O tym, jak poznałem Montserrat Caballé, żywą historię, i o tym, jak teraz ocieram się o... historię
Pracuję w Amazonie. Układam towar na półkach. Najpierw go skanuję, potem rozkładam. Dziesięć godzin. System zmianowy. Nocki, poranki, popołudnia — wszystko jedno. Człowiek po pewnym czasie przestaje rozróżniać dni tygodnia. Zostaje tylko zegar, skaner i kolejne pudełka.
Bip. Półka. Bip. Półka. Czasami myślę, że całe moje obecne życie składa się z takich dwóch dźwięków. Kiedyś było inaczej. Kiedyś mieszkałem w Barcelonie. Pracowałem w wyuczonym zawodzie. Miałem muzykę, ludzi, rozmowy do późna, koncerty, próby i to dziwne uczucie, że człowiek znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien. Nie wiedziałem jeszcze, że można z takiego życia nagle wypaść.
A przecież wystarczyło tak niewiele. Jedno spotkanie. Jedna rozmowa. Jedno wspomnienie.
– No chodź tu! – woła do mnie kolega. – Zapoznam cię z Montserrat Caballé.
Zatrzymuję się.
– Z kim?
Kumpel patrzy na mnie, jakby właśnie usłyszał największą głupotę świata.
– Z Montserrat Caballé. Jakie „aha”? Chodź!
Podchodzę niepewnie. I wtedy ją widzę. Montserrat Caballé. Żywą historię. Kobietę, której głos znał cały świat, nawet jeśli — czego za chwilę miałem się dowiedzieć — nie znałem go ja.
– Proszę pani – mówi kolega – to jest ten muzyk z Polski, o którym tyle pani opowiadałem. Wielki talent.
Caballé odwraca się w moją stronę i uśmiecha.
– O, jak miło pana poznać.
Wyciąga rękę. Podaję swoją.
– Mnie również.
I przez chwilę jest zupełnie normalnie. Dwoje ludzi podaje sobie ręce. Tylko że jedno z nich to Montserrat Caballé. A drugie — ja.
– Znasz na pewno Montserrat – mówi kumpel. Milczę. – No przecież musisz znać.
Milczę jeszcze bardziej. Caballé patrzy na mnie z rozbawieniem.
– Nie zna mnie pan? – pyta.
– No właśnie… – odpowiadam. – Nie znam pani, madame.
Zapada kłopotliwa cisza. Mój kolega zamiera. Mam wrażenie, że właśnie popełniłem towarzyskie samobójstwo.
– Przepraszam – dodaję szybko. – Lo siento mucho. Muchísimo.
Caballé zaczyna się śmiać. Nie obraża się. Przeciwnie, śmieje się tak, jakby usłyszała coś naprawdę zabawnego.
– Och, nic nie szkodzi. Teraz już się znamy. I to jest najważniejsze, prawda?
Patrzę na nią.
– Tak. To prawda.
– A pan jest muzykiem?
– Tak.
– Jakim?
– Komponuję. Gram.
– Na czym?
Mówię jej. Słucha uważnie.
– I lubi pan to?
Zastanawiam się chwilę.
– Bardzo.
– To dobrze.
– Dlaczego?
Caballé wzrusza ramionami.
– Bo jeżeli człowiek nie lubi muzyki, to muzyka też go nie polubi.
Nie wiem, czy to żart, czy filozofia. Może jedno i drugie. Kumpel próbuje ratować sytuację.
– Montserrat śpiewała z takimi sławami jak Freddie Mercury…
Caballé spogląda na niego z lekkim uśmiechem.
– Tak, Freddie był bardzo miłym człowiekiem.
– …i Bruce Dickinson – dodaje kolega.
– Oczywiście – odpowiada Caballé. – Ale proszę pana…
Patrzy na mnie.
– Nie trzeba znać wszystkich nazwisk.
– Właśnie – mówię z ulgą.
– Trzeba tylko wiedzieć, dlaczego się śpiewa.
To zdanie zapamiętałem. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że wtedy jeszcze wierzyłem, iż będę miał kiedyś czas, żeby się nad nim zastanowić.
– A dlaczego pan komponuje? – pyta.
Tym razem odpowiadam bez namysłu:
– Żeby ludzie byli szczęśliwsi.
Caballé przez chwilę nic nie mówi. Potem kiwa głową.
– To bardzo dobry powód.
– Chciałbym kiedyś napisać coś, co ludzie będą pamiętali.
– Niech pan nie pisze po to, by pamiętali.
– A po co?
– Żeby poczuli.
To było wszystko. Kilka zdań. Kilka minut. Może nawet mniej. A jednak z jakiegoś powodu pamiętam je do dzisiaj.
Kiedy odchodzę, kumpel dogania mnie.
– Ty jesteś niemożliwy.
– Co?
– „Nie znam pani, madame”!
– Przecież nie znałem.
– To była Montserrat Caballé!
– No wiem.
– Jedna z największych śpiewaczek na świecie!
– Teraz już wiem.
– Freddie Mercury!
– Tak.
– Bruce Dickinson!
– Tak.
– A ty nic.
– Co miałem powiedzieć?
Kumpel patrzy na mnie z niedowierzaniem.
– Cokolwiek.
– Powiedziałem prawdę.
Kręci głową.
– Ty kiedyś umrzesz przez tę swoją szczerość.
Może miał rację.
Dzisiaj jestem korpoludkiem. Haruję na nocki w Amazonie. Układam, stowuję, pickuję, magazynuję. Słowa, których kiedyś nie znałem, znam teraz doskonale. Skanuję. Przenoszę. Odkładam. Następne pudełko. Następna półka. Następna godzina.
Tylko to mi pozostało. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.
Czasami jednak, kiedy noc jest wyjątkowo długa, a hala robi się prawie zupełnie cicha, przypominam sobie Barcelonę. Przypominam sobie ludzi. Muzykę. I ją — Montserrat Caballé. Kobietę, która była już wtedy historią.
A ja? Ja byłem młodym muzykiem, który jeszcze nie wiedział, że jego własna historia właśnie się kończy. Albo że dopiero się zaczyna.
Bo przecież nie wszystko w życiu układa się tak, jakbyśmy chcieli. Chciałem tylko dawać ludziom radość. Nieść jasne światło muzycznego oświecenia. Chciałem grać. Chciałem komponować. I niczego więcej nie potrzebowałem.
A teraz? Teraz układam rzeczy na półkach.
Bip. Półka. Bip. Półka.
Czasami myślę, że to też jest jakaś forma komponowania. Tylko zamiast dźwięków mam pudełka. Zamiast partytury — skaner. Zamiast publiczności — nocną zmianę.
I może właśnie dlatego wciąż mam w głowie tamte słowa: „Niech pan nie pisze po to, żeby pamiętali. Żeby poczuli”.
Nie wiem, czy Montserrat naprawdę powiedziała je dokładnie w ten sposób. Po tylu latach pamięć zmienia przecież słowa. Ale sens został.
I kiedy czasem odkładam kolejne pudełko na półkę, myślę sobie, że może jeszcze nie wszystko stracone. Może człowiek może przez całe życie ocierać się o historię i nawet tego nie zauważać.
Ja otarłem się o nią w Barcelonie.
A teraz?
Teraz każdego dnia ocieram się o nią ponownie.
Tyle że tym razem historia przychodzi w kartonowych pudłach.
I ma kod kreskowy.
Komentarze (5)
Niby to żart, niby anegdotka, a mimo wszystko nic wesołego. Ot, życie samo! Zachęcam do lektury.
Mistrzu aranżacji, trzeba wierzyć, że jutro będzie lepiej, a przede wszystkim inaczej. Sporo ironii w tym tekście, ale takie życie.
Powodzenia!
No widzisz, Drogo Bożenko Joanno, trzeba wierzyć i niczego w życiu nie żałować. Co ma być, to będzie. I tak jest więcej pytań w zw. z niepewną przyszłością, aniżeli odpowiedzi. Do roku 2030 pewne ZAWODY znikną bezpowrotnie, byleby człowiek nie doznał ZAWODU. :)
Kiedyś to było... Fajna miniaturka, nawet jeśli wydaje się być nieco wyrwana z kontekstu.
:) Thx, PB!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania