Odium

My, zmarli, lubimy być zostawieni w spokoju. Stąd moje zaskoczenie gdy usłyszałem skrzypienie drzwi i zaraz potem kroki na parterze. Siedziałem akurat zaklęty w ścianie i nie przeszkadzając nikomu, zastanawiałem się po cichu nad wiecznością, a tu ktoś wtargnął do mojego domu, przynosząc ze sobą smród krwi. Jest kilka rzeczy, obok których duchy, widma i inne straszydła nie mogą przejść obojętnie. Świeża jucha jest jedną z nich.

 

Ciekawość i zew krwi wzięły górę na tyle, abym wychylił głowę spośród rozsypujących się cegieł, upstrzonych przez lata różnymi wątpliwej jakości malunkami (w najdzikszych fantazjach nie wpadłbym na to, że moje miejsce wiecznego spoczynku będzie wyglądać tak paskudnie). Na dole rozległy się chichoty. Gdybym miał brwi, pewnie uniósłbym jedną z nich w geście niemego niedowierzania. Miałem cichą nadzieję, że goście moi – sądząc po głosach jakieś dzieciaki – przyszli tutaj w celach towarzyskich; kilka piw, butelka wina, kto wie - może jakiś mały numerek? I to wszystko. Smród krwi jednak przybierał na intensywności; miazmaty uderzały falami w moje jestestwo sprawiając, że zaczynałem robić się niespokojny. Przypominało mi to uczucie, gdy będąc człowiekiem nie mogłem sobie pozwolić na kolejną dawkę mojego ukochanego opium. Pociłem się nocami, składając modły do Wszechmocnego o łaskę i zesłanie mnie prosto w objęcia Morfeusza. Łaska niestety nie nadchodziła, zostawiając mnie - o ironio - w stanie podobnym do tego, w jakim znajdowałem się teraz. Umęczonej duszy.

Pechowo, na własne życzenie związałem się z tym miejscem przy pomocy odrobiny taniego powrózka kupionego na pobliskim targu. Gdy człowiek umiera w ogromnym żalu, duch jego przywiązuje się do miejsca, w którym zakończył żywot. Tak głosi jedno z Wielkich Praw Niewypowiedzianych. Chcąc nie chcąc, miałem tu zostać już na zawsze. Pan odwrócił się ode mnie na dobre, zapomniałem słów jakichkolwiek modlitw, a rodzina moja wymarła, wstrzymując przy okazji przepływ modlitw za mą duszę, które umożliwiłyby mi wpierw wejście do Czyśćca a potem do Królestwa Niebieskiego. Obraz Jego rozmył się w mojej pamięci jak płomień kaganka w wietrzny dzień. Spędziłem długie dni próbując przypomnieć sobie imię mej ukochanej. Bezskutecznie.

 

Przez te wszystkie lata miałem okazję przemyśleć moje paskudne zachowanie i postanowiłem nigdy więcej nikomu nie wadzić. Chciałem po prostu być zostawiony w spokoju. Postanowiwszy zignorować moich nowych towarzyszy, schowałem się z powrotem w ścianę. I wtedy to poczułem. Jeden z gówniarzy na dole narysował pierwszą kreskę sigilu. Nie wiem, jak długo to ćwiczył, ale dosłownie usłyszałem śpiew znaku malowanego krwią. Stawiał kolejne kreski, a ja, mimo że tego nie widziałem, byłem pewny, że mój nieproszony gość doskonale wie co robi. Uśmiechnąłem się w myślach. W sumie czemuż nie miałbym rozprostować starych kości?

 

Wyszedłem ze ściany i natychmiast zauważyłam siedzącego w kącie rudego kota. Całkowicie świadomy mojej obecności, wodził za mną wzrokiem, zamiatając kurz napuszonym ogonem. Najchętniej bym go zabił, ale Porozumienie powiadało, że nie możemy dotykać tych świętych zwierząt. Sprawa miała się za to całkowicie inaczej z ludźmi. O tak, prawa Porozumienia nie obowiązywały w odniesieniu do ludzi - jeśli żywi niepokoili zmarłych, zmarli mogli odpowiedzieć pięknym za nadobne. Tak właśnie wyglądała obecna sytuacja - byłem niepokojony kolejnymi kreskami krwi które składały się na sigil przyzwania. Rysujący świetnie wszystko obliczył; litery użyte w języku Dawida zostały przełożone na liczby, a te z kolei wpisane w kamei. Och, jak mnie to rozjuszyło! Aż do tej pory dom, w którym postanowiłem zakończyć żywot, stanowił moje i tylko moje terytorium, a teraz ktoś śmiał rozkazywać mi, abym się objawił! Nie miałem zamiaru nikogo krzywdzić (może prócz rudego kocura który – że tak to ujmę – nawiedzał mnie od kilku miesięcy) ale postanowiłem, że w sumie mogę pozwolić sobie na odrobinę rozrywki. Zrobiłem salto w powietrzu, zatrzymując się pod sufitem. Pa-ram-pam-pam, zanuciłem, zatrzymując się przy oknie. Jedno z Wielkich Praw Niewypowiedzianych powiada, iż Zjawy mogą oddalić się od miejsca Spoczynku na odległość trzydziestu czterech sążni. Z gracją spłynąłem na dół, podziwiając doskonale mi już znane podwórko. Początki mojego zesłania były bolesne - niejednokrotnie próbowałem uciec, odbijając się zawsze od Granicy. Przez kilkadziesiąt lat czułem się jak wściekły pies na łańcuchu. Mijały dekady, drzewa rosły i upadały podczas wichur, a ja trwałem na moim posterunku. Raz na jakiś czas próbowałem czegoś nowego - trzaskałem oknami, próbowałem opętać bezdomnego szukającego schronienia w murszejącej posiadłości, lub siedziałem pod ziemią, patrząc na wszelkie żyjące w niej robactwo. Wspaniałe widowisko.

 

Nie mogłem zrozumieć, o co chodzi – ewidentnie wyglądało na to, że grupka młodzieniaszków próbuje mnie sprowokować do wyjścia z ukrycia. Skąd wiedzieli, że tu jestem? Skąd jeden z nich wiedział, czym jest sigil przyzwania i jak go nakreślić? Pytania się mnożyły, odpowiedzi nie było, a ja, mimo początkowych postanowień trzymania z dala, coraz bardziej nabierałem ochoty na krotochwilę. Ostrożnie przeniknąłem w ścianę na parterze, skrzętnie się w niej ukrywając, i powolutku wychyliłem głowę, by spojrzeć na moich gości. Trzech podrostków i dziewczyna. Młodzi, zawadiacko uśmiechnięci, wbrew moim wcześniejszym przypuszczeniom zupełnie nieświadomi tego, co robią. Zmażę im te głupie uśmieszki z promiennych, bezmyślnych twarzy. Pa-ram-pam-pam. Zacząłem się zastanawiać, od czego zacząć. Nie miałem zbyt wiele czasu, bo Szaman (jak nazwałem szubrawca, który malował znak przyzwania) kreślił pieczęć bardzo sprawnie; gdyby ją skończył, musiałbym stanąć przed nimi w prawie materialnej formie. Jedno z Wielkich Praw Niewypowiedzianych mówiło, że podczas takiego procederu wzywający mógł zapytać Zjawę o sekrety śmierci, a ta była zobowiązana wyjawić wszystko, co na ten temat wie. Żywi zawsze są ciekawi tego, co po drugiej stronie... ale ode mnie nie dowiedzieliby się zbyt wiele. Kreski układały się w przeklęty znak, smród krwi sprawiał, że brzęczało mi gdzieś w środku. Musiałem szybko podjąć decyzję.

Zapukałem cichutko w ścianę. Pa-ram-pam-pam. Grupka młodzieniaszków zamarła, jakby zatrzymała się w czasie. Widziałem dokładnie pyłki kurzu tańczące w promieniach słońca, słyszałem przyspieszone bicie serc intruzów, poczułem ich strach. Uczucie samo w sobie było dla mnie upajającym doznaniem. Och, jak dobrze będzie się zabawić po trosze! Gdy szok ustąpił, zaczęli się cieszyć, zrozumieli już bowiem, że nie są tu sami. Zatarłem ręce w duchu i zacząłem planować kolejny krok. Podczas gdy popijając alkohol cieszyli się w najlepsze, wzleciałem do góry. Zaskoczyłem siedzącego na parapecie kocura, już chciałem go złapać za grzbiet, ale się powstrzymałem. Kara byłaby znacznie gorsza, niż dowolnie długie przykucie mnie do tego paskudnego miejsca. Rudzielec zasyczał, napuszył się cały, rzucił mi nienawistne spojrzenie i uciekł do innego pomieszczenia. Tak, przez ten krótki moment czułem, że żyję. Jakkolwiek ironiczny nie byłby wydźwięk mych słów.

 

Przez wszystkie lata Zesłania nauczyłem się kilku rzeczy... podobnie jak inne Zjawy, mogłem wpływać na materię, a zatem dotykać i używać przedmiotów. Wymaga to ogromnej wprawy, ale zmarli mają przecież pod dostatkiem czasu. Potrafimy opętać słabsze umysły i zmusić je do przemawiania w naszym imieniu. Wielkie Prawa Niewypowiedziane zabraniają nam przemawiać własnym głosem, chyba, że zostajemy wezwani i zmuszeni do rozmawiania z żywymi bezpośrednio. Tylko i wyłącznie wtedy możemy nawiązać dialog ciągle będąc w swojej niemal że namacalnej formie. Czas naglił! Wziąłem się zatem do pracy. Wiedziałem, że z początku muszę postępować ostrożnie, inaczej moi nieproszeni goście rozbiegną się we wszystkie strony świata, pozostawiając mnie z niczym. A druga taka szansa nie pojawi się prędko. Korzystając z zaistniałej sytuacji, złapałem zaśniedziałą klamkę zbutwiałych drzwi, uśmiechnąłem się w głębi samego siebie i pchnąłem ze wszystkich sił. Echo zadudniło po całej budowli, tumany kurzu wzbiły się w powietrze. Zawirowałem w powietrzu z podniecenia i schowałem się w ścianie nieopodal drzwi. Czekałem w ciszy i spokoju. Tak, to było coś! Dawno się tak dobrze nie bawiłem. Nie minęła chwila, gdy usłyszałem kroki na schodach. Jeden z osesków – jeszcze niemalże dziecko – zmierzał prosto w moją stronę, a ja wręcz nie mogłem się doczekać, aż podejdzie bliżej. Widziałem jego kędzierzawe włosy, słyszałem szybsze bicie serca – tłukącego się w piersi nie ze strachu, a z podniecenia! Byliśmy zatem jakby na tej samej stopie, z tym, że on nie wiedział, co dlań przygotowałem! Gdy wszedł do pokoju, przesunąłem się w ścianie i zamknąłem drzwi, odcinając mu drogę. Chłopak rzucił się panicznie do ucieczki. Szaleńcze łomotanie jego serca uradowało me jestestwo, albowiem nie było w nim już nic z podniecenia. Przytrzymując klamkę patrzyłem, jak miota się bezsilnie, próbując otworzyć drzwi i wyrwać się na wolność. Drugą ręką złapałem go za kaptur i pociągnąłem do tyłu. Upadł na ziemię, kalecząc prawą rękę o zalegające tu i ówdzie potłuczone butelki. Obiecywałem sobie wcześniej, że rozegram wszystko powoli, ale głód doznań był zbyt silny.

 

Ukazałem mu się w mojej całej wisielczej chwale. Och, radości! Dawnom nie słyszał tak przeraźliwego wrzasku! Pa-ram-pam-pam! Kwiczał niczym mała świnka świadoma tego, że zmierza na rzeź! Rozciągnąłem szczękę do granic możliwości w upiornym uśmiechu, przewróciłem robaczywymi oczyma i wyciągnąłem poczerniałą dłoń w jego stronę. Najwyraźniej to było dla niego za wiele, gdyż padł bez zmysłów, pozbawiając mnie tym samym słodkiej melodii, jaką stanowił dla mnie jego opętańczy wrzask. Szach! Usłyszałem jak reszta szajki zmierza na górę. Ująłem kawałek zardzewiałego żelaznego pręta i zaryglowałem nim drzwi. Przeniknąłem przez ścianę działową, zachodząc szarpiącą się z drzwiami młodzież od tyłu i sycąc się ich bezsilnością i jednocześnie podziwiając determinację, z jaką próbowali wyważyć drzwi. Nie na mojej warcie, małe świnki! Zaryglowany w brudnym pokoju nieprzytomny chłopak był moją kartą przetargową – pozostali nie odejdą przecież bez ukochanego przyjaciela. A to stwarzało szereg możliwości. Zdecydowałem, że póki nadaremno próbują oswobodzić towarzysza, zobaczę, czy jestem w stanie zrobić coś z parszywym sigilem. Być może udałoby mi się nawet zniszczyć kamei, a wtedy ryzyko konieczności wykonywania czyichkolwiek rozkazów zostałoby oddalone. Zstąpiłem na parter i rozejrzałem się po pustej bawialni; plecak Szamana leżał w pobliżu narysowanego na ziemi znaku. Poczułem ten okropny smród krwi. Byłem wyczerpany materializacją i popisami na piętrze, ale nie mogłem się powstrzymać przed dalszą zabawą. Uchyliłem klapy plecaka, by zobaczyć kilka zeszytów, parę butów na zmianę oraz coś co wyglądało jak...

 

Och. W schowanej pod zeszytami butelce z palonego szkła połyskiwały okruchy bursztynu, zmieszane z morską solą które znalazły się tam na drodze nieprawdopodobnej alchemicznej sztuczki. Wybitnie niefortunny rozwój sytuacji. Patrząc na doskonale widoczne kryształki soli, z pełną jasnością zrozumiałem, po co tutaj przyszli. Musieli wiedzieć wcześniej o moim urzędowaniu w tej rozsypującej się konstrukcji i chcieli mnie pojmać w bliżej nieokreślonym celu. Mimo, iż nie cierpiałem tego parszywego miejsca każdym calem mojego jestestwa, życie w butelce jawiło się jeszcze gorszą karą. Idealnie wtopiona w butlę pieczęć nie pozostawiała cienia wątpliwości – jeśli szybko nie zareaguje, znajdę się w nie lada kłopotach. Podrzuciłem lekko butlę, ująłem ją za szyjkę i cisnąłem w głąb pokoju, chcąc rozbić obmierzłą pułapkę. To, co ujrzały moje czarne oczy, przeraziło mnie do cna. Butelka odbiła się od niewidzialnej ściany i upadła na ziemię, nie ponosząc szwanku. Dopadłem miejsca, w którym się odbiła tylko po to, by dowiedzieć się, że i ja nie jestem w stanie przekroczyć bariery. Z narastającą paniką rozejrzałem się po ziemi i dostrzegłem kolejny sigil; tym razem dużo większy i wzmocniony solą. Pieczęć zatrzymania. Dałem się złapać w pułapkę. Wszystkie te podchody prowadziły do tego, bym niczym głupiec dał się złapać w dziecinną pułapkę. Szaman wiedział, co robi; znak był narysowany idealnie. Szukałem drobnych pęknięć w otaczającej mnie barierze, ale po prostu ich nie było. Usłyszałem, jak moi prześladowcy schodzą po schodach na dół. Kędzierzawego nie było pośród nich. Okrążyli mnie, stojąc w bezpiecznej odległości. Potoczyłem wzrokiem dookoła, by przyjrzeć się im dokładniej. Mimo przerażenia (wyczuwałem smród ich strachu prawie tak samo dobrze jak fetor krwi) na ich twarzach malowały się triumfujące uśmiechy, uśmiechy zadowolenia z przechytrzenia mnie.

Ale nie zauważyli jednego szczegółu. Butla-pułapka wciąż leżała w okręgu, który mnie więził; by jej sięgnąć, jedno z nich musiałoby podejść bliżej, a ja doskonale wiedziałem, jak to wykorzystać. Ten, którego uważałem za Szamana, przemówił.

- Byłeś nieostrożny i dałeś się pochwycić. Będziesz mi posłuszny.

Jeszcze zobaczymy, pomyślałem.

- Teraz podejdziesz do granicy, byśmy mogli Ci się przyjrzeć, i zdradzisz nam swoje imię.

Uśmiechnąłem się kwaśno i zrobiłem kilka kroków w ich stronę. To, iż taka marność śmie mi rozkazywać, napawało mnie obrzydzeniem, a myśl o spędzeniu kolejnych kilkudziesięciu lat w niewoli mierziła mnie niepojęcie.

- Jak się zwiesz, zjawo?

- E... Ez...

Od dawna nie używałem swojego głosu i teraz ciężko było mi wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Wiedziałem, że wkrótce osłabnę i będę musiał wykonać jego polecenie.

- Trudno. Jeśli nie chcesz odpowiedzieć, nie musisz. Nie przyszliśmy tu na pogawędkę.

Sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Mieszanka bursztynu i soli połyskiwała w butli, która wkrótce miała stać się moim więzieniem i miejscem kolejnej kaźni. Nie mogłem wyrwać się z kręgu, wymuszone przez tenże utrzymywanie widzialnej postaci i ogromne skupienie wyczerpywały mnie coraz bardziej, a czas płynął nieubłaganie. Szaman przyglądał mi się z kpiącym uśmiechem, napawając się triumfem. Nagle od strony schodów rozległ się tupot i do pokoju wpadł mój kędzierzawy przyjaciel, zatrzymując się wewnątrz wiążącego mnie kręgu. Rzuciwszy towarzyszom przelotne spojrzenie, sięgnął wciąż jeszcze krwawiącą ręką po butlę, pozostawiając brudne smugi na jej zdobionej powierzchni i cofnął się do swoich przyjaciół.

- Oszalałeś?! – zasyczał Szaman, wyszarpując butelkę z dłoni towarzysza – Gdybyś go uwolnił, zabiłby nas wszystkich!

- Trzeba wykorzystywać nadarzające się okazje – wysapał kędzierzawy.

Ostatni cień uśmiechu zniknął z mojej twarzy. Więcej szans ucieczki już nie było.

Szaman ostrożnie postawił butlę na podłodze, wyciągnął z kieszeni zmiętą chusteczkę i podał ją kędzierzawemu.

- Opatrz sobie rękę. Zaczynamy.

- Zapłacicie mi za to – wychrypiałem.

Szaman uśmiechnął się lekko i zaczął recytować inkantację. Słowa brzmiały obco, pełne ostrych, jednocześnie brzęczących i trzeszczących głosek. Nigdy wcześniej nie słyszałem tego języka, ale rozpoznałem go natychmiast. Początkowa recytacja przeszła w monotonny, ponury zaśpiew, do którego po chwili dołączyła reszta grupy, a mnie jakby coś złapało za gardło i poczęło przyciągać w ich stronę. Opierałem się jak mogłem, ale wobec Starej Mowy każda Zjawa jest bezsilna. Zobaczyłem, jak kędzierzawy płynnym ruchem wyciągnął rękę, kierując złowieszczą butlę w moją stronę i ogarnął mnie strach. Wewnątrz kłębiła się przerażająca, wzbudzona zaklęciem ciemność, w której połyskiwały kryształki soli. Patrzyłem w nią zahipnotyzowany, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu, spętany pradawnymi słowami śpiewanymi przez intruzów. Nagle zaśpiew wzniósł się do dzikiego, pierwotnego wycia, od którego powietrze zaczęło wibrować. Szaman uniósł ręce. Śpiew gwałtownie zamilkł, rzeczywistość pękła, a ja ostatkiem gasnącej świadomości poczułem, jak zostaję wciągnięty do środka, prosto w nicość.

 

***

Szelmowska czwórka opuściła ruderę z poczuciem triumfu w sercach. Przygotowywali się do uwięzienia duszy wisielca przez cały rok; wszystko było dopięte na ostatni guzik i musiało przebiec idealnie – sigile, inkantacje, zdobycie odpowiedniej butelki i precyzyjne wyrycie na niej pieczęci. Długie, żmudne godziny spędzone na studiowaniu przypadkowo pradawnych słów, mających spętać i uwięzić duszę, cały ten czas spędzony na powtarzaniu do znudzenia linii wykreślających sigile, dłonie wielokrotnie pokaleczone szkłem, pękającym w rękach przy pierwszych próbach wyżłobienia pieczęci. Było warto, udało się! Wysoki chłopiec popatrzył na niższego kędzierzawego z cieniem braterskiej miłości w oczach. Poklepali się mocno po plecach. Słońce powoli zachodziło za horyzontem, a oni czuli, że nadchodzące dni będą wspaniałe. Zniewolony zmarły wkrótce wyjawi im sekrety zaświatów, umożliwi kontakt z innymi bytami astralnymi, a gdy już nabiorą wprawy w egzekwowaniu jego posłuszeństwa, przepowie przyszłość.

 

Szaman uśmiechnął się z zadowoleniem i popatrzył na trzymaną przez kędzierzawego, jakże cenną butlę. Wzrok Szamana przesunął się po brudnym, upapranym zaschniętą krwią szkle, prześlizgnął się po smudze krwi, przysłaniającej nieco krawędź perfekcyjnie wykonanej pieczęci i zatrzymał się na twarzy brata. Kędzierzawy odwzajemnił spojrzenie nieobecnym wzrokiem, uśmiechając się z rozmarzeniem.

- Hej, młody – zapytał Szaman – czemu się głupio uśmiechasz?

- Pa-ram-pam-pam – zanucił kędzierzawy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Bajkopisarz miesiąc temu
    „Wyszedłem ze ściany i natychmiast zauważyłam”
    Zauważyłem. Czy celowa zmiana rodzaju męskiego na żeński?
    „jeśli szybko nie zareaguje”
    Zareaguję
    „się od niewidzialnej ściany i upadła na ziemię, nie ponosząc szwanku. Dopadłem miejsca, w którym się odbiła tylko po to, by dowiedzieć się, że i ja nie jestem w stanie przekroczyć bariery. Z narastającą paniką rozejrzałem się”
    4 x się
    „mogli Ci się przyjrzeć”
    Wypowiedź, więc ci małą literą
    „się z kpiącym uśmiechem, napawając się triumfem. Nagle od strony schodów rozległ się tupot i do pokoju wpadł mój kędzierzawy przyjaciel, zatrzymując się”
    4 x się
    „studiowaniu przypadkowo pradawnych słów,”
    Dlaczego przypadkowo?

    Z innych uwag technicznych to masz przesadnie dużo zaimków, a i się-jozę można jeszcze ograniczyć.
    Poza tym bardzo dobre opowiadanie. Na początku trochę się gubiłem, kiedy zjawa może się swobodnie przemieszczać, a kiedy musi być posłuszna, ale w końcu to wyjaśniasz, wiec chyba zrozumiałem. Końcówka też niezła, jeden szczególik może decydować o wszystkim. Aż chciałoby się przeczytać dalszy ciąg 😊
  • Duke Breezeblock miesiąc temu
    @Bajkopisarz - dziękuje za konstruktywną krytykę :) definitywnie postaram się o poprawę :) Pozdrawiam!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania