O powrotach, fryzjerach i nawracaniu emigrantów

Za każdym razem, kiedy samolot ląduje na lotnisku i jakaś miła pani albo miły pan ogłasza przez głośnik, że oto dotarliśmy na miejsce, po czym życzy nam udanego pobytu, a tych, którzy wracają z podróży, wita w domu, zalewa mnie fala wzruszenia. Zupełnie niezależnie od tego, czy akurat wylądowaliśmy w Islandii czy w Polsce, to całe „witamy w domu/ welcome home” jakimś sposobem zawsze odnosi się do mnie. Serio, serio – mam wrażenie, że miła pani/ miły pan patrzy mi prosto w oczy, kiedy to mówi, jakby chciała/ chciał mi przekazać: „dobrze, że wróciłaś”. To taki dodatkowy bonus tego słynnego emigranckiego rozdwojenia – wszystko jedno, czy akurat przyleciałam do Polski czy do Islandii, czuję się tak, jakbym wracała do domu. Mimo że przecież technicznie rzecz biorąc w Polsce żadnego domu nie mam: śpię w hotelach albo na cudzych kanapach i raczej bywam tam tylko chwilowo. Wpadam na urlop albo do dentysty. No, ale mimo wszystko – znalezienie się nagle z powrotem w kraju, w którym wszyscy mówią w moim ojczystym języku, w kulturze, otoczeniu i klimacie, które znam od dziecka, to zawsze jest jakiś powrót do siebie. Na stare śmieci. Do domu, za którym na co dzień w ogóle nie tęsknię i dopiero, kiedy znów się w nim znajdę, przypominam sobie, że zostawiłam tu przecież jakąś cząstkę siebie. Że stąd wyrosły moje korzenie, nawet jeśli zdecydowałam się je wyrwać i przenieść zupełnie gdzie indziej.

 

Lądowanie w Islandii natomiast to dla mnie powrót do domu taki bardziej dosłowny niż symboliczny – tu mam teraz mieszkanie, klucze i adres, tu żyję i pracuję, tu toczy się moja codzienność. Powrót z Polski do Islandii to powrót z gorączki urlopu do bezpieczeństwa normalności i stabilności rutyny, do codziennego życia, które może i nie jest jakość szczególnie spektakularne, ale za to – oswojone.

 

Uwielbiam oba te rodzaje powrotów, oba są mi potrzebne i oba robią mi coś dobrego w duszy i w sercu. A może zresztą sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana i jest tak, jak w tej piosence Mai Sikorowskiej: „mam dwa serca i dwie dusze i jakoś sobie z tym nadmiarem radzić muszę”? Ja wprawdzie, w przeciwieństwie to utalentowanej piosenkarki, nie dostałam w spadku po przodkach dwóch ojczyzn i dwóch sztandarów, ale jest w tej dwoistości, o której dziewczyna śpiewa coś, z czym na pewno bez trudu zidentyfikuje się niejeden emigrant. No bo jak to właściwie jest – czy można w ogóle dwa miejsca nazywać domem, a dwa kraje – swoimi? Jak sobie radzić z tym pomnożeniem wszystkiego w głowie, z tą dwoistością doświadczenia, z tym, jak nam to dziwnie komplikuje poczucie tożsamości?

 

***

Ostatnio w Polsce wybrałam się do fryzjera, co jak zawsze było doświadczeniem wielce traumatyzującym. Zmęczyłam się przy tym mniej więcej tak, jakbym sama wniosła szafę na dziesiąte piętro i jestem pewna, że zrozumieją mnie wszyscy introwertycy świata. Serio – wizyta u fryzjera to dla nas jedno z najtrudniejszych życiowych doświadczeń. Znacznie gorsze niż, na przykład, wizyta u dentysty – no bo dentysta jednak gmera ofierze w buzi, więc siłą rzeczy nie oczekuje od niej niezobowiązującej pogawędki. A fryzjer w buzi nie gmera (a szkoda!) więc niestety trzeba z nim gadać. I to jest dokładnie taki rodzaj bezsensownej gadki o niczym, w której introwertyk czuje się najgorzej. No chyba, że ktoś ma bardzo zaprzyjaźnionego fryzjera, z którym wchodzi na jakiś głębszy poziom rozmowy – to wtedy może nie być tak źle. Ale jeśli ten fryzjer to jest ktoś, kogo widzimy na oczy pierwszy raz w życiu, to nie ma wyjścia – czeka nas dwugodzinna agonia w torturach.

 

Jak łatwo się domyślić, podczas tej dwugodzinnej agonii jakoś tak szybko się wydało, że mieszkam w Islandii, po czym padły, oczywiście, wszystkie standardowe pytania na temat emigracji i samej wyspy. Czy zimno, czy ciemno, czy drogo, a jakie jedzenie, a jaka pogoda, czy zarobki dobre, czego brakuje, czy dużo Polaków, kiedy najlepiej przyjechać i co zobaczyć. Oklepany zestaw pytań, na który mam już właściwie wyćwiczone odpowiedzi, bo udzielałam ich gdzieś tak plus minus milion razy. A do tego jeszcze tych kilka bardziej problematycznych pytań, na które ludzie zwykle oczekują prostych odpowiedzi, mimo że rzecz jest dużo bardziej złożona. A mianowicie: dlaczego wyjechałam, czy zamierzam zostać na stałe i czy w tej Islandii jest naprawdę dużo lepiej niż w Polsce.

 

No i kiedy tak rozkminiałam, jak by tu odpowiedzieć, żeby uniknąć wchodzenia w te wszystkie moje osobiste problemy i dramaty, które kilka lat temu kazały mi spakować walizki i zabukować bilet w jedną stronę, zorientowałam się, że sam temat emigracji ma w sobie coś, co z jakichś powodów prędzej czy później polaryzuje rozmowę. Coś, co stawia naszych rozmówców – tych, którzy zostali – w automatycznej opozycji do nas – tych którzy wyjechali. W którymś momencie takiej rozmowy trzeba się będzie prawdopodobnie wytłumaczyć ze swojej decyzji i ze swojego życia, z tego dlaczego się wyjechało. No bo właściwie po co, skoro nasz rozmówca jest przecież żywym i namacalnym dowodem na to, że w Polsce też da się żyć i można sobie całkiem dobrze radzić. I nie wiadomo już, czy przepraszać za tę swoją emigrację czy może gratulować człowiekowi determinacji i przedsiębiorczości, które pozwalają mu funkcjonować w kraju. Czy w ogóle uciekać gdzie pieprz rośnie (co jest trochę trudne w momencie, kiedy jesteśmy uwięzieni w fotelu fryzjerskim, a nasz rozmówca ma w dłoni ostre i niebezpieczne narzędzie).

 

Ciekawa, swoją drogą, jest ta powszechna ludzka tendencja do rozpatrywania wszystkiego w kategoriach albo-albo. Białe albo czarne, dobre albo złe, ojczyzna albo emigracja. To jest dokładnie ten sam mechanizm, którego działania doświadczam, kiedy mówię komuś, że nie chcę mieć dzieci – jeśli ten ktoś sam dzieci posiada albo zamierza posiadać, następuje natychmiastowe okopanie się na pozycji przeciwnej do mojej. I oflagowanie – tak, żeby na pewno nie było żadnych wątpliwości, po której stronie walczy. Tak jakby moja decyzja o nieposiadaniu dzieci automatycznie kwestionowała jego/jej decyzję o ich posiadaniu. Z emigracją jest tak samo – moja decyzja o wyjeździe wydaje się ludziom podważeniem ich decyzji o pozostaniu w kraju. Albo w ogóle krytyką całego ich życia. Co przecież nigdy nie było moją intencją.

 

To jest dla mnie dość straszne, że sami sobie takie rzeczy robimy, że zamieniamy zwykłe rozmowy w jakieś walki światopoglądowe, podczas których trzeba uzasadnić i obronić swoją pozycję. A przecież za decyzją o wyjeździe często stoi wiele czynników, na które niekoniecznie mamy wpływ, różne życiowe komplikacje, trudności i opały, których splot pewnego dnia katapultuje nas gdzieś na koniec świata. I to raczej nie jest tak, że przed wyjazdem rozważamy i kalkulujemy sobie dokładnie wszystkie argumenty za i przeciw i że w jakiejś wielkiej światopoglądowej debacie wybieramy opcję „emigracja” przeciwko opcji „ojczyzna”. Tak naprawdę o wiele częściej wyjeżdżamy, bo akurat mamy nóż na gardle i musimy natychmiast zrobić coś, żeby wygrzebać się z życiowych albo finansowych tarapatów – i raczej nie mamy w tym momencie czasu ani mentalnej przestrzeni na żadne ideologiczne rozważania o wyższości czegoś tam nad czymś innym. Jedziemy, bo nam się grunt pod nogami pali. Naprawdę niewielu jest szczęściarzy, którzy emigrują na własnych warunkach, z pełną świadomością wszystkich konsekwencji i z całkowitym przekonaniem, że dokonują dla siebie najlepszego wyboru. O wiele więcej jest wśród nas tych, którzy uciekają przed biedą i bezrobociem… po czym tu znów trafiają na sam dół drabiny społecznej (więc przekonywanie ich, że przecież w Polsce też świetnie można sobie poradzić i ułożyć życie przypomina trochę kopanie leżącego). Emigracja jest często decyzją podjętą z desperacji albo z rozpaczy w najgorszym punkcie życia.

 

Więc to naprawdę nie jest tak, że wyjechaliśmy, bo się wszyscy zbiorowo pogniewaliśmy na kraj i trzeba nas teraz na ten kraj z powrotem nawracać.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Dalia 2 miesiące temu
    Świetnie przedstawiłaś clou tematu.
    My, Polacy, niestety bardzo często mamy tendencję do rozpatrywania wszelkiej maści problemów w sposób zero-jedynkowy. Wydaje nam się, że jeśli dla nas coś jest proste, to dla reszty świata powinno być to wręcz banalne, prawda? :)

    Dojrzałość emocjonalna to tutaj słowo klucz. Jedni osiągają ją z czasem, dzięki czemu potrafią zrozumieć i wyjaśnić istotę sprawy tak trafnie, jak Ty to zrobiłaś. Inni natomiast będą z zacietrzewieniem wmawiać Ci, że ich racja i sposób postępowania są 'najmojsze' :)
  • Domi123 2 miesiące temu
    Bardzo dziękuje za wnikliwy komentarz:)
  • Maroszek 2 miesiące temu
    Bardzo ciekawy temat i bardzo fajnie opisany .Bardzo dużej grupie ludzi łatwo ocenia się decyzje i postanowienia , a nieraz i styl życia innych.Dotyczy, to nie tylko nas rodaków.A przecież nie powinno tak być.,lecz niestety wielu z nas lubi oceniać,krytykować a co jeszcze najgorsze to, na siłę dawać"dobre" rady. Emigracja trudny temat,podobnie jak wizyta u fryzjera. Ale najważniejsze jest to by mieć swoje miejsce, do którego chce się wracać.
  • Kamil Batko miesiąc temu
    Mieszkam w Anglii od dziesięciu lat. Kiedy wyjeżdżałem byłem singlem, miałem problemy z hazardem i używkami. Nie widziałem sensu w niczym, nie miałem planów ani ambicji. Byłem w najgorszym momencie swojego życia, bo ciągnąłem już od dłuższego czasu po mule dna. Nic nie zmieniło się w mgnieniu oka po wyjeździe i na początku robiłem te same niepotrzebne rzeczy. Jednak wyjazd zapoczątkował proces zmiany, której efektem dzisiaj jest brak nałogów, żona i własna rodzina. Moja obecna perspektywa na życie, ludzi i świat jest optymistyczna. I ciągle idzie w coraz lepszym kierunku, a obecnie jesteśmy na etapie sprzedaży domu tutaj, bo planujemy powrót do Polski. Za każdym razem, kiedy jeździłem do Polski miałem podobne doświadczenia co Ty. Ludzie zadają te same pytania, niby z ciekawości, ale w pewnym momencie to się przeradza właśnie w dyskusję typu: czemu tam, a nie tutaj? I bardzo dobrze rozumiem i znam ciepłe uczucie, że wracam do domu lądując po obu końcach trasy:) Faktycznie z jednej strony powrót do korzeni, języka, kultury i znanych miejsc. Takie odświeżenie od przebywania między obcokrajowcami i w innej rzeczywistości. Jednak przyzwyczajony do Anglii tutaj czuję, że wiem co i jak. Oba miejsca są ważne, bo oba odegrały znaczącą rolę w życiu. Nie trzeba dzielić serca na dwoje, ani decydować co jest lepsze. Wszędzie tam, gdzie widzimy jakąś wartość dla siebie jest dobrze. Niezależnie od opinii innych ludzi, obecnego systemu czy pogody:) Pozdrawiam !
  • Domi123 miesiąc temu
    Dzięki za wylewny komentarz ;) Ja też wytrzeźwiałam na emigracji, skoro już się tak sobie zwierzamy publicznie z okołoalkoholowych tematów. Na początku to była jeszcze taka huśtawka spora, przez rok odstawiałam, piłam, znów odstawiałam i znowu piłam. Teraz mam trudniejszy okres, trochę problemów ze sobą znowu i jestem sobie wdzięczna jak nigdy za tę trzeźwość. Bo gdybym do tego, jak się teraz czuję dodała alkohol, to już kaplica, dramat i mogiła. Więc trzymam się, czego i Tobie życzę!
  • Szpilka miesiąc temu
    Osądzanie to chyba nasza cecha narodowa, ja np. w polskim sklepie mam problem z mówieniem po polsku, nie, nie zapomniałam ojczystego, ale od wielu lat się nim nie posługuję, jedynie piszę dużo, a to nie to samo, niestety. Teraz mnie pewnie ziomale 'zjedzą' za to, ale to nie moja wina, odkąd zmarli rodzice, kontakty rodzinne się rozluźniły, bliscy znajomi wykruszyli, bo nie podołałam ich oczekiwaniom, czyli odmówiłam zrywania banknotów z drzew, bo tu gdzie jestem, rosną na drzewach, a ja taka leniwa i chytra ¬‿¬

    Domi, jak zwykle bardzo ciekawie wyłuszczyłaś swoje racje ¬‿¬
  • Domi123 miesiąc temu
    Dziękuję😘. A gdzie mieszkasz, Szpilka?
  • Szpilka miesiąc temu
    Domi123

    W Alemanii ¬‿¬

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania