Poprzednie częściObiecuję że Cię ochronię.

Obiecuję że Cię ochronię; cz 2

Bogdan przyjął zapłatę za dostarczenie ostatniej, w tej dzielnicy, przesyłki. Wyszedł na ulicę, spojrzał w stronę pobliskiego muru.

Chociaż Kopal było niewielkim miastem, to ponieważ było budowane już po podbiciu lokalnego terenu przez wojska Królowej Marceliny, która odkryła tutaj dwa złoża miedzi, to mieściło się między dwoma kopalniami. Ponieważ ich lokalizacja tak blisko miasta wiązała się z ryzykiem napaści potworów, to zgodnie z wolą wyznaczonego przez Nią szlachcica, było ono zbiorem niewielkich dzielnic oddzielonych od siebie grubymi, kamiennymi murami. Jedna dzielnica dzieliła z każdą sąsiadującą bramę oraz dwie wieże, ustawione tak, by z góry strażnik mógł ocenić sytuację we wszystkich czterech sąsiadujących. Dzięki tej konstrukcji, gdyby doszło do ataku, możliwe było stopniowe blokowanie fal potworów oraz uwięzienie ich w konkretnych dzielnicach, ale od kiedy Bogdan zaczął przemieszczać się dachami, to patrząc z góry, te ośmiokątne dzielnice otoczone wieżami raczej wywoływały w nim odczucia uwięzienia niż poczucie bezpieczeństwa. W nocy może i chroniła mieszkańców, ale za dnia, gdy było bezpiecznie, taka budowa miasta pozwalała straży utrudnić lub kompletnie zablokować komuś szybkie dotarcie do celu, wystarczyło tylko trafić na dupka w zbroi, a ich było w bramach szczególnie pełno rano.

Bogdan spojrzał za siebie i szybko ukrył się za schodami w pobliskim zaułku. Na chodniku, gdzie przed chwilą stał, stanęło dwóch strażników. Chyba go nie zauważyli, gdyż ruszyli dalej. Jeden z nich miał charakterystyczną szarfę w kolorach miasta i tak się składa, że ten strażnik niejednokrotnie deptał Bogdanowi po piętach.

-Więc już usłyszał, że przeskoczyłem do tej dzielnicy…

Nie było wyjścia, trzeba było znowu zejść do tuneli. Zostały one wprawdzie wybudowane do celów ewakuacyjnych, ale ilekroć udało mu się przedostać niezauważonym do następnej dzielnicy, mógł sobie wtedy pozwolić na mniej nerwowe spoglądanie za plecy.

Wskoczył na schody, które jeszcze chwilę temu dały mu schronienie i przez drzwi wślizgnął się na korytarz. Otworzył klapę pod wewnętrznymi schodami, zsunął się na rurę i po zamknięciu klapy zjechał w dół. Na skalnej półce wymacał niewielki, chropowaty kształt i lekko stuknął nim w ścianę. Pod wpływem uderzenia kamień zaświecił się na niepokojącym, bladozielonym światłem. Białe ściany pogłębiały efekt horroru, ale ze swoich doświadczeń Bogdan wiedział, że w tych tunelach o dziwo nie pojawiają się potwory. Idąc z pamięci krętymi korytarzami i rozwidleniami dotarł do innej rury. Chociaż w każdej dzielnicy do tych tuneli prowadziło ich przynajmniej z szesnaście to paradoksalnie przeważnie tylko zarządcy budynków wiedzieli o ich istnieniu. Jeszcze nie zdarzył się taki atak, który wymusiłby ich użycie, dlatego większość mieszkańców miasta nawet nie wiedziała o ich istnieniu. Mimo tego, tunele zostały tak zbudowane, by obywatele nie biorący udziału w walce mogli szybko opuścić nimi dzielnice, dedykowane wyjścia były wybudowane w wieżach strażniczych, dlatego nikt nie zakładał, że ktoś może przemieszczać się nimi niepostrzeżenie, wykorzystując wejścia również jako wyjścia.

Świecący kamień zaczął już wygasać. Zwykle Bogdan zabrałby go na górę by zostawić go cały dzień na dachu, ale to prawdopodobnie były ostatnie dni jego pobytu w tym mieście, więc zostawił go na pobliskiej półce obok lampionu i zaczął się wspinać.

Po dotarciu do klapy zaczął nasłuchiwać, a gdy nie usłyszał żadnego dźwięku, szybko wydostał się na korytarz i dyskretnie opuścił budynek.

Dzielnice szlachty, jak ta w której obecnie się znajdował, charakteryzowały się swoją dwupoziomowością, to znaczy miały tak zwany poziom gruntu, po którym służba przemieszczała się między budynkami wykonując obowiązki i po którym jeździły powozy zaprzęgnięte w wielkie psy, oraz tak zwany parter, którym była swego rodzaju konstrukcja balkonowa. Łączyła ona budynki na wyższym piętrze tworząc swego rodzaju taras, na którym były bramy do innych dzielnic szlacheckich.

Aby dostać się do dzielnicy zarządczej, gdzie pisany był egzamin, każdy przyszły uczeń musiał przejść przez co najmniej dwie takie dzielnice, więc droga wte i z powrotem to były przeważnie jedyne momenty, gdy dzieci z biedniejszych dzielnic mogły zobaczyć styl budownictwa szlachty.

Ignorując znaczenie otaczających go widoków, Bogdan wspiął się po znajomej kolumnie, aż dotarł do rzeźbienia. Stabilizując się nogami złapał rękami krawędź tarasu i w trakcie podciągania upewnił się, czy teren jest wolny.

Potwierdzając panującą dookoła ciszę, szybko przeskoczył na drugą stronę balustrady i szybkim krokiem podszedł do najbliższego okna. Stuknął w szybę, raz szybko, dwa wolno i raz szybko, a po kilku sekundach stojący za nią służący otworzył je i wcisnął mu w rękę pakunek oraz brązową monetę.

Chociaż szlachcic władający miastem Kopal, jak w każdym mieście we Wśródgórzu, podlegał Królowej Marcelinie, to również, ze względu na specyfikę terytorium, miał pewną autonomię działania, dlatego przysyłane przez Nią prawo dzieliło się na polecenia, dające władcom miast możliwość dostosowania ich do potrzeb miasta oraz rozkazy.

W jednym z rozkazów Królowa wprowadziła pojęcie płacy minimalnej, jaką można było zapłacić dorosłemu, oraz nałożyła na zatrudniających obowiązek dopilnowania by zatrudniony pracował maksymalnie pięć dni w tygodniu po osiem godzin dziennie. Jednocześnie dopuszczalne było by pracownik kontynuował pracę dłużej i/lub w dwudzionek, jednak pracodawca miał obowiązek zapłacić dwa razy tyle co za normalny dzień pracy. Z tym rozkazem przyszło polecenie wyznaczenia przez szlachcica wysokości owej płacy minimalnej.

W skutek tego nowego prawa, wielu mieszczan z dnia na dzień straciło pracę, dlatego ci co przetrwali, stając się jedynymi żywicielami rodziny, często decydowali się zarabiać więcej przez wykorzystanie nowego terminu (wyrabianie nadgodzin). By zwiększyć dostępny na nie czas, gdy tylko było to możliwe, niektórzy na stałe zamieszkali nad miejscem zatrudnienia. Chociaż zarabiali w ten sposób więcej, to brakło im czasu na wysłanie pensji swoim rodzinom, dlatego istnienie dodatkowego chłopca na posyłki, który za jedną brązową monetę mógł przyjąć od nich jakoś opakowaną i już zaadresowaną wypłatę i zamiast nich zaniósł ją do punktu odbioru przesyłek było niewiarygodnie wygodne.

Z tego powodu, w tej dzielnicy Bogdan od lat miał opracowaną trasę, więc sprawnie zebrał wszystkie zawiniątka. Po odebraniu ostatniej przeskoczył przez balustradę i po pobliskim łańcuchu zjechał na poziom gruntu. W dzielnicy szlachty, która jest silniej strzeżona, złapania przez straż paradoksalnie nie musiał się obawiać. Dla wielu przedstawicieli mieszkającej tu służby był zbyt istotny, by zdecydowali się go wydać.

Chociaż wiele praw wprowadzanych przez Królową było szkodliwych, nawet Bogdan musiał przyznać, że wprowadzenie bezobsługowego punktu nadania przesyłek było niewiarygodnie dogodne. Była to swego rodzaju podłużna metalowa szafa, której otwory pozwalały na wrzucenie poczty do jednej z wielu przegródek. W zależności do której trafiła, przedstawiciel z tej poczty przyjmował obowiązek jej dostarczenia. Wprawdzie na nadającym spoczywała odpowiedzialność wysłania do poczty najbliżej miejsca docelowego, to ponieważ zapłata była od dostarczonej przesyłki to, jako pracownik konkretnej poczty, Bogdan nie uznawał za stosowne, by dzielić się z robotą pozostałymi.

Ponieważ od dostarczenia tych zawiniątek zależał byt ich rodzin to początkowo tylko bliscy znajomi mu ufali, ale z czasem fakt, że ci zaufani potwierdzali potem jego wiarygodność innym, pozwolił mu utworzyć sobie z tego miejsca stałe źródło zarobku.

 

* * *

 

Edward westchnął i przetarł palcami powieki. W końcu udało mu się odeprzeć strażników. Minął leżące na podłodze drzwi, oparł się o framugę i rozejrzał po uliczce.

Poranną ciszę przerywał pierwszy stukot kół powozu na kamiennej uliczce. W podcieniach zaczęli pojawiać się pierwsi przechodnie. Ulicę od chodnika oddzielały wspierające pierwsze piętro arkady, w których zrobione były wnęki na świecące po nocach metalowe lampiony. Po drugiej stronie ulicy, korzystając ze śladowego jeszcze ruchu, o jedną ze ścian mężczyzna w czarnym mundurze oparł drabinę. Wdrapawszy się na nią, lampucer otworzył drzwiczki, zdmuchnął płomień na świeczce, po czym z mozołem zaczął schodzić. W sklepach na parterach pobliskich kamienic odsłaniane były zasłony, a ich właściciele otwierali drzwi. Pod oknami zatrzymywał się młodzieniec, który stukał patykiem w okna by obudzić ich mieszkańców, którzy jakimś cudem przespali poranny harmider straży. Po chwili z otwieranych okien wychylali się właściciele, którzy rzucali mu drobny woreczek zawierający wcześniej uzgodnioną zapłatę za budzenie. W kierunku placu ze studnią szybkim krokiem szedł klikon, niosąc pod pachą listę nowin i królewskich dekretów do ogłoszenia. W zaułku naprzeciwko otworzyły się drzwi, przez które wyszła dwójka dzieci w wieku uczniowskim. Rodzeństwo miało na sobie schludne ubrania, które mimo widocznego luzu dawały znać o większej zamożności rodziny. Przed zaułkiem stanęła dorożka. Gdy dzieci zajęły miejsca siedzące, dorożka ruszyła ulicą. Oparte na łokciach rodzeństwo rozglądało się ze znudzeniem po szarawej ulicy. O mur dzielnicy oparta była młoda brunetka, która zdawała się spać na siedząco.

"No tak, biedniejsi nie mają energii do podziwiania widoków."

Edward zmarszczył brwi, po czym zaczepił przechodzącego obok budzika.

- Szturchnij ją, gdy będziesz obok przechodził. - wskazując palcem dziewczynę wręczył szturchaczowi srebrną monetę.

Młodzieniec schował zapłatę do kieszeni i skinął głową. Edward obrócił się na pięcie i wrócił w głąb apteki.

 

* * *

 

Martyna poczuła, jak ktoś potrząsa ją za ramię. Ledwo przytomna uchyliła powieki i zobaczyła nad sobą młodzieńca. Ten, trzymając znajomy patyk na ramieniu, spoglądał na nią badawczo. Wstała i podziękowała sięgając ręką do kieszeni, lecz szturchacz oddalił się wzdłuż muru.

Nagle spojrzała w kierunku zegara na pobliskiej wieży kościelnej.

"Już jest tak późno?!"

Biegiem ruszyła w kierunku apteki. Przechodząc przez framugę podskoczyła i trąciła dłonią dzwonek. Z wnętrza apteki wychylił się właściciel. Biorąc od niej list wręczył jej pięć brązowych monet. Podziękowawszy za skorzystanie z ich usług odwróciła się i ruszyła w kierunku wyjścia.

Gdy doszła do futryny głód znów o sobie przypomniał.

* * *

Słysząc burczenie Edward ukradkiem podniósł wzrok znad listu i spojrzał w kierunku stojącego na kominku metalowego dzbanka. Tylko on wiedział, że spoglądając w odbicie z miejsca w którym stał, bez odwracania się widział cały sklep. Dziewczyna w odbiciu spłoszona spojrzała na jego plecy z przestrachem i widząc jego nieruchomą sylwetkę wyraźnie się uspokoiła.

-Czekaj chwilę. - słysząc polecenie zatrzymała się w progu.

"B-M nie zgłaszał żadnych skutków ubocznych, więc…"

-Pracuję nad nową miksturą, ale przed wprowadzeniem jej do sprzedaży muszę poprawić smak. Za jego ocenę dostaniesz zapłatę.

Spojrzała na współrozmówcę niepewnie, ale po chwili skinęła głową. Edward poszedł na zaplecze i wrócił z dwiema identycznymi fiolkami z podejrzanym płynem. Listonoszka wzięła obydwie do ręki. Wypiła zawartość jednej, skrzywiła się, po czym wypiła drugą i skrzywiła się bardziej.

-Ta pierwsza zdaje się być lepsza w smaku.

-Dziękuję.

Edward odebrał od niej puste fiolki odkładając je z boku. Sięgnął za ladę i wyciągnął srebrną monetę. Brunetka otworzyła szeroko oczy, szybko się zreflektowała, z wdzięcznością przyjęła zapłatę i wyszła na ulicę.

"Dożywiłem ją, wręczyłem drobne i wręczyłem argument dlaczego ma tak dużą kwotę przy sobie. Trzy pieczenie na jednym ogniu. Szkoda tylko, że porównywała ten sam smak."

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania