - nie zważając na etykietę.
Wiedział jednak, że to nie na miejscu, że potrafi być łaskawy - lata siedzenia w ciszy go tego nauczyły. Ludwig odstawił pustą szklankę i chrząknął.
- Ale jak tylko wystartował... Złapał mnie za kark... - Dłoń chłopaka powędrowała do linii, gdzie jego włosy kończyły się na szyi, nadal noszącej czerwone ślady. - "Rusz dupę i na kolana. Nie wchodź mi w drogę albo wypierdolę cię z tego auta". No i czemu miałbym odmówić? Więc, on jedzie...
Ludwig zaciągnął się po raz ostatni, po czym bez zawahania zgasił peta na własnej dłoni, zaciskając zęby.
- Hej, hej! Hola, synu, co ty do jasnej kurwy robisz! - Rudolf nie czekał - od razu pociągnął dłoń chłopaka bliżej i wysypał kostki lodu z szklanki. Zbliżył jedną z nich do świeżej rany - czerwonej i wściekłej. - Pojebało cię... Wiesz, jak obrzydliwie to się zbliźni..?
Gdy tylko wydukał te słowa jednak, zauważył inne blizny - okrągłe, bliźniacze. Jedną przy nadgarstku chłopaka, parę innych obok jego obojczyka, na jego podbrzuszu. Rudolf przełknął obrzydliwą, zimną gulę, czując gorzką ślinę spływającą w dół jego przełyku. I - jak film w którym ktoś wcisnął pauzę - ciało chłopaka zastygło. Jedyną ruchomą częścią było jego skaczące jabłko Adama - on sam obserwował mężczyznę, który był zajęty jego dłonią. Bez słowa, Annika wyciągnęła apteczkę i popchnęła ladą paczkę plastrów i butelkę wody utlenionej.
- Mhm. Gdzie to skończyłem. - głos Ludwiga wisiał w sensorycznym limbo, zanim młodzieniec wziął kolejny głęboki wdech. - No tak. On jedzie, ja mu obciągam, zgięty jak znak zapytania. Moja głowa jest tak nisko, że robi mi się słabo...
- Koniec. Stop. Nie ruszaj się, kurwa. - Rudolf warknął, czując nagłe obrzydzenie. Obrzydzenie? Nie, to słowo nie pasowało. To było bardziej skomplikowane uczucie - coś co oscylowało dookoła litości i niebezpiecznie blisko do zmartwienia. Ten mały diabeł, piekielna obecność, która w tym momencie siedziała przed nim, właśnie oparzyła się papierosem. A potem, jak gdyby nigdy nic - jakby mówił o pogodzie - zaczął rozprawiać o robieniu loda jakiemuś frajerowi w aucie. Jeżeli Ludwig nie był za młody na bycie na mieście o tej godzinie, w miejscu takim jak to - był zdecydowanie za młody na takie doświadczenia. Takie historie. Starszy mężczyzna wziął głęboki wdech, po upewnieniu się, że oparzenie zostało poprawnie zdezynfekowane i opatrzone.
- Kupię ci tego cholernego drinka. - Rudolf kiwnął do Anniki, która w tym momencie była blisko przekroczenia swojego limitu "nieinteresowania się"; jej oczy co jakiś czas czujnie zwracaly się ku feralnej dwójce. Nie pozwoliła sobie jednak reagować. I za to Rudolf czuł się niezmiernie wdzięczny. I niezmiernie winny. - Nie rób takich rzeczy ze swoim ciałem. Widzę, że jesteś naćpany.
- Jestem. - kolejna fala śmiechu akompaniowała słowom - dla starszego mężczyzny brzmiało to niedorzecznie. - Ale jesteś tak blisko, dobrze cię widzę. Nie przejmuj się. Twoje whisky sour? dobre, lepsze niż w Sontag-Clubie.
To zdanie samo w sobie sprawiło, że Rudolf wywrócił oczami, nie umiejąc ukryć poirytowanego rozbawienia.
- Naćpany i pijany. Zajedziesz się na smierć w takim tempie. - Mężczyzna obserwował blond czuprynę wiszącą niżej i niżej, oczy wyłupione i gapiące się w górę. Ostatni raz pogłaskał kłykcie chłopaka swoim kciukiem, zanim jego ręka cofnęła się na bezpieczny dystans. - Poza tym, jest dobre, bo to nie lokal dla turystów...
Zapalił kolejnego papierosa.
- ...tylko dla starych pedałów, co im się szczęście skończyło. Dlatego ciekawi mnie... Czego taki piękny chłoptaś jak ty szuka w tej melinie. Kolejnego sińca?
- Może. - odpowiedział krótko chłopak. Jego oczy, w odpowiednim świetle lśniące jak bursztyn, patrzyły na Rudolfa z tak bliska, że starszy mężczyzna był w stanie wyczuć metaliczne nuty ziejące z rozbitej wargi. Jego oddech był miarowy - ale pod eksodermą spokoju - jego serce robiło co mogło, aby nadążyć za burzą myśli i niewytrawnych pomysłów w jego głowie. Niestety, dla Rudolfa Schumanna nie było nic bardziej rozbrajającego, niż ładny chłopak rzucający mięsem. - Zainteresowany?
Krótki, zmęczony uśmiech szarpnął kącikami ust bruneta, podczas gdy jego dłoń ruszyła się po ostrej linii szczęki jego rozmówcy. Pod swoim kłykciem wyczuł świeżo ogoloną skórę, małą bliznę przy brodzie. Powędrował w górę, dotykając włosów, które - mimo swojego spalonego wyglądu - były zaskakująco miękkie. Mokre. Nadal niosące ze sobą wspomnienie listopadowego deszczu. Był to dotyk zbyt długi, niż sytuacja tego wymagała - palce odgarniały włosy z czoła i zakładały je za przekłute ucho.
- Nie. - odparł spokojnie, bez pośpiechu. Dostrzegł gęsią skórkę tam, gdzie wodził dłonią. Włosy na karku chłopaka stające dęba, jego oddech coraz płytszy i płytszy. Żadna z tych rzeczy nie umknęła jego uwadze. - Zawsze miałem problem z interesami, tarapacie.
Dłoń Rudolfa otworzyła się, układając się na policzku chłopaka, czując jak ten wręcz wtula się w sam dotyk. Niebezpiecznie naiwnie, bez śladu trzeźwości na horyzoncie. Nawet jeśli - Rudolf był pewien, że chłopak był typem, który zachowuje się tak samo - naćpany, czy nie.
- Jestem gotów w takim razie zainwestować. - Głos gówniarza zamienił się w pomruk, wibrujący nisko w zapracowaną skórę dużych, męskich dłoni - ogrzewając ją małymi, szybkimi oddechami. Mimo odczuwanego przez mgłę bólu - jego usta wykrzywiły się w wymowny uśmiech. Rozłożył szerzej nogi, naciskając na wewnętrzną stronę kolana swojego rozmówcy. Jego stopa zakaciła lekko nogawke mężczyzny, odsłaniając jego czarne skarpety i gartery - żeby zaraz później, jakby nigdy nic opuścić ją, a potem podnieść ją znowu.
- Aż tak lubisz sponiewieranie, że się o to prosisz? - Starszy mężczyzna brzmiał praktycznie zmęczony wysiłkiem, jaki wkładał w to, żeby się nie ugiąć temu syreniemu błaganiu piekielnej istoty przed nim. - Nie należę do asertywnych.
Odpowiedział mu ten sam, cwany uśmiech.
- Wiem. - kolejna, krótka odpowiedź. Słowo padło tak cicho, że było prawie wilgotne, nasycone napięciem. Bez wahania, młodszy mężczyzna podniósł się ze stołka, rozciągając swoje krzywe nogi. Jego głowa wyślizgnęła się z dłoni Rudolfa - ale w zamian, przesunął swoją lekką dłoń po chropowatym policzku, zahaczając ją o ucho, kończąc na karku. Głowa pełna blond kłaków zniżyła się do poziomu szerokich ramion, a nos zachaczył o pojedynczy kolczyk na uchu. Z lekkim uśmiechem Ludwig kontynuował:
- Mam oczy, wiesz? I nie widzę żadnej części ciebie, która mówiłaby mi nie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania