Obiecuję że Cię ochronię.
Promyki słońca wpadły przez okno i oświetliły poddasze. Rozbudzona jasnością Martyna usiadła na łóżku i przeciągnęła się leniwie. Po chwili wstała i rozejrzała się po pokoju. Posłanie jej brata było puste. Westchnęła z irytacją i ruszyła w kierunku półpiętra.
Jej oczom ukazała się owinięta kocem sylwetka. Na parapecie siedział brat, który z opartym o szybę czołem spał w najlepsze. Pod luźno zwisającą ręką walała się na wpół otwarta książka.
Martyna przetarła powieki z westchnieniem, następnie złapała nierozsądnego brata za ramię i potrząsnęła nim. Ten tylko westchnął przez sen i pochylił głowę bardziej.
Zirytowana siostra podniosła książkę i posłała ją po podłodze na drugi koniec pokoju, następnie złapała go za ramię i silnie pociągnęła zwalając go z parapetu.
Brat jęknął i usiadł masując głowę.
-Musiałaś mną tak rzucać?- Spojrzał na nią z wyrzutem.
-Bogdanie Marku! Dziś jest egzamin wstępny! Co Ci strzeliło do głowy, by czytać do późna w tak ważny dzień! - odpowiedziała Martyna obracając się na pięcie i idąc w stronę prowizorycznej kuchni.
-Martyno Anno, ale to nie jest powód by rzucać własnym bratem. - Bogdan wstał i przeciągnął się nie patrząc na siostrę.
Rozejrzał się i zobaczył książkę na drugim końcu pokoju.
-No wiesz? Żeby tak nie szanować literatury? Jak Ty przetrwasz w szkole. - rzucił.
Ruszył w kierunku kompendium, ale Martyna to dostrzegła i zgarnęła księgę z podłogi.
-"Potwory i ich słabości". - przeczytała i westchnęła - Dobrze, że przynajmniej raz czytasz coś wartościowego. - otworzyła książkę i natknęła się na wyrwaną stronę. - Z którego śmietnika tym razem brałeś? - spytała odkładając ją na półkę.
-No wiesz! - żachnął się brat - Moje oszczędności ledwo starczyły na kupienie jej na wyprzedaży!
-Czyli przynajmniej tym razem nie wydałeś na jakąś powieść o bohaterze. - sarknęła siostra.
Narzuciła na siebie prosta pelerynę i ruszyła w kierunku drzwi.
-Śniadanie masz na blacie, nie zapomnij zjeść go przed wyjściem. -rzuciła przez ramię.
-A co z Tobą?
-Już jadłam.
Martyną zamknęła za sobą drzwi i ruszyła po schodach. Dźwięki jej kroków przerywało jedynie burczenie w brzuchu. Nagle poczuła się osłabiona. Upadła na kolana i oparła o balustradę.
-Dobrze, że teraz a nie przy nim. - westchnęła, po czym powoli wstała na nogi. Przeszła przez drzwi i zobaczyła pana Darka. Ten obrócił się do niej z uśmiechem.
-Więc dziś dzień egzaminów? - Spytał i obrócił się do stojącego pod ścianą stosu paczek.
-Już je wstępnie rozsortowałem, młodego czeka zaniesienie ich do odbiorców.
Podniósł pakiet kopert i wręczył je Martynie do ręki.
-Te adresy są po drodze. Dostarcz je proszę jeszcze przed egzaminem.
-Dobrze. - odpowiedziała łagodnie Martyna.
Pan Darek spojrzał na jej rękę a potem na nią badawczo.
-Czy ty coś dzisiaj w ogóle jadłaś? - spytał z niepokojem.
-Tak, proszę się nie martwić. - skłamała Martyna, szybko chowając rękę za plecami.
-Słuchaj,- westchnął Pan Darek - wiem, że płacę niewiele, ale w tej dzielnicy nie ma dostatecznie dużo ludzi chcących wysyłać cokolwiek.
-Nie nie! - odpowiedziała spłoszona Martyna - Już Pan wiele zrobił! Po zaginięciu mamy dał nam Pan dach nad głową i pracę. Nie moglibyśmy prosić o więcej.
Pan Darek spojrzał na nią ponuro po czym westchnął.
-No dobrze. -rzekł, a następnie spojrzał na drzwi za jej plecami - A młody jeszcze nie wstał?
-Wstał, ale z premedytacją kazałam mu przyjść później ode mnie. - spojrzała na niego zdecydowanie - Podczas poprzednich podejść zauważyłam, że rozdzielali rodzeństwa między salami. Jeśli Bogdan przyjdzie później to może trafimy do tej samej.
Pan Darek spojrzał przez ramię na stertę paczek.
-Dobrze. To zanim zejdzie rozsortuję kilka dla niego do dostarczenia. Będzie musiał je zanieść po egzaminie. - spojrzał na nią z ukosa. - Które to już jest Twoje podejście, czwarte? Jesteś pewna, że nie zaczęli czegoś podejrzewać?
Martyna pokręciła głową zdecydowanie.
-Istotnym kryterium jest czytelność pisma. Jeśli trzeba zgadywać co jest napisane to oblewają bez czytania.
Pan Darek pokręcił głową z niedowierzaniem.
-Oby twój spryt nie przekreślił wam drogi do Akademi.
Martyna ruszyła w stronę wyjścia.
-Napewno dostaniemy się razem rzuciła zdecydowanie chowając listy do torby.
-Czekaj chwilę. - dobiegł ją głos Pana Darka gdy sięgnęła do klamki.
Obróciła się do niego spoglądając pytająco. Ten wsadził jej do ręki kromkę chleba.
-Zanim dojdziesz ta kromka ma być zjedzona, rozumiesz? - spojrzał na nią ponuro.
-Rozumiem. - spojrzała na niego spokojnie.
Wyszła i gdy przeszła za próg wyjęła chusteczkę, spakowała w nią kromkę i delikatnie wsadziła do torby.
-Przepraszam Panie Darku, ale mojemu bratu bardziej się przyda.
Wyjęła pakiet kopert i spojrzała po adresach.
-Dobrze, tą dostarczę najpierw, następna będzie ta, tą zostawię na koniec, a tą zostawię na po egzaminie. - trzymając pierwszą kopertę w ręce resztę schowała do torby i ruszyła chodnikiem przed siebie.
* * *
Gdy Martyna zamknęła za sobą drzwi na poddasze Bogdan policzył do dziesięciu, następnie wstał i podszedł do blatu. Spakował przygotowane przez siostrę śniadanie w chustkę i spakował do torby. Podniósł koc z podłogi i ułożył na swoim łóżku. Pościelił łóżko siostry. Po chwili namysłu zdjął z półki kompendium "Potwory i ich słabości" i dorzucił do torby. Zarzucił na siebie swoją pelerynę i ruszył schodami w dół. Gdy stanął przed drzwiami na dole odczekał, aż burczenie w brzuchu minie, następnie złapał klamkę i nacisnął.
-A Bogdan, dobrze że wstałeś. Martyna już wyruszyła. Te paczki są do dostarczenia… - Pan Darek zaczął, ale przerwał gdy spojrzał na Bogdana.
-Czy ty też nic dziś nie jadłeś?
-Czyli siostra znów pominęła śniadanie?- Bogdan spytał ponuro.
Pan Darek przykrył oczy dłonią.
-Wręczyłem jej przed wyjściem kromkę chleba.
Bogdan skrzyżował ramiona.
-Mogę się założyć, że wręczy mi ją przed egzaminem. - stwierdził ponuro. Spojrzał na dwa oddzielne stosy paczek.
-Który z nich mam dziś dostarczyć?- spytał.
Pan Darek spojrzał na jego torbę.
-Jesteś pewien, że dasz radę udźwignąć cokolwiek więcej?- spytał zaniepokojony.
-Tak. Które są pilne, a które mogą poczekać do wieczora?
Pan Darek wręczył mu kilka niewielkich paczek, następnie ruszył w kierunku pozostałych paczek.
-Mam nadzieję, że nie powiesz mi że planujesz je dostarczyć przed egzaminem? Jeśli teraz wyjdziesz to będziesz na styk. - rzucił przez ramię.
-Dobrze, to nie powiem.
Słysząc to Pan Darek gwałtownie obrócił się w kierunku Bogdana, by zobaczyć, jak drzwi na pocztę złączyły się z futryną. Został sam.
-Ten chłopak… - pokręcił głową z niedowierzaniem.
Bogdan skręcił w zaułek. Podskoczył, złapał się parapetu, podciągnął się, następnie skoczył w kierunku następnego. Po chwili był już na dachu kamienicy. Wyjął z torby wszystko i wywinął ją na lewą stronę. Zdjął z siebie płaszcz, owinął nim paczki i zawiniątko włożył torby. Sięgnął po zgarnięty w zaułku gałgan nijakiego koloru. Owinął nim głowę, następnie wstał i zarzucił torbę na plecy. Skacząc z dachu na dach ruszył w kierunku pobliskiego muru. Skoczył i złapał się wystającej z muru rękojeści. Podciągnął się i balansując na jednej nodze sięgnął ręką nad siebie i złapał za następną. Po kilku minutach wspinaczki wskoczył na wierzch muru.
-Stój!- dobiegł go rozkaz od strony pobliskiej wierzy. Nie zważając na biegnących strażników zeskoczył na dach w następnej dzielnicy i zanurkował w szczelinę między dachami. Stanął na parapecie poddasza. Zdjął gałgan i delikatnie zastukał w szybę. Po chwili ktoś otworzył okno i Bogdan sprawnie wskoczył do środka.
-Nie mogłeś zapukać do frontowych? Musiałeś znów skakać po murach? -sarknął właściciel ręki, która zamknęła okno.
-Tak było szybciej, poza tym o tej porze i tak i tak byłbyś tu nie na dole. - odpowiedział Bogdan z zawadiackim uśmiechem.
-Ty i twoje szaleństwo. - współrozmówca pokręcił głową. - Książka się przydała?
-Bardzo. Przynajmniej na tym froncie kupiłem siostrze trochę spokoju ducha. -stwierdził z samozadowoleniem odkładając "Potwory i ich słabości" na pobliski blat - Jak się mają nasze projekty?
-Względnie dobrze.
Bogdan dostał do ręki podejrzaną fiolkę. Odkorkował i powąchał.
-Uch. Pachnie gorzej niż poprzednio.
-Nie narzekaj. Podziękuj, że w ogóle się tym zająłem.
Bogdan podniósł fiolkę do ust i wypił jednym haustem i po chwili zadrżał z obrzydzenia.
-Więc, jedna porcja starczy na ile godzin bez jedzenia? 24?
-Ze wstępnych szacunków z trzy dni…?
Bogdan spojrzał ze zdumieniem na pustą fiolkę w dłoni.
-Aż trzy dni bez jedzenia? - spytał z niedowierzaniem.
-Chyba…
Słysząc to Bogdan spojrzał na alchemika z wyrzutem.
-E.-H. … - zaczął groźnie.
Słysząc to Edward Henryk spojrzał w lustro. Jego oczom ukazało się odbicie młodego mężczyzny, ledwo wkraczającego w dorosły wiek, lecz już wyraźnie zmęczonego życiem. Oklapnięte włosy i ukryte za okularami wory pod oczami potęgowały to wrażenie. Przetarł powieki ręką, po czym obrócił się w kierunku swojego znajomego.
-Ty z siostrą nie przetrwalibyście na tych racjach żywnościowych dnia. Wyraź wdzięczność choć raz.
Bogdan westchnął.
-Dobra, dzięki wielkie za twoją pracę. - rzucił bez przekonania, po czym zmienił temat - Jak z bronią poszło?
Edward sięgnął pod ladę i wyciągnął pochwę z wystającą rękojeścią.
-Miecze zwykle nie są jednorazowe, wiesz? - stwierdził z wyrzutem.
-Noszenie miecza przez niepełnoletnich musi być podparte dokumentem. Jeśli mnie zaczepią to połączą fakty. - stwierdził Bogdan biorąc pochwę do ręki. Trzymając ją jedną dłonią, drugą złapał za rękojeść i wyciągnął. Dokładnie przyjrzał się ostrzu, po czym wsunął je z powrotem.
-Prawdopodobnie dziś zdam egzamin i niebawem wyruszę z Siostrą do Stolicy, dlatego obecnie raczej mi się nie przyda. -stwierdził odkładając na pobliski stół. - A jak ze sztyletami?
Edward bez słowa wskazał za jego plecami. Bogdan obrócił się by spojrzeć za siebie.
-Acha. - stwierdził.
-Bierzesz wszystkie? - spytał Edward opierając się o blat stołu, krzyżując ramiona i unosząc jedną brew.
-Nie. - odpowiedział Bogdan przytraczając dwie pochwy do pasa. - Dasz radę wysłać miecz przesyłką?
Edward, który zdążył już opuścić brew ponownie ją podniósł.
-A jak wytłumaczysz niepełnoletniego w Akademii, który dostał miecz w przesyłce bez podparcia dokumentem?
-Siostra jest w wieku dorosłej pierwszego stopnia. To zwalnia ją z posiadania specjalnego zezwolenia. Po za tym, to będzie tylko drobny prezent od kochanego młodszego brata, który chciał pogratulować siostrze zdania egzaminu, ale jeszcze nie zna świata.
Edward spojrzał na niego badawczo.
-Czyli jesteś pewien, że po wejściu nie wybierzesz miecza?
-Tak. Siostra będzie rozczarowana, ale to niska cena za spokój.
Z dołu wybrzmiał dźwięk dzwonka. Bogdan otworzył okno i wyszedł na zewnętrzny parapet.
-Muszę powitać pierwszych klientów. Szkoda tylko że znów to miejsce zajmują okuci.- stwierdził E.-H. I zamknął okno. Bogdan odczekał aż sylwetka Edwarda zniknie na schodach, po czym po parapetach zeskoczył na ziemię.
Z za rogu dobiegł go głos strażników wykłucających się z jego znajomym. Korzystając ich rozproszonej uwagi wyjął z torby wszystkie przedmioty, szybkim ruchem wywrócił ją na prawa stronę, odwinął z peleryny paczki, które odłożył z zawiniątkiem do torby. Narzucił na siebie pelerynę, skręcił w przeciwległą ulicę i ruszył w kierunku adresu odbioru pierwszej paczki.
* * *
Martyną westchnęła znużona. Potwierdzenie tożsamości przy bramie zawsze zajmowało sporo czasu. Za każdym razem, gdy mieszkaniec biedniejszej dzielnicy udawał się do bogatszej, był spisywany w bramie przez strażników. Oficjalnie była to forma tworzenia prognoz ruchu między dzielnicami służącego do ustalenia pierwszeństwa remontu ulic, lecz w praktyce było to bliższe do tworzenia listy podejrzanych na wypadek, gdyby komuś z bogatszych coś zginęło. Pracując jako listonoszka wielokrotnie przechodziła przez bramy z listami, w efekcie często była zatrzymywana na dłuższe tłumaczenia na temat listów, czy napewno nie zawierają podejrzanej lub skradzionej zawartości.
Stanęła przy murze i przeciągnęła się.
"Ciekawe jak bratu udaje się zniwelować czas dostarczania paczek pomimo tylu bram w mieście."
Jej uwagę zwróciła grupa strażników, którzy wybiegli z bramy i rozbiegli się po dzielnicy, pukając do najbliższych drzwi.
Po chwili jedynym miejscem, gdzie jeszcze dobijał się ostatni strażnik, była apteka. Martyna sięgnęła do torby, wyjęła pierwszy list i westchnęła. Adresat był właścicielem tej apteki. Opierając się o mur usiadła i patrzyła jak do rozeźlonego strażnika dołączyli jego koledzy po fachu, którzy następnie wspólnymi siłami wyważyli drzwi.
"Mój napiwek prawdopodobnie pójdzie na naprawę drzwi" westchnęła w myślach oparłszy głowę na rękach słuchając szczątków kłótni właściciela ze strażą.
* * *
Komentarze (3)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania