O tym, co przeczytałem ostatnio w starym dzienniku – 1985
Wyszliśmy w plener, poza horyzont codzienności. W cieniu drzew i krzewów kryła się cała poziomkowa brać, a bezpańskie pszczoły zbijały się w chmurne, pulsujące kominy.
Nad opolską wsią wiła się droga – kurz, czereśnie, śmiech. My, dzieci Słodkopolski, nazwaliśmy ją Szmaragdową, na pamiątkę bajki o Szmaragdowym Grodzie. Nie wiedzieliśmy, dokąd prowadzi. Chcieliśmy wierzyć, że tam, daleko, na antypodach naszego grajdołka, czeka coś nie z tego świata. Że wydarzy się magia.
Za jednym wzniesieniem było drugie. Za drugim – następne. I jeszcze jedno. Szliśmy bez lęku, niemal pewni, że jesteśmy blisko celu.
Wtedy wybiła dwunasta. Głód okazał się silniejszy od mitu. Dom znaczył obiad. Znaczył powrót.
Lato się skończyło. Czereśnie zniknęły. Przemknął wrzesień, potem październik. Tęcza rozpłynęła się w szarości.
Szmaragdowa stała się zwykłym pagórkiem. Zniknęła we mgle wspomnień – takich, które już prawie nie bolą. Tylko czasem, bardzo cicho, jeszcze kłują.
Komentarze (2)
"I potem wakacje dobiegły nagle końca, a wraz z nimi przeminęło wspomnienie o pszczelej rójce. Skończył się czerwiec i przeszedł lipiec. Czereśni nigdzie już nie było. Nastał wrzesień, a potem październik. I skończył się okres burzowy, więc i tęczy nigdzie się nie widziało. A Szmaragdowy Gród stał się mało ważnym gródkiem, tak mało ważnym, że mógł ostatecznie rozpłynąć się we mgle niewyraźnych i na poły realnych wspomnień. Boże, jakież to do bólu banalne wszystko! Życie!".
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania