Obfitość

- Ja już tam nie pójdę!

- Nie podnoś głosu, co się z tobą dzieje?

- Nie dam rady po prostu, ona już nawet nie płacze, tylko wyje jak zwierzę. Nie wytrzymam tego.

- Usiądź proszę. Porozmawiajmy.

- O czym tu gadać? To jest barbarzyństwo.

- Nie- to szanowanie czyjegoś wyboru.

- Nieludzkie. Jak możecie patrzeć na jej cierpienie?

- Sama zdecydowała. Tak postanowiła, z wszystkimi konsekwencjami jakie się z tym wiążą.

- Nie jestem pewna, czy była tego świadoma, nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie, jak to jest umierać z głodu. A co, jeśli ona też tego nie wiedziała? Ile będziemy czekać aż zmieni zdanie?

- A dlaczego miałaby zmienić decyzję?

- Bo cierpi, przecież co do tego chyba nawet ty nie masz wątpliwości, prawda?

- Owszem, ale ból to tylko pochodna całego procesu, na który się zdecydowała. Poza tym nie sądze, żeby cierpiała bardziej niż dotychczas. Od dziesięciu lat jest w ośrodku, nie chodzi, nie widzi, nie jest w stanie mówić. Każdy dotyk sprawia jej ból- jak tylko zaleczymy odleżyny w jednym miejscu, odrazu pojawiają się w następnym. Nie jest w stanie nic zrobić samodzielnie. Nic dzięki czemu ludzie czują, że różnią się od zwierząt. Jedyne co mogła zrobić to podjąć decyzje, że przestanie jeść- nawet nie jeść, bo tego też samodzielnie nie robiła-przełykać jedzenie.

- No ale mimo wszystko, życie jest najważniejsze. Może przecież zdarzyć się cud. Wiem, że może teraz głupio to brzmi, albo może siłą woli spowodować, że choroba się cofnie. Boże przecież, w końcu jest tutaj w domu pomocy, gdzie przecież opiekujemy się ludźmi. Nie można tak po prostu stać i patrzeć, jak ktoś umiera z głodu! Podam was wszystkich do sądu. Albo ją nakarmię albo niech sąd karze karmić ją pozajelitowo- cokolwiek- nie zniosę dłużej tej bezczynności!

- Ale na tym polega nasza praca- na opiece a nie narzucaniu naszej woli. Tak się burzysz, ale przecież ciągle mówisz o sobie- „nie mogę patrzeć”, „nie wytrzymam” - rozumiem, ale do cholery to nie o ciebie chodzi. Życie nie jest najważniejsze, przynajmniej nie dla niej i co z tego? Czemu nie ma mieć prawa, by decydować, że właśnie nastąpił moment, w którym ma go dość.

- Bo może nie jest pewna, bo życie może zaskakiwać. Bo nie można ot tak po prostu zdecydować sobie, że skoro jest ciężko to zrezygnuję. Przecież jeszcze tydzień temu była taka wesoła, pamiętasz, jak przyszła jej siostra? Oglądały zdjęcia, uśmiechała się, wszyscy to zauważyli. I co nagle przestała odczuwać chęć życia? Gdyby jeszcze była sama, ale przecież ma kochającą rodzinę.

- Która odwiedza ją kilka razy w tygodniu- przez godzinę czasem dwie. A potem zostaje sama. Przestań- uważasz, że powinna żyć, żeby nie robić przykrości rodzinie?

- No to też jest przecież jakiś powód.

- Jasne dla ciebie. Słyszysz, co ty w ogóle mówisz? Ktoś ma żyć, żeby nie narażać rodziny na dyskomfort utraty kogoś bliskiego. To przecież głupie.

- Może tak, ale to takie abstrakcyjne- patrzeć, jak ktoś umiera. Nie wiem, mam się cieszyć, przekonywać, płakać. Nie wiem, jak się zachować.

- Eutanazja byłaby szybsza, wtedy nie trzeba by było się temu przyglądać tyle czasu.

- A ile w ogóle to może potrwać?

- Trudno powiedzieć- tydzień może miesiąc. Jest już bardzo osłabiona, przyplątała się też infekcja nerek. Zobaczymy.

- Tak dziwnie o tym mówisz, bez emocji.

- Pracuję w tym zawodzie dwadzieścia pięć lat. Średnio pięć sześć razy w roku przeprowadzą taką rozmowę, z takimi ludźmi jak ty- misjonarzami, wykonującymi swoją pracę z powołania. Tyle, że do cholery my nie jesteśmy zakonnicami, tylko opiekunami. Ludźmi, którzy wspierają innych w ich wyborach, a nie podejmują te wybory za nich. Czasami chce mi się wrzeszczeć a czasami płakać. Bo wszyscy dyskutują oprócz tych najbardziej zainteresowanych. Co daję ci prawo, żeby mówić komuś, że ma żyć? Jesteś mądrzejsza, masz bezpośredni kontakt z Bogiem albo z jakąś siłą wyższą? Siedzisz w głowie tego człowieka albo w jego sercu? Ktoś może chcieć umrzeć, bo zdechł mu kot. I nikt nie ma prawa mu w tym przeszkadzać. Nie chodzi o to, że ja to wiem, bo napatrzyłam się przez te lata na cierpienie, nawet takie, którego nie widać – bo było głęboko ukryte przed światem- chodzi o to, że życie czasami jest nic nie warte, kiedy nie ma w nim wolności.

- A co, jeśli mówisz tak, bo właśnie przechodzisz wypalenie zawodowe? Co, jeśli źle zinterpretowaliście jej mrugnięcia- przecież ona nie mówi? Wolność jest ważna, ale trzeba żyć by z niej korzystać.

- To co widzimy się sądzie?

- Jutro złożę doniesienie w prokuraturze.

- Boże Błogosław Królową- wiesz, że jesteśmy w Anglii?

- Kurwa zapomniałam.

Muskają mnie słowa płynące z gabinetu dyrektorki. Znowu to samo – naiwny, nowy pracownik. Zabawne jak ludzie szybko leczą się z empatii. Jak błędnie ją rozumieją. Starają się ogarniać ją rozumem – coś co jest z nim przecież sprzeczne. ta udręczona mina, kiedy wchodzi do mojego pokoju, chowana nieudolnie pod przesympatycznym uśmiechem. A ja wiem, że i ona chcę abym w końcu umarła – bo jak długo można znosić czyjeś cierpienie? W końcu odbija się to na psychice. No tak, ale moja psychika jest też poobijana.

Niech myśli popłyną. Na dziś już nie planuję żadnych działań. Dziękuję ci mamo za życie. Za tamtą walkę i dzisiejsze rozczarowanie. Poraz kolejny wstrzymuję oddech, to jedyne co mogę zrobić samodzielnie. Nie wiem nawet czy myślę, nie wiem czym są te słowa. Odkąd moje oczy nie widzą, uszy widzą wszystko, nawet myśli. Zabawne jak dziwnie wygląda myśl. Czasami jest wiązką światła, którą czuję w samym środku brzucha a czasami drobinkami kurzy unoszącymi się we wspomnieniach.

Gadam nieustannie -wszystkim co jest we mnie- wątrobą, żołądkiem, nerkami. Wszystkim co po kolei we mnie umiera- tak mówią. Nie zwracam uwagi na nich, tylko na kolejne śmierci w moim wnętrzu. Wsysające, przekrzywiające sens wrzaski kończącego się życia. Mało wzruszające dla przeciętnie myślącego człowieka. Denerwująca obecność. Ile czasu jesteś w stanie znieść, patrząc na gasnące życie, bez szepczącej prośby by ktoś cię w tym wyręczył albo by nastał koniec? Bohaterem jest się tylko przez ułamek sekundy, dopóki mózg nie przefiltruje danych. Potem to tylko starannie ukrywana udręka. Mam się wstydzić, że ich do tego zmuszam- do przyglądania się mi w moich ostatnich chwilach? Zdradzę wam coś – mam to w dupie.

Nie jem od tygodnia. Teoretycznie powinnam już umierać -tyle, że ja umieram od zawsze. Nic w bólu nie stanowi dla mnie nowości. Choć boli- kurewsko boli. Stan się pogarsza – tak mówią, a ja mam cudowne halucynacje – jestem na plaży, mam pięć lat, potem dorastam, potem się z nim kocham – boli, ale wtedy nie wiedziałam, że wszystko boli.

Zastanawiam się czy się boję. Bardzo się boję - nie wiem tylko czego, bo na pewno nie śmierci. Ból też nie wywołuje u mnie lęku, raczej zmęczenie – kocham swoje ciało za to, że nie ma już woli walki.

Jednak się boję – jedyne uczucie, które we mnie istnieje. Ale lęk nie jest uczuciem jest stanem i to w dodatku sprezentowanym przez innych. Śmieszne, że wybierając śmierć, decyduję się także na lęk. Jakby jedno z drugim musiało mieć coś wspólnego.

Myślisz, że to ja piszę? Otóż – nie. Ktoś postanowił, że moje życie będzie niezłą opowieścią. Może uda się zadebiutować. Może ktoś dostrzeże talent. Ja nie piszę, bo mnie nie ma. Od dziesięciu lat leże przykuta do łóżka, nie mam mięśni, nie widzę i nie słyszę- mam odleżyny. Nie potrafię umrzeć już przez dziesięć lat i nawet teraz, kiedy nie chcę już jeść – dalej boję się śmierci. Nie mam żadnych filozoficznych przemyśleń na temat kruchości życia – ja kurwa ciągle cierpię. Nie tak romantycznie duchowo, ale brutalnie- fizycznie. Jak na ironię, odkąd nie jem ciągle mam biegunkę. Mdleję z bólu, otwarte rany umazane kupą palą żywym ogniem. Lubię mdleć - lubię ten moment utraty świadomości i przełączenia się na tryb czuwania – ból nie mdleje, ale mózg daje kilka sekund wytchnienia.

Przyjdź do mnie i powiedz, że życie jest największą wartością. Delikatnie zmieniając mi pieluchę, uważaj na resztki ciała, które się do niej przykleiły – i powiedz mi, że życie jest najważniejsze, jeśli dalej masz odwagę to zrobić.

Całe to umieranie nie jest niczym więcej niż wypróżnianie i oddychanie. Taki kawałek życie bez szczególnego znaczenia. Nie wiem czemu ludzie robią z tego taką wielką sprawę. Chociaż zaczynam rozumieć. Nigdy nie chodzi o tego co umiera- chodzi tylko o własne lęki. Tak naprawdę nikogo nie interesuje, że cierpię, interesuje ich, że oni cierpią przeze mnie. Bo inaczej się nie da. Nie da się wejść w innego człowieka i poczuć jego uczucia. Dlatego śmierć wywołuje wstyd i irytację- słyszałam kiedyś jak któraś z opiekunek skarżyła się do mojej matki, że przeze mnie trudno zorganizować zabawę w świetlicy, bo ciągle płaczę. Mama próbowała mi wytłumaczyć, żebym tego nie robiła, bo psuję zabawę innym, a oni są tacy dobrzy dla mnie. Kochana mamo, dlaczego nie wiesz, że ja nie jestem w stanie zapanować nad płaczem podobnie jak nie panuję nad robieniem kupy? Moje emocje to moje ciało – to takie oczywiste.

Każdy mój dzień to część ich zawodowej rutyny. Rano – choć dla mnie to nie ma najmniejszego znaczenia – zaczyna się od przygotowywania pacjentów do śniadania. Większość zostaje w łóżkach. Pomagają im usiąść, poprawiają pościel – zagadują by sprawdzić nastrój. Nie lubię tych momentów – tego podciągania na łóżku. Wiem, że kiedy tylko mnie dotkną, zaleje mnie fala bólu, który już nie minie do końca dnia, do końca wszystkiego. Potem przywożą śniadanie – odkąd zdecydowałam, że nie będę jadła, każdy opiekun stara się mnie namówić, bym chociaż troszeczkę połknęła. Chyba ze sobą rywalizują, komu się uda mnie do tego namówić – niestety ja ciągle odmawiam. Czuję ich rozczarowanie i frustrację. Szczególnie u tych nowych, dla których byłoby to dowodem słuszności dyrekcji, że ich zatrudnili. Przykro mi, wykazujcie się u innych.

Po śniadaniu, następuje najbardziej bolesny czas dla wszystkich- mycie, ubieranie, przenoszenie na wózki. Ostatnio codziennie transportują mnie na wózek – ze względu na odleżyny. Trzymają mnie na nim parę godzin – nie kojarzę tych godzin- ból mi na to nie pozwala. Kiedy przychodzi mama, a ja siedzę na wózku, wydaje jej się, że czuję się lepiej, ponieważ czasem nawet nie mam siły płakać.

Obiad przywożą o trzynastej – o tej godzinie większość pacjentów jest już wyczerpana. Pozycja siedząca od kilku lat, dla niektórych nie jest już naturalna. Dla mnie też nie. Muszę tylko przeczekać kolejne perswazje dotyczące jedzenia i odwiozą mnie do pokoju. Po co w ogóle mnie z niego wywożą? Teraz na nowo szarpanina. Trzeba mnie przenieść na łóżko – używają do tego specjalnej płachty, którą muszą podłożyć pod moje ciało i ręcznej odmiany dźwigu- to taki sprzęt ułatwiający transport sparaliżowanych osób. Ma bardzo prostą konstrukcję- podstawę stanowią dwie nogi na kółkach dzięki czemu sprzęt jest mobilny. Osobę podnosi się do góry za pomocą wyciągnika do którego podwiesza się pacjenta. Siedzę na wózku, więc trzeba mnie trochę podnieść, a każdy ich dotyk to drażnienie moich neuronów, które nie mają izolacji. Wrzeszczę, ale niczego to nie zmienia. Kiedy już podłożą płachtę, zawieszają jej końcówki na dźwigu. I unoszą mnie do góry. W pokoju jest wykładzina a bezwiedne ciało, takie jak moje wydaje się dwa razy cięższe. Zazwyczaj są dwie osoby- jedna podtrzymuje mi głowę, druga stara się nakierować ramię dźwigu nad łóżko. Trzeba się przy tym nieźle naszarpać, ponieważ wykładzina utrudnia manewrowanie.

Potem jeszcze tylko trzeba wyciągnąć spode mnie płachtę, zmienić mi pampersa i mamy spokój na dwie godziny, do kolejnej zmiany pozycji.

W tym czasie przychodzą też rodziny, czasem znajomi – choć to pochorobowi znajomi – rzadko ludzie z przeszłości. Robi się zamieszanie. Robi się głośno. Sztuczne uśmiechy i prawdziwa miłość, plączą się ze sobą. Godzina, czasem dwie i otchłań samotności.

Czuję, że się zbliżają – od pewnego czasu przychodzą w dwójkę. Najpierw mnie poją- kawa, czasem herbata- piję choć to też zaczyna sprawiać mi ból i przedłuża umieranie. Chyba wkrótce i z tego zrezygnuję. Zmiana pozycji – coś co normalnie dla każdego jest dość odruchowe u mnie przeradza się w prawdziwy koszmar. Moje ciało nie współpracuje, jest sztywne i spazmatyczne. Ręce od jakiegoś czasu mam splecione na piersiach. Dłonie zaciśnięte. Wkładają mi w nie piłeczki by palce miały oparcie, boli mniej. Nogi bezwładne. Głowa od pięciu lat zwisa mi w lewą stronę- pod wpływem jej ciężaru szyja się wydłużyła i wygląda jak łodyga dojrzałego słonecznika. Nie można jej wyprostować.

Leżę na plecach. Teraz pora przekręcić mnie na prawy bok. Nie lubię tej pozycji. Wrzeszcze, choć i tak to zrobią. I znowu szarpanina. Najpierw trzeba podłożyć prześcieradło poślizgowe. Obrót w prawo, podłożenie prześcieradła, przy jednoczesnym podtrzymywani głowy, obrót w lewo – przeciągnięcie prześcieradła pod plecami- odkrycie odleżyn- więc akcja wstrzymana. Teraz będą mnie tak podtrzymywać, dopóki nie przyjdzie pielęgniarka- muszą zrobić zdjęcia by udokumentować zmiany- potem nałożą mi maść o ile rana nie okaże się zbyt głęboka- na tym etapie u mnie widać już kości- często nawet starzy opiekunowie nie wytrzymują tego widoku – wyczuwam w nich obrzydzenie.

Po zabiegach zabezpieczających ranę, przesuwają mnie do lewej krawędzi łóżka, stabilizują poduszkami. Dodatkowo wciskają mi poduszkę między kolana. Wymaga to od nich nie lada siły- moje nogi zachowują się tak jakby były zrośnięte.

Zmiana pozycji zajmuję około dwudziestu minut. po czym, w związku z tym, że tak mną szarpali, muszą mnie jeszcze przebrać. Kolejne wrzaski.

Kiedyś mi się udało. Tylko raz. Od tamtej pory ciągle na to czekam. Tęsknię za możliwością wyjścia z tej palącej bryły, którym stało się moje ciało. Staram się odnaleźć ten moment, który spowodował, że to coś we mnie po prostu ze mnie wyszło i poszło z nią na zewnątrz. Najpierw wstało z łóżka, przeszło przez pokój, wyszło przez drzwi. Szło korytarzem, zeszło po schodach i wyszło na dwór. Nie czułam strachu ani zimna, nie czułam radości – jedynie spokój. W pamięci utkwiły mi auta stojące na parkingu i wąska asfaltowa droga. Szłam poboczem, choć to chyba nie miało znaczenia. Potem wsiadłam do autobusu. Nie czułam zapachu ludzi siedzących obok – i to mnie zaskoczyło.

Potknęłam się wysiadając z autobusy, wtedy to poczułam – drżenie serce i strach pomieszany ze złością. Rytmiczne oddechy szumiały we mnie. Szłam dalej. Pamiętam słońce mrużące mi oczy.

Potem znowu jakiś budynek, biegający ludzie wokół – i koniec. Krew, wrzaski i ból odcinanej pępowiny.

Każda kolejna godzina pochłania mnie coraz bardziej. Wpadam w czas niczym w duszę. Nie pragnę pamięci, tego co było. Przez pierwsze lata może i tęskniłam, wrzeszczałam, byłam tak wściekła, że aż bolało – wszystko boli. Śmieję się z tego dzisiaj, nie to nie jest akceptacja, nawet nie rezygnacja – to otchłań niczego. Trwam w niczym. Nie mam już przemyśleń na temat kruchości życia- wręcz przeciwnie, ono wcale nie jest kruche. Uczepia się człowieka wbrew jego woli. Spójrz na mnie- przecież ja chcę umrzeć, przecież umieram całe moje życie.

Kiedy przyzwyczajasz się do śmierci od dziecka, staje się ona nieodłącznym elementem każdego dnia. Bawiłam się w umieranie, kiedy miałam sześć lat. Moje koleżanki najpierw zaintrygowane i chętne, szybko się zniechęcały – nikt nie lubi leżeć bez ruchy w dziurze w ziemii. To była moja ulubiona zabawa. Na końcu ulicy, stały ruiny wyburzanego od lat domu. Dumne zgliszcza, minionego życia.

Zakradałyśmy się tam, było fajnie, znajdować elementy przeszłego życia rodzinnego, które toczyło się kiedyś w tym domu. Stare naczynia, jakieś nieważne-ważne dokumenty. Lalki z urwanymi rękami, które można było opatrywać. Dla mnie jednak najbardziej pociągająca była wnęka po piwnicy. Można było do niej zejść po drabince z powyłamywanymi szczeblami. Nic innego nie można było w niej robić – jedynie się położyć i zamknąć oczy. Spokój rozkładającego się życia, przywoływał mnie do miejsc, w których nigdy nie byłam, ludzi, których nie znałam. Nie byłam świadoma niczego, nawet tego, że te zgliszcza są mną.

Wszystko dzieje się jednocześnie. Twój pot na mojej twarzy, mrużone oczy od słońca. Tak to była miłość. Jest nadal, choć nie wiem, czy była kiedykolwiek bardziej niż teraz. Karmię miłość swoją śmiercią. Wszystko przeczy wszystkiemu, nicość zniewala niczym orgazm. Ile razy w życiu miałam orgazm – miliardy, miliony miliardów. Każdy oddech jest orgazmem, każdy ruch ciała drażni nerwy – to moje orgazmy.

Wiem dobrze, że niczego już nie zdołam sobie przypomnieć. Niczego nie wymyślę. Niczego nie dotknę. Moje myśli ty myślisz, zawłaszczasz sobie mnie, bo możesz, a ja nie mogę nawet się bronić. Przychodzisz codziennie, ja codziennie z tobą odchodzę. Ten fragment mnie, który postanawiasz ze sobą zabrać. Pokazać mi powietrze, deszcz i troskę. Codziennie te sama walka – tak myślisz, bo uważasz, że twoje życie jest pełniejsze. Może i jest. Może to co ja mam jest tylko majaczeniem twoich porażek. Wyobraź sobie, że jesteś kwiatem, albo drzewem, albo cieniem drzewa. Wyobraź sobie, że jesteś mną. Wyobraź sobie, że jesteś sobą. Czekasz na koniec, który nigdy nie nastąpi, zachłystujesz się własną krwią – jak przyjemnie jest żyć po twojemu, a wszyscy inni już i tak nie żyją. Boisz się, kiedy przez ułamek sekundy dociera do ciebie świadomość, że już na zawsze będę tobą. Jakimś drobnym atomem, który przyczepił się do twoich. Zobacz jak pięknie ze sobą tańczą. Nie możesz nic zrobić, nie strząśniesz mnie z siebie. Na zawsze zostanę w tobie. Czuję, że odruchowo zamykasz ciało. Odruchowo chowasz cudowność swoich uczuć – nie chcesz mnie w sobie. Wiesz co ja też nie chce siebie w sobie.

Myślisz, że kiedy przestaniesz czytać ja zniknę – myślisz, że to dzieje się naprawdę?

Cokolwiek zostało powiedziane, zawisło w powietrzu na wieki. Nie ma znaczenia, czy słyszysz słowa, których nie mówię. Zanurzam się już na zawsze w niczym. Nie myślę myśli, potrafię je tylko czasem dostrzec. Odkąd przestałam być sobą i stałam się milionem oderwanych atomów, czuję każdym, kogo spotykam i czuję bólem a ból jest litościwy i pozwala mi nie czuć

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania