Odblaski życia
Spacerował plażą, spoglądając na purpurowe słońce, coraz niże schodzące w otchłań, spokojnego morza. To był jego pierwsze odwiedziny Bałtyku, po trzydziestu latach. Kiedyś pan Krzysztof bywał tu co roku, razem z żoną Jadwigą. Gąski, bo tak nazywała się wieś, w której odbywały się obozy harcerskie z Raciborza, na których oboje byli wychowawcami. W tamtych czasach, było tu bardzo dziewiczo, sklep spożywczy, latarnia morska, no i cisza, którą rytmicznie przerywał odgłos fal. Letnie obozy sprawiały, że ta mała wieś zaczynała tętnić wakacyjnym życiem, a na plaży pomiędzy Gąskami a Sarbinowem można było zobaczyć nudystów, z byłych Niemiec Wschodnich.
Najbardziej w pamięci zapadł mu budynek kuchni, który tylko przez litość można było nazwać budynkiem. Trochę betonu, cegieł no i przede wszystkim blacha falista, która dzisiaj kojarzy się z afrykańskim klimatem miejskiej codzienności. Obozowa kuchnia, nie tylko miała oryginalny wygląd, ale niejedno danie w niej sporządzone, było bardzo specyficzne, a do jego smaku, trzeba się było długo przyzwyczajać. Taką potrawą dla pana Krzysztofa był gulasz z serc, który kojarzył mu się z martwymi ślimakami w sosie własnym. Kiedy ją serwowano, bardziej udawał niż jadł, konsumując tylko ziemniaki i to tylko te nie zamoczone w tym okropnym sosie. Natomiast leniwe pierogi bardzo mu smakowały, była w nich specyficzna słodkość, która kojarzyła mu się z dzieciństwem i babcią, która takie robiła, w zamierzchłej przeszłości. Smaków z dzieciństwa nigdy się nie zapomina, tworzą wiele skojarzeń, zarówno tych dobrych jak i złych.
Niestety zarówno obóz jak i kuchnia, dawno zniknęły. Zamiast tego, powstało kilka ośrodków wczasowych, wszystko to ładnie wygląda, czysto, schludnie, ale to już nie to. Surowe warunki same w sobie stanowią atrakcję, chociaż najczęściej docenia się ją po wielu latach.
Jego córka Anna, która od szóstego roku życia, również tutaj przyjeżdżała, o wiele bardziej od niego, zafascynowała się morzem. Uwielbiała się w nim zanurzać i poznawać jego głębie. Z czasem Bałtyk przestał jej wystarczać. Kiedy upadła komuna i świat się otworzył, zainteresowała się cieplejszymi wodami. Wyjeżdżała do Włoch, Grecji, Egiptu, by móc zanurzyć się w toni starożytnych cywilizacji i związanych z nimi tajemnic. Odwiedzała stare wraki, zabierając z nich zawsze jakąś pamiątkę. Pewnego razu, nurkując w Morzu Czerwonym, zaatakował ją rekin, niestety, atak był śmiertelny. To co z niej zostało, rodzice postanowili skremować, a prochy rozsypać w Bałtyku, czyli tam gdzie pierwszy raz, zanurzyła się w morską głębię.
Właśnie dlatego, przez wiele lat, nie miał odwagi wybrać się nad morze, które tak kochał, a ono za tę miłość wystawiło mu cholernie drogi rachunek. Dwa lata temu umarła jego żona, również nagle. Wracając z zakupów, wchodząc na drugie piętro, coś ją ścisnęło w klatce piersiowej. Wywróciła się, uderzając tyłem głowy, o kant schodów. Zawał serca, upadek okazał się śmiertelny. No i został sam. Spotkania emerytów strasznie go nużyły, rozmowy o jednym i tym samym: wnuki i chorobowe dolegliwości. Gdyby jego córka żyła, może inaczej by to odbierał, ale w tym wypadku mógł się tylko uśmiechać i potakiwać. Życie było dla niego coraz mniej atrakcyjne, czasem miewał myśli samobójcze. Samotność najbardziej doskwiera podczas bezsennych nocy, kiedy przeszłość jest najbardziej wyrazista i wieje chłodem, a człowiek czuje się coraz bardziej martwy. Najgorsze w tym wszystkim, że nie ma z kim o tym porozmawiać. Pomocna okazała się literatura, zaczął dużo czytać. Przypomniał sobie o poezji, jako licealista wygrał kilka lokalnych konkursów, później zdecydowanie bardziej zainteresował się historią i prawie zapomniał o literaturze pięknej. Teraz poezja stała się dla niego wybawieniem, sprawiła, że nabrał większego dystansu do siebie i życia. Czytał godzinami swych ulubionych mistrzów takich jak Rilke, Kavafis czy Lorka. Pewnego dnia stwierdził, że musi się pogodzić z morzem i oczywiście wybrał miejsce, które kiedyś, co roku odwiedzał.
Po wieczornym spacerze, wrócił do ośrodka Latarnik, ale nie chciał iść jeszcze do swojej kwatery. Poszedł do pubu, mieszczącego się w centrum ośrodka wczasowego. Miał ochotę na lampkę koniaku albo whisky.
- Dobry wieczór, słucham pana? – odezwał się kobiecy głos, zza baru.
Pan Krzysztof spojrzał na młodą kobietę i pierwsza myśl, która pojawiła się w jego głowie. To że skądś ją zna? Jakieś dwadzieścia pięć, sześć lat, kręcone, czarne włosy, piwne oczy, trochę niższa, ale pierwsze skojarzenie, to jego córka, Ania.
- Niech będzie Chivas. - odpowiedział, po długiej chwili, widząc lekkie zniecierpliwienie, w oczach dziewczyny.
Skinęła głową i szybkim ruchem ściągnęła z półki trunek. Najwyraźniej wzięła go, za marudnego dziadka, który będzie ją męczył, jakąś drętwą gadką o tym, że ładnie wygląda, albo że jest emerytowanym gliniarzem i miał w swym życiu wiele przygód, o których oczywiście, będzie chciał jej opowiedzieć.
- Ciężko się pracuje w takie upały, prawda – zagadnął, mając nadzieję na sympatyczną rozmowę.
Niestety, tylko pokiwała głową, w ogóle się nie odzywając.
Zrozumiał, że to było tak na odczep się, najwyraźniej miała wielu męczących klientów, którzy pod wpływem alkoholu, streszczali swoje życie. Nie odezwał się więcej, szybko dopił whisky i poszedł do swojej kwatery.
Sytuacja w barze nie była czymś miłym. Nie chciał być dla tej dziewczyny, kolejnym męczącym klientem, ale takie niedopowiedzenia w jego przypadku, pozytywnie działają na wenę.
Wyciągnął z podróżnej torby zeszyt i swój ulubiony długopis Zenit 7, z czasów komuny, która jaka by nie była, to i tak miał do niej pewien sentyment, z bardzo banalnej przyczyny, był wtedy młodym człowiekiem i wiele rzeczy miał głęboko w czterech literach, a dzisiaj one decydują o jego formie i życiu.
wspomnienie ma coś z wiatru
zrywa się nagle i przenosi
w innym kierunku
nie tam gdzie zmierzamy
tylko tam gdzie chcemy…
Sklecenie tych kilku wersów zajęło kilka godzin. Nie, nie był to jeszcze kompletny wiersz, ale czuł, że jest na dobrej drodze, by nadać słowom właściwą formę. Był już bardzo zmęczony, spojrzał na zegarek, dochodziła druga w nocy, oczy już mu się zamykały i jedyne co mógł zrobić to walnąć się na łóżko i odespać zarwaną noc.
Następnego dnia obudził się po dziewiątej, to zdecydowanie późno jak na niego, zwykle robi to około szóstej. Oczywiście, kiedy nie pisze wierszy i nie rozmyśla o sprawach ostatecznych.
Po porannej toalecie, przypomniał sobie o latarni, którą za każdym razem, kiedy tu był, odwiedzał. To jedna z najwyższych latarni w Polsce. Lubił z niej patrzeć na morze. Widok bezmiaru, uświadamiał mu swą marność i uczył pokory, a zarazem fascynował swym ogromem. Nie był typem fightera, który się nigdy nie poddaje, raczej filozofa, który się nad wszystkim zastanawia i jak Sokrates wie, że nic nie wie.
Kiedy wszedł na górę latarni, musiał trochę odsapnąć. Przeszło pięćdziesiąt metrów w górę, to dzisiaj dla niego, nie małe wyzwanie. Ale po chwili cały ten wyczerpujący wysiłek, zrekompensował mu cudowny widok. Morze dzisiaj było wyjątkowo spokojne i mieniło się w błękicie i lekkiej zieleni. Dalej poza nim, niczego nie było widać, jakby dalej nic nie istniało, tylko ta głębia i bezkres. Trochę się rozmarzył, wyciągnął notes i zaczął pisać:
bezmiarze wieczności
wyrocznio życia
jestem kroplą wysychającą
na brzegu
chwilą bez znaczenia
po której pojawi się inna…
Tutaj na razie skończył, nic konkretnego nie przychodziło mu do głowy. – Czas wracać – pomyślał.
Wchodząc do ośrodka, przypomniał sobie o dziewczynie, która ostatniego wieczoru wywołała u niego chwilę zamyślenia. Jej twarz, ten wyraz zmęczenia, a raczej smutku, uświadomił mu, że nigdy nie widział swojej Ani w takim stanie. Z żoną, czasami było jakieś „ale”, jak to matka z córką, w okresie buntu, ale przed nim zawsze była uśmiechnięta. Taka córeczka tatusia. Teraz dopiero, zdał sobie z tego sprawę, że nie raz coś w niej musiało zgrzytać i to z bardzo różnych powodów. Jeżeli ktoś się zanurza, to chce coś odnaleźć. Często tylko pozornie, jakiś wrak, albo coś bardzo oryginalnego. Tak naprawdę, człowiek się zanurza, by poznać siebie. Chce poznać, jaki jest naprawdę, w środku, to znaczy głębiej.
Stwierdził, że musi tę tajemniczą małolatę jeszcze raz zobaczyć, tym razem nie będzie jej niczym prowokował, po prostu chciał sobie przypomnieć jej wyraz twarzy, być może wyjdzie z tego jakiś ciekawy wiersz. Poza tym lampka koniaku dobrze mu zrobi, przynajmniej tak sobie to wytłumaczył.
- Słucham pana – odezwała się, tym razem z uśmiechem.
- Poproszę lampkę Martella – powiedział, ciesząc się z takiej sytuacji.
- Proszę – powiedziała podając mu z lekkim uśmiechem koniak.
- Widzę, że dzisiaj dopisuje pani humor, wczoraj była pani jakaś taka...
- Tak, wczoraj wieczorem byłam strasznie zmęczona. Trzeci dzień pracy po czternaście godzin, masakra.
- No tak i ten skwar, daje się we znaki.
- Tak, ale dzisiaj, o czternastej kończę, czyli za godzinę, potem wybieram się na plażę, muszę się trochę zamoczyć w morzu, trochę popływać – powiedziała, bardzo zadowolona z tego faktu.
- No tak, to dobrze robi na przemęczenie.
- Och, nie ma pan pojęcia, jak mnie to cieszy.
- A pani przyjechała tutaj do pracy, czy…
- Tak, mieszkam we Wrocławiu, a właściwie studiuję.
- A co pani studiuje, jeśli można spytać?
- Wychowanie Fizyczne, od dziecka coś trenowałam. Najpierw gimnastykę, potem pływanie. Teraz trochę żegluję, gram w tenisa, zimą jeżdżę na nartach. Uwielbiam ruch.
- Ja też lubiłem ruch, chociaż z wykształcenia jestem historykiem. Dzisiaj bardziej od historii i ruchu, wolę literaturę, szczególnie poezję.
- O? też lubię poezję, szczególnie Szymborską, ona uczy szacunku i pokory do świata. Uwielbiam jej wiersze.
- Tak, to prawda, ona jest taka bardzo refleksyjna i sprowadza człowieka na ziemię – stwierdził, mile zaskoczony tym, że może z nią porozmawiać o poezji, zupełnie się tego nie spodziewał, mając ogólne pojęcie, czym interesuje się współczesna młodzież.
Kiedy wrócił do swojego pokoju, postanowił zmierzyć się ze swoimi szkicami i sklecić z nich coś konkretnego.
wspomnienie ma coś z wiatru
zrywa się nagle i przenosi
w innym kierunku
za kimś kogo już nie ma
do czasu który nie istnieje
obrazów których nikt nie namalował
tkwiących po ciemnej stronie oczu
pytam robiąc wdech
kim jestem
wydycham mówiąc
nie wiem
Nie był z tego jeszcze zadowolony, ale było to już coś, potrzeba trochę czasu, by dojrzał w jego głowie i potem będzie można, co nieco poprawić. Schował go do kieszeni koszuli i spostrzegł, że jest w niej druga kartka. Przypomniał sobie, że oglądając morze z latarni, coś na szybko naszkicował, by nie zapomnieć myśli, jaka pojawiła się w jego głowie. Położył obie kartki na stoliku. Postanowił pójść na spacer. Trochę się zasiedział, nad tym szkicem i potrzebował krótkiego resetu.
Idąc plażą, wpatrywał się w fale, morze było o wiele bardziej niespokojne niż przed południem, kiedy spoglądał na nie z latarni. Niektórzy, młodzi śmiałkowie zanurzali się w nadchodzącej fali, by po chwili się wynurzyć z uśmiechem na twarzy. Młodość ma swoje prawa, a właściwie próbuje unieść się ponad nim. Gdy się ma te dwadzieścia parę lat, czas płynie zdecydowanie wolniej i ma się na wszystko czas. Ponadto towarzyszy temu niczym nieuzasadnione, poczucie nieśmiertelności, które niejednego młodzieńca, doprowadziła do zguby.
Trudno powiedzieć, czy człowiekiem kieruje rozum, czy jakieś szaleństwo? Może jedno i drugie, a o wszystkim decydują proporcje – pomyślał, ale nie chciał już brnąć w ten dołujący temat.
Temperatura była w sam raz, nie było już skwaru, a delikatny wiatr od morza dodawał rześkości. Spojrzał na zegarek, dochodziła siedemnasta. W tym rejonie nie ma na szczęście, jeszcze takich tłumów, jak w Mielnie czy Kołobrzegu, można swobodnie się poruszać i rozmyślać. W pewnym momencie zobaczył dwie zakonnice w białych habitach, zupełnie jak w piosence Budki Suflera „Jolka Jolka”. Były zajęte rozmową i sprawiały wrażenie, jakby nie miały pojęcia, że są na plaży. Po chwili wybiegły z morza, dwie młode dziewczyny, z gołymi piersiami.
Gnały do swoich ręczników, widać było jak drżą z zimna, chyba za długo pluskały się w wodzie. Zabawny widok - pomyślał. Najpierw zakonnice, potem zziębnięte panny topless. Dwa skrajne światy, które w ogóle się nie zauważyły, zajęte swoją egzystencją.
Jakieś dwieście metrów dalej, zobaczył zbiegowisko ludzi patrzących w stronę łódki, to była łódź ratownicza, coś się musiało stać.
- Co się stało? – zapytał jednego z mężczyzn.
- Jakaś dziewczyna zniknęła w morzu, jej koleżanka zawiadomiła ratowników. Szukają jej, dwóch płetwonurków penetruje okolicę, na razie nic nie znaleźli. Pan Krzysztof strasznie tą wiadomością się przeraził. Szybkim krokiem ruszył w powrotną drogę. Przez chwilę biegł, ale długo nie dał rady, strasznie się zasapał i poczuł lekkie kłucie w okolicy serca.
Kiedy dotarł do swojej kwatery, był zupełnie wykończony, słowa, które usłyszał od tamtego mężczyzny, przypomniały mu o jego tragedii. Ta dziewczyna zza baru? Powiedziała, że ma ochotę popływać, po pracy. Gdyby to była ona, to oznaczałoby, że to jakiś chichot losu. Osoba, która po latach, przypomniała mu jego córkę, miała by tak skończyć? Stał tak na środku pokoju i cały drżał z niepewności. Nie był w stanie usiąść, chciał poznać prawdę, postanowił pójść do baru i kogoś o nią zapytać.
Kiedy nacisnął klamkę od drzwi, złapał go silny ból w klatce piersiowej. Zgiął się w pół, potem osunął na podłogę. Czuł, że to są ostatnie jego chwile, teraz już nic nie było ważne, oprócz pytania, czy tak właśnie miało być, czy to tylko taki zbieg okoliczności. Przyjechał tu pogodzić się z morzem i umrzeć. Myślał, że jego odejście będzie takie na spokojnie, nie teraz, na pewno nie teraz, a ta młoda dziewczyna? Czy to coś miało oznaczać, czy…
- Nie żyje! – stwierdził lekarz, podnosząc się z nad ciała pana Krzysztofa.
- Cóż… starszy pan przyjechał na wczasy, a tu serce nie wytrzymało tych upałów – odezwał się jeden z ratowników medycznych.
- Tak, starsi ludzie powinni uważać w takie dni, no szkoda człowieka, ale przynajmniej nie było tak jak wczoraj, kiedy ta durna małolata, zawiadomiła ratowników, że jej koleżanka, poszła niby popływać i nie wraca – powiedział nerwowym tonem, drugi z ratowników.
- Ani nie gadaj, szukali jej trzy godziny, myśmy tam stali bezsensownie. Dobrze, że policja zaczęła ją pytać o szczegóły, bo by jej do teraz szukano.
- No cóż, psychiczni na plaży też się zdarzają, albo zapłaci za wszystko, ale co bardziej prawdopodobne wezmą ją do wariatkowa – powiedział, kręcą głową lekarz.
Jeden z ratowników spojrzał na leżącą na stoliku kartkę.
bezmiarze wieczności
wyrocznio życia
jestem kroplą
wysychającą na brzegu
chwilą bez znaczenia
po której pojawi się inna…
Potem przeczytał drugą kartkę. Kompletnie nie znał się na poezji i gdyby nie te okoliczności, zapewne, nie zwróciłby uwagi, na jakieś zapisane kartki.
- Co jest? – zapytał jego kolega.
- Facet pisał wiersze i chyba nie zdążył dokończyć.
- Niektórzy ludzie na starość tak mają, jeden pisze wiersze, drugi maluje – odpowiedział współpracownik.
- Wezmę sobie te teksty , chyba nikt mnie nie oskarży o kradzież – stwierdził, chowając je do kieszeni.
- Po co ci coś takiego?
- Hm… wydaje mi się, że te słowa tworzą między autorem, a czytającym, pewną relację, której teraz nie potrafię wytłumaczyć. W liceum miałem kolegę, który pisał wiersze i powiedział mi kiedyś, że poezja jest bardzo dziwnym zjawiskiem i można ją poczuć w bardzo dziwnych okolicznościach.
Koniec.
Komentarze (2)
Piękny, ostatni etap życia człowieka, którego życie nie oszczędzało
Tak, w życiu różnie bywa. Dzięki za przeczytanie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania