Obywatel Kleszcz, czyli patriota własnej koszuli

Marzeniem durnia jest likwidacja mądrzejszych. Wyrównanie pozostałych do poziomu swojego IQ. Jak to codziennie udowadniają mężowie zjełczałego stanu: dyplomaci rodzimego chowu. O czym świadczą dęte afery odkrywane co rusz. Niezręczne wypowiedzi. Polityczne wpadki. Malowane haki.

Jest zapatrzony we własny pępek i nie chce niczego prócz lepszej aureoli. Nie lubi chwalić się cudzymi sukcesami, natomiast przekuwa swoje porażki na własne zwycięstwa; choć nie zna się na czymkolwiek, za to ma wyrobione zdanie na każdy temat.

Wynajęto i zatrudniono go do ślizgania się na wazelinie. I nieważne, z którego ugrupowania pochodzi: został przyspawany do finansowego wodopoju. Odbębnia rolę lojalnego entuzjasty każdej bzdury.

A jako że przywłaszczył sobie prawo do reprezentowania CAŁEGO NARODU, puchnie z dumy i pieje z zachwytu na myśl, że dokąd postępuje zgodnie z wytycznymi swojej partii, nie stanie mu się krzywda i obojętnie, co powie, zawsze będzie mieć rację.

*

Ludzie, którzy znali go z umysłowej rzutkości, nie mogli wyjść ze zdziwienia, że ogólnie szanowany człowiek pozwala sobie na tak osobliwe wygłupy. Zanim sfiksował, przez niedługi czas był profesorem, a gdy zachorował i przeszedł na posługiwanie się myślowymi wybroczynami; kiedy wziął się za głoszenie kurewstwa, jego macierzysty uniwerek wycofał go z prowadzenia katedry i zakazał tańca z logiką.

Obdarty z tytułów i zaszczytów, opuszczony przez najbliższych, którzy coraz ciężej znosili jego farmazony, podupadł na prestiżu i jako zgorzkniały bęcwał, włóczył się po swojej sklerozie.

A przecież jeszcze nie tak dawno cieszył się szacunkiem i nie na darmo mówiono o nim, że jest wielki: wszakże za młodu był z niego niezły działacz! Znany przedtem z mownego języka, teraz był tylko niedawnym inteligentem w stanie spoczynku.

Na pociechę jego starych lat dodać trzeba, że jakkolwiek nie wzbudzał entuzjazmu wśród luminarzy, to na ogół poważano go w zakładzie. Personel mniej, za to pacjenci aż podskakiwali z emocji, gdy zaczynał przemawiać i snuć te swoje demagogie.

Podziwiali go ze względu na pioruńsko długi staż, wichrzycielskie poglądy i wytrwałość w znoszeniu cierpienia. A także za kompetentną orientację w znachorskiej medycynie.

Że zaś lada dzień spodziewał się wypisu i był już na wylocie, słuchano go tym bardziej. Lecz załoga lecznicy uchylała się od kontaktu z rewelacjami głoszonymi przez niego. Gdyż zespół lekarzy i pielęgniarek miał odmienne zdanie na temat jego poglądów. Mianowicie stwierdził, że wiedza, jaką się popisuje, należy do zbioru wydumanych, że jej niedostatki nadrabia mądrą miną i udaje chojraka większego niż jest.

Mimo to był z niego przydatny jegomość; choć na co dzień coraz bardziej tępy, to przeciąż służył za oratora najsprawniejszego w całym psychiatryku. A w przerwach od występowania, na posiedzeniach pacjentów oddziału, najczęściej zabierał głos jako naczelny pokrzywdzony pawilonu wariatów: główny krasomówca i niekwestionowany trybun ludowy.

Za muurami, przyodziany w ekskluzywne waciaki, uchodził za bardzo pierwszorzędnego fachowca od knucia i spiskowania, tu zaś, w otoczeniu nocnych koszul, pasów, kaftanów i elektrowstrząsów, traktowany był jako „przypadek trudny do rozwikłania”.

Bywały w zdrowotnych zachwianiach, osłonięty troską i zapobiegliwością, chowany pod cieplarnianym kloszem, uważał się za ofiarę pigularskich eksperymentów. Utrzymywał, że stosowane na nim terapeutyczne próby doprowadziły go do obecnej, charłaczej formy.

Przy byle okazji obarczał konsyliarzy winą. Mówił, że jest to zasługa ich działania. Działania sabotażowego, mającego wyrwać mu z korzeniami pozostałą resztkę nadwątlonej osobowości. Z uporem twierdził, że są to frukta wrednej kasty cyrulików, że to dzięki niej nawiedzają go przywidzenia.

Z całą mocą pozostałych sił podkreślał na każdym kroku, że winnym za jego wycieńczony stan zdrowia był tutejszy ordynator, miejscowy sprawca badziewnych umiejętności. Niby lekarz, a w gruncie rzeczy wyjątkowo nieczuła kanalia.

Gdzie mógł, tam wygłaszał swoje przemówienia, i razem z każdą swoją wypowiedzią do pozostałych szlafroków i piżam, stwierdzał, że przybywa mu słuchaczy. A im więcej złorzeczył na personel, im więcej podważał i ośmieszał jego decyzje, tym bardziej rosło w nim serce i tym większy otaczał go mir wśród pacjentów.

Bowiem pacjenci najchętniej utożsamiali się z jego poglądami. To oni byli niezadowoleni z dotychczasowego leczenia. To im zwłaszcza, marzyły się skuteczne i radykalne kuracje. Ozdrowienia widoczne od razu; poniekąd natychmiastowe i niemal z taśmy.

To oni, wyportkowani przez los, uciśnieni w samowolnych praktykach, spóźnieni na pociąg z profitami, spychani byli poza dopuszczalny margines. Empatycznie zaniedbani, skazani na słuchanie medyków, czuli się odsunięci od samodzielnego wyboru leczenia, decydowania, jaka metoda terapii jest słuszna.

Więc wspólnie ze swoim przywódcą, postanowili wyrazić temu sprzeciw. Zbuntować się, zaprotestować, wszcząć upragniony tumult. Upomnieć się względem przywrócenia do łask średniowiecznego dostępu do zdrowia. Innymi słowy, dążyli do pogodzenia niemożliwości: wypłaszczenia Ziemi przy jednoczesnym zachowaniu jej kulistego kształtu.

Krzyczano, że choć wejście do szpitali jest w pewnym sensie zagwarantowane, to na odcinku kwitnącego zdrowia panuje kompletny rozgardiasz. Bałagan, któremu należy powiedzieć stanowcze nie. Rzec reszcie pacjentów, że nie będzie sprawiedliwości, dopóki nie ustali się, komu warto przywrócić zdrowie, a kogo – w ramach prewencji - sobie darować.

Argumentowano, iż błędem jest równe traktowanie chorych. Konieczne jest leczenie selektywne. Pacjent powinien spełniać określone warunki: ludzie dysponujący odpowiednim zaświadczeniem z parafii, że opłacili kościelne składki, mogliby liczyć na wyleczenie, a ludzi nienabożnych należałoby spuszczać na drzewo.

Pozostałym zaś ideologicznie podejrzanym trzeba wydać zakaz zbliżania się do szpitala, co za jednym zamachem rozwiąże problem braku łóżek, personelu i braku miejsc w placówkach medycznych.

Zadecydowano zatem, że wskazaną rzeczą będzie zrzucenie ordynatora ze schodów i przykładne wylanie go na zbitą mordę z grona tutejszych konsyliarzy ze skutkiem natychmiastowym i zastąpienie go (w trybie przymusowym) przez obywatela Kleszcza, głównego krzykacza oddziału, charyzmatycznego bojownika, który sprawdził się w niejednej wolnościowej pyskówce.

W ślad za wołaniem, nastąpiła oczekiwana rekomendacja wzmiankowanej figury. Za nią pojawił się obszerny życiorys rzeczonego obywatela. Jednak zgromadzeni chorzy nie dowiedzieli się niczego rewelacyjnego poza tym, że z uwagi na ochronę danych osobowych, niektóre informacje są zastrzeżone. Tak się niestety złożyło, że te najistotniejsze były poufne i dlatego utajnione.

Niemniej jednak w hospitalizowanych wstąpił dziarski duch odnowy. Pacjenci, podnieceni czekającymi ich zmianami w leczeniu, przerzucali się zgłaszanymi postulatami. Jeden przez drugiego cisnęli się do mikrofonu. Podawano go z rąk do rąk i ze wszystkich stron bombardowano mównicę zgłaszając liczne pomysły.

Prześcigano się w oskarżeniach lekarzy nazywanych tak dawniej, a teraz określanych mianem konowałów. Łapiduchów, których proponowano wysyłać na wcześniejszą emeryturę i zasiłek dla krezusów.

Entuzjazm (wzmocniony kakofonią oklasków) wzbudziła sugestia remontu dotychczasowych metod postępowania. Wykrzykiwano, że powinno się pozwolić na swobodne rzucanie mięsem i częstsze ciskanie obelgami pod adresem znienawidzonej bandy cyrulików. Nie zabrakło też pospolitych zniewag oraz bezimiennych zachęt do fizycznej likwidacji personelu.

Bez trywialnych dyskusji, lecz z wielce przekonującą mocą wrzeszczano, że w trosce o pacjenta zostanie wkrótce skonstruowany nowy porządek społeczny i tenże ład sprawi, iż podzieli się ich wedle zasług: na lepsze i gorsze kategorie. Na zainteresowanych leczeniem i zafascynowanych kuglarstwem.

Rzecz jasna, co rozumie się bez pudła, podlejsza grupa znajdzie się poza listą uprawnionych do orzystania z przywilejów.

To na zachętę do kroczenia odnowicielską drogą. A kiedy zabrano się do roboty, uchwalono, że:

1. nastąpi nabór nowych pielęgniarzy zabezpieczających pełne przekonanie, że właściwi chorzy będą wyzwoleni z sideł medycznej terminologii oraz zostaną uwolnieni od naukowego bełkotu.

2. cała przyszła ekipa rekrutować się ma z ozdrowieńców o niewykwalifikowanych umiejętnościach.

3. zostanie zorganizowany przetarg na niektóre usługi dla wybranej ludności.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Puchacz 6 dni temu
    Dobre :)
    Taka metodologia doboru kadr jest w naszym kraju powszechna, ale teraz podniesiona do rangi sztuki i zapewne socjologicznie uzasadniona.
    Jej akolici są widoczni nawet na takich portalach jak ten.
    Literackich niby.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania