Od bólu do wolności, od wolności do zniszczenia
Szkarłatem ociekają me ręce,
oczy zaś, wciąż będące sadzawką łez,
nieustannie wylewają coraz to nowsze strumienie,
znacząc szpetnymi korytami twarz.
W końcu, gdy knot świecy mego życia dopalił się do końca,
ciało - teraz puste - pada owiędłe na ziemię.
Wtem, z truchła wylatuje majestyczne stworzenie.
Nie piórami, a szklanymi kryształkami pokryte,
skrzydła, miast być materialne, splecione są ze świetlistych promieni.
Wokół niego, jakby tęczowe zakrzywienie,
otacza go nieziemską nebulą.
Leci on do chmurzystych pałaców,
lecz nim doleciał do celu,
otrzymał cios - od rzuconego kamienia.
Byt zraniony leci ku nocnej otchłani,
gdyż zadana rana okazała się być śmiertelna.
Nie ma już istoty, nie ma tęczowej nebuli -
jest jedynie pył migoczący i opadający
do nocnej pustki.
Komentarze (5)
Magiczny wiersz, pasowałby na konkurs...
5
Dziękuję za tak piękny komentarz 🫶🏻💚
Po pierwszym wersie kończę czytanie, to ''me'' skutecznie zniechęca. Ja rozumiem, że kiedyś ''me'' było oki, ale dzisiaj to siara...
"knot świecy mego życia"
Pióro lekkie, widać że wyrobione, styl bez zarzutu... 10
Dziękuję 🫶🏻💚💚
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania