ODPRYSKI
Nie wszystko wygląda
tak jak wygląda
Wprowadzenie
Ryszard Knosala po przeżyciach zawieruchy wojennej osiadł w swym rodzinnym Raciborzu. Dzięki swej wiedzy i szczególnym cechom charakteru, szybko dostosował się do istniejącej sytuacji gospodarczo-politycznej. Został Dyrektorem Technicznym w nowopowstającym zakładzie przemysłowym Ra-fako. Jego syn Józef urodzony w 1944 roku wychowywany był wpierw bez ojca a później po powrocie z wojny, pod ojcowską opieką. Od dziecka pozna-wał jednocześnie dwa języki – polski i niemiecki które opanował biegle w mowie i piśmie. Dorastał w domu obserwując swego Ojca i jego przyjaciół którzy ich odwiedzali. Starał się naśladować zwyczaje i nawyki swego Ojca. Przyswoił sobie zwyczaj wysłuchiwania innych racji czy opinii i ich analizo-wanie nie podejmując natychmiastowych decyzji podyktowanych chwilowymi emocjami. Wśród młodzieży szkolnej prawie zawsze był wybierany jako ten, kto ma ich reprezentować i z którego zdaniem należy się liczyć.
Mimo delikatnych sugestii Ojca, Józef nie zdecydował się na studia technicz-ne a wybrał studia prawnicze we Wrocławiu na Uniwersytecie im. Bolesława Bieruta na Wydziale Prawa. Widocznie odezwały się geny dziadka, znanego prawnika w Raciborzu przed wojną.
Tam, na trzecim roku zakochał się w koleżance Ani która też była na tym samym kierunku. On, widział siebie w kancelarii adwokackiej tak jak jego dziadek a jego jak się później okazało przyszła żona, marzyła o birecie sę-dziowskim. Oboje byli zadowoleni ze swych upodobań, bo z racji ewentualne-go małżeństwa nigdy nie mogliby występować w tej samej sprawie a tym sa-mym mieć inne zdanie.
Po zdaniu egzaminów magisterskich rozpoczęciu aplikacji prawniczych postanowili zawrzeć związek małżeński w 1970 roku mając wspaniałe 26 lat. Ojciec Józefa - Ryszard gdy po skończeniu studiów powiadomili go o planach rodzinnych, wybrał się z żoną do Zakopanego na parę dni jak twierdził odpo-cząć i pooddychać górskim powietrzem.
Te oddychanie górskim powietrzem w towarzystwie ich przyjaciela, działacza partyjnego wyższego szczebla Władka Poleszczuka i jego żony Basi, zaowoco-wało przydziałem czteropokojowego mieszkania w Katowicach dla syna na nowo budującym się osiedlu 1000–lecia. Nie długo po przeprowadzce w 1971 roku, pojawiła się na świecie Jola. Ryszard po raz pierwszy trzymał maleń-stwo przy piersi doznając trudnego do opisania wewnętrznego uczucia rado-ści i dumy. Los mu poskąpił trzymania w ramionach swego maleństwa, za to teraz - przytulał do siebie wnuczusię z wielką radością w sercu.
□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□□
Ryszard Knosala pracował w RAFAKO w Raciborzu na stanowisku Dy-rektora Technicznego od samego początku powstania tego Zakładu. Włożył całą swą wiedzę jak i całą energię w jego powstawanie. Zakład się rozrastał, przybywało wielu nowych Inżynierów wykształconych w Polsce Ludowej.
Ci nowi, młodzi, coraz śmielej sięgali po coraz to nowsze zdobycze wiedzy in-żynierskiej. Przestawała już obowiązywać sztywna doktryna, że tylko to co pochodzi ze Związku Radzieckiego jest najlepszym dla Polski. Młodzi sięgali po wiedzę zachodnią wpierw nieśmiało a potem coraz śmielej. Knosala który ostał się już jako jeden z pierwszych budowniczych Zakładu uznał, że czas się wycofać z zarządzania w Zakładzie ponieważ młodzi okazywali się lepsi, bardziej innowacyjni i odważniejsi w swych działaniach.
Nadal przeszkadzała mu jego przeszłość którą mu pamiętano choć nikt tego przy nim nie komentował. Wiedział jednak a czasem i słyszał jakby za ple-cami, jak o nim mówią, że jest byłym Wermachtowcem i autochtonem nie-mieckim. Postanowił więc opuścić zakład pracy jak również i Racibórz.
Ponieważ jego syn Józef zamieszkał w Katowicach i pracował w jednej ze znanych kancelarii adwokackiej a jego żona Ania podjęła pracę w Sądzie Re-jonowym jako sędzina, to postanowił wraz żoną Jadzią również osiedlić się w Katowicach aby być bliżej syna i ukochanej wnuczki Joluni.
W 1972 roku zwolnił się w Rafko i podjął pracę w jednym z przedsiębiorstw budowy elektrowni na etacie koordynatora remontów kotłów energetycznych w elektrowniach całego południa Polski. Jego żona Jadzia dostała pracę w tym samym przedsiębiorstwie w dziale księgowości. Było trochę problemów z mieszkaniem ale tu znów przyszedł nieoceniony ich dawny przyjaciel Władek Poleszczuk dosyć wysoko usadowiony w strukturach partyjnych. Otrzymali mieszkanie na osiedlu 1000-lecia które wciąż się rozbudowywało niedaleko mieszkania syna.
Józef, który od dziecka znał również drugi język – język niemiecki, postanowił studiować Filologię Germańską na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Ukończył ją z wynikiem bardzo dobrym a później zdobył uprawnienia tłumacza przysięgłego i często występował przed sądem w sprawach spornych pomiędzy przedsiębiorcami niemieckojęzycznymi a polskimi.
Obserwował z dumą jak Józef radzi sobie w pracy adwokackiej. Słyszał cza-sem od swych znajomych, że podobno wyróżniał się wiedzą, taktem a zara-zem doskonałym opanowaniem swego zawodu. Cieszył się również sympatią sędziów, ponieważ nie zgadzając się z nimi w sprawach spornych, czynił to zawsze taktownie i z szacunkiem dla nich i nie starając się wytknąć jakiegoś im nie znanego czy też chwilowo zapomnianego artykułu z kodeksu postepo-wania cywilnego lub prawa karnego.
Knosalowie słysząc taka opinię o swym synu, zapewniali się wzajemnie, że to z pewnością po dziadku który także był znanym i lubianym adwokatem w Raciborzu.
Państwo Knosalowie starali się jak mogli aby młodych odciążyć w opiece nad Jolunią która w momencie ich przeprowadzki właśnie obchodziła już swój pierwszy roczek życia. Nie zawsze się to udawało. Ania - ich synowa, otrzy-mała prawie trzy letni urlop macierzyński co pozwoliło jej zając się swą có-reczką.
Nastąpiły nowe czasy, do władzy po burzliwym i krwawym roku 1970 stano-wisko Pierwszego Sekretarza objął Edward Gierek. Nastąpiła względna po-prawa życia w Polsce. Objawiło się to przede wszystkim w tym, że zaopatrze-nie w sklepach było lepsze a i społeczeństwo stać było na kupowanie droż-szych towarów jak kolorowe telewizory czy samochody. Coraz częściej wyjeż-dżano na wczasy zagraniczne co kiedyś było prawie niemożliwe chyba że do rodzinki na wieś pod gruszę.
Knosala z ciekawością obserwował jak Jolunia zaczyna siadać, stawia pierw-sze kroczki ja zaczyna gaworzyć po swojemu. Rozpłakał się szczerymi łzami szczęścia gdy naszedł czas kiedy po raz pierwszy usłyszał jak wyciągając rączki do niego śmiejąc się powiedziała – „dzadza”.
Los nie dał mu szansy widzieć, jak jego syn stawia pierwsze kroczki, jak za-czyna wymawiać pierwsze słowa, jak pierwszy raz dziecko wyciąga rączki domagając się aby wzięto je na ręce. Mając już troszkę ponad sześćdziesiąt lat przeżywał dzięki Joluni chwile które kiedyś wojna mu zabrała.
Obserwował rosnącą wnuczusię ale największym szczęściem było gdy mógł
w pobliskim parku popychając wózek prowadzić za rączkę Jolunię iść w kie-runku budki z lodami które uwielbiała. Nie raz czynił aluzję synowi, że dziecko to nie dzieci, ale jakoś nie odnosiło to widocznego efektu.
Wraz z Jadzią obserwowali jak Jolunia dorastała, jak powoli stawała się pa-nienką. Wspólnie z synem i synową zgodzili się aby Jola od małego zaznaja-miała się z językiem angielskim gdyż w nadchodzących czasach w świecie zaczynał dominować w handlu, polityce i publikacjach naukowych język an-gielski. Rodzice Ani mieli w rodzinie ciocię z pochodzenia przedwojenną hra-binę która władała doskonałym angielskim. Ponieważ parę lat wcześniej zmarł jej mąż również z odpowiednim hrabiowskim pochodzeniem, to ciocia bardzo ucieszyła się że będzie miała zajęcie no i parę złotówek jak to określiła z pewnością jej się przyda. Joleczka mając już cztery latka zaczęła uczęszczać na lekcje angielskiego dwa razy w tygodniu zawożona przez ojca bądź dziad-ka. Po pewnym czasie Józef zorientował się, że Joleczka siedząc przy stole nie wierci się czy też nie sięga do talerza gdy tylko pojawiał się przed nią. Zauwa-żyli z żoną, że kochana cioteczka również uczyła Jolunię podstaw dobrego zachowania się. Jak się okazało, w krótkim czasie potrafiła przekazać naj-ważniejsze słówka angielskie jak również wymawiać proste i krótkie zdania. Po dwóch miesiącach przy obiedzie Ryszard zdumiał się gdy usłyszał - Grandpa, give me a teaspoon. Nie wiedząc o co chodzi spojrzał bezradny na syna. Ten też zrobił wielkie oczy, dopiero Ania powiedziała z uśmiechem - Dziadku podaj jej łyżeczkę bo nie potrafi jej sięgnąć. Jadzia siedząc również przy stole spojrzała z dumą na swą synową.
Jola mając siedem lat poszła po raz pierwszy do szkoły. Rodzice kupili jej wspaniały róg obfitości ale Dziadek wraz z Babcią uprosili młodych aby im pozwolili go napełnić. Jolunia miała gęste ciemne włosy i do pierwszej klasy poszła w dwóch warkoczykach zakończonych małymi motylkami wpiętymi w ich końcówki.
Jola rozpoczęła naukę w swojej 8-mio klasowej szkole podstawowej. Została posadzona w pierwszej ławce wraz z nową koleżanką. Rozpoczęła się jej wal-ka o zdobywanie coraz to większej wiedzy. Już po pierwszym roku szkoły po-kazała że jest obowiązkowa i nie ma dla niej ważniejszej sprawy jak szkoła. Lata upływały, Jola przynosiła na koniec każdego roku same piątki a od pią-tej klasy przynosiła już świadectwa z czerwonym paskiem. Jola nadal chodzi-ła do swej już nieco starszej cioci na pogłębianie znajomości języka angiel-skiego. Potrafiła już rozmawiać z nią prostymi zdaniami ale w różnych cza-sach czego bardzo ciocia pilnowała. Nadszedł jednak czas kiedy Ciocia w rozmowie z Józefem stwierdziła że brakuje jej już sił aby Jolkę dalej uczyć, tym bardziej, że zaczynała coraz bardziej niedowidzieć.
Józef, Ojciec Jolki we wspólnej rozmowie z żoną, rodzicami jak również te-ściami - jednoznacznie stwierdzili że naukę angielskiego należy kontynuo-wać. W Katowicach już wcześniej otwierały się różnego rodzaju kursy języ-ków obcych. Wybrano taki kurs który jak twierdzili inni rodzice stawia swym uczniom dosyć wysokie wymagania. Po zakończeniu szkoły podstawowej Jola nie miała żadnych problemów z dostaniem się do wymarzonej już wcześniej szkoły do Liceum im. Konopnickiej. Szkoła ta znana była nie tylko z wysokiego poziomu nauczania ale przede wszystkim z wysokich wymagań stawianych przy nauce języka angielskiego. Jola rozpoczęła swą naukę w tej szkole 1986 roku, mając już skończone 15 lat.
Ryszard Knosala przeszedł na zasłużoną emeryturę w wieku 65 lat w 1978 roku dokładnie wtedy, gdy jego ukochana Jolunia rozpoczęła szkołę podsta-wową. Jego małżonka Jadzia już była od dwu lat na emeryturze. Oboje mogli teraz więcej czasu poświęcić swej jedynej ukochanej wnuczce.
Ryszard często siedział obok odrabiającej swe lekcje Joli i milcząco obserwo-wał jej pracę. Cieszyło go, że nie podchodzi lekceważąco do zadań jakie zada-ła jej Pani w szkole. Starała się je wypełnić wzorowo tak, jak to jej pani mówi-ła w klasie.
Gdy była już w szóstej klasie, po rozmowie Ojca z synem i mając jego aproba-tę, zaczął z nią rozmawiać o jej przedmiotach szkolnych. W rozmowach na temat takiego czy też innego sposobu rozwiązania zadania z matematyki czy też opowiadania o dziejach Polski lub odnajdowanie na mapie tej czy innej rzeki, przemycał jej umiejętność dociekania dlaczego tak, a dlaczego nie ina-czej. Starał się jej wszczepić umiejętność samodzielnego, krytycznego myśle-nia a nie ślepego wkuwania lekcji od strony do strony podręcznika.
Czynił to jednak takim sposobem że Joleczka traktowała to jako zabawę a nie coś czego należy bezwzględnie się nauczyć.
Czasem zadawał jej niewinne pytanie; a jak to samo byś powiedziała po an-gielsku. Jola starając się popisać przed dziadkiem swą wiedzą, odpowiadała po angielsku.
Nie zawsze jednak to dobrze wychodziło, bo czasem na drugim spotkaniu przepraszała, że to powinno brzmieć tak a nie jak mu to wcześniej powiedzia-ła. Dziadzio kiwał głową ze zrozumieniem twierdząc, że właśnie tak i on my-ślał. Z wielkim zadowoleniem przyjął wiadomość że Jola dostała się do Li-ceum z rozszerzoną nauką języka angielskiego.
Ryszard z żoną będąc już oboje na emeryturze cieszyli się karierą syna i jego żony a najbardziej postępami w nauce swej ukochanej wnuczusi.
Józef zauważył, że córka po rozpoczęciu nauki w Liceum zaczęła coraz czę-ściej sięgać po książki z Biblioteki Śląskiej w Katowicach. Ze zdziwieniem z żoną oglądali tytuły wypożyczanych książek. Raz była to Obrona Sokratesa Platona, innym razem Ernest Hemingway lub Tołstoj.
Największe jednak zdumienie ogarnęło ich kiedy pewnego razu Mama zoba-czyła na jej nocnym stoliczku książkę Władysława Tatarkiewicza która leżała na otwartej książce Friedricha Nietzsche a w niej kartka z notką zapisana jej ręką - Mądrość jest szeptem samotnika z samym sobą pośród gwarnego tar-gowiska a zaraz pod nią druga - Wielu trzyma się uparcie obranej drogi, lecz tylko nieliczni dążą konsekwentnie do swego celu.
Parę dni później gdy Jola zajęta była swymi lekcjami, Józef wraz z Anią wy-brali się do Ryszarda i Jadzi. Po jak zwykle zwyczajowym kosztowaniu nowe-go rodzaju ciasta których wypiekaniem Jadzia nie miała sobie równych Józek przedstawił im swe spostrzeżenia co do rodzaju literatury widywanej w pokoju Joli. Ryszard wysłuchał syna w milczeniu i popatrując to na niego to na jego żonę odezwał się cicho jakby z zastanowieniem.
- Czasem rodzą się nieoszlifowane diamenty, wymagają one jednak wielkiej troski w ich rozwoju intelektualnym którego nie powinno się przyśpieszać ale umiejętnie sterować pozwalając im na pozornie samodzielne podejmowanie swych decyzji. Jest wielkim prawdopodobieństwem, że w Joli skumulowały się wszystkie dobre cechy mojego Ojca jak również jego protoplastów. To co jest mi wiadome, to korzenie rodziny mojego Ojca sięgają znacznie wstecz w genealogii. Być może właśnie to jest tym, co powoduje takie szerokie rozstrze-lenie jej zainteresowań. Józek, a jak tam z koleżankami czy kolegami w cza-sie wolnym od nauki?
- Ma koleżanki, bo czasem ona idzie do któreś albo jedna czy też parę prze-siadują u niej. Ania mówiła mi że lubią sobie potańczyć przy magnetofonie z tą nowoczesną muzyką i tymi hałaśliwymi rytmami. Co do kolegów to nie zauważyłem, ale myślę że jeszcze nie nadszedł czas.
- Czasem słyszałam głosy zza drzwi – odezwała się Ania – jakby się sprze-czały w jakimś temacie ale nie były to sprzeczki prowadzone w podniesionym tonie a raczej coś w rodzaju współzawodnictwa w trafności używanych twier-dzeń. Nie wszystko jednak rozumiałam bo często w połowie zdania przecho-dziły na angielski. Wiem, że jedna to córka kogoś wysoko usadowionego w Centrali Handlu Zagranicznego i może stąd ten angielski a inna, to córka jednego z dyrektorów Stalexportu i jego żony rodowitej angielki.
- No to lepszego towarzystwa nie można byłoby sobie zażyczyć – z zadowo-leniem stwierdziła Jadzia opierając się wygodnie o oparcie krzesła.
- A jak pozostałe przedmioty w szkole? – zapytał Ryszard.
- Chodzę na wywiadówki – odezwała się Ania – tu nie ma problemu, szóstki pomieszane z piątkami, czasem jakaś czwórka ale ani jednej trójki. Jola na-leży też do samorządu szkolnego i jest jednym z redaktorów gazetki szkolnej. Pani Wychowawczyni jest z niej zadowolona i jak twierdzi, że jeśli nic złego się nie wydarzy, to chyba będzie w przyszłości kimś z kogo Szkoła powinna być dumna.
Kiedyś zapytałam Jolę o te książki które widziałam na jej nocnym stoliczku. Odpowiedziała w taki sposób, że przyznać muszę, że byłam zaskoczona.
- Mamo, słyszałam o tych autorach w szkole oraz od koleżanek. Wypoży-czyłam je aby zorientować się o co w nich chodzi. Powiedziała że Nietzsche w swej rozprawie Ludzkie, arcyludzkie jest dla niej za trudny do zrozumienia i dlatego czytała tylko po parę stron z różnych miejsc aby się zorientować o co chodzi. Bardziej odpowiada jej Tatarkiewicz który jak twierdzi, bardziej dla niej jest zrozumiały choć i jego trzytomową Historię Filozofii czytała też tylko w urywkach ale trzeci tom, to przeczytała w całości.
- Gdy mi to Ania przekazała – odezwał się Józef – nie ukrywam, że byłem zaskoczony, przecież ona ma dopiero niecałe 18 lat i nie posądzam ją aż o tak wyrafinowany kierunek jej przemyśleń. Raczej sądzę, że chodzi o coś w rodzaju poszukania niewiadomych dla nas czy też możliwie i dla niej, odpo-wiedzi na pytania tylko jej znanych. Muszę jednak ci Tato powiedzieć, że cza-sem zaskakuje mnie używaniem takich słówek w sformułowanym zdaniu w rozmowie, że odnoszę wrażenie jakby ona testowała na mnie właściwego ich użycia.
- Kiedyś wieczorem wchodząc do jej pokoju aby ucałować ja na dobranoc – mówi Ania – zauważyłam że obok niej spod kołderki wystaje główka jej uko-chanego, bardzo już sfatygowanego miśka. Myślę, że jeszcze jest to panienka która jest w chwiejnej fazie wchodzenia w wiek dorosły.
- Zawsze twierdziłem, że moja wnuczusia to najlepsze dziecko świata – ode-zwał się pewnym głosem Ryszard uśmiechając się z zadowoleniem do wszystkich.
- No, no, nie bądź taki dumny Tato, nie wszystko jest twoją zasługą, trochę udziału w tym, to i my z Anią mamy – roześmiał się Józef.
- Wiesz Józio i ja zauważyłem w czasie takich mniej lub bardziej poważ-nych rozmówek z Jolą, że ona jakby potrzebowała a może i szuka partnera do dyskusji a może do bezwiednego wypróbowania swych sił w udawadnia-niu czy też właściwej argumentacji swych racji. Ona - a mam takie wrażenie, próbuje się zmierzyć w potyczce słownej, sondując jak daleko może się posu-nąć w swym uporze przy obronie swego rzeczywistego lub tylko pozorowane-go punktu widzenia.
- Coś w tym musi być bo i ja czasem przypadkowo słyszałem uwagi że z dziadkiem można „porozmawiać” a my podobno nie mamy na to czasu bo albo nas nie ma albo zajęci jesteśmy czytaniem cudzych akt – powoli z zasta-nowieniem stwierdził Józef.
- No tak synu ale ja mam już 75 lat i do młodych już od dawna nie należę.
- Dziadku – ale z wnuczką, jak zauważyłem to masz przyjemność rozma-wiać a czasem te rozmowy są dłuższe aniżeli wtedy gdy czytałeś jej bajki Brzechwy czy Andersena.
- Masz rację, coraz częściej zadaje mi takie pytania że muszę dobrze prze-myśleć odpowiedź ponieważ ona nie da się zbyć płytką i zdawkową odpowie-dzią, gdyż od razu mi zarzuca że spłycam temat aby się jej pozbyć.
- Mnie też czasem zadaje pytania – mówi Ania – z zakresu odpowiedzialno-ści za cudze losy kiedy wydaję taki czy inny wyrok w swej pracy. Kiedyś za-dała mi wprost pytanie - czy nie mam wyrzutów sumienia lub czy to mi nie przeszkadza kiedy skazuję kogoś na więzienie a sama idę potem na kawę z ciasteczkiem lub jadę z tatą na sobotnią wycieczkę.
- Aniu, nie rozmawialiśmy nigdy na ten temat ale mnie też raz zapytała jakby od niechcenia - jak się czuję występując w obronie człowieka o którym wiem, że z pewnością należy mu się kara za swój czyn.
- No moi drodzy, jeśli pozwolicie to chętnie z nią podyskutuję gdyż jak wi-dzę, nasza mała zaczyna coraz bardziej patrzeć na świat swymi oczyma.
Zaczyna już postrzegać swe otoczenie przez pryzmat swych spostrzeżeń, ob-serwacji i przemyśleń.
JOLUNIA
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Dziadku, dziś słyszałam w szkole jak koleżanka powiedziała do dru-giej że jest apodyktyczna w ocenie kolegi z którym chodzi. Nie za bardzo ro-zumiem w czym sprawa bo przecież wiem, że w rzeczywistości zależy jej na nim.
- Moja Jolu, musisz wpierw przyjąć że mężczyznom trochę trudno jest zro-zumieć młode dziewczyny a wy już stajecie się powoli małymi kobietkami.
Nie zawsze jest to logiczne ale wbrew zdrowemu rozsądkowi takie zachowanie czasem przynosi jednak sukcesy. Może wpierw powiedz mi jak ty rozumiesz znaczenie słowa – apodyktyczność.
- Ależ Dziadku, to przecież jest pojęcie jednoznacznie zdefiniowane w słow-niku języka polskiego.
- Hola, hola moja mała, nie tak szybko, dziadka nie weźmiesz na trywialne stwierdzenie dobre dla koleżanek w szkole. Co to jest apodyktyczność i jak to rozumiesz?
- No, to po prostu jest narzucanie komuś swojej woli.
- Prawie dobrze ale to nie oznacza tylko i wyłącznie dominowanie nad inną osobą. Musisz wiedzieć że apodyktyczność to również jest wyrażanie swej wo-li przy stanowczym odrzucaniu jakiegokolwiek sprzeciwu a każde podważe-nie oceny wygłaszane przez apologeta traktowane jest jako zamach na jego jedynie słuszną ocenę.
- A może tak trochę prościej dziadku?
- No dobrze, twoja koleżanka jak sama powiedziałaś, chodzi ze swym kole-gą wobec którego jest, jak stwierdziłaś - apodyktyczna. Czasem poprzez de-monstrowanie swej pozornej czy też rzeczywistej wyższości przez kobietę po-woduje zintensyfikowanie chęci zdobywania. W mężczyznach musisz wie-dzieć, zawsze drzemie instynkt łowców, zdobywców a nawet wręcz zaborców. Takie pokazywanie swej wyższości prawdopodobne jest zapisanie od zarania ludzkości w genach aby walczyli o nią inni a wygrał ten najlepszy, ten naj-zdolniejszy, ten najwaleczniejszy. Zapewnie nie jest dla ciebie zaskoczeniem moja kochana wnuczusiu, że twój dziadek też był kiedyś małym chłopcem a potem młodzieńcem. Nigdy nie zwracały mojej uwagi dziewczyny które lepiły się do mnie ale zawsze, no prawie zawsze, pociągały mnie dziewczyny o które musiałem trochę albo i mocno powalczyć. Nie mów tego Babci ale dwóm ta-kim, którzy bardzo chcieli chodzić z nią, jak ty to nazywasz - spuściłem do-bre lanie aby porzucili takie niedorzeczne zachcianki. Babcia twoja przez długi czas traktowała mnie z góry nie zwracając na mnie uwagi, mimo że czasem widziałem miłe dla mnie błyski w jej oku. Raz nawet wrzuciła kwiaty do ulicznego kosza które jej ofiarowałem gdy się dowiedziała, że gwizdnąłem je z cmentarza. Wyrażała się arbitralnie albo jeśli wolisz apodyktycznie, że takich jak ja, to ona ma po paru na każdym palcu. Widzisz więc Jolu, apo-dyktyczność nie zawsze musi nosić znamiona negatywne, czasem jest to wy-sublimowana gra w którą bawi się z nami sama natura a nam się tylko wy-daje że to nasze celowe i przemyślane działanie. To, że twoja koleżanka tak się odnosi do swego chłopaka moim zdaniem oznacza, że bardzo jej na nim zależy. Tyle tylko że ona nie bardzo wie jak to pokazać aby go nie stracić, gdyż może on pomyśleć - w jej mniemaniu, że ona na niego leci a on ją po-traktuje jako łatwą zdobycz.
- Wiesz dziadku, to mi nie przyszło na myśl. Sądziłam że apodyktyczność to tylko i wyłącznie negatywna cecha człowieka ale mimo wszystko bardzo mnie to martwi.
- A cóż to takiego Jolu?
- Powiedziałeś że ta koleżanka jak i moja Babcia okazywały wpierw lekce-ważenie i w pewnym sensie poniżały swych chłopaków mimo że chyba im na nich zależało.
- Ależ moja kochana, ja naświetliłem ci ten przypadek o który mnie pytałaś a to nie jest jednoznaczne z tym, że tak to się zawsze odbywa. W ogromnej większości gdzie nawet trudno o porównanie z tym co ci objaśniłem są inne sytuacje w których młodzi ludzie czują się ze sobą dobrze. Nie szukaj daleko, doskonałym przykładem tego są twoi rodzice. Oni poznali się na studiach i można by powiedzieć, że gdzieś tam, kiedyś tam, zapikały w nich serduszka do siebie gdzie z początku nawet nie zdawali sobie z tego sprawy.
Dobrze im się razem uczyło, wspaniale czuli się ze sobą gdy szli na kawę czy na spacer. Dopiero po pewnym czasie dotarło do nich, że chyba jest to coś poważniejszego niż tylko zakochanie się w sobie, że to już jest coś związane ze wzajemną odpowiedzialnością za siebie bo zaczęli snuć plany wspólnej przyszłości.
Takie miłe i sprawiające przyjemność przebywanie ze sobą nazywane jest od pradawnych czasów jako stan zakochania się. Jest to stan pewnego zauro-czenia sobą ale to nie jest jeszcze miłość, bo to jest zupełnie coś innego i ma zupełnie inne objawy. Zapewniam Cię moja mała, że tego nie da się ani sprowokować ani też przyspieszyć a tym bardziej zaplanować. Jest to taki stan wewnętrznego uniesienia którego odczuwa się dopiero wtedy, gdy on następuje. Jest to taki stan, gdy się milczy na ławce w parku wieczorem a jednak rozmawia się ze sobą, gdzie linią przesyłową niewypowiadanych słów, są dwie splecione dłonie i ciepło stykających się ramion. Zapewniam cię, że tego się nie planuje, to samo się objawia. Nie myśl sobie Jolu, że człowiek się tylko raz zakochuje i potem to już jest od razu miłość w wyniku której nastę-puje ślub. Sama się przekonasz, że nadejdzie czas kiedy będziesz się kładła do łóżka spać nieprawdopodobnie zakochana ale rano już wszystko będzie wyglądało zupełnie inaczej. Ja się też kiedyś zakochałem w Ingryd w Gimna-zjum gdy miałem 16 lat i chcąc zwrócić jej uwagę na siebie to albo pociąga-łem ją za warkoczyki albo niechcąco wpadałem na nią na korytarzu w czasie przerwy lekcyjnej.
- I jej się to podobało?
- Nie wiem, bo po paru dniach znów się zakochałem ale w innej koleżance
z innej klasy. Dokładnie nie liczyłem ale byłem chyba parę razy jak mi się wtedy wydawało, beznadziejnie zakochany i nie widziałem przyszłości bez tego obiektu moich wzdychań. Po paru dniach a czasem już nawet po jednym dniu, wszystko mijało. Sam się z siebie śmiałem, że co ja takiego w niej widziałem bo przecież ona ma tyle piegów na nosie albo ma tylko trójki w ocenach albo coś tam innego czego dziś już nie pamiętam.
- Wiesz dziadku, chyba masz rację, czasem jakiś kolega mi się bardziej po-doba ale nie wiem dlaczego po paru godzinach a czasem dniach, wydaje mi się już taki jakiś przeciętny, nieciekawy i bezbarwny.
- Jestem pewien, że gdzieś tam czasem w tobie wybrzmiewa w takiej sytua-cji nie niewyartykułowane pytanie - „Czy on mnie lubi a może i kocha?”.
Musisz wiedzieć, że takie pytanie często kołacze się w głowie. W takiej sytua-cji jest się szczególnie wrażliwym na sygnały, które wysyła aktualnie uko-chana osoba. Analizuje się każde jej zachowanie, spojrzenie, gest czy słowo. To takie łatwe interpretować wszystko na swoją korzyść, lecz stąd już tylko krok do rozczarowania. Ciesz się niepewnością, niedopowiedzeniami, tajem-niczością. To czas, gdy dopiero kiełkuje w tobie uczucie. Lepiej na siłę nic nie przyspieszać, tylko z zachwytem obserwować.
Czasem pojawia się pokusa, by jakoś sprawdzić osobę, w której się podko-chujesz. Robi się wtedy różne głupie rzeczy. Na przykład podpuszcza się ko-leżanki, by przetestowali chłopaka, czy rzeczywiście jest w tobie zakochany i odporny na ich zaloty mówiąc im, że już ci nie zależy na nim. Ostrzegam cię, wystrzegaj się takich zachowań, bo niechcący możesz sobie narobić niezłego bigosu i całkowicie stracić zaufanie osoby, którą obdarzasz uczuciem.
Perypetie zauroczonych lub jeśli wolisz zakochanych, choć podobne są do tych z komedii romantycznych, w życiu nie zawsze kończą się happy endem.
Wierz mi, dziadek już to kiedyś przerabiał. Jest jeszcze jeden z wielu rodza-jów apodyktyczności. Apodyktyczność rodzicielska.
Jak mi jest wiadome, ty się nie spotkałaś z apodyktycznością rodzicielską, mnie się też udało tego uniknąć. Choć czasem ojciec pokazywał mi bezdy-skusyjne gdzie leży prawdziwa racja.
Musisz wiedzieć że apodyktyczny rodzic w relacjach rodzinnych nie proponu-je, on nakazuje, wydaje rozkaz, sam planuje dzieciom życie, również tym do-rosłym. Apodyktyczny ojciec może być agresywny, nie znosi sprzeciwu, cza-sem nawet posuwa się do siłowego wymuszenia posłuszeństwa i uznania jego racji. Apodyktyczna matka może być nadopiekuńcza, nie chce przeciąć przy-słowiowej pępowiny. Uważa, że tylko ona i tylko ona wie co jest najlepsze dla jej dziecka. Tacy rodzice są surowi ale jednocześnie bezgranicznie zaborczy, nie rozumieją, jak wielką krzywdę wyrządzają swoim dzieciom. Niełatwo wy-zwolić się spod władzy apodyktycznego, despotycznego rodzica. To relacja wręcz toksyczna, która może bardzo silnie wpłynąć a często i wpływa na ży-cie emocjonalne dorastającego dziecka. Najczęściej takie postępowania pozo-stawiają mniej lub bardziej ukryte ślady w psychice później już dorosłego człowieka. Taka młoda osoba bądź osoby dorastają w atmosferze wymuszo-nego szacunku a zarazem bojaźni aby nie sprawić przykrości rodzicom, gdy podejmie się decyzję nieuzgodnioną i niezaaprobowaną przez niego. Rodzice o takich przekonaniach nie zdawają sobie sprawy, że dzieci ich, w dobrej we-dług nich metodzie wychowawczej są zastraszone i niezdolne do podejmowa-nia racjonalnych rozwiązań Mają według takich apodyktycznych rodziców lub rodzica siedzieć grzecznie, nie biegać, nie przeszkadzać i nie zabierać gło-su i oczywiście o nic nie prosić. Później, taki młody człowiek wkraczając w bezlitosny świat dorosłej rzeczywistości czuje się zagubiony wręcz przestra-szony. Nagle musi sam podejmować decyzje których dotychczas nie musiał, gdyż robiono to za niego, może zacząć panikować nie mając z góry ich pod-powiedzianych. Takie fałszywa troska o dobro swych dzieci przejawiająca się w apodyktycznym decydowaniu w ich imieniu zawsze i wszędzie, jest jedną z najgorszych metod wychowawczych. Dzieci takich rodziców określane są z reguły przez innych nie znających powodów, jako dzieci dobrze ułożone, do-brze wychowane i że są dziećmi bardzo grzecznymi. Podziwiają je, że zawsze pytają o pozwolenie – czy mogą, lub w ogóle się nie ośmielają zapytać lub o coś poprosić.
- Jak walczyć z takimi objawami apodyktyczności?
- To zależy, czy chcesz walczyć ze swymi skłonnościami do apodyktyczno-ści, lub czy ty chcesz się w sposób możliwie łagodny wyzwolić się z pod jej narzucaniu tobie. Musisz jednak umieć rozróżnić apodyktyczność od wyma-gań stawianych tobie przez rodziców, przez szkołę a później przez pracodaw-ców. Musisz dostrzec różnicę pomiędzy tymi dwoma pojęciami. Myślę, że ra-czej chodzi tu o analizę apodyktyczności narzucanej przez osoby najczęściej stojącej wyżej w hierarchii służbowej. Przyjmij do wiadomości i zapamiętaj, że takie osoby o takich skłonnościach nie tolerują wyrażania innego zdania niż takiego samego jak jego, inny punkt widzenia traktują to jako zamach na ich osobowość. Tutaj najlepszym wyjściem jest posługiwanie się swoją inteligencję emocjonalną. Jest to właśnie umiejętność między innymi, rozpoznawanie i definiowanie własnych oraz cudzych stanów emocjonalnych. Jest to także umiejętność radzenia sobie z emocjami własnymi a zwłaszcza u innych osób.
- To znaczy jak Dziadku?
- Jak to jak? – przecież ty już tak postępujesz.
- ???
- Ludzie, cechujący się wysokim poziomem inteligencji emocjonalnej są otwarci, swobodni w kontakcie, asertywni, chętni do współdziałania, toleran-cyjni i uprzejmi. Czy to nie pasuje do ciebie?
Chętnie angażują się w nowe działania, łatwo się adaptują, nie boją się ryzy-ka, dobrze znoszą porażki oraz krytykę. Przecież Jolu - nie raz zauważyłem, że potrafisz przełknąć gorzką pigułkę którą ci czasem przyjdzie otrzymać w domu bądź w szkole. Potrafisz sobie dobrze radzić ze stresem i potrafisz trzeźwo i realistycznie patrzeć na siebie dostrzegając swoje wady i zalety.
To są bardzo pożądane cechy pozwalające nam na satysfakcjonujące funk-cjonowanie w związku czy innych relacjach. Jeśli jednak dopadną cię nega-tywne stany emocjonalne, to spróbuj zauważyć, że inni ludzie też mają swoje prawa, emocje i własne zdanie, którego czasem warto posłuchać i zastanowić się nad ich sensownością i nieco ustąpić ze swej apodyktycznej nieomylności.
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Mój kochany Dziadku, mam wielkie zmartwienie, nie potrafię sobie wytłumaczyć postępowanie mojej, zdawało by się najlepszej koleżanki.
- O Boże, cóż to się za straszna rzecz wydarzyła?
- Ty sobie dworujesz ze mnie a mnie wcale nie jest do śmiechu.
- No dobrze moja Jolusiu, opowiedz mi to wielkie zmartwienie, może bę-dziemy się razem martwili albo razem śmiali.
- Dziadku, miałam koleżankę Krysię którą bardzo lubiłam i jak sądzę ona mnie też lubiła ale w ostatnich miesiącach coś się stało, unika mnie a jak mi donoszą – wiem że to brzydkie słowo – inne koleżanki to ona, mówiąc deli-katnie, nie zbyt ładnie się o mnie wyraża.
- Za mało wiem abym coś ci mógł poradzić. Powiedz coś więcej; co to za koleżanka, dlaczego była twoją najlepszą koleżanką, od jak dawna nią była
i co się takiego ostatnio wydarzyło że odsunęła się od ciebie. Bądź jednak sprawiedliwa, poszukaj również i u siebie czegoś co mogło by taki stan tłu-maczyć. Pamiętaj że nigdy nie jest tak, że jeden jest świętym aniołkiem który mógłby od razu iść do nieba a inny to wcielenie samego czarta i wszystko co złego to jego wina.
- Hmm, - jakby to ci powiedzieć, nasza przyjaźń zaczęła się od tego że po-sadzono nas w jednej ławce gdy zaczęliśmy naukę w Liceum, to znaczy po-nad 3 lata temu. Ja mam swoje koleżanki które dobrze mówią po angielsku i wzajemnie rywalizujemy kto lepiej mówi czy też pisze w tym języku. Krysia, to jest ta moja najlepsza koleżanka a dziś muszę powiedzieć, że była najlep-szą koleżanką, przyjaźniłam się inaczej. Ona pochodzi z biedniejszej rodziny i nie stać ją na wiele rzeczy, ale mnie to nie przeszkadzało. Miała też pro-blemy z przyswajaniem wiedzy która przekazywali nam na lekcjach. Nie, nie była złą uczennicą ale miała problemy ze zrozumieniem niektórych zagadnień z lekcji.
Pomagałam jej, często robiłyśmy razem zadania z matematyki, chemii, fizyki lub polskiego i angielskiego. Pomagałam jej zrozumieć zagadnienia z biologii, przepytywałam z geografii bądź historii a często pisałyśmy wspólnie zadania z polskiego lub angielskiego. Cieszyło mnie to że z biegem czasu dorównywa-ła mi a czasem zdarzało się i to nie jeden raz, że miała na klasówkach lepsze stopnie niż ja. Nigdy nie byłam o to zazdrosna a mogę Dziadku powiedzieć ci, że byłam czasem z tego dumna, wiem że to nie jest skromne ale poczytywa-łam sobie to jako częściowo i mój sukces.
- A może oczekiwałaś czegoś w zamian za pomoc jaką jej udzielałaś lub za to że zabierałaś ją do swego, tego lepszego towarzystwa. Może chciałaś jakąś rekompensatę za twoją pomoc na przykład coś w rodzaju poddaństwa czoło-bitności czy też bezwzględnej uległości?
- Dziadku, sprawiasz mi przykrość że tak o mnie myślisz. Dziadku, przecież sam wiesz że pieniędzy nie potrzebuję, gdyż rodzice wydzielają mi je w wystarczającej ilości, nie jest tego tyle ile bym czasem potrzebowała ale na lody czy na nowe skarpetki zawsze mi starcza. Wiem, że jeśli bym potrzebo-wała trochę więcej pieniędzy to zawsze na Babcię i na Ciebie mogę liczyć.
Nie Dziadku, to nie jest kwestia pieniędzy. Mówisz mi o jakieś rekompensacie za udzieloną jej pomoc. Też nie, no bo co ona może mi zaofiarować.
Mówiłeś o poddaństwie czy też zależności. Znam takie przypadki kiedy ładna a nawet bardzo ładna dziewczyna przyjaźni się z koleżanką niezbyt urodziwą aby na jej tle, jej własna uroda była jeszcze bardziej wyeksponowana ale to przecież jest prymitywizm skrzyżowany z prostactwem. Myślę, że o to mnie nie posądzasz.
- Nie moja kochana, dobrze cię znam i z pewnością nie to jest wytłumacze-niem jej postepowania.
- Przecież to ja często zabierałam ją na spotkania u mnie, co nie zawsze podobało się moim koleżankom. Traktowały ją z racji - według nich gorszego pochodzenia jak i nieumiejętności odpowiedniego zachowania się, jaką tą - która nie należy do ich klasy. Nie zauważałam tego i nie chciałam zauważać czasem ich kąśliwych uwag. Z biegem czasu koleżanki zaakceptowały jej obecność i Krysia czuła się jakby nobilitowana do naszego towarzystwa.
Może to nie skromne co chcę ci powiedzieć Dziadku ale przebywanie w na-szym towarzystwie spowodowało, że zachowywała się zupełnie inaczej jak rok czy dwa lata temu. Zmienił się jej sposób wysławiania się czy też reagowania na zaczepki kolegów. Nawet chłopcy, ci przystojniejsi jak sami twierdzą – którzy ją wcześniej nie zauważali, zaczęli ją dostrzegać. Pani z polskiego raz nawet powiedziała, że Krysia robi duże postępy w nauce i że zmienia się jej wizerunek. Cieszyły mnie jej sukcesy w nauce jak i w życiu klasowym, spra-wiało mi to dużo satysfakcji. Tatuś opowiadał mi, że ty też kiedyś wychowy-wałeś dwóch dorosłych ludzi i dzięki tobie nie tylko że zdali maturę to potem zostali Inżynierami a obserwując czy też naśladując ciebie, zostali szanowa-nymi ludźmi w naszym społeczeństwie.
- Moja Jolu, z tym co teraz powiedziałaś to gruba przesada, ja im tylko drogę wskazałem a tym kim się stali to już jest wyłącznie ich zasługą.
- No widzisz Dziadku, ja tylko jej pomagałam ale uczyć się musiała już sa-ma, a to że nas obserwowała i naśladowała, to jej zasługa. Dlatego nie mogę sobie logicznie wytłumaczyć jej nieprzychylne odnoszenie się do mnie. Ona nawet jak sądzę, ostentacyjnie faworyzuje moje koleżanki jakby chciała mi coś powiedzieć czy też okazać. Dziadku, nie rozumiem tego.
- A nie ofiarowałaś jej czegoś co było twoje?
- Tak, czasem ofiarowałam jej za zgodą Mamy bluzkę czy spódnicę która była w dobrym stanie bo ja już z wyrosłam z nich, po prostu one były za ma-łe dla mnie a jej pasowały doskonale. Musisz wiedzieć, że i moje koleżanki też jej ofiarowały swoje rzeczy które już nie nosiły.
- Odpowiedz mi na jedno pytanie ale tak uczciwie, nie bawiąc się w takt i grzeczność. Czy naprawdę nigdy nie oczekiwałaś czegoś od niej albo czy nie dawałaś do zrozumienia że należy ci się wdzięczność z jej strony za tyle jak słyszę różnorodnej pomocy której jej udzieliłaś?
- Sprawiasz mi przykrość, ja chciałbym abyś mi pomógł to zrozumieć a ty w sposób zakamuflowany sugerujesz, że dla mnie niezrozumiałe jej zachowanie to w zasadzie może być moją winą.
- Hmmm….
- Dlaczego milczysz?
- Czy na pewno, czy jesteś tego pewna że nie miało miejsca to, o co cię przed chwilą pytałem?
- Na pewno, przecież ci mówiłam że pieniędzy nie potrzebowałam bo ona i tak ich nie ma. W zasadzie mam ładniejsze rzeczy od niej a co do prezento-wania się na jej tle wobec kolegów też nie wchodzi w grę, bo żaden z tych których znam, nie przyciągnął jeszcze mojej uwagi.
Dziadku, proszę nie zdradź mnie bo tobie chcę pierwszemu powiedzieć o mo-ich planach po maturze. Moim marzeniem jest dostać się do szkoły gdzie kształcą przyszłych dyplomatów w służbie dyplomacji zagranicznej w War-szawie. Tam właśnie, jak się już orientowałam, bardzo zwracają uwagę na takt, uczciwość w postępowaniu oraz na szczególne cechy charakteru wśród których nie ma miejsca na zakłamanie czy też osiąganie jakiegoś osobistego zysku ze swego działania.
- Przecież to szkoła dla przyszłych dyplomatów a przynajmniej dla pracow-ników zatrudnionych w dyplomacji.
- Tak i właśnie dlatego nie jestem wstanie wytłumaczyć sobie takiego postepowanie mojej koleżanki, mimo że bardzo chciałam ale nie znalazłam żadnej prawdopodobnej przesłanki takiego stanu.
- Tak zastanawiam się nad tym co mi opowiedziałaś i muszę przyznać że tylko jedno logiczne wytłumaczenie przychodzi mi do głowy.
- ???
- Twoja koleżanka oceniła, że już nie jest jej potrzebna twoja pomoc, uważa że teraz sama sobie poradzi w tym otoczeniu do którego ją wprowadziłaś. Jest to coś w rodzaju samolubnej zarozumiałości która najczęściej prowadzi do bolesnego twardego lądowania w nagiej rzeczywistości. Niektórzy już nie są się wstanie podnieść z takiego upadku i lądują na peryferiach życia spo-łecznego oskarżając cały świat za taką niegodziwość i nadal nie chcąc widzieć prawdziwej przyczyny. Inni, a tych jest większość, uważają że nic się nie sta-ło i nie chcą dostrzec jak wiele stracili, uważają że jest bardzo dobrze tak jak jest. Trudnym do zrozumienia pozostaje, dlaczego tak postępują, dla nich jest czymś wstydliwym - ba, nawet czymś niegodnym w ich mniemaniu aby być wdzięcznym za otrzymaną pomoc której najczęściej nikt od nich nie oczekuje! Wyszukują nie tylko świadomie ale również w swej podświadomości byle jaki błahy powód aby poczuć się urażonym lub wręcz obrażonym.
Wmawiają sobie a właściwie sami siebie przekonują, że to nie jest ich wina że tak postępują, bo to wina jest wyłącznie i tylko wyłącznie tego od którego przez lata otrzymywali pomoc. Czują się w swej jaźni zwolnieni z jakiejkol-wiek wdzięczności bo to przecież nie ich wina, że ten On, ta Ona lub ci Oni tak nieładnie wobec nich postąpili. Najczęściej dotyczy to jakiegoś błahego powodu, na przykład; nie dostrzeżenie na ulicy co jest dla nich równoznacz-ne z tym, że ten Ów nie chce się do tego kogoś przyznawać. Może to być od-mowa czegoś w sytuacji kiedy nie można jej czy jemu poświęcić uwagi wtedy, kiedy byliby sobie tego życzyli. Nie biorą pod uwagę, że ten Ktoś może mieć
w tym czasie coś swojego, ważnego do załatwienia. Nie dopuszczają w swym rozumowaniu, że może ten Ktoś wcale nie oczekuje wdzięczności, a to co ro-bił dotychczas, sprawiało mu czystą bezinteresowna przyjemność.
Prawdopodobne jest to podbudowane tym, że sami nigdy nie udzielili komu-kolwiek bezinteresownej pomocy. U takich ludzi musi być zawsze - coś za coś. Przypadki takie można by mnożyć we wszystkich barwach i rodzajach ale wszystkie mają wspólny mianownik; są błahymi, drobnymi wręcz niepo-ważnymi powodami które w umyśle tej osoby urastają do monstrualnych wielkości. Ma to dla nich jednak wielki subiektywny, psychologiczny plus; są pełni oburzenia, absolutnie przekonani, nawet tam – głęboko w sobie.
Uważają, że w takiej sytuacji, oni nie muszą a wręcz nie mogą okazywać wdzięczności gdyż to nie jest ich wina a tylko tego drugiego który według ich mniemania tak strasznie niegodziwie wobec nich postąpił. Oni, w tej sytuacji budują sobie egoistyczne alibi, że nie mieli żadnego innego honorowego wyj-ścia jak tylko poczuć się ciężko obrażonym i zerwać kontakty towarzyskie a tym samym uwolnić się od ciążącego im nieznośnego brzemienia bycia wdzięcznym! Jolu, nie znajdziesz gorszej nikczemności, faryzeuszostwa czy hipokryzji! Jednak w tym jest jednak i dobra wiadomość. Oni, nigdy nie po-zbędą się gdzieś głęboko ukrytego w nich poczucia palącego wstydu. To bę-dzie ich drążyło prawdopodobnie do końca ich życia nawet jeśli ich drogi się rozejdą i nigdy już się nie skrzyżują. Zawsze, gdzieś tam na dnie ich duszy, będzie się jątrzył taki mały wrzód wyrzutu sumienia, mały ale nie dający za-pomnieć o swej niegodziwości.
- Ale dlaczego tak się dzieje, przecież nie dałam jej najmniejszego powodu do takiego zachowania się wobec mnie.
- Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi jak zawsze gdy chodzi o objaśnie-nie takiego czy innego modelu psychologicznego. Ja w swym życiu też się z czymś podobnym spotkałem. To było jeszcze w wojsku w czasie wojny gdy przebywałem na wyspie Guernsey.
- Też się z tym spotkałeś?
- Moja kochana sądzę, że nie jesteśmy jedynymi których coś podobnego spotkało. Musisz wiedzieć a zapamiętaj to sobie na zawsze, że ludzie na ogół zapominają podziękować kiedy zrobisz dla nich coś dobrego ale nigdy nie za-pomną wypomnieć ci, kiedy zrobisz im coś złego.
Był czas na tej wyspie kiedy jeden z moich podwładnych niższego stopnia wojskowego w któreś z takich oficjalnie nieistniejącej knajpce tak dokładnie się zapił że stracił kontrolę nad tym co robi. W tej samej knajpce też popijał i to dobrze, jeden młody wiekiem oficer naszej Bazy Morskiej. Jak to zwykle bywa jednemu z nich a ja nigdy nie doszedłem któremu, nie spodobało się to, że jeden z nich siedzi z roześmianą kobietą a drugi nie. Od słowa do słowa i podniosła się temperatura dyskusji. Efekt był taki, że obaj wytoczyli się na ulicę i ten mój podwładny dokładnie przemodelował twarz tego oficera łącznie ze złamaniem mu nosa. Oczywiście pojawiła się żandarmeria ale ten mój wi-docznie trochę otrzeźwiał i szybko pobiegł do bazy i ukrył się w naszych warsztatach. Jego koledzy na drugi dzień powiadomili mnie o całym zajściu o którym już częściowo wcześniej słyszałem. Prosili mnie abym coś zrobił bo ich kolegę czeka sąd polowy za pobicie oficera gdzie najlżejszą karą jest wy-słanie na front wschodni do karnej kompani. Żandarmeria szukała wszędzie jakiegoś żołnierza noszącego ślady pobicia. W knajpce oczywiście nikt nic nie widział bo przecież tam nie było żadnej knajpki a tym bardziej nikt tam nie widział żadnego żołnierza niemieckiego a tym bardziej oficera.
Udając że o tym nie wiem, pozwoliłem na jego przebywanie w warsztatach i aby tam przynoszono mu jedzenie. Ze znajomym oficerem załatwiłem po ci-chu aby nie był taki drobiazgowy w kontroli obecności w codziennych poran-nych apelach podległych mu żołnierzy. Po dwu tygodniach sprawa przyschła, śladu pobicia zanikły a żołnierz ten, mógł wrócić do koszar tak jakby był w nich przez cały czas. Potem podziękował mi twierdząc że uratowałem mu ży-cie, bo za taki czyn, jak pobicie oficera w stanie wojennych to prawie z gwa-rancją jest pluton egzekucyjny albo front wschodni.
Wyobraź sobie moja Jolu, że potem spotkaliśmy się jeszcze raz w obozie je-nieckim w Szkocji. Nie mogłem pojąć dlaczego on mnie nie poznaje, jakbym był obcym człowiekiem a nie jego zwierzchnikiem w czasie wojny. Rozpowia-dał poza moimi plecami że jestem szpiclem angielskim, że trzeba się mnie wystrzegać bo już w Bazie też byłem znanym jako szpicel Gestapo. Nie mo-głem zrozumieć takiego postępowania a tym bardziej jego motywacji.
Zapomniał o tym, że na wyspie nie było placówki Gestapo a w obozie są też inni moi podwładni którzy dobrze mnie znali. Efekt był taki że … jak to okre-ślono w angielskim protokole lekarskim – jeniec pośliznął się na mydle w ba-raku sanitarnym i doznał złamania szczęki, lewej ręki, naderwania prawego ucha oraz ogólnych cięższych potłuczeń wymagających dłuższego pobytu w szpitalu.
Nigdy więcej już go nie widziałem ani o nim nie słyszałem.
Czy myślisz Jolu że znajduję jakieś racjonalne wytłumaczenie jego postepo-wania? Rozmawialiśmy na ten temat w obozie i tam jeden z jeńców, w cywilu psycholog, starał mi się to objaśnić. Jego zdaniem, takim zachowaniem ce-chują się ludzie o niskim poziomie etycznym, pochodzących w przeważającej większości z nizin społecznych, gdzie pojęcie honor, godność odpowiedzial-ność za swe postępowanie jest na niskim poziomie postrzegania bądź są po-jęciami o niskiej wartości. To wynosi się z domu w procesie wychowywania od małego dziecka, gdzie rodzice jak również ich wstępni są niskiego pocho-dzenia. Można by powiedzieć, z dużym marginesem prawdopodobieństwa, że to nie ich wina lecz ich genetycznego uwarunkowania które odcisnęło piętno na kilkupokoleniowym braku wykształcenia i dominacji względnych wartości na wiejskim poziomie życia. Ludzie tacy, nie znając właściwego wzorca bądź honorowego zachowania się, no bo skąd mieliby go brać, postępują według wzorca wyniesionego z domu rodzinnego. Dla jednych będzie to użycie siły fizycznej wobec darczyńcy który według nich do tego ich sprowokował lub, gdy to jest niemożliwe z powodu sytuacji w której się znaleźli, obrażają się na darczyńcę jak ci już mówiłem, wykorzystując najczęściej błahy, nieistotny czy też wydumany powód. Często tacy ludzie wmawiają sobie i usilnie chcą w to wierzyć a z biegiem czasu są o tym przekonani, że ich stan dobrobytu, pozycji społecznej czy zawodowej jest tylko i wyłącznie ich zasługą, ich pracy i zaangażowania. Nie dopuszczają bardzo niewygodnej myśli, że gdzieś tam, na początku ich kariery życiowej był ktoś, bądź byli inni którzy im w tej drodze pomogli lub wręcz umożliwili.
Kochana Jolusiu, tylko nie popełniaj pochopnego błędu, przed którym też przestrzegł mnie ten psycholog. Potwierdzeniem takiej reguły są nieliczne
wyjątki gdy osoby z nizin społecznych sięgają najwyższych szczytów kultury, nauki lub stanowisk politycznych. Zapewne uczyłaś się o trzykrotnym pre-mierze Rzeczypospolitej Polskiej - Wincentym Witosie. Pochodził z rodziny wiejskiej gdzie rodzice byli niepiśmienni i bardzo ubodzy. W twoim przypad-ku jest to jednak potwierdzenie tego co mówił ten psycholog, że jest to po-chodna jej pochodzenia. Sama powiedziałaś że pochodzi z biedniejszej rodzi-ny, prawdopodobnie nie miała skąd czerpać ani przykładów ani wiedzy o wyższych wartościach moralnych życia w społeczeństwie. Zauważ moja dro-ga, że wdzięczność nie jest talentem czy cechą charakteru, jest postawą. Nie zawsze pomoc i przysługa udzielana przez innym wywołuje wyłącznie pozy-tywne odczucia. Pojawia się - a nie mówimy o długach materialnych - palące pytanie, czy negatywne emocje związane z poczuciem długu i koniecznością odwzajemnienia w przyszłości są składowym elementem wdzięczności, czy też stanowi to element skrzyżowania narcyzmu z egocentryzmem.
Poczuciu długu niektórym towarzyszą negatywne emocje, takie jak poczucie dyskomfortu i zażenowanie a nawet wstydu. Dług wdzięczności często jest definiowany jako poczucie niewygodnego bardzo uwierającego obowiązku odpłacenia za przysługę które wynika z normy wzajemności.
Jak już ci mówiłem, nie dopuszczają myśli w swym sobkostwie, że ktoś wcale nie oczekuje wdzięczności, że temu komuś wystarcza satysfakcja że miał możliwość udzielenia wymiernej pomocy i ona przyniosła oczekiwane rezulta-ty. Ta świadomość jak również wymierne rezultaty takiej pomocy, są właśnie tym podziękowaniem. Czy zawsze musi być konieczność rewanżu? Ja dałem tobie cukierek to oczekuje że i ty dasz go mnie?
A co zrobisz kochana Jolusiu w sytuacji gdy ktoś obdarzy cię jakimś prezen-tem nie tylko że rzadkim ale i drogim? Będziesz się zapożyczała aby odwdzię-czyć się podobnym prezentem na którego po prostu cię nie stać.
Czy przyszło ci Jolu kiedyś pomyśleć o wolontariacie? Przecież ci ludzie pra-cują społecznie bez wynagrodzenia, pomagają innym wcale nie oczekując wdzięczności ze strony tych, którym z pełnym poświęceniem się pomagają. Sądzę, że zgodzisz się ze mną, że paradoksem logicznym byłoby oczekiwanie wdzięczności od osoby leżącej bez świadomości w hospicjum. Taki wolonta-riusz jest przecież świadomy, że osoba którą się opiekuje w niedługim czasie odejdzie z tego świata więc jak można oczekiwać od niej wdzięczności?
Jest też inna wdzięczność którą od ciebie oczekują darczyńcy.
Tutaj trzeba być bardzo ostrożny w przyjmowaniu pomocy, gdyż takie przyję-cie prowadzi do nieobliczalnych i nieprzewidywalnych skutków.
Może zaistnieć sytuacja, że ktoś udzielił ci pomocy w jakieś trudnej a może i beznadziejnej sytuacji a potem będzie bezceremonialnie domagał się spłace-nia zwielokrotnionego długu wdzięczności za udzieloną pomoc.
- No dobrze, to jak mam postępować wobec Krysi, jak się w tym znaleźć?
- Odpowiedź jest prosta a zapewniam cię, że i skuteczna. Traktuj ją jak do-tychczas, nie daj jej odczuć że coś zauważyłaś. Nie pchaj się z pomocą a ra-czej unikaj tego ale jeśli cię wprost poprosi, to pomóż jej z całą ochotą, zaan-gażowaniem i życzliwością.
Zauważ, że wokół ciebie są głowy, główki i półgłówki. Ludzie skarżą się na niedostatek zdrowia, majątku lub na niedocenianie ich wysiłku.
Zgodzisz się ze mną, że nigdy nie słyszałaś utyskiwania na brak rozumu i że jest się głupim. Można z tego wyciągnąć wniosek, że każdy jest kontent ze swego rozumu.
Musisz się z tym pogodzić i przyjąć do wiadomości, że tak już jest na świecie i nie można oczekiwać aby wszyscy ludzie byli dobrzy i sympatyczni wobec siebie. Im wcześniej to zrozumiesz tym lepiej dla ciebie.
Ty jednak pozostań taką jaką jesteś, przekazano ci właściwe geny jak również wychowanie, możesz być pewna iż droga życiowa którą przyjdzie ci kroczyć nie będzie łatwa ale z pewnością dasz radę wszelkim trudnościom czy przeciwnościom.
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Dziadku, potrzebuję Twojej pomocy. W dyskusji jaka się wywiązała na lekcji z wychowania obywatelskiego, zaatakowałam jedną z moich koleża-nek z klasy ponieważ nie mogłam się zgodzić z jej argumentami które wyda-wały mi się bardzo egoistyczne.
- Jak to zaatakowałaś?
- No wiesz Dziadku, chyba nie sądzisz że fizycznie.
- Nie, nie to miałem na myśli ale zdumiałbym się bardzo gdyby coś takiego miałoby miejsce. Dlaczego jednak ją zaatakowałaś, co cię aż tak wzburzyło?
- Rozmawialiśmy o odpowiedzialności jak również o znaczeniu pojęcia oso-bistej godności.
- To nie są proste sprawy, bo w obu pojęciach kryje się wiele pułapek i cały wachlarz niejednoznaczności. Rozpatrywanie tych pojęć w wielu płaszczy-znach jest uzależnione od poziomu intelektualnego dyskutanta lub jeśli wo-lisz - adwersarza. Niektórzy, a zwłaszcza ci wygodni bądź leniwi intelektual-nie nie lubiący się wgłębiać w istotę zagadnienia najczęściej mają jedno, jed-noznaczne spojrzenie na takie zagadnienia. Dla nich jest to banalnie proste, albo coś według nich jest dobre, albo to coś jest złe czy wręcz naganne. Nie zadają sobie trudu wnikania w istotę tych pojęć ponieważ przerasta to ich możliwość percepcji intelektualnej. Czego dotyczyła ta dyskusja która zmusi-ła cię do - jak słyszę, bardziej agresywnego zachowania się.
- Koleżanka stwierdziła w trakcie rozpatrywania tych pojęć że odpowie-dzialność ma tylko jedno znaczenie i jest ściśle związane z godnością czło-wieka a ja się z tym nie zgodziłam.
- Dlaczegoż to moja panno, może byś spróbowała przedstawić mi swoją, nie wątpię że przemyślaną rację.
- Według mnie, godność i odpowiedzialność to dwa różne stany naszej psy-chiki uwarunkowane wieloma niejednoznacznymi procesami myślowymi a uzależnione od realiów w których aktualnie się znajdujemy bądź zamierzamy uczestniczyć.
- Ładnie powiedziane ale bez wytłumaczenia czy też uzasadnienia takiego stwierdzenia bardzo mi to pachnie moja kochana, żonglerką pojęć obliczoną na niezbyt rozgarniętego słuchacza którego chcesz epatować albo jeśli wolisz fascynować mało używanymi i raczej trudnymi do zrozumienia pojęciami.
- Dziadku, że ty musisz mnie zawsze sprowadzać bezlitośnie na ziemię, a przecież to tak miło bujać się w oparach wyższej elokwencji.
- Ano właśnie, złapał Kozak Tatarzyna a Tatarzyn za łeb trzyma. Może byś jednak przeszła do konkretów. Czego konkretnie dotyczyła ta wymiana po-glądów.
- Rozpatrywaliśmy sytuację starszych ludzi którzy nie są już w stanie sa-modzielnie egzystować i wymagają ciągłej opieki.
- Trochę szeroko postawione zagadnienie, gdyż - nie mogący samodzielnie egzystować - ma wiele jeszcze wariantów albo lepiej można by powiedzieć - stopni niesamodzielności. Wiele z tych zagadnień dotyczy również sfery psy-chicznej a nie tylko stricte fizycznej.
- No właśnie, to miałam również na myśli, gdy wyraziłam swoje zdanie.
Są sytuacje kiedy odpowiedzialność za drugiego człowieka a zwłaszcza bli-skiego, nie da się pogodzić z ogólnie pojętym znaczeniem osobistej godności.
Czasem działa się wbrew temu człowiekowi naruszając w sposób zdecydowa-ne jego godność osobistą w imię wyższej, dobrze pojętej odpowiedzialności za jego losy.
- Jolu, a według ciebie, co to jest godność ludzka.
- Dziadku, sprawdzasz mnie czy właściwie rozumiem znaczenie tego słowa. Dobrze, ale powiedz mi Dziadku o jaki rodzaj godności Ci chodzi; czy w kon-tekście zachowania powagi, a może w kontekście pragnienia zaszczytów lub czegoś dostojnego albo i też w kontekście honorowym. Jest jeszcze parę in-nych wariantów rozumienia znaczenia słowa godność.
- No, nie wymądrzaj się moja Sikorko, widzę że dobrze odrobiłaś lekcję z zakresu etyki stosunków międzyludzkich. Więc czego dokładnie dotyczyła dyskusja i z jakim poglądem nie mogłaś się zgodzić.
- Podany był przykład przez Pana Profesora z Wychowania Obywatelskiego z propozycją jego analizy właśnie w kontekście odpowiedzialności i godności osobistej.
- Jakiż to przykład.
- Pan Profesor opisał sytuację małżeństwa w średnim wieku którzy oddają swego niedołężnego już Ojca do Domu Spokojnej Starości uznając, że tam będzie miał lepszą opiekę niż oni mogliby mu zapewnić. Ojciec cierpiał na chorobę Alzheimera która wpierw była jeszcze do opanowania przez córkę i jej męża ale choroba postępowała zwolna ale nieubłaganie coraz bardziej.
- Jak na razie to nie widzę dyskusyjnego konfliktu pomiędzy odpowiedzial-nością a godnością.
- No tak, ale w miarę rozwijania się dyskusji, Profesor uściślał sytuację ograniczając dowolną interpretację. Poinformował, że córka jak i jej mąż nie mogli już doglądać codziennie Ojca mieszkającego samotnie w mieszkaniu gdyż mimo zakazu wielokrotnie mu powtarzanego, wychodził z domu i gubił się na ulicy. Już wcześniej zięć powkładał mu do wszystkich kieszeni jak również do dokumentów które miał lekko zaszyte w kieszeni płaszcza, kartki z jego nazwiskiem, adresem i telefonami do córki i zięcia. Parę razy zdarzało się, że Milicja dzwoniła do któregoś z nich informując, że mają człowieka na Komisariacie z kartką i tym numerem, który błąkał się po ulicy i nie wie jak się nazywa i gdzie mieszka. Raz nawet zdarzyło się, że gdy zamknęli go w mieszkaniu, on to tak długo walił czym się dało w drzwi aż sąsiedzi powia-domili Milicję która wezwała Straż Pożarną aby otworzyć siłą drzwi.
- Czy nie mogli go wziąć do swego domu?
- Oboje pracowali, mieli mieszkanie trzypokojowe i dwoje dzieci w wieku licealnym jak my, tak to określił Profesor.
- To znaczy że Ojciec był w takim wieku jak ja?
- Tak, w podobnym, ale on był chory jak już mówiłam. Gdyby go wzięli do siebie, to sytuacja w zasadzie by się nie zmieniła gdyż wszyscy wychodzili do pracy lub do szkoły i wracali po południu.
- No a jedno z nich, nie mogłoby zaprzestać pracować aby zająć się tym starszym schorowanym człowiekiem?
- Widzę Dziadku że prowokujesz mnie do dyskusji jak nasz Profesor.
- Ja? – ja się tylko zapytałem!
- Dziadku, za dobrze już cię poznałam aby dać się złapać na takie wspania-łe szczere zdziwienie. To może ty mi odpowiesz, na czym miałaby polegać opieka nad chorym Ojcem tej osoby która by miała zwolnić się z pracy na nieokreślony czas paru tygodni, może miesięcy a może i lat. Trzeba by mu oddać jeden pokój przystosowany dla niego oraz co noc czujnie spać bo Ojcu, jak to określił pan Profesor, zupełnie pomyliły się pory dnia i nocy. Jak byś ty postąpił?
- Moja kochana, nasza rozmowa dotyczy nie tego kto i jak by postąpił a twojej dyskusji o różnym rozumieniu pojęć odpowiedzialność i osobistej god-ności. Dlatego nie jest istotnym odpowiedź, jak ja bym postąpił, raczej nale-żało by przeanalizować pojęcia wyższego dobra w kontekście odpowiedzialno-ści za drugiego człowieka z poszanowaniem jego godności osobistej.
- No i to cały mój kochany Dziadziuś i znów się wymknął z pułapki którą zastawiłam.
- No dobrze, może w końcu przedstawisz mi różnicę w waszych poglądach?
- Moja koleżanka wyraziła pogląd, że odpowiedzialność za drugiego czło-wieka jest ściśle powiązana z poczuciem osobistej godności tego, który w imię swej wygody i uniknięciu kłopotów związanych z opieką nad swym ojcem, postępuje w sposób nie tylko że nieuczciwy, ale przede wszystkim akceptuje świadome zszarganiem swej osobistej godności.
- Z czym nie możesz się zgodzić i jak zareagowałaś?
- Jak już ci mówiłam, pojęcia odpowiedzialności jak i osobistej godności są pojęciami niewspółzależnymi mimo że czasem nawzajem się uzupełniają ale tylko czasem i to w szczególnych przypadkach. Właśnie odpowiedzialność tych ludzi wobec tego starszego chorego pana a w tym przypadku Ojca prze-jawia się w tym, że starają się zabezpieczyć mu jak najlepszą opiekę i to
24-ro godzinną przez odpowiednio przygotowany do tego personel takiego domu. Koleżanka twierdziła, że właśnie godność osobista córki i jej męża nie powinna pozwolić na to, aby Ojca oddać w inne ręce to znaczy - do Domu Starców, Domu Spokojnej Starości lub Domu o innej pięknie brzmiącej na-zwie. Argumentowała, że przecież to On wiele lat dbał o jej zdrowie, wycho-wanie, wykształcenie oraz zaspakajał wszystkie jej potrzeby jako dziecka, panienki a później już studiującej panny. Jak twierdziła, Ojciec dbał o nią jak tylko mógł aby start w jej dorosłe życie było możliwie jak najlepszy.
Teraz, gdy On potrzebuje pomocy nawet w sytuacji gdy sam nie zdaje sobie z tego sprawy, ona dla własnego wygodnictwa oddaje tego, któremu tak wiele zawdzięcza do Domu Opieki. Twierdzi, że takie postępowanie to sponiewiera-nie własnej człowieczej godności i absolutne nie zrozumienie pojęcia odpo-wiedzialności za dobro najbliższego jej członka rodziny bo przecież jej Ojca.
- A jakie były jej konkretne zarzuty?
- Udowadniała, że w imię właściwie pojętej odpowiedzialności powinno jed-no z nich zrezygnować z pracy aby zapewnić właściwą opiekę Ojcu w imię dobrze pojętej osobistej godności.
- No gdzie miałby on mieszkać? Sama przecież powiedziałaś, że Profesor poinformował iż córka ma trzypokojowe mieszkanie męża i dwójkę dzieci.
To rzeczywiście trudny problem moralny. Jakie były twoje kontrargumenty które spowodowały jak się domyślam - małe spięcie z koleżanką.
- Powiedziałam, że łatwe jest szermowanie ogólnie znanymi pojęciami nie wnikając w ich życiowe znaczenie. Nie można bezkarnie krytykować a nawet obrażać ludzi tylko na podstawie swych wyobrażeń nie znając uzasadnień czy też uwarunkowań do podjęcia takich decyzji. Powiedziałam, że ludzie którzy chcą zyskać na popularności i szukający taniego poklasku z wielkim zaangażowaniem szermują ogólnie znanymi hasłami nie zadając sobie trudu w ich właściwe zrozumienie bądź pojmowanie.
- No, muszę przyznać że sięgnęłaś do dosyć ostrej broni i myślę że świado-mie być może i nieświadomie, chciałaś dać jej prztyczka w nos.
- Może i tak, ale trochę mnie zdenerwowało że dla niej taka sytuacja opie-rała się na zasadzie czarno – białe. Przecież wiemy, że pomiędzy tymi okre-śleniami jest nieskończona ilość odcieni. Dziadku, a jakie jest twoje zdanie co ty o tym myślisz, bo tak do końca, to nie jestem pewna swego stanowiska.
- Może Cię zaskoczę ale w pełni zgadzam się z Twoim rozumowanie i sta-nowiskiem jakie zajęłaś w dyskusji. Myślę, że Profesorowi chyba o to chodziło aby was sprowokować do wyrażenia swego zdania jak również do ocenienia sposobu jak to zdanie prezentujecie. Czasem trzeba być agresywnym w dys-kusji gdyż zbytnia spolegliwość odczytywana jest jak niepewność swego zda-nia a co za tym idzie chwiejność charakteru. Trzeba być agresywnym ale ni-gdy - zapamiętaj to Jolu – nigdy nie wolno ci przekroczyć granicy bezmyślnej prowokacji która najczęściej kończy się stanowczymi stwierdzeniami, które niczego nie dowodzą, a jedynie wprowadzają irytację i prowadzą do nikomu nie potrzebnych wzajemnych bezmyślnych oskarżeń. No dobrze Jolu a jakie jest twoje uzasadnienie sprzeciwu wobec koleżanki.
- Dziadku, posłuchaj, spróbuję powtórzyć ci argumenty które przytoczyłam w dyskusji. Powiedziałam tak. Wiemy że Ojciec jest chory, ma daleko posu-niętą chorobę Alzheimera. Zostawianie go samotnego w mieszkaniu powodo-wało bardzo niebezpieczna sytuację dla niego, gdyż gubił się na ulicy i nie był wstanie zwracać właściwą uwagę na niebezpieczeństwo czające się na niej. Jego córka a należy domniemywać że i jej mąż, musieli wziąć za niego odpowiedzialność za jego dalsze losy. Mając trzy pokoje a w mieszkaniu jest czworo ludzi, należy przyjąć że zaistniał brak odpowiedniego pomieszczenia dla Ojca. To nie jest jednak jak powiedziałam mocny, argument. Ważniejszym jest to, że nie miałby kto się nim opiekować. Dorośli w pracy a dzieci w szkole, wszyscy wracają po południu do domu. Ojciec jak wiemy nie mógł być sam. Można założyć, że jedna osoba dorosła przestanie pracować i przez nieokreślony dłuższy czas będzie się nim opiekować. W praktyce oznacza pilnowanie go przed samodzielnym wychłodzeniem z domu, przygotowywaniu posiłków jak również obsługiwaniu go w czynnościach higienicznych.
- No dobrze Jolu, ale gdzie tutaj jest zagadnienie godności osobistej?
- Dojdę do tego. Zdajesz sobie sprawę że obsługiwanie dorosłego człowieka, zwłaszcza w utrzymaniu higieny osobistej jest bardzo problematyczne gdyż przy Alzheimerze człowiek taki nie tylko zatracił poczucie konieczności cho-dzenia do ubikacji ale i w ogóle zapomniał do czego ona służy. Argumentowa-łam, że jest nieco lepiej ale tylko malutkie nieco lepiej, jeśli taka osoba nie wstaje z łóżka. Jeśli jest mobilna to możemy sobie wyobrazić jakie ślady zo-stawia po sobie w całym mieszkaniu, na fotelach, krzesłach, podłodze i tak dalej. Koleżanka zaatakowała mnie twierdzeniem, że to jest właśnie odpowie-dzialność za swych rodziców jak również jest miernikiem poczucia osobistej godności człowieczej. Odpowiedziałam jej, że łatwo i w pełnym samozadowo-leniu używa się takich argumentów w sytuacji gdy samemu nie jest się w ta-kiej sytuacji.
- Tutaj muszę się zgodzić z tobą, ja też nieraz słyszałem opowieści takich którzy siedząc wygodnie w fotelu na dalekim zapleczu, z dala od frontu, buń-czucznie perorowali o wydarzeniach które miały miejsce na którymś z fron-tów wojennych. Z wielką swadą udowadniali, że gdyby oni byliby w takiej sytuacji to z pewnością w poczuciu odpowiedzialności za swój kraj rodzinny, jak również w obronie godności żołnierza niemieckiego rzuciliby się pod ogniem karabinów maszynowych do ataku aby zniszczyć wrogie czołgi.
Po wygłoszeniu takiego patetycznego aktu własnej gotowości bojowej i w oczekiwaniu na wyrazy uznania za taką szlachetną postawę, - sięgali po na-stępny kufel piwa w spokojnej kantynie żołnierskiej, setki kilometrów od linii frontowej.
- No właśnie Dziadku, ja też jej odpowiedziałam że dobrze się mówi w sy-tuacji, gdy się na drodze swego życia nie spotyka takiego przypadku. Teore-tycznie to możemy mówić o honorze, odpowiedzialności jak również o godno-ści człowieczej. Gorzej jednak, gdy trzeba temu samemu dać taki przykład.
Uzasadniałam, że właśnie to jest odpowiedzialność za tego człowieka jeśli za-pewni mu się przeszkoloną, fachową opiekę, gdzie będzie cały czas pod czuj-nym okiem przeszkolonego i przygotowanego do tego personelu. Właśnie ta-kie postepowanie wobec człowieka który potrzebuje właściwej opieki przez całą dobę jest poszanowaniem nie tylko jego godności osobistej ale również i tego który zapewnia mu taką opiekę. Ludzie ci, w praktyce nie wiedzą gdzie są, co się z nimi dzieje i o co w ogóle chodzi. Kierują się automatyzmem za-kodowanych nawyków takimi jak jedzenie, picie czy ubieranie się ale z cza-sem i to staje się problematyczne. Nie mają Oni żadnej logicznej kontroli na tym, co jedzą, jak piją, oraz jak się ubierają. Przecież my nie potrafimy w sposób właściwy opiekować się takimi ludźmi którzy w praktyce stracili kon-takt ze światem realnym. Taki domowy, nie przygotowany, nie przeszkolony opiekun może w swej dobrej woli do przyczynić się do wyrządzenia krzywdy swemu podopiecznemu. A co w sytuacji kiedy taki podopieczny jest - jak to się ładnie określa – słusznej wagi? Przecież takiego człowieka nie można normalnie podnieść z pozycji siedzącej bądź przewrócić go na drugi bok w łóżku.
- A pan Profesor co na to?
- Słuchał uważnie i czasem jak zauważyłam uśmiechał się do siebie. Dziadku, jakie jest twoje zdanie w tym temacie, co sądzisz o moim punkcie widzenia?
- Widzisz moja Kochana, taka sytuacja jaką przedstawił wam pan Profesor często spotyka się w życiu w społecznym. Jeśli odrzucimy zwyczaje bądź oby-czaje panujące w innych częściach świata jak w Afryce, Południowej Ameryce czy w Azji a zawęzimy rozpatrywanie tego problemu do Europy to należy to rozpatrywać w kategorii kulturowej danego narodu lub narodów. W Polsce już dawno powstały takie Domy Opieki dla starszych ludzi, jedne są dla tych najbiedniejszych ale są też te inne, gdzie pobyt w nich kosztuje. Nie potrafi-my zmieniać świata który toczy się swoim torem, czy nam się to podoba czy też nie. W twoim przykładzie przedstawiony jest człowiek który w praktyce nie panuje nad władzami umysłowymi jak również i fizycznymi. To jest jeden z trudniejszych przypadków, a do tego jest człowiekiem mobilnym.
Bez bezpośredniej opieki a właściwie nieustającej kontroli, może sam sobie bezwiednie zrobić krzywdę jakimś ostrym narzędziem czy ulec wypadkowi na drodze. To prawda że trochę lepiej, jeśli można w takiej sytuacji użyć słowa lepiej, mają te osoby opiekuńcze z rodziny, którzy mają w domu taką osobę ale która z jakiś powodów jest unieruchomiona w jednym miejscu to znaczy najczęściej w łóżku. Ja również Jolu, nie zgadzam się z twoją koleżanką że odpowiedzialność i godność to ściśle ze sobą powiązane pojęcia.
Znam takich ludzi którzy w imię godności ludzkiej, pełni nieskrywanej dumy i pokazywanej wobec innych swej bezrozumnej wyższości, mają starszych rodziców bądź tylko jednego z nich i opiekują się nim w domu. Ludzie ci w swej beznadziejnej arogancji najczęściej zapominają poinformować, że bliska im osoba jest w pełni władz umysłowych jak również i fizycznych. Nie infor-mują, że ich podopieczna osoba samodzielnie korzysta z toalety według od-czuwanych potrzeb, samodzielnie zjada posiłki i w zasadzie samodzielnie po-trafi się ubrać czy rozebrać. Taka osoba w ciągu dnia nie wymaga uwagi czy ciągłego, nieprzerwanego dozoru aby nieświadomie nie zrobiła sobie krzywdy.
- A oni nie widzą nieprzystawalność takiej sytuacji?
- Nie, gdyż musieliby zrewidować swoje mniemanie o swej szlachetności a to jest bardzo niewygodne. To smutne, że głupcy są tacy bezkrytycznie pewni siebie a ludzie rozsądni są pełni piętrzących się wątpliwości. W odpowiedzi na twoje pytanie co sądzę o twoim punkcie widzenia, to chciałbym cię za-pewnić, że jestem w pełni z nim zgodnym. Dobrze że zajęłaś takie stanowi-sko, świadczy to o uczciwym i w pełni odpowiedzialnym sposobie analitycz-nego myślenia.
- Dziadku, mogłabym postawić tobie jedno pytanie?
- Oczywiście, nawet domyślam się jakiego rodzaju.
- A gdy ty będziesz o wiele starszy, to jak mamy postąpić?
- Tak - moja droga, abyś nie musiała się wstydzić sama przed sobą.
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Witam cię Jolu, prawie dwa tygodnie cię nie widziałem, co się stało że tak długo musiałem na ciebie czekać.
- Mój dziadku, stęskniłam się już za rozmową z tobą. Tata i Mama są wiecznie zajęci swymi sprawami sądowymi a mnie poświęcają tyle tylko cza-su ile jest to konieczne dla tak zwanych - dobrych stosunków rodzinnych.
- No, no, no – moja pannico, czy nie uważasz że choć nieświadomie ale niewłaściwie oceniasz swych rodziców.
- Czy ja coś złego powiedziałam? – przecież ja ich kocham i wiem że i oni bezgranicznie mnie kochają.
- Tak, ale w twoich słowach zabrzmiała pretensja a nawet ośmieliłbym się powiedzieć że krytyka.
- No wiesz Dziadku!
- Tylko nie unoś się świętym oburzeniem, a uwaga że poświęcają ci tylko tyle czasu ile to jest konieczne i tak dalej, to nie jest jawna krytyka? - choć zawoalowana pozornym usprawiedliwieniem – w imię dobrych stosunków rodzinnych?
- Może i masz rację Dziadku, czasem chciałabym z nimi podyskutować jak to lubię z tobą.
- Jolu, gdy jeszcze pracowałem, też nie miałem za dużo czasu dla twojego ojca a mojego syna. Po pracy, podobnie jak twój ojciec, po zamienieniu paru zdań z synem – jak tam w szkole, jakie oceny i tym podobne a po usłyszeniu odpowiedzi, zmęczony sięgałem po gazetę siadając w ulubionym fotelu aby wypocząć i nie chciałem dostrzec zawiedzionego wzroku syna. Jesteś już na tyle dorosła, że powinnaś zrozumieć że rodzice mają prawo być zmęczeni a ty już jesteś w takim wieku który nie wymaga ich bezpośredniej troski i uwagi.
Czy brałaś pod uwagę, że akurat ich praca polega na skoncentrowanej uwa-dze nad tym co czytają albo co wypowiadają? Przecież oni często decydują o losach ludzi. Może dlatego, że gdy są już w swoim azylu domowym chcą po prostu pomilczeć i odpocząć psychicznie?
- Nie pomyślałam o tym, trochę mi głupio że tak się o nich wyraziłam.
- Moja droga nic się złego nie stało gdyż ważnym jest, iż dotarło do ciebie zrozumienie istoty ich niezbyt entuzjastycznego odnoszenia się do ciebie.
- Tak prawdę mówiąc, to nie tylko że stęskniłam się za tobą, chciałabym abyś mi pomógł coś zrozumieć. Moje koleżanki z którymi się często spoty-kam, poinformowały mnie o czymś co mnie nie tylko zdumiało ale również nie potrafię sobie tego objaśnić.
- A cóż to za zdumiewającą informacja?
- Przypomnij sobie jak ileś tam tygodni temu, rozmawialiśmy na temat mo-jej byłej koleżanki Krysi której tak wiele pomagałam a ona potem ustawiła się przeciwko mnie.
- Tak, przypominam sobie, to chodzi o tą koleżankę która zupełnie opacz-nie pojmuje znaczenie słowa - wdzięczność.
- Tak, ta sama. Wyobraź sobie, że jej tata już od paru lat szuka po genealo-gii swej rodziny śladów a właściwie dowodów że pochodzą z historycznie zna-czącej szlacheckiej rodziny.
- Coś takiego! – widzę że ktoś najprawdopodobniej chce się stroić w cudze piórka aby podnieść prestiż swej rodziny poprzez jaśniepańskie pochodzenie.
- Chwaliła się tym koleżankom że jej ojciec wszedł w kontakty z innymi osobami zajmującymi się również genealogią.
- To wy się już razem nie spotykacie?
- Nie, zawsze się upewnia czy ja też będę.
- A co koleżanki na to?
- Jak na razie, to bawią się jej opowiadaniami z jakiej to podobno starej rodziny szlacheckiej pochodzi. Traktują ją trochę, jak to same określają - parweniusza czyli osoby która w jakiś nieuprawniony czy też niezasłużony sposób dostała się do wyższych sfer.
- To one uważają się za te z wyższych sfer?
- Tak Dziadku i wydaje mi się że w tym jest trochę racji. Oczywiście nie w znaczeniu jaśniepaństwa jak to barwnie i po staropolsku określiłeś. Tutaj raczej chodzi o to, co kiedyś mi tłumaczyłeś, że pewne cechy charakteru otrzymuje się razem z genami od rodziców i ich przodków a reszta to już jest tylko właściwe wychowanie i umiejętność korzystania z dobrych przykładów rodzinnych.
- To ja też jestem tym dobrym przykładem?
- Oczywiście Dziadku i to na pierwszym miejscu!
- Lizuska! – właśnie dałaś przykład deprecjacji swej osoby.
- Dziadku, przecież mnie znasz, nie komplementowałabym cię w tak pro-stacki wręcz siermiężny sposób. To było coś w rodzaju małego buziaczka dla ciebie.
- No dobrze już, no dobrze, wróćmy do tematu zasadniczego, do twojej ko-leżanki, no tej Krysi i jej Ojca. Jakie nosi nazwisko ta twoja koleżanka.
- Topacz, Krystyna Topacz, czasem inni koledzy lub koleżanki żartują z niej wołając do niej – tu patrz - panno Topacz.
- Nie słyszałem takiego nazwiska, ale może to z polskiej heraldyki której nie znam, ale zainteresuję się tym.
- Ona im wiele opowiadała jak to Ojciec wiele energii poświęca swej pasji aby udowodnić zwłaszcza rodzinnie swej żony, że pochodzi z bardzo znanego herbowego rodu. Kiedyś tam, znalazł w herbarzu szlachty polskiej swoje na-zwisko i od razu przyjął jako bezdyskusyjny pewnik, że on też pochodzi wła-śnie z tego starego rodu szlacheckiego bo przecież nosi takie same nazwisko. Teraz stara się to udowodnić, dopasowując wszelkie możliwe ślady z historii swej rodziny.
- A z jakież to rodziny pochodzi ojciec tej twojej koleżanki - Krysi?
- Nie specjalnie się tym chwali ale raz wymknęło się jej, że pochodzi z do-robkiewiczowskiej wiejskiej rodziny.
- Ciekawe, ciekawe, - ale trochę mnie to śmieszy. Wiemy wszyscy, że kró-lowa angielska Elżbieta II uwielbia pieski. Taki jej piesek nazywa się na przy-kład – Burek, czy to oznacza że wszystkie Burki to królewskie pieski?
- Celny przykład Dziadku ale nie za bardzo rozumiem motywację jej Ojca.
- Czasem niektórzy przypisują sobie zasługi których nie dokonali a pod-szywając się pod koligacje rodzinne innych o tym samym nazwisku daje im poczucie jakby wynagrodzenia niezasłużonej krzywdy jaka ich spotkała ro-dząc się w wiejskiej chałupie z wiejskich rodziców a nie w salonach pałaco-wych. Prowadzi to często do wypaczenia ich psychiki. Uważają, że winni są ci inni tego, że nie jemu było dane być takim jak inni – w jego mniemaniu ci lepsi. Moja kochana, o co chodzi w tej informacji że stara się udowodnić ro-dzinnie swej żony, że pochodzi z herbowego rodu?
- Jej mama nie pochodzi z jaśniepańskiego rodowodu ale pochodzi z rodzi-ny inteligenckiej coś na wzór naszej. Podobno rodzice jego żony bardzo po-mogli im w stawianiu pierwszych samodzielnych kroków i ułatwili im start we wspólne życie. Dla mnie jest to coś zupełnie normalnego że rodzice chcą jak najlepiej zabezpieczyć swą córkę. Ojciec Krysi odczuwa coś w rodzaju kompleksu niższości czy też niedowartościowania. Ona, to znaczy Krysia też się tym trochę przejmuję i dlatego tak bardzo zależy jej na przyjaźni moimi koleżankami.
- A z tobą nie?
- Nie, bo tu dla niej są aż dwie przeszkody, jedna to jak mi to objaśniłeś fał-szywe poczucie wdzięczności a drugie to moi rodzice są tylko prawnikami
a nie dyrektorami.
- Oj, widzę że jest tutaj już poważniejsza sprawa związana z jej psychiką na którą już zadziałał jej ojciec. To nigdy nie prowadzi do zawierania wartościo-wych przyjaźni.
- Dziadku, zawsze nadążam za twoim rozumowaniem ale teraz to chyba
pogubiłam się w rozumieniu znaczenia twych słów.
- Moja Jolciu, musisz wiedzieć że kompleksy mają bardzo duży wpływ na nasze poczucie własnej wartości. To kompleksy są filtrem, przez który oglą-damy świat i mają wpływ na nasze uczucia, zachowania, wartości, poglądy, jednym słowem - na naszą postawę w społeczeństwie. Nie uwierzysz, ale psy-choanalitycy rozróżniają ponad dwadzieścia rodzajów kompleksów a jednym z najczęściej występujących jest kompleks poczucia niższości wobec innych.
Każda sytuacja w której ci ludzie się znajdują bądź mogą się znaleźć, ocenia-na jest pod kątem dowartościowywania ich osobowości czy też postrzegania ich osoby. Rozmawialiśmy już na ten temat przy omawianiu zagadnienia wdzięczności.
- Nadal jednak nie rozumiem co ma wspólnego zachowanie się jej ojca a tym samym Krysi z szukaniem jakiś dowodów szlachectwa w heraldyce.
- Moja kochana, postaram ci się to jakoś naświetlić, może nieudolnie bo przecież jestem inżynierem a nie psychoanalitykiem. Jak sądzisz, jakie wy-kształcenie osiągnął Ojciec Krysi.
- Nie wiem dokładnie ale z tego co mówiły koleżanki, to ma maturę i coś tam próbował studiować na jakieś uczelni ale nic z tego nie wyszło bo nie może się pochwalić żadnym dyplomem.
- A matka Krysi?
- To wiem na pewno, ona ma wyższe wykształcenie i posiada dyplom jednej z renomowanych uczelni w Polsce.
- Tak przypuszczałem. Są ludzie którzy poprzez koligacje małżeńskie dosta-ją się na jakby wyższy poziom społeczny. Nie zawsze jest to akceptowalne. Zapewnie czytałaś kiedyś „Trędowatą” Heleny Mniszkównej. Tam właśnie jakby w krzywym zwierciadle jest właśnie pokazana próba wtargnięcia do innej, wyższej sfery osoby nie będącą jej częścią. Oczywiście jest to pokazane w sposób przejaskrawiony, obliczony na wyciskanie łez czytelnikom, ale sedno sprawy zostało tam dokładnie pokazane. Dziś są już inne czasy a tak zwane szlachectwo w dzisiejszych czasach już nikomu nie imponuje, no - może kiedyś - znów zostanie to nobilitowane.
Niemniej, są tacy ludzie którym przeszkadza a wręcz ciąży swe niższe pocho-dzenie lub jak wolisz urodzenie. Za wszelką cenę starają się dowieść innym a zwłaszcza sobie, tak – a zwłaszcza sobie, że mają lepsze pochodzenie niż ci inni w jego mniemaniu lepsi.
- W czym się to objawia Dziadku, pierwszy raz o czymś takim słyszę.
- Nie dziwię się, przecież masz dopiero 18 lat a za rok będziesz pisała swą Maturę. Jolu, ci ludzie bardzo skrywają swój chorobliwy kompleks niższości i dlatego postępują w sposób specyficzny w swym życiu.
- To znaczy?
- Sama powiedziałaś że ojciec Krysi pojął za żonę kogoś z inteligenckiej ro-dziny. Należy przypuszczać że i wielu innych członków jej rodziny posiada wyższe wykształcenie. Prawdopodobnie przy pierwszej próbie poznania się z rodziną żony, prawdopodobnie padło pytanie o jego wykształcenie co go tro-chę oburzyło, zawstydziło i ostudziło jego życzliwość.
Później, prawdopodobnie dowiedział się, że nie tylko oni ale i wielu innych członków z tej rodziny ukończyły lub kończą wyższe studia. Niestety, on nie mógł się pochwalić dyplomem ani też dyplomami swoich członków rodziny. Bolało go to, że i on i inni z jego rodziny są wiejskiego pochodzenia. Wtedy, najprostszą, najwygodniejszą ale niestety nienajlepszą metodą dowiedzenia swej wartości, jest zerwanie jakichkolwiek kontaktów z tak wykształconą ro-dziną.
- Ale jest mi wiadome, że Krysia ze swymi rodzicami często jeżdżą w odwie-dziny do swojej rodziny ze strony Ojca.
- To tylko potwierdza moje słowa Jolu. Jestem przekonany że w jego rodzi-nie jest honorowany i otaczany nimbem podziwiania który syci jego próżność. Jestem przekonany, że najprawdopodobniej rodzice Krysi nie prowadzą życia towarzyskiego, gdyż Ojciec najprawdopodobniej boi się przypadkowej konfrontacji z zakresu osiągniętego wykształcenia czy też obycia towarzyskiego. Prawdopodobnie nie mają przyjaciół a jeśli nawet, to z pewnością bardzo wąski krąg.
- Dziadku, przecież jego żona posiada wyższe wykształcenie, więc nie ro-zumiem takiego zachowania.
- To właśnie też jest dla mnie zaskoczeniem, bo usilne szukanie jakiś ko-rzeni szlacheckich świadczy już o daleko posuniętej megalomani. Osoba nią dotknięta ma mocno podwyższoną samoocenę, urojenia wielkościowe oraz charakteryzuje się brakiem krytycyzmu wobec siebie. Często objawia się to despotyzmem wobec swego najbliższego otoczenia a zarazem czapkowaniem wobec kogoś od którego jest się zależnym zawodowo lub finansowo.
Na ogół osoby pochodzenia szlacheckiego mają wyższy kapitał kulturowy, symboliczny i społeczny niż osoby urodzone w rodzinach chłopskich. Przeja-wia się to choćby w sieci kontaktów, jakie mają dzięki rodzicom i ich rodzi-nom, w zasobach niematerialnych, którymi dysponują, czy aspiracjach edu-kacyjnych, jakich od nich się oczekuje.
Wszystkiemu prawdopodobnie winne jest jednak dzieciństwo. Takie osoby borykające się z kompleksem niższości nie otrzymały wystarczającej dawki miłości i uwagi od rodziców. To w zasadzie nie jest ich wina lecz okoliczności życiowych swych rodziców ale to oni właśnie z tego powodu będą cierpieli. Najprawdopodobniej do końca swego życia nie wyleczą się z tego.
- To znaczy że stan taki będzie się pogłębiał?
- Niestety tak, to będzie trwało latami. Następnym etapem takiego poszu-kiwania swych wyimaginowanych korzeni będzie pieczołowicie budowanie swego drzewa genealogicznego w taki sposób aby samemu sobie dowieść swej niepodważalnej i jedynie słusznej racji. Będzie sobie prawdopodobnie uzur-pował prawo do herbu, będzie poszukiwał starych aktów urodzenia a przede wszystkim kupował wszelkiego rodzaju artefakty mające na celu poświadczać jego szlacheckie korzenie, tym samym sycąc swe chore i rozbuchane ego.
- A co z najbliższą rodziną jego żony?
- Tutaj jest sprawa bardziej skomplikowana a tym samym bardzo niewy-godna dla niego.
- ???
- Nie może udawać że nie zna się rodziców swej żony tym bardziej jak sama mówiłaś, że wiele im zawdzięcza i dlatego doskwiera mu pamięć o tym.
Jolu, ale o tym już rozmawialiśmy w temacie fałszywie pojętej wdzięczności. Ludzie tacy nie mogą zrozumieć, że nikt od nich nie oczekuje wdzięczności a jedynie - no to może dobrego słowa i trochę szacunku dla siwych włosów. Takie postrzeganie jest jednak powyżej ich możliwości percepcyjnych.
Sama powiedziałaś że rodzice żony pochodzą nie z hrabiowskiego rodu ale z inteligenckiej rodziny. Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie im dorównać gdyż nie posiada tego, co otrzymuje się wraz z urodzeniem.
Nie jest w stanie zaakceptować, że Inteligencję się dziedziczy a Wiedzę zdo-bywa. Może nawet o tym nie wie. Taka osoba zdaje sobie sprawę, że tego nie jest wstanie zmienić a jedynie co potrafi w takiej sytuacji - to chwalić się swymi kupionymi artefaktami wraz demonstrowaniem swej niby to wyższo-ści. Nie dostrzega lub można by z dużą dozą pewności powiedzieć, że nie chce dostrzegać swej wiejsko-jarmarcznej śmieszności.
- Wiesz Dziadku, dotychczas patrzałam na to zupełnie innymi oczyma, wy-dawało mi się że jest to coś w rodzaju hobby w tym szukaniu swych szla-checkich korzeni a nie ukryte objawy choroby społecznej.
- Moja droga, prace naukowe nad genami w których zawarta jest informa-cja genetyczna nazywana w skrócie DNA rozwija się coraz bardziej.
Nie wykluczone że kiedyś dowiesz się, że pochodzisz z rodu Karolingów, a może pochodzisz od plemion mongolskich, a może i germańskich czy też pły-nie w tobie jakaś część krwi sułtanów osmańskich.
- Żartujesz sobie ze mnie.
- Ależ skąd moja wnuczusiu, ja tego nie dożyję ale ty z dużą pewnością mo-że przekonasz się, że płynie w tobie prawdziwa krew słowiańska z odrobiną domieszki, mongolskiej, germańskiej, francuskiej, norweskiej, osmańskiej a może i arabskiej. Osobiście jestem tego absolutnie pewien, gdyż patrząc na ciebie przekonany jestem, że zebrałaś w sobie te najlepsze i najpiękniejsze geny od wszystkich tych nacji.
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Witaj Dziadku, przyniosłam ci samodzielne po raz pierwszy upieczone ciasteczka i posypane grubszym cukrem. Wiem że jesteś łasy na takie słod-kości.
- Tak? – co ty nie powiesz, ja jestem łasuchem na słodkości? – nic mi nie wiadomo o takiej przypadłości.
- Oj Dziadku, tak mówisz jakbym cię pierwszy raz widziała. Nie zauważyłeś że staram się szybciej sięgnąć do ciasteczek które mama kładzie na stół gdyż
w przeciwnym razie mam małe szanse wybrać tej najsmakowitsze.
- Sama je upiekłaś? – wyglądają tak jakby je mama piekła.
- Sama, ale mama kontrolowała czy dobrze to robię, myślę że będą ci sma-kować bo wewnątrz nich jest zamknięta odrobina różanej marmolady.
- Różanej mówisz? – przecież to mój przysmak, coś podejrzewam że jest to coś w rodzaju przekupstwa moja droga. Może byś Joluniu od razu przeszła do meritum sprawy bo chyba nie tylko ciastka są powodem dzisiejszej sobot-niej wizyty u mnie.
- Masz rację dziadku, nasz pan Profesor, no ten - od Wychowania Obywa-telskiego wstrzelił nam dziś temat który wywołał gorącą dyskusję. Sam też zabierałam głos ale tak po prawdzie to nie wiem czy miałam rację.
- O, łał, – wyczuwam że to jakaś poważna sprawa.
- Może, sama nie wiem jak do tego podejść.
- No to wyłuszcz mi ten ważny temat który jak sama powiedziałaś - wstrze-lił wam wasz Profesor.
- Pan Profesor zadał pytanie: - jak należy postrzegać osoby które najczęściej lepiej i więcej wiedzą od innych.
- Mam nadzieję że nie chodzi tu o specjalistyczną wiedzę którą dysponuje wąskie grono uczonych lub badaczy naukowych z poszczególnych dziedzin życia społeczno-zawodowego.
- Nie, to dotyczy innych ludzi którzy jak to określił Pan Profesor, dysponują bardziej rozleglejszą wiedzą niż inni z jego otoczenia. Tutaj rozgorzała dysku-sja w zróżnicowaniu pojęcia wiedza jak również o jaki zakres wiedzy chodzi.
- No, muszę przyznać że ten wasz Profesor to musi być bardzo inteligentną osobowością jeśli prowokuje was do takich dyskusji jak zróżnicowanie po-zornie prostego i banalnego pojęcia jakim jest ogólnie wszystkim znane poję-cie wiedzy.
- No właśnie Dziadku ale Pan Profesor określił nam kierunek dyskusji
zamykając drogę do definiowania wiedzy tej zdobywanej w szkole na lek-cjach.
- Ciekawe, ciekawe, - sam musiałbym się dobrze zastanowić aby właściwie określić znaczenie pojęcia – wiedza. Jakie było twoje zdanie w tej dyskusji?
- Starałam się wykazać że wiedza to zbiór informacji które człowiek aku-muluje w swej jaźni celem późniejszego wykorzystania w realu.
- W realu? – co to takiego?
- To taki skrót myślowy, aby nie używać długich sformułowań – jak w tym przypadku - w otaczającej nas rzeczywistości.
- Rozumiem, a próbowałaś przynajmniej choć trochę sklasyfikować rodzaje wiedzy?
- No nie, przecież logicznym jest że, albo posiada się wiedzę w danym te-macie albo się jej nie posiada.
- To jest niedopuszczalny, jak to sama powiedziałaś - skrót myślowy. Ten sposób pojmowania wiedzy prowadzi na manowce banałów i ogólników nic nie mówiących ale za to pięknie i mądrze brzmiących. Moja Jolu, powinnaś przyjąć do wiadomości, że wiedza jest jedną z najtrudniej zdobywaną umie-jętnością w rozwoju Homo Sapiens. Zapewnie może już i słyszałaś na innych lekcjach że jest wiedza; faktograficzna, teoretyczna, empiryczna, hipotetyczna oraz pewna. Niektórzy twierdzą, zupełnie poważnie, że istnieje takie pojęcie w mentalności człowieka jak – niewiedza.
Można by powiedzieć, że wiedza to odpowiednio zbudowany i interpretowany zbiór informacji a umiejętność używania tego zbioru, modyfikowania go, two-rzenia setki kilometrów nowych zbiorów wiedzy - to mądrość. Mądrość nie po¬lega na spry¬cie, ale na umiejętności ob¬sta¬wania przy praw¬dach oczy¬wis-tych. Ten przet¬rwa, kto wyb¬rał świad¬cze¬nie praw¬dom oczy¬wis¬tym. Kto wyb¬rał chwi¬lową iluzję, by na niej za¬robić, ten prze¬minie wraz z iluzją. Wiedza jaką posiada dany człowiek często determinuje również sposób jego zachowania się w życiu osobistym jak również w życiu społecznym.
- A czy można wiedzę odziedziczyć?
- Niestety nie, moja Kochana, wiedzę można zdobyć i tylko zdobyć a nie otrzymać. Zdobywa się ją ciężką pracą fizyczną bądź umysłową polegającą na wielokrotnym powtarzaniu czynności lub przyswajaniu sobie i klasyfikowa-niu informacji które nas otaczają. Mamy przecież radio, telewizję, gazety, książki, szkoły, kursy i wszelkiego rodzaju uczelnie. Niebagatelnym źródłem wiedzy jest również podpatrywanie sposobu bycia jak również zachowania się innych członków naszego społeczeństwa którzy już osiągnęli pewien wyższy niż nasz, stopień wiedzy i pozycji społecznej. Odziedziczyć można jedynie głód wiedzy lub jak wolisz - niepohamowany pęd do poznawania coraz szerszych kręgów wiedzy jak również dążenie do osiągnięcia coraz wyższych stopni w hierarchii społecznego uznania. Jest jeszcze jeden rodzaj wiedzy moim zdaniem najbardziej rozpowszechniony wśród ludzi w społeczeństwach szczycących się wysoką kulturą i wiedzą, czy wiesz o jaką wiedzę chodzi?
- Nie, intrygujesz mnie, o jaką wiedzę chodzi tym bardziej Dziadku że twierdzisz że jest ona najbardziej rozpowszechniona.
- O wiedzę po-zor-ną moja droga, ona najbardziej jest rozpowszechniona. Wielu ludziom wydaje się, że wiedzą coś dobrze na dany temat a nawet są wręcz przekonani że bardzo dobrze mimo, że w rzeczywistości jest to tylko wiedza powierzchowna gdzieś zasłyszana ale nie ugruntowana i nie spraw-dzona.
- Zaskakujesz mnie Dziadku, masz jakiś dobry przykład na to?
- Proszę bardzo moja Jolciu, proszę mi objaśnić jaka jest różnica pomiędzy Biblią, Pismem Świętym, Starym i Nowym Testamentem?
- To przecież proste, o tym się uczyłam na religii w szkole i wielokrotnie słyszałam na Mszy Świętej w Kościele.
- Tak? – to proszę możliwie krótko wymienić te różnice.
- Biblia - to jest w odróżnieniu od Pisma Świętego czy Nowego lub Starego Testamentu zbiór informacji ……. uff, no jakby ci to scharakteryzować, to spisane zasłyszane informacje, no coś w rodzaju zbioru …… Dziadku czy ty musisz zadawać takie skomplikowane pytania?
- No właśnie, to jest właśnie wiedza pozorna. Sama przecież powiedziałaś że to proste bo o tym się w szkole uczyłaś a teraz - zdumienie? Gdy jednak ci powiem że Biblia i Pismo Święte to w zasadzie jedno i to samo, a w skład jednego lub jak wolisz drugiego, wchodzi Stary i Nowy Testament? Przecież słowo Biblia w języku greckim znaczy „księga” lub „księgi”. Przyjmij do wia-domości że Pismo Święte ma podwójnego autora: Boga, od którego pochodzi Słowo oraz ludzi, którzy to Słowo zapisali. Zainteresuje cię może również in-formacja, że w skład Pisma Świętego lub jak wolisz Biblii wchodzi aż 45 ksiąg Starego Testamentu a do Nowego 27 ksiąg? Oczywiście Bibliści jeszcze bardziej różnicują tą ilość ksiąg w zależności od tego czy chodzi o wiarę judaistyczną czy na przykład prawosławną.
Spróbuję ci coś zacytować ze Starego Testamentu co ja sobie przyjąłem do siebie jako wspaniałą myśl przewodnią mego życia. Nie wiem czy precyzyjnie ją powtórzę ale na pewno sedno tej wypowiedzi jest prawdziwe. „Szczęśliwy ten, kto mądrość osiągnął. Mąż który nabył rozwagi, bo lepiej ją posiąść - niż srebro, ją raczej nabyć - niż złoto, zdobycie mądrości jest lepsze od pereł, nie równe są jej żadne klejnoty.”
- Czy to aby nie jest z Księgi Przysłów Starego Testamentu?
- Tak Jolu, czytałaś cały Stary Testament?
- Nie, to bardzo długie, czytałam tylko wszystko o Królu Salomonie i stwier-dziłam, że nie jest taki wspaniałym jak nam się go przedstawia. Pozostałe części Starego i Nowego Testamentu tylko przekartkowałam podczytując to i owo.
- Wracając do tematu, chciałbym ci powiedzieć że w naszej rozmowie nie chodzi aż o taką dokładną wiedzę lecz o pojęcie wiedzy pozornej. Niby jeste-śmy absolutnie przekonani że doskonale wiemy lub znamy ale gdy tylko wchodzi się troszkę głębiej w temat to okazuje się, że poza hasłami w zasa-dzie nasza wiedza jest mizerna to znaczy - pozorna.
- Nasz pan Profesor, użył takiego sformułowania, - aby nie dać się zwieść banałom kursujących w kręgach różnych warstw społecznych.
- No właśnie o tym właśnie rozmawiamy, o banałach, czyli o wiedzy pozor-nej. Czy spotkałaś się już kiedyś że zarzucano ci że się wymądrzasz gdyż po-siadasz większą wiedzę niż inni?
- Kiedyś w czasie rozmowy na przerwie lekcyjnej stwierdziłam że w szkole nabieramy mądrości którą powinniśmy spożytkować w naszym przyszłym dorosłym życiu. Podparłam się cytatem z Nietzschego że – „Mądrość jest szeptem samotnika z samym sobą pośród gwarnego targowiska.” Zarzucono mi że to nie ma nic wspólnego z wiedzą a ja chce się tylko popisać że coś wię-cej wiem.
- Moja kochana, musisz się do tego przyzwyczaić że inni z twojego kręgu społecznego będą usiłowali nie tyle tobie udowodnić że niewiele wiesz, oni przede wszystkim chcą sobie samym dowieść swoją wyższość nad tobą.
Posiadają pobieżne informacje gdzieś zasłyszane, gdzieś przeczytane ale nie-zbyt dobrze zrozumiane i fałszywie zinterpretowane. Zwłaszcza będą się po-siłkowali według ich małostkowego mniemania, zdrową logiką nie mającą oparcia w rzeczywistości.
Chcę cię poinformować prawie ze stu procentową pewnością, że często bę-dziesz się spotykała z sytuacją gdy będzie przerywana twoją wypowiedź stwierdzeniem, iż wiedzą o co chodzi, bądź nie zgadzając się z tym co chciałaś powiedzieć, mimo że nie usłyszeli całej wypowiedzi a tylko jej pierwszą
i to niepełną część.
- Jak to, nie słysząc pełnej informacji już odpowiadają na nią?
- Nie spotkałaś się z czymś takim w szkole?
- Rzadko, taki ktoś jednak był szybko eliminowany z naszego towarzystwa.
- No widzisz Jolu, musisz być na to przygotowana i nie dać się sprowoko-wać do ostrej wymiany zdań. Jest to bardzo irytujące ale czasem nabiera ta-kie przerywanie wypowiedzi komicznego charakteru. Gdy wypowiada się ja-kąś kwestię, to taki wszystko najlepiej wiedzący, uważający się za bystrego i oczywiście inteligentnego człowieka, przerywając twoją wypowiedź z miejsca nie zgadza się z tobą stwierdzając że właśnie tak nie jest o czym mówisz.
Powiedziałem wcześniej, że nabiera to komicznego charakteru. Gdy grzecznie odczekasz taką pewną siebie perorę oczywiście z uzasadnieniem, spokojnie odpowiadasz że – nie o tym mówię i nie to jest tematem mojej wypowiedzi. Wtedy najczęściej ponownie przerywana jest twoja wypowiedź słowami - a ja myślałam bądź myślałem że chciałeś powiedzieć …….
- No i co wtedy Dziadku?
- Nic się nie zmienia i po dłuższym lub krótszym czasie sytuacja się powta-rza. Tacy przerywacze uważają się za tak błyskotliwie inteligentnych, iż wy-starczy im usłyszeć dwa, trzy słowa a oni już doskonale wiedzą co chciałeś powiedzieć, w jakim sensie i w jakim znaczeniu. A że ta ich wypowiedź ma się tak jak piernik do wiatraka, wcale nie zbija ich z pantałyku. Są to najczę-ściej ludzie o wiedzy pozornej o której już rozmawialiśmy. W swym pełnym samo uwielbiającym się wyobrażaniu o swej inteligencji, nie są w stanie dostrzec jak często popełniają towarzyskie gafy i dokonują samo ośmieszania ale zapewniam cię, tego też nie dostrzegają. Ludzie tacy jak już ci powiedzia-łem, kierują się wiedzą pozorną opierając się na swej, według nich niepodwa-żalnej logice.
- Nasz Profesor kiedyś też nam przedstawił fałszywe interpretowanie nie-podważalnej logiki.
- Tak? – sam jestem tego ciekaw.
- Dotyczyło to wyciągania logicznych wniosków z spostrzeżeń które sami dokonujemy. Zapytał nas - jaki jest czysto logiczny wniosek patrząc na ruch słońca na nieboskłonie. Jedna z koleżanek powiedziała, że to przecież logicz-ne i wynikające z wiedzy że ziemia krąży dookoła słońca. Profesor nie zgodził się z tą odpowiedzią. Stwierdził, że logicznym wnioskiem jest to – że słońce obiega ziemię ze wschodu na zachód, raz na 24 godziny. Udowadniając to naszymi niepodważalnymi wrażeniami wizualnymi. Zakończył swą wypo-wiedź słowami: przecież nie jestem idiotą, przecież na własne oczy widzę, nie tylko ja ale i inni też to widzą!
- I On ma w stu procentach rację! Przecież sami widzimy, przecież nie je-steśmy ślepcami, przecież słońce wychyla się na wschodzie i chowa się na zachodzie, więc logiczne jest że słońce kręci się dookoła ziemi? – logiczne!
No właśnie Jolu, to jest właśnie wiedza pozorna oparta na pozornie logicz-nych wrażeniach. Niektórzy będą swą wiedzę pozorną – a nie chodzi oczywi-ście o ruch słońca – bezpardonowo bronić, bojąc się nie tyle kompromitacji przed innymi a przed faktem, że rację może mieć ktoś inny, którego koniecz-nie chcemy uważać za mniej inteligentnego niż on, ona sama.
- To tak trudno przyznać komuś rację?
- Oj tak, to jedna z najtrudniejszych decyzji człowieka, przyznać komuś rację a tym samym przyznać się do błędu czyli swej niewiedzy! Ty tak zawsze chętnie przyznajesz się do swego błędu?
- No nie, to nie jest przyjemne zwłaszcza w sytuacji jeśli ktoś twierdzi coś na czym się zbytnio nie znam. W takiej wolę zachować wstrzemięźliwość w ocenie, tym bardziej jeśli wiem, że ten ktoś dysponuje nie tylko odpowiednim wykształceniem ale i również bogatym doświadczeniem życiowym.
- Brawo, oby to tylko była prawda a nie tylko eleganckie postawienie swej osoby w dobrym świetle. Opowiem ci krótko o pewnym zdarzeniu o którym mi kiedyś opowiadał jeden z naszych żołnierzy w niewoli u Anglików a jak zapewne przypuszczasz, czasu mieliśmy wiele na opowiadania.
Wyobraź sobie, że gdzieś tam jeszcze we Francji, rozwinęła się dyskusja, po-między żołnierzami podczas popijania francuskiego wina na temat koloru soku z winogron. Jeden z nich będąc rzeczywiście znawcą win, stwierdził w rozmowie, że sok z winogron jest zawsze jasny, można by powiedzieć, że pra-wie bezbarwny. Naskoczono na niego że opowiada bzdury bo przecież każdy może samemu się przekonać że jest zielony lub ciemno-czerwony. Na dowód tego jeden z nich urwał z kiści ciemną, czerwoną kulkę i rozgniótł ją w pal-cach. Po palcach pociekł mu czerwonawy sok. Tryumfalnie pokazał palce te-mu winiarzowi śmiejąc się ironicznie orzekł, że opowiada bzdury. Buńczucz-nie z zadowoleniem stwierdził, że co prawda nie ma takich szkół ukończo-nych jak ten winiarz, ale wszyscy mogą zobaczyć że to on ma rację a nie ten pseudo-znawca. Reszta towarzystwa potakiwała z zadowoleniem bo przecież zostało jednoznacznie i dobitnie udowodnione że sok z winogron jest koloro-wy a oni przecież sami to widzieli na własne oczy.
- No i co dalej?
- Ten winiarz zamilkł, wiedział że jeśli nie podeprze się niepodważalnym źródłem, to nikt mu nie uwierzy. Wyszukał we francuskiej księgarni książkę o winiarstwie i z pomocą swego dowódcy – Porucznika, przetłumaczył odpo-wiedni rozdział na temat uzyskiwania soku z winogron. Przepisał to tłuma-czenie na kilku kartkach w którym jednoznacznie stwierdzono, że sok jest tylko i wyłącznie bezbarwny a dodatek odpowiedniego moszczu i w odpo-wiedniej proporcji daje wino o różnym zabarwieniu.
- I jak to przyjęto?
- Normalnie, - przeczytano, wzruszono ramionami a kartki wyrzucono.
- I nikt nie powiedział przepraszam, pomyliłem się?
- Nie, nikt - sama powiedziałaś że też nie zbyt chętnie przyznajesz się do swego błędu. Musisz jednak wiedzieć i zapamiętaj to Jolu, że przyznanie się do swego błędu cechuje tylko i wyłącznie ludzi obdarzonych wielkim poczu-ciem swej wewnętrznej wartości, godności, honoru i odpowiedzialności.
- Dziadku, czy rzeczywiście przyznanie się do tego, że czegoś się nie wie, to taka straszna kompromitacja?
- Widzisz moja kochana, to zależy od poziomu inteligencji albo jak wolisz wykształcenia czy kultury danej osoby. Czasem niektórzy w swych kręgach rodzinnych bądź znajomych chce się uchodzić za oczytanego człowieka który posiada rozległą wiedzę. Nie zdają sobie sprawy że ich wiedza jest uformowa-na lub jak wolisz podana im na talerzu odpowiednio spreparowaną przez te-lewizję, radio bądź popularną prasę codzienną ale tylko taką, jaką oni prefe-rują i jest zgodna z ich oczekiwaniami.
- To znaczy że nie ciekawi ich coś więcej niż podana im na tacy już odpo-wiednio przeżuta strawa?
- Nie, często jest to za duży dla nich wysiłek intelektualny na którego ich nie stać nie wspominając że są po prostu za leniwi na to. Do tego jednak nie przyznają się w żadnej dyskusji, będą operowali nieistotnymi argumentami nadając im rangę najwyższej wręcz decydującej kategorii. Będą na przykład wytykali ci jakiś twój lapsus językowy czy drobny błąd gramatyczny w czymś co akurat powiedziałeś lub napisałeś. Ma to im zapewniać samo dowarto-ściowanie się gdyż ma świadczyć o ich przenikliwej inteligencji. Często będą demonstrowali swe oburzenie w sposób mniej lub bardziej skrywane jeśli wykaże się im miałkość argumentów.
- Chyba masz rację Dziadku, kiedyś i mnie to spotkało. Pamiętasz, rok te-mu byliśmy z harcerstwa na obozie w Bieszczadach. Tam zaplanowano nam dwudniowe zawody na orientację w terenie mając do dyspozycji wyłącznie mapę i kompas. Zabronione było korzystanie z informacji od przygodnie na-potkanych ludzi. Basia, jedna z naszych koleżanek stwierdziła autorytatyw-nie, że dobrze się zna na mapach i to ona poprowadzi nasz 6-cio osobowy Zastęp. Już na początku powzięłam podejrzenie że coś jest nie tak z tą zna-jomością orientacji w terenie według mapy. Widziałam, że obraca mapą w różne kierunki przymierzając ją do terenu a w ogóle nie zwraca uwagę na kierunek północny który zawsze jest na górze mapy. Po paru godzinach drep-tania przez większe i mniejsze pagórki okazało się po południu, że znaleźli-śmy się w miejscu wyjścia. Basia stwierdziła, ale już nie tak pewnie, że wi-docznie dano nam niewłaściwą mapę. Zaproponowałam, że to ja poprowadzę bo widzę że Basia nie zbyt orientuję się w terenie. Spotkało się to z nieukry-wanym oburzeniem nie tylko jej ale i paru jej serdecznych koleżanek. Upar-łam się jednak grożąc że wrócę do obozu bo tak dalej nie można bawić się Ciuciubabkę. Inne koleżanki nie poparły mnie ale i też nie protestowały.
Zabrałam mapę skorelowałam ją według kompasu z północą i wyznaczyłam punkt na horyzoncie w terenie na granicy widzenia, po czym spokojnie schowałam mapę do plecaka i ruszyliśmy w jego kierunku. Tak to powtarza-łam parę razy. Musiałbyś słyszeć Dziadku te ironiczne uwagi pełne złośliwej kąśliwej irytacji, ale poszli za mną. Po przespanej nocy w namiocie który miałyśmy ze sobą, rano ruszyliśmy dalej. Po południu dotarliśmy do wyzna-czonej bazy i okazało się że jesteśmy trzeci na mecie bo drudzy byli o godzinę przed nami.
- No i jak zareagowały te oportunistki wraz ze swą Basią?
- Jak sądzisz Dziadku?
- Ja nie sądzę Jolu, ja jestem pewien, - żadna z nich nie raczyła tego zau-ważyć i uznano że nic się w zasadzie nie stało i nie ma o czym rozmawiać a właściwie - to w czym problem?
- Dokładnie tak, skąd to wiedziałeś?
- Moja kochana, nie raz tego doznałem ale musisz wiedzieć że i ty w swym życiu nie raz spotkasz się z takimi samymi problemami. Dam ci jednak dobrą i przetestowaną przez życie radą. Nie zauważaj i nie rozpamiętywaj tego!
Pamiętasz co kiedyś powiedziałem kiedy omawialiśmy zagadnienie wdzięcz-ności - że ludzie na ogół zapominają podziękować kiedy zrobisz dla nich coś dobrego ale nigdy nie zapomną wypomnieć ci, kiedy zrobisz im coś złego.
- Czy to też jest coś w rodzaju wiedzy?
- O tak, to się nazywa - wiedzą życia. Tą, niestety, zdobywa się czasem bardzo boleśnie, ale ona nas hartuje i pozwala łatwiej przezwyciężać prze-szkody. Spotkasz w swym życiu wiele takich sytuacji że dla dobra tak zwa-nych stosunków służbowych, przyjacielskich bądź rodzinnych, będziesz mu-siała przełknąć w milczeniu nieraz fanfaronadę zarozumiałych głupców.
Będą oni twierdzili z niepodważalną pewnością siebie, że jedynie Oni i tylko Oni posiadają właściwą to znaczy, tą prawdziwą wiedzę a tym samym i rację. Najczęściej spotkasz się z tym w stosunkach służbowych. Wielu z twoich przyszłych zwierzchników będą z niezachwianą pewnością uważali, że jeśli zajmują choć o trochę wyższą od ciebie pozycję służbową to nijako z automa-tu są mądrzejsi i wszystko lepiej wiedzą. Podobnie ma się w kręgach rodzin-nych. Jeśli wykażesz, że wiesz coś lepiej, więcej, dokładniej lub potrafisz coś więcej albo więcej osiągniesz, to najczęściej staniesz celem mniej lub bardziej ukrytej krytyki. Zapamiętaj jednak, że drzewo nie smagane wichrem, rzadko kiedy wyrasta silne i zdrowe. Wiesz kochana Jolu, podobno to leży w cechach genetycznych Polaków. My nie lubimy jeśli któryś naszych czymś się wyróż-nia, zrobimy wszystko i posuniemy się do wszystkiego aby ściągnąć go z pie-destału. Jest to coś w rodzaju narodowego kompleksu. Natomiast jeśli będzie to ktoś z zagranicy to jesteśmy gotowi bić mu pokłony, no bo to Ktoś z Za-granicy, należy rozumieć że ten Ktoś to na pewno jest lepszy od nas. To taka nasza przywara narodowa.
- Tak zawsze było?
- Prawie zawsze, przypomnij sobie z lekcji historii dlaczego ościenne pań-stwa podzieliły się naszą Polską. Jednym z głównych powodów był fakt, że nie potrafiliśmy czy też nie chcieliśmy uznać, że jeden z nas jest najlepszy i powinniśmy mu okazać szacunek i posłuszeństwo. Spójrz na naszych kró-lów, czy wiesz ilu mieliśmy obcych królów na naszym polskim tronie?
- Wiem że jacyś byli ale nie wymienię ci teraz wszystkich.
- Ja też nie, ale z pewnością słyszałaś o Walezjuszu z Francji, Batorym z Węgier, o Wazach ze Szwecji czy o Sasach z niemieckiego rodu.
Jolu, rozmawialiśmy o osobach którzy rzeczywiście mają większą wiedzę niż inni z jego otoczenia. Wiemy, że nie jest to aprobowane i mile widziane, gdyż jak już to omówiliśmy, ci inni, w swej zaściankowej zarozumiałości nie do-puszczają myśli że mogą być w ich mniemaniu gorsi. Nie przychodzi im do głowy że w praktyce dysponujący elementarną wiedzą telewizyjną nie wyma-gającą wysiłku intelektualnego a coś takiego jak posługiwanie się umysłem analitycznym to już prawdziwa Terra Incognita. Zauważ jak mało jest pytają-cych ale za to jak dużo jest wszystkowiedzących. Jeżeli już ktoś pyta, to war-to poświęcić mu uwagę, bo to człowiek poszukujący, zastanawiający się, sta-rający się coś zrozumieć. Jakże to rzadki teraz w naszych czasach przypadek. Zwróć uwagę, że jeżeli dziś się w towarzystwie o czymś mówi, to prawie nie zdarza się, aby ktoś powiedział - nie wiem, nie mam pojęcia, nie znam. Prze-ciwnie - wszyscy zabierają głos, mówią ex cathedra, twierdzą, upierają się przy swoim, monologują. Ten powszechny dostęp do obiegowych źródeł in-formacji uczynił z nas zadowolonych pseudoznawców, najlepiej wiedzących. Można spokojnie stwierdzić, że im bardziej pewnych siebie, tym mniej rzetel-nej wiedzy a więcej zadufanej w sobie pospolitej nędznej arogancji.
- Spotkałam się Dziadku również z takimi kolegami czy koleżankami które są przekonani o swej wręcz doskonałej nieograniczonej wiedzy na wszystkie tematy które się porusza w danym momencie.
- Tak, ale ci są najbardziej niebezpieczni w swych wywodach.
- Nie rozumiem.
- Spróbuję ci to objaśnić a ty spróbuj to zidentyfikować u swych koleżanek i kolegów. Zapewne spotkałaś się już z tak zwanymi omnibusami wiedzy.
Takie osoby z wielką swadą będą perorować na każdy wywołany temat z ab-solutną pewnością siebie no i oczywiście jedyną najlepszą według nich ugruntowaną wiedzą. Osoby takie w swej perorze nie dopuszczają do wymia-ny zdań czy też do podjęcia dyskusji. Uważają takie poczynania nie tylko ja-ko podważanie ich wiedzy a wręcz zamach na ich suwerenną jedynie słusz-ną interpretację czy informację. Uzasadniają to najczęściej pewnym siebie tonem bądź nieco podniesionym głosem czym najczęściej onieśmielają słu-chaczy. Nie cofną się przy próbach podważenia ich zdania do ironicznego
wyśmiewania oponenta lub bezpośredniego zaatakowania, zarzucając mu niewiedzę czy wręcz ignorancję w danym temacie. Jeśli jednak znajdzie się taki Odważny, który nie da się zepchnąć do defensywnego, aprobacyjnego milczenia i odważnie podejmie polemikę, to taki oponent bardzo się naraża na dezaprobatę nie tylko Znawcy Tematu ale i jego popleczników.
Taki Odważny kontratakując konkretnymi i szczegółowymi pytaniami nie pozwalając na ogólnikowe, piękne brzmiące ale mało używane określenia rodem ze słownika wyrazów obcych, naraża się na wyższy stopień obrony posuniętej już do bezpośredniego i bezpardonowego ataku. W takim ataku nie raz dochodzi do słownego obrażania oponenta. W kręgach o niższym poziomie kultury osobistej, siła argumentów nader szybko zamieniana jest na argument siły.
- A co w takiej sytuacji Dziadku gdy spotyka się takie bezpardonowe uza-sadnianie swej wątpliwej wiedzy?
- W takiej sytuacji najlepszym jest wycofanie się, a gdy sytuacja wymaga tego aby uniknąć argumentu siły. Skutecznym jest też pozorne zgodzenie się z takim omnibusem wiedzy. W przyszłości jednak należy takiego - Wszystko Najlepiej Wiedzącego unikać przynajmniej w zakresie prowadzenia z nim dysput. Musisz jednak wiedzieć, że tacy ludzie szybko są jednak eliminowani z towarzystwa albo przynajmniej traktowani są z duża dozą pobłażania.
Podoba mi się kiedyś zasłyszane filozoficzne powiedzenie: - Inteligencja, jest to choroba umysłowa - na szczęście mało rozpowszechniona.
Rozmawialiśmy dziś o różnych aspektach wiedzy a często nie zdajemy sobie sprawę z tego, że Wiedza była, jest i będzie jednym z najpotężniejszych na-rzędzi jakim dysponuje człowiek.
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Dziadku, ostatnio rozmawialiśmy z naszym Profesorem na bardzo ciekawy temat, o Autodestrukcji i Autoagresji. Pan Profesor opisał nam dwie sytuacje, jak zaznaczał obie hipotetyczne; - młodego człowieka w naszym wieku który rzucił się z dachu wieżowca zabijając się oraz innego, który gło-dzi się celowo, katuje swoje ciało ponieważ nie uznaje go jako dobre jak na swe wyobrażenia. Opisał też drugą sytuację w którym człowiek mimo że ma predyspozycje do tego aby coś więcej osiągnąć, nie korzysta z tego z wielu bliżej nawet dla niego znanych powodów. Zadał nam pytanie, jak rozumiemy te dwa pojęcia i czy widzimy różnicę pomiędzy nimi.
- Podziwiam tego Profesora, widzę że stawia was przed niełatwymi zagad-nieniami i trudnymi do interpretacji. No i jak potoczyła się dyskusja?
- Ja też zabrałam głos bo nie mogłam się zgodzić z niektórymi wypowie-dziami gdyż wydawały mi się płytkie i ślizgające się po temacie. Niektóre oso-by zamykały pojęcie autodestrukcji w zawężonym pojęciu do autoagresji. Jednej z koleżanek zarzuciłam, że nie rozróżnia tych słów używając prze-miennie te pojęcia a w zasadzie utożsamia je ze sobą, to tak jakby stawiać między nimi znak równości. Przecież moim zdaniem autodestrukcja nie musi prowadzić do wyższej formy - tak uważam - schorzenia psychicznego jakim jest autoagresja.
- Tak? – to jak najkrócej zdefiniowałabyś te dwa pojęcia.
- Och Dziadku, to ja przychodzę do ciebie z dylematem a ty mnie egzami-nujesz z tego czego sama nie wiem.
- To nie egzamin a chęć poznania Twojej interpretacji rzeczywiście nie ła-twych pojęć z zakresu czystej psychologii i psychiatrii. Przecież z takimi za-chowaniami spotykamy się w rzeczywistości prawie codziennie nie zdając so-bie z tego sprawy. No więc słucham.
- Autodestrukcja moim zdaniem, ma wiele form rozwojowych od lekkich czasem przez nas nie zauważalnych do najcięższej formy - Autoagresji bezpo-średniej jaką jest skuteczna próba samobójcza. Wszystkie te działania są jakby zakodowane w naszym życiu. Jedni, za cenę wielkich wyrzeczeń oraz pracowitości osiągają cel sobie wyznaczony którym są stanowiska w karierze zawodowej lub posiadanie majątku a najczęściej jednego i drugiego.
Inni wyrzekają się myśli o awansie społecznym i wolą wygodniejsze życie po-zbawione co prawda osiągnieć życiowych ale gwarantujące spokojne, leniwe i bezbarwne życie przy minimalnym wysiłku.
- Jolu, muszę przyznać że z wielką uwagą cię słuchałem i musiałem nadą-żać za twoimi wywodami. Trafnie to określiłaś ale to są tylko ogólne i z grub-sza zarysowane problemy związane z Autodestrukcją. Właściwie zaszerego-wałaś autoagresję jako najwyższą formą autodestrukcji. Jesteś jeszcze młoda ale gdy wejdziesz w życie dorosłe sama staniesz nie raz przed dylematem jak postąpić i zapewne nie będziesz sobie zdawała sprawę z tego, że można po-stępować autodestrukcyjne wobec siebie.
- Tak musi być w życiu dorosłym?
- Tak, choć nieraz nie dostrzegamy tego będąc pewni swego postepowania.
Opiszę ci parę przypadków aby objaśnić ci te sytuacje. Zapewniam cię jednak że takich podobieństw jest niezliczona ilość. Jednym z najbardziej znanym przypadkiem jest negowanie postanowień swego zwierzchnika. Nie jest istot-nym czy ten zwierzchnik jest w wojsku, w pracy, w grupie turystycznej czy w jakimś zespole sportowym. Taką klasyczną autodestrukcją jest wykazywanie zwierzchnikowi że się myli, udawadnianie że się wie lepiej jak należy to, czy coś innego zrobić, wykonać lub powiedzieć. Czy to ci się podoba czy nie, oso-by mające nad tobą zwierzchnictwo, mogą bardzo utrudnić ci życie jeśli nie będziesz traktować ich odpowiednio. Autodestrukcja objawia się czasem w przekraczaniu granic, które powinny być zachowane w relacjach międzyludz-kich. Przykładem takim jest niedotrzymywanie obietnic, zdradzanie cudzych sekretów, to też działania przeciwko sobie. Taki autodestrukcyjny człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego że niszczy w sposób nieodwracalny swe party-cypowanie w takim gronie. Nieświadomie wyłącza się ze wspólnej akceptacji ogólnie uznanych kanonów bezrozumnie sądząc, że wszyscy podziwiają jego mądrość wypowiedzi.
Niszczy w ten sposób możliwość awansu zawodowego, akceptacji towarzy-skiej a w warunkach wojenno-wojskowych prowadzi to nieuchronnie do „bo-haterskiej” śmierci w jakieś mało ważnej akcji bojowej.
Innym przykładem Jolu, jakby na drugim biegunie autodestrukcyjnego dzia-łania jest przesadna skromność, niewiara we własne siły czy też strach do którego nie chcemy się przyznać sami przed sobą. Boimy się zmierzyć z trudniejszymi zadaniami związanymi na przykład z proponowanym nam awansem zawodowym bądź zmianą dotychczasowej wykonywanej pracy.
- To znaczy każdorazowe odrzucanie propozycji awansu jest autodestruk-cją?
- Ależ nie moja kochana, zawsze należy sobie zadać pytanie, czy przyjmo-wanie propozycji awansu jest warte z rezygnacji osobistych wartości.
- Nie rozumiem.
- Jolu jeszcze trochę a wejdziesz w świat dorosłych, a tam nie ma litości. Tam rządzi przemoc nie tylko ta fizyczna ale przede wszystkim przemoc psy-chiczna nie rzadko powiązana z przemocą ekonomiczną. Nie życzę ci tego ale niestety, jestem pewny że spotkasz się z propozycją objęcia wyższego stano-wiska, roli teatralnej, wydanie książki czy wybrania do jakiegoś znaczącego
i decydującego gremium, za cenę rezygnacji ze swej godności czy honoru.
Taka rezygnacja to właśnie jest jedną z najbardziej bolesnych ale i najbar-dziej ukrywanych form autodestrukcji. Póki nie zdobędziesz swego „nazwi-ska” które będzie coś znaczyło i miało wartość w określonych kręgach spo-łecznych, będziesz narażona na próby zdominowania twojej niezależności. Jako kobieta będziesz szczególnie narażona na takie akty chęci zaboru twojej niezależności a im bardziej będziesz atrakcyjniejsza, tym bardziej takie próby będą agresywniejsze.
- Dziadku, malujesz mi to bardzo czarno, czy wszystkie kobiety którym udało się osiągnąć wysokie uznanie społeczne musiały przechodzić przez
takie próby zagarnięcia ich osobowości?
- Nie, nie zawsze tak musi być ale to zależy wyłącznie od ciebie i twojej osobowości, przebiegłości i inteligencji. Im bardziej te określniki są mniejszej wartości tym większe są zakusy na zdominowanie takiej osoby. To nie musi być wyłącznie kobieta, to mogą być mężczyźni którzy rezygnują ze swej oso-bowości i stają się bezwolnymi, pozbawionych swej woli narzędziami w rę-kach dominanta. Od ciebie zależy Jolu, jak się potoczy twoja droga życiowa.
Pamiętaj, im bardziej twoja dominacja intelektualna, poparta niepodważalna wiedzą i niedopuszczaniem do zbytniego spoufalania się, tym bardziej bę-dziesz ceniona i obdarzania szacunkiem. Będzie to graniczyło z obawą takich chętnych przed ciętą i ośmieszającą ich ripostą z twojej strony która nie po-zwoli im się obrazić ale jednocześnie nie będą w stanie odpowiedzieć tobie na podobnym poziomie. Możesz być pewna, że tylko błyskotliwą inteligencją je-steś w stanie powstrzymać zapędy nie tylko mężczyzn ale i zawistnych kobiet a te, wierz mi, są bardziej bezwzględne i bardziej niebezpieczne niż my.
Nie sądź jednak Jolu że autodestrukcja to tylko walka pazernymi mężczy-znami i zazdrosnymi kobietami, jest jeszcze wiele innych odsłon autode-strukcji.
- Na przykład jakie?
- Może ty mi to powiesz?
- Myślę że jedną z form autodestrukcji jest nadmierne przejadanie się lub odwrotność tego - nadmierne odchudzanie się.
- Słusznie, ale może przytoczysz mniej spektakularne przykłady?
- Dziadku, gdyby to było dla mnie takie proste, to nie zawracałabym ci tym tematem głowy.
- No, tego to się nie tylko domyślam ale jestem prawie pewien. Spróbuję ci objaśnić mój punkt widzenia a jak wiesz nie jestem psychologiem czy psy-choanalitykiem a wykształcenie mam diametralnie inne. Na pewno słyszałaś alkoholizmie, zakupoholizmie, hazardzie, porażki na własne życzenie, bez-radności, rezygnacji z działania oraz uciekanie od wyzwań. Symptomatycz-nym jest to, że taka osoba prawie na pewno szuka winnych wszędzie dooko-ła, oskarża wszystkich innych nie wyłączając własnych rodziców aby tylko nie przyznać się przed sobą, że nie mają odwagi stawić czoło wyzwaniom któ-re stawia przed nimi życie. Czasem ich demonstrowana przebojowość jest tylko maską kryjącą bezradność. Odczuwają coś w rodzaju irracjonalnego zadowolenia a nawet satysfakcji, że to oni są tacy doskonali i tacy przebiegli gdyż z powodzeniem udaje im się wyprowadzić w pole albo i wręcz oszukać tych, na których właściwie najbardziej im zależy. Nie przychodzi im do głowy że są to nieudolne i łatwe do rozszyfrowania próby w zasadzie oszukiwania samego siebie. Najczęstszym powodem tego jak również wielu innych autode-strukcyjnych działań jest niskie poczucie własnej wartości i obawy przed stawieniem czoła przeciwnościom losu.
Musisz wiedzieć że również i ty jesteś już takiej drodze.
- Ja? – chyba specjalnie mnie prowokujesz Dziadku, przecież kocham swo-ich rodziców i nigdy bym nie chciała sprawić im zawodu.
- Tak? – przypomnij sobie twoje słowa pełne pretensji-skargi gdy omawiali-śmy sprawy herbowe, czy nie brzmiały one tak? - „Tata i Mama są wiecznie zajęci swymi sprawami sądowymi a mnie poświęcają tyle tylko czasu ile jest to konieczne dla tak zwanych - dobrych stosunków rodzinnych.”
- Wstyd mi teraz, ale masz rację Dziadku, taka skarga to nic innego jak niedostrzeganie problemów innych osób a eksponowanie własnych tak, jakby one były najważniejsze i wszyscy powinni się nami przejmować.
- Brawo, to znaczy że dostrzegasz iż uciekanie się do obwiniania wszystkie-go i wszystkich dookoła nie jest cechą człowieka który stawia odważnie czoło wyzwaniom które stawia przed nami życie. Musisz jednak wiedzieć, że tacy ludzie którzy nie potrafią sprostać trudnościom i które ich przytłaczają, są to w zasadzie osoby samotne wśród otaczającego ich tłumu. Tutaj, niestety za-czyna się droga do autoagresji wobec siebie. To jest wbrew pozorom łatwe gdyż nie trzeba się zmierzyć z realiami które nas otaczają i wybiera się drogę która dla takiej osoby jest pozornie łatwa gdyż nie musi z nikim ani z niczym walczyć. Wpierw są to drobniejsze samookaleczenia takie jak nacinanie skóry ostrym przedmiotem, zadawanie sobie ciosów, wyrywanie włosów czy też podduszenie siebie, bądź walenie głową w ścianę.
Najwyższą formą autoagresji jest oczywiście samobójstwo. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, iż z pozornej nieszkodliwej autodestrukcji często nawet nie dostrzeganej z biegiem czasu, przeradza się ona w formę katastrofalnej autoagresji.
- A jak to zauważyć, jak temu przeciwdziałać?
- To jest trudne pytanie, nie można na to odpowiedzieć jednoznacznie. Są-dzę, że jest tyle odpowiedzi ile jest na świecie sfrustrowanych ludzi. Są jed-nak niektóre symptomy które można dostrzec jeśli zwróci się na to uwagę.
- Na przykład jakie?
- Nikt ci nigdy nie wyliczy wszystkich gdyż jest ich ilość prawie nieskoń-czona ale jest parę na które należy zwrócić uwagę. W waszych warunkach szkolnych może to być ktoś, który niezauważalnie dla was izoluje się od wa-szego towarzystwa pod byle pozorem. Ktoś kto miał dotychczas dobre oceny
a potem zwolna wręcz dla was niezauważalne coraz gorsze. Są tacy czy takie, którzy nie są zapraszani na spotkania koleżeńskie w tym czy innym miejscu, daje się im nieświadome do zrozumienia że nie pasują do nich. Często nie są zapraszani do wspólnych gier na przykład w piłkę nożną, bo nie potrafią do-brze biegać. To budzi w nich odruch niewiary we własne możliwości i niepod-jemując walki z góry się poddają. Właśnie taki ostracyzm towarzyski prowa-dzi ale nie zawsze musi – do zachowań autodestrukcyjnych a czasem i do jego najwyższej formy.
Moja Jolu, trzeba umieć zauważyć, dostrzec, że jest to protest takiej osoby przeciw temu co się dzieje, ale ona nie umie lub nawet nie chce o tym mówić. Mowa nie jest „zdolna” przekazać ogromu jej cierpienia, dlatego się samousz-kadza a sam akt jest osobliwą formą zwrócenia na siebie uwagi, jest głośnym wołaniem o pomoc którego najczęściej nikt nie słyszy.
Jeśli na ulicy zobaczysz osoby pijane lub palące papierosy, nie krytykuj je natychmiast jako osoby autodestrukcyjne ponieważ szkodzą same sobie na własne życzenie. Gdzieś musiała być wcześniej przyczyna takiego ich postę-powania. Mogły to być niespełnione marzenia co do swych dzieci, męża, żo-ny, zawłaszcza w porównaniem z innymi podobnymi rodzinami.
Mogą to być również już dawno zapomniane przyczyny. Najczęściej jest to coś, do czego nigdy się nie przyznamy nawet sami przed sobą. Bardzo niewy-godnym jest przyznanie się do tego, że samemu nie podjęło się umiejętnie walki i z własnej słabości odpuściło się ją. Impulsem do zachowań autode-strukcyjnych może być też trudność w rozumieniu bądź radzeniu sobie z emocjami, zwłaszcza bardzo intensywnymi, jak smutek, lęk a nawet złość czy nienawiść. Nierozumiane własne emocje mogą przejawiać się w destrukcyj-nych zachowaniach wymierzonych zarówno w osoby z otoczenia, jak i w sie-bie samego. Nadużywanie alkoholu, uprawianie hazardu, dokonywanie za-kupów bez racjonalnej potrzeby, niekontrolowane jedzenie to działania, które przynoszą iluzoryczną chwilową ulgę. Zredukowanie przykrego napięcia wzmacnia powtarzanie tych zachowań, co jednak często powoduje poczucie winy i bezradność.
„Zajadanie”, „zapijanie” i inne destrukcyjne działania mają pomóc w niezau-ważaniu odczuwania bezradności. Inni znów świadomie wybierają określone zachowanie właśnie dlatego, że może ono skutkować cierpieniem i bólem. Takie regularne narażanie się na niebezpieczeństwo może być formą samoka-rania, tendencji do samozniszczenia wynikającej z nienawiści do samego sie-bie. Osoby takie nie muszą zdawać sobie z tego sprawę, ba – nawet będą sa-me sobie udowadniały, że to im akurat nie szkodzi. Stosują coś w rodzaju samoobrony psychicznej przed przyznaniem się do własnej porażki, gdyż nie są w stanie skutecznie temu przeciwdziałać. Również i tu zachodzi najczę-ściej fakt obwinianie innych za swą niemoc w podjęciu wyzwania.
Ludzie Ci nie potrafią się zaopiekować sami sobą, to przewyższa możliwości ich silnej woli.
- To znaczy, że ci pijani na ulicach to są ludzie którzy w gruncie rzeczy są nieszczęśliwymi, przegranymi ludźmi?
- A słyszałaś kiedyś, aby ktoś urodził się już z nałogiem alkoholowym czy nikotynowym?
- No nie.
- No widzisz, ci ludzie to są tacy którzy przegrali swoje życie czyli ulegli świadomej autodestrukcji - nie że nie mogli czegoś zdobyć, oni nie chcieli walczyć o swe cele, oddali swe plany i marzenia walkowerem, przyjęli jako swe motto życiowe – a mnie to jest wszystko jedno!
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Cieszę się moja Kochana że znów po tak długim czasie zechciałaś odwiedzić swego Dziadka.
- Widzisz dziadku, jestem teraz na etapie przygotowania się do matury któ-rą mam mieć za około pół roku i muszę trochę bardziej przesiedzieć fałdy w spódniczce.
- Już do matury? – jak ten czas leci a przecież jeszcze tak nie dawno trzy-małem cię w beciku na rękach.
- No, nie tak nie dawno, przecież to było ponad 18-ście lat temu.
- Tak, tak, - jak to dobrze że wy dorastacie a my wcale się nie starzejemy.
- Dziadku to prawda, Ty się wcale nie starzejesz, taki jakim byłeś gdy by-łam małą dziewczynka i trzymałeś mnie na kolanach jesteś teraz taki sam tyle tylko, że trudno byłoby ci mnie teraz trzymać na kolanach. Jak ci już wspominałam Dziadku, zbliża się czas egzaminów maturalnych, a ja bym nie chciała zawieść oczekiwań moich rodziców.
- No i moich moja kochana Jolciu.
- Wiesz Dziadku, czasem tak sobie myślę że zaufanie jakim mnie obdarzają rodzice to nie jest taka prosta sprawa, to jest wielkie brzemię odpowiedzial-ności które się podejmuje za siebie i wobec innych którzy Cię tym zaufaniem obdarzają.
- Oj tak, wnuczusiu, zaufanie to jest jedna z najtrudniejszych sytuacji w całym życiu człowieka. Zaufanie wobec jakiegoś obiektu jest to wiedza lub wiara, że jego działania, przyszły stan lub własności okażą się zgodne z na-szym życzeniem. Właśnie dlatego obdarzamy zaufaniem naszych rodziców, kolegów, koleżanki, organizacje społeczne jak również i polityczne. Przecież wierzymy że wszystkie te podmioty powinny działać w ramach naszych ocze-kiwań a nawet wręcz mamy przekonanie że postępowanie będzie zgodne z naszym wyobrażeniem. Najczęściej oczekujemy od innych że nie zawiodą na-szego zaufania, ale gdzieś w nas zanika świadomość, że przecież sami przede wszystkim powinniśmy nie zawieść zaufania jakie inni w nas pokładają.
Ma to ścisły związek z poglądami jakie reprezentują wszyscy nas otaczający, jak również naszymi ewoluującymi poglądami nas samych.
- To znaczy Dziadku, że powinniśmy zawsze tak działać aby nie zawieść czyjegoś zaufania?
- Nie, nigdy nie powinniśmy trzymać się bezrozumnej i bezkrytycznej dok-tryny bezkompromisowości w interpretacji pojęcia zaufania.
- To znaczy że możemy sobie pozwolić na dowolną interpretację stosowania pojęcia zaufania?
- Dotknęłaś tym pytaniem szekspirowskiego dylematu, - zaufanie za wszel-ką cenę, czy też zaufanie opartej na uczciwej analizie sytuacji – oto jest pyta-nie.
- No a co w sytuacji gdy rodzice obdarzają swoje dzieci nadmiernymi po-kładami zaufania, wierząc że nie zawiodą ich oczekiwań i osiągną te wyżyny które z różnych powodów im nie było dane osiągnąć.
- Tutaj trudna jest jednoznaczna odpowiedź gdyż uzależniona jest ona od wielu czynników motywujących takie oczekiwania. Jeśli zostały dochowane niektóre konieczne aspekty takich oczekiwań to nakłada to na nas obowiązek dochowania zaufania jakim obdarzają nas rodzice.
- Nie bardzo rozumiem.
- Jolu, w twoim przypadku masz w praktyce dochowane wszelkie warunki konieczne aby nie zawieść zaufania twoich rodziców. Nie musisz się martwić o sprawy finansowe i ogólnie biorąc - o sprawy bytowe, to zapewniają ci ro-dzice. Przecież oni ufają tobie że zdasz egzaminy maturalne, potem dosta-niesz się na twoją wymarzoną Szkołę Dyplomatyczną w Warszawie aby w przyszłości pracować w służbie dyplomatycznej naszego Kraju.
- Ale oni jeszcze o tym jeszcze nie wiedzą, tak wyczułam, że widzą mnie w swojej profesji choć nigdy mi tego nie sugerowali.
- Powiedziałaś że wyczuwasz iż mają jakieś plany w stosunku do ciebie.
No właśnie, czy to nie jest zaufanie jakim cię obdarzają, że nie osiądziesz na laurach i zakończysz wykształcenie szukając odpowiedniego partnera do za mąż pójścia?
- Myślę że oczekują że zdobędę wyższe wykształcenie i osiągną jakąś pozy-cję w hierarchii społecznej. Nie chciałabym zawieść ich zaufania i dlatego myśląc o mojej, być może przyszłej szkole w Warszawie, mocno szlifuję język angielski i francuski. Potem chciałabym też podszkolić się w niemieckim ja-kim ty Dziadku i mój tata doskonale się posługujecie.
- Ho, ho, ho, - plany masz ambitne a gdzie plany matrymonialne, przecież zdajesz sobie sprawę, że gdzieś tam w oczekiwaniach twoich rodziców no i oczywiście i moich, jest chęć poznania twego towarzysza życia.
- Nie, nie skreślam takiego tematu ale wpierw muszę zdobyć solidne pod-stawy przyszłego życia zawodowego abym później mogła sobie pozwolić na wybór a nie tylko czekać aby zostać wybraną!
- Brawo, moja kochana, to muzyka dla moich uszu, ale muszę trochę ostudzić twoje piękne a nawet wręcz wspaniałe plany. Moja kochana, a do-puszczasz możliwość zmiany poglądów w całym spektrum tego określenia a wynikającej z złożoności sytuacji nie tylko w kraju ale w ogóle wynikających ze zmian z sytuacji geopolitycznej tej naszej części świata?
- Oczywiście, poglądy jakie człowiek reprezentuje są odzwierciedleniem adekwatnej sytuacji w której aktualnie się znajduje. Nie można twierdzić ar-bitralnie, że poglądów się powinno się zmieniać gdyż to deprecjonuje war-tości moralne ich posiadacza.
- Taaak?
- Tak, przecież logicznym jest, że w życiu człowieka następuje ewolucyjna eskalacja poglądów w zależności od zakresu wiedzy, rodzaju ukończonych szkół czy też środowiska w którym dany posiadacz takich czy innych
poglądów egzystuje. Tylko krowa nie zmienia zdania, a uparte tkwienie przy swoich opiniach grozi bezrozumnym fanatyzmem. Dlatego też cenię ludzi którzy zmieniają poglądy w sposób ewolucyjny, wyrozumowany i oparty na przesłankach mających odzwierciedlenie w zmieniających się realiach świata. Głupim za to jest ten, co nieprzytomnie upiera się przy swoich przekona-niach - niezależnie od stopnia własnej inteligencji. Taki rzeczywiście przesta-je rozumieć otroczenie, realia życiowe, ludzi i sprawy jakie się dookoła niego dzieją.
- No dobrze, a jaki to ma związek z zaufaniem szeroko pojętym, przecież jak można ufać człowiekowi który zmienia poglądy w zależności od sytuacji w której się znajduje.
- Ależ Dziadku, sądziłam że rozmawiamy o ludziach znających swą wartość i godnych miana ludzi inteligentnych, szacownych i ceniących swe zdanie.
- Ja też to mam na myśli, nie biorę pod uwagę ludzi koniunkturalnych któ-rzy zmieniają swe poglądy w zależności z której strony okazywana jest siła władzy. Nie chodzi mi o ludzi którzy wyczuwają możliwość osiągania korzyści materialnych jeśli będzie się demonstracyjnie wyznawało takie same poglądy jak te siły sprawcze.
- Zaufanie – mój kochany Dziadku - jakie posiadamy wśród otaczających nas osób, jest często w prostej korelacji z poglądami jakie reprezentujemy. Obdarzanie zaufaniem wszystkich jest bezsensowne, ale totalny brak zaufa-nia do jakiejkolwiek osoby jest objawem chorobliwym albo po prostu głupie. Obdarzanie kogoś zaufaniem jest dobrowolnym oddawaniem jakieś części swej osobowości pod moralną władzę innej osoby. Nie raz pytałam się sama siebie, czym jest zaufanie, ale dochodziłam do wniosku że każdy z nas może to zupełnie inaczej rozumieć. Nic dziwnego, bo przecież jest to bardzo trud-ne do opisania i konkretnego zdefiniowania.
Jestem przekonana że zaufanie powstaje nie tylko z potrzeby jego powstawa-nia, ale musi być pielęgnowane i jest nieodłącznym elementem egzystencji człowieka. Zaufanie powstaje w stosunku interpersonalnych kontaktów mie-dzy dwiema osobami czy instytucjami. Każdy chyba wie a na pewno tego do-świadczył, że raz utracone zaufanie jest trudno ponownie odzyskać. Nierzad-ko stan taki może prowadzić do jeszcze większych komplikacji życiowych.
Ja rozróżniałabym dwa rodzaje zaufania; zaufanie sobie i swoim zdolnościom oraz zaufanie innym. Istotnym jest stopień zaufania innym. Przecież nie wszystkim ufamy w jednakowym stopniu. Jednych zachowanie jest bardziej do przewidzenia i tym pewnie szybciej podarujemy naszą ufność. A u innych jakbyśmy widzieli szyld „Stop” na czole, który nas ostrzega, przed podjęciem jakichkolwiek kroków.
- Jolu - jestem pod wrażeniem twych wypowiedzi. Skąd się to u ciebie bie-rze, jest mi coraz trudniej z tobą polemizować bo zaczynasz mnie przerastać.
- Dziadku, przecież znasz powiedzenie, że kiepski to nauczyciel jeśli uczeń go nie przerasta.
- No, no, no, - moja mała, starego wróbla nie weźmiesz na takie tanie kom-plementy, może byś to inaczej ujęła ale bez cytatów ogólnie znanych i okle-panych? Przecież jeśli myślisz o szkole dyplomatycznej, to takie powiedzonko jest na poziomie miernej licealistki z powiatowego gimnazjum silącej się na domorosłą intelektualistkę.
- Ok. Dziadku, zaczyna mi się podobać gdy niby żartobliwie zmuszasz mnie do bardziej przemyślanych odpowiedzi nie pozwalając jak to już kiedyś po-wiedziałam - do bujania się w oparach wyższej elokwencji. Obawiam się jed-nak że znów wyrazisz swoją delikatną dezaprobatę. Dziadku, rozmowa z tobą sprawia mi dużą przyjemność bo nie tylko że pokazujesz mi że niektórych sytuacjach sprawy wyglądają inaczej niż by się wydawało na pierwszy rzut oka ale i nabierają zupełnie innego znaczenia. Moi rodzice, jak już zauważy-łam są bardzo zadowoleni z dyskusji jaką prowadzimy ze sobą. Raz Mama powiedziała niby mimochodem do Ojca w mojej obecności, że nie patrzę na świat oczyma maturzystki ale oczyma panny która postrzega więcej niż by to można oczekiwać od osiemnastolatki. To przecież twoja zasługa Dziadku.
- I znów popadasz manię taniego komplementowania, może to i dobre w niektórych sytuacjach w przyszłym życiu, ale Dziadka tym nie kupisz.
Widzisz moja panno, tutaj znów wpadamy w temat zaufania. Na pewno spo-tkasz się w przyszłym życiu i to prawie z gwarancją, że osoba której bezgra-nicznie zaufałaś może to zaufanie bardzo podważyć. Tak się może okazać w służbie dyplomatycznej gdzie zaufanie zawsze jest narażone na ciężkie próby.
Historia zna na przestrzeni wieków wiele przypadków gdzie wrogowie na polu walki w tajnych kontaktach uzgadniają niektóre posunięcia ufając sobie że zostaną dotrzymane. Czasem służby dyplomatyczne ościennych państw tajnie sondują w zaufaniu nieoficjalne propozycje pomiędzy zwycięzcą a prze-granym. Tak na przykład moja Jolu było pomiędzy Amerykanami a Japoń-czykami w sprawie statusu japońskiego Cesarza. To, co zostało w zaufaniu uzgodnione, zostało dotrzymane mimo, że dotyczyło dwu wrogich sobie stron. Zaufanie to wielka rzecz. Nawet jeśli poróżnicie się ze sobą nie po-winny wyjść na światło dziennie informacje które wcześniej były wymieniane w wielkim zaufaniu. Niestety nie zawsze tak jest. Zupełnie innym zagadnieniem zaufania jest zaufanie w małżeństwie. Tutaj może to zaufanie być dewaluowane do symbolicznego wymiaru.
- W małżeństwie? Przecież przed obliczem Księdza który reprezentuje Boga, małżonkowie ślubują wzajemnie sobie między innymi - miłość, wierność i uczciwość małżeńską czyli ślubują pełne zaufanie wobec drugiej strony.
- W zasadzie masz rację, ale życie lubi płatać figle. Nie zapomnij moja ko-chana że wszyscy zostaliśmy stworzeni jako kobieta lub mężczyzna aby dać życie następnemu pokoleniu. Tak było od zawsze i myślę że tak zostanie. Jest gdzieś w nas zakodowane konieczność przekazania ciągłości życia w jak najlepszym możliwy sposób. Dlatego od zawsze kobiety popatrywały za her-kulesowymi mężczyznami a oni znów patrzyli za jak najładniejszymi niewia-stami. Sama przecież przed paroma minutami powiedziałaś że - chciałabyś sobie pozwolić na wybór a nie tylko czekać aby zostać wybraną! Tak zostali-śmy stworzeni i tego nie zmienimy. W takich małżeństwach czasem, a dzieje się to na przestrzeni wieków, dochodzi do degradacji jednostronnego bądź wzajemnego zaufania.
- No a co w takim przypadku jeśli chodzi o małżeństwo?
- Tutaj moja droga, nie ma złotego środka a tym bardziej nie ma doskonałej rady czy też lekarstwa. W takiej sytuacji musisz sama rozpoznać okoliczności i zadecydować co do podjęcia odpowiednich kroków. Jeśli takie zniszczenie zaufania nastąpiło jeszcze w stadium wczesnego małżeństwa to lepiej je za-kończyć gdyż na tym etapie nie rokuje to żadnej nadziei.
- To znaczy Dziadku, że taki kryzys zaufania może nastąpić później na przykład w wieku moich rodziców?
- Teoretycznie tak, ale w twojej sytuacji możesz być spokojna.
- Dlaczego?
- Bo oni potrafią rozmawiać ze sobą a wierz mi, to wielka sztuka - rozma-wiać ze sobą. Potrafią omawiać swe oczekiwania co do drugiej osoby, rozma-wiają o swych potrzebach, pragnieniach jak również i żalach. Banalnym ta-kim przykładem ale jakże częstym powodem do niepotrzebnych złośliwych uwag, jest spokojne przez męża wypijanie butelki piwa siedząc w fotelu z no-gami w skarpetkach na stoliku, czytając swoją ulubioną gazetę sportową. Czasem na takie czy podobne zachowania warto przymknąć oko i nie zauwa-żać tego.
- Wiesz Dziadku, coś w tym jest. Kiedyś się bardzo zdumiałam gdy Tata widząc Mamę w różowych papilotach na głowie z wysmarowaną jakimś bia-łym mazidłem na buzi, z plasterkami zielonego ogórka na oczach i leżącą w podomce na tapczanie, powiedział do niej. - Wiesz moja droga, na ulicy może bym cię i nie poznał, ale wspaniale dobrałaś kolor tych ogórków do koloru twych szalenie erotycznych papilotów – kocham cię moja droga.
- A co Mama na to?
- Wieczorem, przy oglądaniu telewizji, przyniosła mu jego ulubiony drink z Brandy i kostką lodu. Dziadku, ale co z kryzysem zaufania w małżeństwie z dłuższym stażem?
- Tu sprawa jest poważniejsza. Czasem docierają jakieś sygnały mniej lub bardziej wiarygodne że druga strona w sposób nierozumny kaleczy pojęcie zaufania. Zawsze się znajdą tacy „dobrzy przyjaciele” którzy pod przykrywką współczucia i trzymania twojej strony z silną ale i nieudolnie ukrywaną sa-tysfakcją informują cię co do postępowania drugiej strony nie pozostawiając żadnych złudzeń. Wtedy musisz podjąć jakieś działanie. Masz moim zda-niem, kilka wyjść a zapewne jest ich znacznie więcej.
Możesz podjąć ostrą walkę o bezpardonowe wyjaśnienie tej dwuznacznej sy-tuacji. Możesz też taktycznie rozgrywać rozmowę z drugą strona bez nacisku ale sprytnie i długofalowo. Można również oszukiwać siebie i twierdzić że nic nie jest prawdą a tylko wymysłem nieuczciwych ludzi, tylko tutaj zachodzi kłopotliwe pytanie, po co by to mieli robić akurat w stosunku do Twojej dru-giej połowy małżeńskiej. Można również nie dociekać istoty sprawy, czasem właśnie to jest mądre życiowo, nie rozdrapywać ran. A dociekając istoty sprawy nie wiedząc czy polega to na prawdzie, można samemu stoczyć się na dno podejrzliwości niszcząc nie tylko swoje ale i innych życie. Trzeba zadać sobie pytanie, czy osoba, którą darzymy uczuciem i do której mamy zaufanie, nie czuje się zaniedbywana, niedoceniona i niesłusznie podejrzewana. Zaufa-nie do siebie samego stanowi podstawę dobrego związku. Oczywiście, nie warto też ślepo wierzyć drugiej stronie, kiedy czujemy, że coś w związku ewi-dentnie szwankuje, a druga strona przy próbie rozmowy próbuje nas zbyć. Komunikacja w małżeństwie jest niezbędna. Warto rozmawiać, warto wyja-śniać sobie wątpliwości, ale bez tonu oskarżycielskiego, szczególnie wtedy, gdy brak nam dowodów na niewierność partnera czy nielojalność.
Niektórzy uważają, że w małżeństwie czy każdym innym rodzaju związku między mężczyzną a kobietą powinno obowiązywać ograniczone zaufanie. „Wierzę ci, ale cię dyskretnie kontroluję”. Może w niektórych sytuacjach jest to całkiem dobre rozwiązanie – ale to zależy od powziętej taktyki małżeńskiej. Osobiście ja nie jestem za skrytym kontrolowaniem drugiej strony. Uważam że jest to właśnie totalny brak zaufania nie tylko w stosunku drugiej strony ale przede wszystkim do siebie samego.
- To znaczy Dziadku, że nie należy sprawdzać tego czy druga strona do-chowuje zaufania jakim my ją darzymy?
- Ależ skąd, tego nie powiedziałem, należy ufać drugiej stronie ale jedno-cześnie nie należy stwarzać sytuacji do wystawiania tegoż zaufania na próbę. Niezależnie od tego, zapamiętaj Jolu, że nigdy nie jest tak w życiu, że tylko jedna strona jest tą złą stroną kaleczącą zaufanie. Aby powstał pożar, ko-niecznym jest, aby był i zapłon i paliwo, jedno bez drugiego nie zainicjuje niszczycielskiego działania.
- Dziadku, chciałabym się ci do czegoś przyznać.
- Jestem zaniepokojony.
- Pamiętasz tę Krysię której kiedyś bardzo pomagałam i wciągałam ją do naszego towarzystwa?
- Tak, ta która potem nie chciała cię znać.
- Tak ta. Będąc u tych koleżanek parę razy wypowiadała się o mnie bardzo nieprzyjemnie. Twierdziła że jestem samolubna, że wcale jej nie pomagałam w nauce a ona tylko konfrontowała swą wiedzę ze mną, że oczekuję od niej czołobitności za to że ją poznałam z nimi, a ona nie zamierza mi płacić za coś co wcale nie jest moją zasługą. Koleżanki przekazały mi ze śmiechem jej wy-nurzenia, naigrywając się z niej twierdząc, że ona do teraz nie dostrzega, że one bawią się jej kosztem. Patrzą na nią z politowaniem, widząc jak wyobraża sobie że im dorównuje i jest na ich poziomie kulturowym. Nie raz opowiadały mi ze złośliwym naigrywaniem się z niej, jak to ona próbuje im dorównać po-pełniając nieświadomie różnego rodzaju słowne wpadki a nawet wręcz sytua-cyjne, żenujące faux pas w ich towarzystwie. Ponieważ jeszcze gdzieś tliła się u mnie resztka sympatii do niej, to w sposób oględny a nawet ostrożny, poin-formowałam ją, że nie powinna im tak ufać bo one mają zupełnie inne zdanie o niej niż jej się wydaje. Oczywiście w swej naiwności Dziadku, ona natych-miast wszystko im powiedziała a nawet podkoloryzowała jeszcze. Nie muszę ci mówić, że koleżanki zarzuciły mi nadużycie zaufania jakie miały do mnie oraz zapowiedziały, że muszą być bardziej ostrożniejsze w rozmowach ze mną. A przecież ja dla jej dobra starałam się jej nieco oczy otworzyć a w po-dziękowaniu sama zostałam potraktowana jak osoba niegodna udzielonego mi zaufania.
- Jolu, nie powinnaś w taki sposób do tego podchodzić. Postąpiłaś honoro-wo ale musisz wiedzieć, że w życiu nie zawsze takie postępowanie jest nagra-dzane. Ta Krystyna dała dowód tego że rzeczywiście jest mało inteligentna a właściwym byłoby odpowiednie dla niej określenie - zarozumiałego barana.
Nie tylko że nie doceniła wagi przekazanej informacji, to jeszcze w swej nielo-gicznej zarozumiałości uważa że nie jest to prawda. Czasem Jolu trzeba pła-cić za swą dobrą wolę. Musisz jednak wiedzieć, że nie znajdziesz ani jednej dobrej odpowiedzi na pytanie - jak powinnaś postąpić. W twojej sytuacji przynajmniej masz uczciwą satysfakcję że postąpiłaś według właściwie poję-tej troski o koleżankę. Jestem jednak absolutnie przekonany że prędzej czy później, ta Krystyna sama boleśnie się przekonana o swej zaślepionej wierze w swą doskonałość intelektualną. Przejrzy na oczy i dostrzeże że stała się nie tylko obiektem zabawy swych uwielbianych koleżanek ale że nigdy nie zdobyła ich zaufania a jednocześnie sama zniszczyła zaufanie jakim ktoś inny ją obdarzał. To będzie bolesne dla niej, ale może to pozwoli jej na rewizję swych przekonań co do istoty przyjaźni i związanej z tym zaufaniem.
- A jak się znaleźć w świecie w którym panuje obłuda, chęć wykorzystania drugiego, gdzie pojęcia honor i zaufanie należą do pojęć nieznanych wręcz archaicznych o których możemy wyłącznie poczytać w książkach historycz-nych.
- To trudne pytanie Jolu, nie potrafię dać ci jednoznacznej odpowiedzi na tak sformułowane pytanie. Świat w swym rozwoju społeczno-technicznym idzie do przodu i niektóre pojęcie nie tylko że się zdewaluowały ale powoli tracą swe pierwotne znaczenie, przyjmując nową przystosowaną do dzisiej-szych czasów wykładnię. Pełne zaufanie jest sytuacją idealną, do której nale-ży dążyć, ale którą w praktyce bardzo trudno ci osiągnąć. Większość ludzi pozostaje na poszczególnych szczeblach oczekiwań, gdyż szansa doznania zawodu pokładanego zaufania rośnie w miarę stawiania partnerom coraz to mocniejszych wymagań. Związane z tym jest również pojęcie wiarygodności czyli oczekuje się od nas wywiązywania się z zadań wobec tych którzy obda-rzyli nas zaufaniem. Oczekują od nas; wywiązywania się z zobowiązań, od-powiedzialności czy adekwatnych kompetencji. Liczą również na to, że bę-dziemy prawdomówni, sprawiedliwi jak również bezinteresowni z wielką dawką altruizmu. Niestety Jolu, takie oczekiwania nie zawsze idą ze zrozu-mieniem pojęcia wzajemności. Spotkasz się w swym życiu i to nie jeden raz, gdzie będzie oczekiwane wypełnienia znamion zaufania wobec nich ale sami nie będą się poczuwali do odwzajemnienia. Uważają, że i tak robią ci wielki zaszczyt obdarzając cię służbowym zaufaniem a ty powinnaś być im wdzięcz-na i doceniać to wyróżnienie.
- Nie sądziłam że jest to aż tak skomplikowane. Wydawało mi się że zaufa-nie polega na wzajemnych takich samych relacjach.
- Teoretycznie tak, ale rzadko to się wypełnia w rzeczywistym życiu co nie znaczy że zaufanie to jest to coś archaicznego. To nadal jest jednym z wiel-kich fundamentów w relacjach międzyludzkich. Bez pojęcia zaufania nie by-łyby możliwe jakiekolwiek więzi rodzinne, społeczne, narodowe jak również
i międzynarodowe. Dlatego należy do zaufania podchodzić nie tylko z sza-cunkiem ale i z rozwagą.
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- A witam moja panno, coś długo cię nie było, problemy z nauką?
- Nie Dziadku, teraz bardziej pracuję nad francuskim bo o angielski nie boję się a i o innych przedmiotach też nie mogę zapominać. Przecież za nie-długo Matura.
- Tak to jakoś nas stworzono że sama wiedza nie chce do nas trafiać tylko musimy w to włożyć dużo pracy, bo trochę – to dużo za mało.
- Zgadzam się, dlatego też z konieczności musiałam ograniczyć spotkania z koleżankami ale nie mogłam odmówić sobie spotkania z tobą.
- Rozumiem że to coś w rodzaju higieny psychicznej.
- Dokładnie tak, trafniej bym tego nie ujęła. Chciałabym trochę odejść od materiału książkowego który muszę sobie dobrze przyswoić. Chciałabym na jakiś czas wyłączyć się z kontrolowanego powtarzania materiału, trochę przewentylować mózg i wpuścić weń trochę świeżego powietrza. Na ostatniej lekcji nasz wspaniały Pan Profesor, omawiając postawy ludzi o różnych po-ziomach intelektualnych w społeczeństwach wielokulturowych, użył paro-krotnie określeń – stagnacja i indolencja. Pobieżnie objaśnił te terminy ale jakoś to nie trafiło do mnie, za mało informacji towarzyszących.
- Uff – chciałbym kiedyś poznać tego pana, serwuje wam zagadnienia nieła-twe do objaśnienia a tym samym do właściwego zrozumienia. Jestem zacie-kawiony jaką informację wyniosłaś z tej lekcji.
- Trudniejszą sprawą jest z pojęciem indolencja z tym mam większe pro-blemy. Wiem jak to rozumieć ale trudniejsze jest to do zdefiniowania.
Sądzę, że indolencja to stan psychiczny określonej osoby. Taka osoba często charakteryzuje się bezradnością, biernością, niezaradnością bądź totalnym tumiwisizmem. Łatwiej jest ze stagnacją gdyż najogólniej można to scharak-teryzować jako pasywność, skostnienie, regularność, stabilizacja. Oczywiście można by swobodnie jeszcze parę innych określeń użyć ale byłyby to już po prostu rozwinięcie synonimów tego pojęcia.
- W zasadzie masz rację jeśli chodzi o stagnację. Oczywiście można by te określenia wielowątkowo rozwijać ale w zasadzie sedno sprawy uchwyciłaś. Wydaje mi się Jolu, że pojęcie stagnacja jest barwniejszym określeniem po-nieważ występuje znacznie częściej w otaczającej nas rzeczywistości.
Zapewne zdziwisz się gdy oświadczę ci, że sam jestem przykładem człowieka który poddał się leniwej ale wygodnej stagnacji.
- Ty Dziadku?
- Tak, przyjrzyj się, tak mi jakby z boku. Odrzuć wszelkie sympatie, anty-patie i uprzejmości a zobaczysz starszego człowieka który już odrzucił wszel-ką aktywność życiową. Brak aktywności nie należy rozumieć wyłącznie jako bierne siedzenie w fotelu z gazetą w ręku i kapciami na stopach. Są tacy lu-dzie którzy przez całe swe życie trwają w stagnacji społeczno-życiowej.
W szkole też na pewno masz koleżanki czy kolegów którzy zadawalają się mierną oceną która pozwala im zaliczać poszczególne klasy. Nie mają ani chęci ani ochoty do walki, postawili na wygodny pasywizm. Często taką sy-tuację spotyka się w przedsiębiorstwach państwowych które czekają na wy-tyczne z Resortu, Ministerstwa czy też z Komitetu Partyjnego. Osoby takie nie są zainteresowane jakąkolwiek innowacyjną działalnością, dla nich najważniejszym celem życiowym jest - święty spokój.
- Ale ty Dziadku do takich nie należałeś, przecież byłeś Dyrektorem w Ra-fako, potem prowadziłeś remonty w elektrowniach i nie widziałam abyś był wygodnicki.
- To prawda, moja mała ….
- Dziadku, ja już nie jestem taka mała, gdy siadałam ci na kolanach, ja za dwa miesiące zdaję maturę i mam już dziewiętnaście lat.
- No tak, no tak, masz rację, ale dla mnie zawsze będziesz moją Jolunią, obojętnie ile będziesz miała lat. Wracając do tematu, musisz wiedzieć że spo-tkałem się już z postawami ludzi bez większych ambicji życiowych bądź za-wodowych. Gdy raz zasiedli za biurkiem w bądź stanęli za swą jakąś tam maszyną, to przetrwali tam do emerytury. Czasem zwierzchnicy ich awanso-wali o jeden stopień doceniając ich bezkonfliktowość, dobre opanowanie warsztatu pracy oraz ilość przepracowanych lat. Wyobraź sobie Jolu że pod nami mieszka emerytowany górnik który nigdy nie pracował pod ziemią.
Gdy po szkole zawodowej a może i technikum, po przeszkoleniu posadzono go na fotelu za pulpitem sterowniczym windy w szybie górniczym, to zsiadł z niego odchodząc na emeryturę. Nie miał większych aspiracji, ożenił się, przy-szło na świat dwoje dzieci i to wszystko czego dokonał w życiu. Widzisz to jest najprostszy przykład życiowej stagnacji. W literaturze z pewnością też się z tym spotkałaś choćby w „Moralności Pani Dulskiej”. Moja Droga, - taki czło-wiek nie ma większych wymagań. Zrobi bez oporów to, co zechce władza, po-nieważ taki przeciętniak ma tylko jeden ideał – żeby dać mu spokój.
Tacy są najwygodniejsi by rządzić nimi bez oporu – totalna stagnacja w my-ślach i działaniu.
- Zauważyłam również Dziadku stagnacje w niektórych organizacjach spo-łecznych jak Caritas czy ZHP a najbardziej moim zdaniem wyrazista jest sta-gnacja w kościele katolickim. Jego hierarchowie nie chcą dostrzegać zmienia-jącego się świata i coraz bardziej wyedukowanej młodzieży. Nie przyjmują do wiadomości a może i nie chcą, że w czasach szybkiej i zróżnicowanej infor-macji radiowo-telewizyjnej, młodzi ludzie ośmielają się mieć coraz bardziej krytyczne spojrzenie na skostniałą i zhierarchizowaną jego strukturę.
- Jolu, nie sądzę aby takie wypowiedzi dotyczące kościoła miały swoje racje i uzasadnienia. Historia działalności kościoła sięga wiele setek lat. Ludzie znacznie a mam odwagę powiedzieć, że znacznie bardziej inteligentni i wy-kształceni nie byli wstanie w sposób właściwy i jedynie słuszny przedstawić istotę działalności kościoła. Dotyczy to nie tylko w sfery duchowej prostego człowieka ale również w umysłach ludzi oświeconych na przestrzeni wielu wieków.
- Ależ ja wcale nie miałam zamiaru dezawuować działalności kościoła. Chciałam tylko powiedzieć że doktryny kościelne w zakresie pojmowania na przykład – istoty grzechu, nie mogą być rozumiane tak samo jak to było na przykład tysiąc lat temu. Od tego czasu świadomość jak i wiedza ludzka jest znacznie szersza a cytując ciebie - mam odwagę powiedzieć, że uznawanie tego co było dobre kiedyś, nie musi być tak samo interpretowane w dzisiej-szych czasach.
- Moja Droga, przypominam ci, że rozmawiamy o stagnacji i indolencji.
- No dobrze Dziadku, zostawmy temat kościoła i jego roli na boku.
- Jak sądzisz, czy stagnacja jest zjawiskiem wyłącznie negatywnym gdyż jest przeciwstawieniem dynamiki działania?
- Sadzę że tak, przecież stagnacją możemy nazwać również zamieranie ochoty do wykonywania czegoś więcej niż jest to od nas wymagane.
Nie robimy nic, widząc recesję swego życia osobistego bądź rodzinnego.
To jest coś w rodzaju klinczu który nam zafundowało życie najczęściej na własne życzenie. Wiesz Dziadku, w klasie równoległej był a może jeszcze jest, dokładnie tego nie śledziłam, przypadek stagnacji psychologicznej. Wyobraź sobie że była tam Para która, jak to się popularnie nazywa, chodziła ze sobą od pierwszej klasy liceum. Było to tak oczywiste, że inni przestali to już zau-ważać. Na początku roku maturalnego, coś poszło nie tak i rozstali się ze so-bą. Nie zwróciłabym na to uwagi gdyby nie jej opuszczanie się w nauce i co-raz częstsze wagarowanie. Odsunęła się od nas wszystkich, nie miała ochoty na spotykanie się z nami. Było to dosyć dziwne tym bardziej, że były jej chło-pak zaczął chodzić z jedną z naszej klasy. Sądzę Dziadku, że to coś w rodzaju stagnacji psychicznej, ona zatraciła moim zdaniem chęć walki o siebie.
Uznała, że nie ma sensu się wysilać, gdyż teraz nic nie jest dla niej warte.
- No a twoje zdanie na ten temat, przecież to jest inny rodzaj stagnacji.
- Nie ma nic bardziej głupszego jak zamartwianie się nic nie robiąc aby stan taki przezwyciężyć, nawet nie próbując walczyć o swą pozycję. Odbie-ram to coś w rodzaju niezrozumiałego postanowienia – na złość innym, od-mrożę sobie uszy! Przecież takie jej postępowanie tylko pogarsza sprawę.
Po pewnym czasie wszyscy o tym zapomną łącznie z jej byłym chłopakiem a ona zostanie ze swą - jak sama uważa tragedią w ciężkiej prawie beznadziej-nej sytuacji. No chyba że się obudzi.
- Tak samo uważam Jolu. Nigdy nie wolno poddawać się i biernie przecho-dzić w stan stagnacji. Po co mi to. Nie potrzebuję tego. Nie zależy mi na tym. Jaki jest sens walczyć jak to i tak nic nie zmieni i tak dalej.
Ktoś, komu odpowiada życiowa stagnacja nie zauważa że jest na marginesie aktywnego życia. Wszelkie próby wykazania takiej osobie jej bierności, odczy-tywana jest jako ingerencja w jej życie osobiste bądź rodzinne a do tego cał-kowicie nieuzasadniona. Przecież taka osoba chodzi do pracy, dba o dzieci, dokonuje zakupów a nawet wyjeżdża na wczasy i jak to można nazwać to stagnacją życiową? Na pytanie – a co po za tym? - najczęściej pada pełna oburzenia odpowiedź – nie mam czasu, jestem bardzo zajęty. Natomiast gdy przyjdzie im wyrazić zdanie na temat kogoś innego, innej rodziny czy też to-warzystwa które nie tylko że jest aktywne życiowo to jeszcze próbuje tym za-razić innych, zdanie ich jest zaskakujące. Określają takie osoby jako pozują-ce na kogoś innego, że chcą się popisać przed innymi bądź im zaimponować, uważają że ustawiają się ponad innymi, że są nierozważni a nawet nieostroż-ni życiowo a tak w ogóle – to są zarozumialcami i mają przewrócone głowie. Takie stagnacyjne osobowości najczęściej po wygłoszeniu takiej czy podobnej opinii, zasiadają w wygodnym fotelu. Są zadowoleni z jedynego ich zdaniem słusznego poglądu i załączają telewizor aby oglądnąć któryś tam setny odci-nek ulubionego serialu. Z takim podejściem Jolu musisz się liczyć ale nie wolno ci się tym przejmować, pamiętaj, że zawsze jest więcej malkontentów niż ludzi przebojowych. Z pewnością zauważysz, że ci pierwsi to najczęściej bezimienny tłum którym zarządzają energiczni dowódcy.
- Dziadku, jeszcze większy miałam i mam problem z indolencją.
- No tak, to nie jest łatwe zagadnienie, ale niestety będziesz się w swym ży-ciu z tym spotykała. Wpierw przyjmij do wiadomości, że pojęcia te są blisko-znaczne mimo że nie są dla siebie synonimami, mają czasem te same okre-ślania. Takim można by powiedzieć - klasycznym przykładem indolencji jest niemożliwość właściwego zareagowania na nagłe zaistnienie sytuacji krytycz-nej na którą nie było się przygotowanym. Jest to również nieumiejętność wy-korzystania swoich możliwości, także nieumiejętność radzenia sobie z pro-blemami. Zapewne może i spotkałaś się z sytuacją że ktoś w z pozoru banal-nej sytuacji bez wyraźnej przyczyny nie potrafi zachować się sensownie lub podejmuje działania niezrozumiałe wręcz chaotyczne. Jolu, a słyszałaś o in-dolencji prawnej w naszym społeczeństwie?
- Już raz słyszałam takie określenie ale nie zastanawiałam się nad tym.
- To może spróbujesz, jestem ciekaw jak to zinterpretujesz.
- Popraw mnie Dziadku jeśli będę brnęła na manowce. Indolencję prawną naszego społeczeństwa a sadzę że nie tylko naszego, można określić jako
brak znajomości istoty prawa nawet w jego podstawowej wersji. Indolencja ta najczęściej prowadzi do tego że nie zgadzamy się z sędzią, jeśli wydaje on wy-rok niezgodny z naszym oczekiwaniem. Nie uwzględniamy faktu, że nie zna-my litery prawa na którą powołuje się sędzia w wyroku a jedynie odczuwamy krzywdę z powodu niekorzystnego dla nas orzeczenia. Wydaje mi się że, oby-watele nie rozumieją sędziów, a to jest pochodną faktu, że nie tylko nie ro-zumieją prawa ale po prostu nie znają go.
- Właściwy kierunek rozumowania Jolu, ale czasem spotykamy się również z indolentnością i po stronie przedstawicieli prawa. Nie zawsze chcą, czy też nie potrafią a czasem nawet nie wiedzą, jak odpowiednio logicznie i zrozu-miale a nie tylko paragrafami przedstawić stronom podstawy uzasadnienia swego wyroku. Jest jeszcze jedno znaczenie indolencji, można to również określać jako niezaradność czy bierność. Nie zdajemy sobie często sprawy że czasem wykazujemy indolencję poprzez życiową niezaradność i bierne usto-sunkowanie się do wymagań stawianych nam przez życie. Różne są tego po-wody ale najczęściej podyktowane jest to czystą wygodą lub brakiem chęci ponad koniecznego działania. Są też również Jolu tacy ludzie, którzy są nie-zaradni życiowo gdyż takimi się urodzili a życie nie zmusiło ich do działania.
Takim klasycznym wręcz książkowym przykładem, są mężczyźni którzy od-dali stery zarządzania swą rodziną w ręce swoich małżonek a gdy takowych zabraknie, w ręce innych ludzi.
- To znaczy że jeśli w domu stery dzierży mężczyzna oznacza że kobieta jest nieporadna, bierna inaczej mówiąc - skażona indolencją?
- O nie moja kochana, tutaj w takim rozumowaniu możesz wpaść w para-doks logiczny. Jeśli każdy ptak śpiewa, to znaczy że każdy śpiewający jest ptakiem? W twoim pytaniu zawarty jest właśnie ten paradoks. Od tysięcy lat w rodzinie, zbiorowisku ludzkim, najczęściej przywódczą rolę obejmowali mężczyźni z racji swej przewagi fizycznej i zakodowanego w nich poczucia odpowiedzialności za innych osobników z natury słabszych fizycznie.
Nie zamierzam udowadniać ci, że każda reguła ma swoje wyjątki które tę re-gułę potwierdzają. Rozejrzyj się po swoich kolegach a z pewnością sama mi powiesz, że są koledzy bardziej zaradni jak również są koledzy mniej zaradni czyli skażeni indolencją życiową. Wkraczasz moja droga w świat dorosłych, będziesz zdumiona ile ludzi na stanowiskach popisuje się nieświadomie swo-ją indolencją zawodową.
Najczęściej ukrywają ją pod zdecydowanym sposobem wyrażania się, jak również wygłaszanych z wielkim patosem oświadczań. Nie zdają sobie spra-wy, że po wyciśnięciu bezwartościowej wody z ich gromkich przemówień, nic nie zostaje praktyczne z tego co podobno chcieli przekazać.
Oni w zasadzie nie mają czego przekazać, oni upajają się swoim głosem, zaj-mowanym stanowiskiem oraz pozycją w układzie społecznym, nie zdając so-bie sprawy, że są skażeni klasyczną indolencją zawodową.
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Czyżby znów nadszedł czas higieny psychicznej i czas przewietrzenia mózgu aby zrobić jeszcze trochę miejsca na powtórkę wiadomości maturalnych?
- A żebyś wiedział Dziadku, muszę się wyzwolić od cosinusa, interpretacji takiej czy innej postawy z literatury, angielskich czasowników nieregular-nych i wielu tym podobnych zagadnień.
- A co rodzice na to?
- Od pewnego czasu zauważyłam, że oni nawet czasem delikatnie, tak przez kwiatek sugerują, czy aby nie chciałabym pojechać do ciebie i zobaczyć się z Tobą i Babcią.
- A jak sytuacja przyszłej szkoły po Maturze? – poinformowałaś ich o swo-ich planach?
- Raz wspomniałam, że chciałabym złożyć papiery do szkoły gdzie kształcą przyszłych dyplomatów do służby w dyplomacji zagranicznej w Warszawie bo sądzę że byłaby to dla mnie próba ogniowa samodzielnego życia, podejmowa-nia właściwych decyzji a zarazem możliwość sprawdzenia siebie w nietypo-wych relacjach międzyludzkich.
- Jaka była ich reakcja?
- Mam spojrzała na Tatę ze zdziwieniem, a nawet powiedziałabym że do-strzegłam ogniki pretensji w jej oczach. Tata jednak udawał jakby tego nie dostrzegł, oparł się wygodniej w fotelu i zapytał się takim tonem jakby pytał – która godzina. Czy wiem jaka jest to szkoła i czy wiem o tym, że aby do niej się dostać to trzeba by mieć prawie oficjalną protekcję a przynajmniej porę-czenie partyjne i etyczne.
- No i…???
- Odpowiedziałam, że poziom mojego wykształcenia jak również wasze wy-chowanie powinno wystarczyć do przyjęcia mnie do tej szkoły bo o egzaminy się nie boję.
- Odważna jesteś, jesteś taka pewna swego zdania?
- Nooo, nie tak zupełnie, ale myślę że powinnam zdać taki egzamin, znam przecież bardzo dobrze angielski i zupełnie dobrze francuski o inne przed-mioty też się nie boję. Chcę się jeszcze uczyć niemieckiego którego już trochę się osłuchałam w domu. Przecież Tata jest przysięgłym tłumaczem sądowym w tym języku a i ty jak i babcia znacie doskonale ten język.
Obiecałam sobie, że po maturze muszę zdać egzamin do tej szkoły. Podobno wiele też zależy od rozmowy kwalifikacyjnej którą przeprowadzają jacyś ważni dyplomaci.
- Obiecałaś sobie?
- Tak, obiecałam sobie, że nie mogę zawieść moich rodziców oraz was - Dziadka z Babcią. Nie wiem jak byście się czuli gdybym was zawiodła.
- Jak to jak, bez różnicy, w każdej sytuacji będziesz dla nas wszystkich na-szą najukochańszą wnuczusią i to bez względu ile będziesz miała lat.
A tak w ogóle, czy zdajesz sobie sprawę ze znaczenia słowa – obietnica?
- Oczywiście, obietnica to obietnica, należy ją dotrzymać czyli wypełnić.
- Jesteś tego pewna?
- Nie rozumiem cię Dziadku, przecież dotrzymywanie obietnic jest jedną z miar wartości człowieka. Słowo które się dało musi być a przynajmniej po-winno być wypełnione.
- Moja Kochana, nie rozśmieszaj mnie, tak jest tylko w bajkach dla grzecz-nych dziewczynek. Gdyby wszystkie obietnice, nawet te dawane w najuroczy-stej formie przed ołtarzami, królami czy parlamentami były dotrzymywane, to by nie było żadnych wojen, waśni czy kłótni byłby to istny raj na ziemi.
Ileż było dawanych w historii obietnic o wiecznej przyjaźni, a jeszcze inkaust nie wysechł na pergaminie gdy już te obietnice były nie dotrzymywane.
Ileż małżeństw się rozpadło z powodu nie dotrzymywania ślubowania lub jak wolisz obietnicy małżeńskiej. Zamierzasz pracować w służbie dyplomatycz-nej, zobaczysz co to znaczy dotrzymać albo i nie dotrzymać obietnicy.
Przecież cała dyplomacja opiera się właśnie na dotrzymywaniu w danej sytu-acji obietnicy aby w innej jej nie dotrzymać. Coś mi się wydaje Jolu, że dla ciebie słowo obiecać jest porównywalne z banalnym stwierdzeniem. Obieca-łam, że pomogę ci w nauce to dotrzymam słowa. Jeśli jednak na przykład, obiecasz szkolnej koleżance że będziesz jej pomagać, czy to ma oznaczać że chcąc dotrzymać danego jej słowa będziesz jej pomagała przez całe twoje ży-cie? Przecież nie powiedziałaś - że w nauce, powiedziałaś że będziesz poma-gać, no więc jak z tym jak to określiłaś - obietnica to obietnica, należy ją do-trzymać czyli wypełnić.
- No, nie tak to rozumiem.
- A jak, chcesz segregować obietnice na takie jakie są tobie wygodne i na takie jakie nie są.
- Dziadku!, - że ty musisz zawsze mnie sprowadzać na ziemię. Zasiałeś we mnie wątpliwości co do dotrzymywania obietnic.
- W żadnym wypadku moja Kochana, chcę ci pokazać że pojęcie - obietnica – nie jest takie proste jak nam by się to wydawało. Wielu ludzi nie dotrzymu-je obietnic, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Wielu ludzi nie przywiązuje większej wagi do obietnic jakie sami składają, ale za to bardzo są czuli na niedotrzymywanie obietnic wobec nich.
Jestem ciekaw co powiesz jeśli poinformuję cię, że przez ponad trzydzieści lat polscy żołnierze przysięgali lub jak wolisz obiecywali że będą - stać nieugięcie na straży pokoju w braterskim przymierzu z Armią Radziecką. Teraz się cza-sy zmieniają, mamy już premiera Mazowieckiego który przecież z pewnością nie należy do poprzedniej klasy rządzącej czyli PZPR. Czy jesteś w stanie uczciwie odpowiedzieć na pytanie - czy żołnierze którzy jeszcze rok, czy dwa lata temu, przysięgali na braterskość Armii Radzieckiej, mają obowiązek do-trzymania słów uroczystej obietnicy lub jak wolisz przysięgi? Przecież to też jest obietnica a do tego uroczyście złożona przed polskimi sztandarami woj-skowymi.
- Nie wiem Dziadku, zadałeś trudne pytanie, nie wiem jak mam właściwie odpowiedzieć.
- Widzisz Jolu, z obietnicami nie jest to taka prosta sprawa, jest wiele wa-riantów i uzależnień sytuacyjnych, jak również zmieniających się uwarunko-wań społecznych, politycznych czy historycznych. Wchodzą też w grę wierze-nia religijne, zmiany doktryn politycznych jak również osobiste predyspozycje moralno-etyczne.
Uczestnicząc w nauce religii, zapewne nieraz słyszałaś obiecywanie szczęścia wiekuistego w niebie jeśli życie twoje będzie zgodne z kanonami religijnymi. Widzisz moja droga to też jest rodzaj obiecywania tylko trochę inny.
Obiecywane jest nam coś, czego nie możemy sprawdzić ani nikt nam tego nie potwierdzi. Obiecujący wie, że nie od niego zależy to co obiecuje, wypełnienie obietnicy przesuwa na twoją stronę. Nie tylko nasza religia to obiecuje, ale również islamska, judaistyczna i wiele wiele innych. Na pewno czytałaś kie-dyś książki Karola Maya „Winnetou”. Indianie też wierzyli, że po śmierci do-staną się do krainy wiecznych łowów. Są to tak zwane obiecywania nie-sprawdzalne. Jest też obiecywanie co do którego spełnienia potrzebne są nam jeszcze dodatkowe warunki które nie konieczne są uzależnione od mnie. Przykładem tego może być stwierdzenie - zawiozę cię do domu jeśli pozwolisz poprowadzić mi twój samochód.
Z pewnością również słyszałaś powiedzenie o obiecywanych gruszkach na wierzbie. To też należy do tej kategorii obiecywań ale to dotyczy obiecywanie czegoś niemożliwego, wręcz nieprawdopodobnego do spełnienia.
Niestety Jolu, będziesz się spotykała i to nie raz z obietnicami czegoś, co już w momencie składania takiego zapewnienia, wiadomym jest składającemu, że z pewnością nie dotrzyma słowa.
- Jak to, składa obietnice mimo że wie że jej nie dotrzyma?
- Tak, czasem się zdarza w życiu codziennym, podam ci dwa przykłady. Pierwszy przypadek – rzemieślnik obiecuje że coś wykona najlepiej jak tylko potrafi oczywiście za odpowiednią opłatą. Następnie wykonuje prace niedba-le, wiedząc że ten, któremu się to obiecało nie sprawdzi tego, bo nie zna się na tym.
- Nie łapię Dziadku.
- Proszę bardzo. Stosunkowo niedawno, no może parę lat temu, dałem sa-mochód do naprawy bo coś nie chciał mi silnik startować. Wyobraź sobie, że oprócz innych pozycji na rachunku było aż pięć pozycji dotyczącej akumula-tora. Były to takie pozycje w rachunku oczywiście każda z ceną i to niemałą: wyczyszczenie zacisków akumulatora, poprawienie właściwego zamocowania klemów na bolcach prądowych, oczyszczenie i doprowadzenie do właściwego stanu zacisków źródła prądu, wzmocnienie antykorozyjne ochrony biegunów prądowych źródła zasilania elektrycznego oraz właściwe ułożenie i zabezpie-czenia kabli przyłączeniowych do akumulatora. Wyobraź sobie Jolu, że te wszystkie wymienione czynności są w rzeczywistości jedną i tą samą ale róż-nie nazwaną no i oczywiście wycenioną.
Drugim takim przypadkiem świadomego składania a zarazem niedotrzymy-wania obietnicy są próby wyłudzenia pieniędzy od naiwnych kobiet. Mamione są one obietnicami małżeństwa, dostatniego życia lub wspólne kupienie dla nich lepszego mieszkania. Taka pani oszołomiona obietnicą bliskiego szczęścia przekazuje takiemu Obiecywaczowi wszystkie swe wieloletnie oszczędności w nadziei spełnienia się jej marzeń. Ten zaś po ich otrzymaniu, znika z widnokręgu takiej naiwnej paniusi a ona czeka w nadziei na spełnienie się jej marzeń przecież jej obiecanych!
Ty również spotkasz się w życiu z wieloma obietnicami, gdzie składający z góry wie że ich nie dotrzyma, gdyż chodzi mu o osiągnięcie doraźnych korzy-ści teraz a nie po spełnieniu swej obietnicy. Najczęściej takim obietnicom to-warzyszą komplementy. Pamiętaj, że komplementy służą wabieniu, przeku-pywaniu i zdobywaniu zaufania. Komplement powinien być jak muśnięcie płatkiem róży, a nie walnięcie pałką poprzedzone obietnicą.
Mężczyźni rozwinęli sztukę obiecywań wraz z komplementami niczym zdol-ności łowieckie. Niektórzy są w tym prawdziwymi mistrzami. Możesz się spo-tkać z mężczyznami którzy stoją wyżej od ciebie, są bogatsi, mają tytuły lub pochodzą ze znaczącego rodu, prawią ci wyszukane komplementy i obiecują ci wszystko co zechcesz. Takie kobiety nawet nie zauważają że są lekceważo-ne i traktowane jak naiwne idiotki. Twoja sprawa, jak to wykorzystasz dla swych potrzeb. Obiecywanie czegoś a zwłaszcza rozwijanie miraży atrakcyj-nych korzyści najczęściej kończy się gorzką katastrofą.
- Nie sądzę Dziadku abym była taką słodką idiotką, potrafię rozróżnić miłe słowo od nędznego komplementu. Znam swoją wartość i nikt nie musi mnie w tym utwierdzać.
- Powiedziałaś dziś Jolu że - obiecałam sobie, że po maturze muszę zdać egzamin do tej szkoły. Rozumiem że nie tylko sobie to obiecałaś ale obiecałaś to nam wszystkim. A co w sytuacji kiedy nie dotrzymasz słowa z różnych przyczyn nie zawsze zależnych od ciebie?
- Zdaję sobie sprawę że do takiej szkoły pretendują również latorośle czyn-nych dyplomatów i z pewnością będą mieli zakulisowe fory. Nie sądzę jednak aby wszystkie miejsca były przeznaczone tylko i wyłącznie dla prote-gowanych ze sfer dyplomatycznych. Jestem pewna i bardzo wierzę w to bez zastrzeżeń, że są tam ludzie którzy rezerwują jakąś ilość miejsc dla innych nie związanych czy powiązanych ze służbą dyplomatyczną. Przecież tam nie mogą być tylko partyjni ideowcy, tam są z pewnością również ludzie o wysokim morale którym z pewnością leży dobro krajowej dyplomacji na sercu. Właśnie na takich ludzi liczę, ja nie potrzebuje protekcji, ja potrzebuję uczciwej oceny.
- Pięknie powiedziane, chwyta za serce, ale nie odpowiedziałaś na pytanie: a co z obietnica która dałaś sobie wobec rodziców i dziadków?
- Jestem przekonana że będzie mi dana możliwość dotrzymania obietnicy. Nie biorę innej alternatywy pod uwagę. Jeśli dopuszczałabym możliwość po-rażki to nie widzę powodu dla którego miałabym podchodzić do egzaminu. Ja muszę zdać ten egzamin i go zdam, jestem tego pewna i dlatego podejmuję to wyzwanie.
- Moja droga, jestem podbudowany twoją determinacją, ale wróćmy do po-jęcia obietnicy. Czy brałaś pod uwagę sytuację że daję się komuś obietnicę rzeczywiście w szczerym zamiarze jej dotrzymania a później w wyniku nieo-czekiwanego, nieprzewidywalnego splotu wydarzeń, świadomie odstępujemy od jej wypełnienia?
- Nie, nie rozpatrywałam takiego przypadku, może dlatego że nie spotkało mnie to jak dotychczas.
- Czytałaś przecież „Potop” Sienkiewicza i poznałaś Kmicica co to przysiągł
być po stronie Janusza Radziwiłła. Kiedy jednak poznał właściwe jego zamia-ry, to jak postąpił? – Jolu?
- Nie, nie złamał obietnicy bo przecież przysięgał na krzyż, ale potem wła-sną krwią zmył hańbę tej obietnicy.
- Widzisz Jolu, obietnica to wielka sprawa, nie można jej porównywać do obiecanki że zabierzesz Dziadka na lody. Czasem zostajemy sprowokowani a nawet namówieni do złożenia obietnicy. Składamy ją w dobrej wierze nie do-myślając się że zostajemy wykorzystywani dla celów tego, któremu coś obie-cujemy. W takiej sytuacji możemy bez ujmy dla swego honoru odstąpić od wykonania obietnicy. Nie może jednak być takie uzasadnienie wykorzysty-wanie w każdej późniejszej sytuacji dla nas niewygodnej. Są też obiecania długofalowe które w zasadzie nie są sprecyzowane ale mają zasadnicze zna-czenie dla naszego życia. Mogłabyś dać jakiś przykład w tym temacie?
- Tak, ja złożyłam sobie kiedyś taką obietnicę, że dołożę wszelkich starań aby nie zawieść moich rodziców i dziadków. Nie zawsze musi to być poprze-dzone słowem – obiecuję, ale w zasadzie do tego się to sprowadza. Teraz już wiesz Dziadku, dlaczego muszę się dostać na te studia dyplomacji zagranicz-nej. Nie chcę zawieść moich rodziców a zwłaszcza siebie.
- Moja panno, nie można stawiać tak kategorycznie zadań wobec siebie. Istnieje jeszcze coś, co nazywamy zrządzeniem losu, które uniemożliwia nam spełnienie swej obietnicy. W zasadzie to możemy obiecywać coś, co jesteśmy w stanie wykonać i zależy to tylko od nas, oczywiście w założeniu że szanu-jemy swoje własne słowo a co za tym idzie, swoją godność osobistą. Dosko-nałym przeciwieństwem tego są politycy, którzy będą ci obiecywać wszystko
i wszędzie co tylko sobie zażyczysz aby zyskać twój głos w urnie wyborczej. Potem zadziwiająco szybko zapominają o obietnicach wyborczych uzasadnia-jąc, że w chwili obecnej nie jest to możliwe ale znów obiecują, że gdy tylko się pojawi taka możliwość to pewnością ją dotrzymają. Czyli - czekaj tatka latka.
Wyobraź sobie że w Koranie, świętej księgi Islamu sprawa niedotrzymania obietnicy jest bardzo mocno uwypuklona. Gdy ktoś świadomie łamie obietni-cę lub składa obietnicę z zamiarem jej nie dotrzymania, to taki ktoś jest zo-bowiązany do błagania o przebaczenie a karą za taki grzech jest wykarmienie i ubranie 10 biednych ludzi lub uwolnienie niewolnika .
Dotrzymywanie raz danego słowa jest wyznacznikiem tego, jak uczciwy i prawdomówny jest człowiek. Osobie dotrzymującej obietnic można ufać, można na niej polegać, można jej zawierzyć. Na obietnicach opieramy wiele aspektów naszego życia. Nie starajmy się rzucać obietnicami w każdej sytua-cji chcąc podkreślić swe zdeterminowanie. Ktoś kto w każdej sytuacji, nawet bardzo błahej i nieistotnej używa słowa – obiecuję – z pewnością niezwykle szybko zapomni tego co obiecał, delektując się tym słowem odczuwa przy-jemność widząc podziękowania w oczach tych którym coś obiecuje. Nie jest to człowiek godny poważnego traktowania.
- Dziadku, a jak postępować jeśli złożyliśmy obietnicę w szczerej i czystej intencji a później okazało się że dotrzymanie jej przekracza nasze nie tylko fizyczne ale i psychiczne możliwości.
- Ciekawe pytanie, może ty mi przedstawisz twój punkt widzenia na ten rodzaj wypełniania obietnicy?
- Spotkałam się z historią opisywaną w jednej z książek. Nie wiem czy to fikcja literacka czy prawdziwe życie ale w zasadzie nie jest to istotne.
W książce nie była podana odpowiedź ale i ja muszę uczciwie powiedzieć, że też nie wiem jak należałoby postąpić.
- Zaciekawiasz mnie, siadam wygodniej i słucham.
- Wyobraź sobie Dziadku, że jest młoda para zakochana w sobie. Biorą ślub i przez parę lat pracując, oszczędzają aby potem trochę zwiedzić świat, ten bliższy a może potem i ten dalszy. Bardzo szczęśliwe małżeństwo. Nie mieli jeszcze dzieci, dopiero je planowali za dwa może trzy lata. Na jednej z takich wycieczek we Francji, wjechała w nich rozpędzona ciężarówka z pijanym kierowcą. Rezultat? – ona mocno ale niegroźnie poturbowana a on został przykuty do łóżka gdyż został sparaliżowany od szyi w dół. Nie będę ci Dziadku opisywała na czym to polegało w rzeczywistości ale efekt był taki, że potrafił tylko mówić i wodzić oczami za obecnymi.
Oboje teraz mieli około 28 lub 30 lat. Po roku, kiedy wszystkie już możliwości zostały wykorzystane a lekarze poddali się, on zaczął wpierw nieśmiało a potem trochę odważniej mówić o rozwodzie. Ona wpierw kategorycznie odrzucała taką ewentualność podpierając się również tym, że przysięgała albo jeśli wolisz, obiecała mu przed ołtarzem, że będzie z nim aż do śmierci. On starał się argumentować jak tylko mógł, że jest młodą, że przed nią kariera zawodowa, jak również to że może sobie swoje życie lepiej urządzić niż trwać przy nim i obsługiwać go wszystkich czynnościach życiowych tym bardziej, że została orzeczona również jego bezpłodność. Przekonywał ją, że to bardzo szlachetnie że chce przy nim trwać ale to w praktyce, jest to niszczenie swego życia. Z biegiem czasu zaczął być dla niej nieuprzejmy, opryskliwy a zdarzało się że okazywał swe niezadowolenie że nie tak go nakarmiła, że długo jej nie było lub niedokładnie go umyła. Pominę Dziadku dalsze perypetie tego małżeństwa bo nie chodzi o stresz-czenie książki ale o podejście do problemu - dotrzymania czy niedotrzymania obietnicy.
- Ciekawe, jakie jest twoje zdanie?
- Wiesz Dziadku, uczciwie ci powiem – nie wiem jak należałoby postąpić. Słyszałam, że niektórzy poświęcają się dla takiej osoby rezygnując ze swego prawa do szczęścia. Takie poświęcenie jest bardzo szlachetne i wywołuje uznanie otoczenia ale jednocześnie skrycie żałuje się taką osobę gdyż świa-domie rezygnuje ze swego osobistego szczęścia jakie jest udziałem innych.
- A rodzice wychowujące ułomne dzieci?
- Dziadku! – to nie jest to zagadnienie, to nie jest przystawalne do tego co opisałam. Rozważamy problem dobrowolnego złożenia obietnicy i jej następ-stwa. Zawsze można zadać pytanie czy istnieją sytuacje, które zwalniają nas z dotrzymania obietnicy którą złożyło się przecież uczciwie i w czystej wierze jej dotrzymania.
- Jolu, mimo dobrych chęci i miłości zdarza się nam nie podołać temu, co przynosi życie. Zmiana okoliczności to jedna z przyczyn, dla których zdarza nam się obietnicy nie dotrzymać. Zmiana naszych uczuć to kolejna. Ale też zmianie mogą ulec uczucia czy intencje drugiej strony. W historii każdej pary wydarzyć może się… wszystko. Gdy miłość wygasa, możemy ją markować albo trwać w związku z poczucia obowiązku czy z lęku przed opinią społecz-ną. Ale przecież nie obiecaliśmy markowania ani trwania, lecz miłość i wier-ność do grobowej deski. Nie na tym polega dotrzymanie przysięgi. Co więcej, żmudne podtrzymywanie iluzji miłości i szczęścia w wygasłym związku jest niszczycielskie dla poczucia szacunku i godności dla obu stron. Nie raz jest to tylko markowane dla świata zewnętrznego a wewnątrz takiego związku zieje obojętność, brak szacunku, poważania a czasem nieskrywana pomiędzy nimi nienawiść. Oboje męczą się w takim związku ale razem dokładają wszelkich starań, aby na zewnątrz wyglądało to pięknie. Widziałem już osoby podobno dobrze żyjące w małżeństwie ale …. jedno z nich mieszka w Domu Opieki dla Niepełnosprawnych. Żona bądź mąż, odwiedza taką osobę na po-czątku często a później najwyżej raz w miesiącu. Proza życia potrafi być okrutna i bezwzględna.
W dzisiejszym świecie ludzie dużo mówią, dużo obiecują wręcz przysięgają lecz przeważnie nie dotrzymują słowa. Powszechnie mówi się, że dotrzymy-wanie obietnic jest uważane za miarę własnej wartości. Każdy z nas stara się dotrzymać złożoną obietnicę, lecz często kończy się to niepowodzeniem.
- Dziadku - dlaczego tak trudno jest dotrzymywać obietnice? Czy istnieją jakieś głębsze przyczyny niedotrzymywania słowa? Jeśli ciężko jest nam do-trzymywać obietnice czy powinniśmy w ogóle wypowiadać słowo „obiecuję”?
- Moja Kochana, na to pytanie będziesz musiała sobie sama odpowiedzieć w Twoim życiu. Nie raz staniesz przed dylematem; dotrzymać obietnicy za wszelka cenę, czy też możesz ją pod wpływem zmian jakiś czynników czy zdarzeń nie dotrzymać. Wierz mi Joleńko, z tym dylematem ludzkość mierzy się już od najdawniejszych czasów.
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Cześć Dziadku.
- Cześć Moja Mała.
- Dziadku, już raz mówiłam ci, że nie jestem taka mała, mam 19 lat i 170 centymetrów wzrostu.
- Moja kochana, możesz mówić co chcesz ale dla mnie będziesz zawsze mo-ją małą sikoreczką która ma swoje gniazdko ukryte w moim sercu w najdal-szym jego kąciku.
- Pięknie powiedziane Dziadku Ryszardzie. Niniejszym zezwalam na uży-wanie takich określeń i wszystkich innych ale jeśli można, to proszę nie w obecności innych postronnych osób.
- Załatwione, na to małe ustępstwo mogę pójść, moja Joluniu. Cieszę się że znów mnie odwiedzasz, czyżby nowy jakiś nie do rozwiązania olbrzymi pro-blem z którym przyszło ci się zmierzyć?
- Coś w tym rodzaju. Wczoraj wieczorem słyszałam przypadkowo jak moi rodzice dyskutowali o jakimś przypadku który Mama ma na wokandzie i nie mogli się zgodzić co do pojęcia Mizantropia w przypadku właśnie tej sprawy. Oczywiście natychmiast sięgnęłam do odpowiednich książek i tam natknęłam się na jeszcze jedno określenie – Filantropia, które jest jakby antonimem po-jęcia Mizantropii.
- Bardzo ciekawy temat. Znasz pewnie z historii literatury dramat Moliera – Mizantrop. W tym dramacie jest przedstawione niezwykle ciekawie osobo-wość Mizantropa. Swoją droga Jolu, jak miał na imię Molier?
- Oj Dziadku, Dziadku - zadajesz takie pytanie komuś kto jest już parę ty-godni przed Maturą.
- Joluniu, nie pytałem cię o tygodnie tylko o imię Moliera, a takie uniki są dobre dla koleżanek, ale dziadka tym nie zwiedziesz.
- No dobrze, Molier to pseudonim i nie ma imienia, a prawdziwe nazwisko to zaczynała się jakoś od Jean Baptista.…, wybacz ale zapomniałam nazwi-ska ale chyba nie o to chodzi.
- Brawo, rzeczywiście nie o to chodzi, ja też zapomniałem nazwiska.
Wrócimy jednak do Mizantropii, jak byś to określenie najbardziej obrazowo i zrozumiale opisała.
- To co usłyszałam w rozmowie rodziców i co sama wyczytałam, to można to określić jako stan psychiczny objawiający się niechęcią do kontaktów z innymi ludźmi. Czasem takich ludzi w swym otoczeniu nazywamy mrukami, ponurakami a wręcz odludkami.
- Jolu, przypomnij sobie tą informację jaką mi udzieliłaś o tej dziewczynie która rzucił długoletni kolega wtedy gdy rozpatrywaliśmy pojęcie stagnacji. Ona odsunęła się od was, nie chciała się z wami spotykać, mimowolnie po-kazywała że was nie lubi i nic nie chce mieć z wami wspólnego. Właśnie takie postępowanie jest charakterystyczne dla mizantropów. Jednym z najczęst-szych powodów, dla których mizantropi unikają innych osób jest to, że nie-nawidzą angażowania się w konflikty, które uważają za absurdalne i marno-wanie czasu. Nie chodzi o to, że brakuje im empatii; po prostu uważają, że większości problemów można uniknąć w prosty sposób, izolując się od nich.
Jak sądzisz jakie są jeszcze inne cechy mizantropa?
- Z tego co czytałam, dowiedziałam się że charakterystyczną bardzo po-wszechną wśród mizantropów jest gniew lub pogarda w obliczu nieporządku, braku organizacji i niekompetencji.
-Słusznie Jolu, byłaś na pewno kiedyś w poczekalni w Przychodni Zdrowia i może zaobserwowałaś jakiegoś czekającego niecierpliwego pacjenta.
Jeśli mizantrop musi czekać na lekarza szczególnie długo ponieważ jest zbyt wielu oczekujących, to zaczyna go ponosić. Będzie wściekły z powodu braku właściwego planowania przez ludzi którzy tam pracują, co oczywiście jest powodem że on musi bezproduktywnie czekać.
Mizantropijni ludzie często irytują się w trakcie rozmowy na trywialne tematy takich jak pogoda, wakacje lub opowiadania o wspaniałych dzieciach czy wnukach. Z drugiej strony osoby takie lubią dyskutować o głębokich spra-wach, takich jak polityka, religia, nauka czy inne. Zazwyczaj jednak robią to tylko z ludźmi, których uważają, że są na ich poziomie intelektualnym.
- A skąd Dziadku bierze się takie mizantropijne postępowanie wobec in-nych w jego otoczeniu?
- Nie ma uniwersalnej interpretacji, która wyjaśniałaby pojawienie się sys-temu wierzeń podtrzymującego wizję mizantropijną u ludzi, którzy ją posia-dają. Niektórzy mizantropi w młodości byli psychicznie maltretowani bądź marginalizowani przez innych młodych ludzi, więc uczą się nienawidzić i nie ufać innym, aby się chronić. Inni są niezwykle wrażliwi i interpretują każde małe, nawet pozorne działanie, tak jakby było skierowane wyłącznie przeciw-ko nim. Ponieważ gardzą innymi ludźmi, mizantropi zazwyczaj wybierają za-wody, hobby i czynności w których nie muszą wchodzić w interakcje z nikim innym. Na przykład niektóre bardzo popularne rozrywki wśród tych osób to czytanie dużej ilości książek, uprawianie sportu amatorskiego takiego jak jazda na rowerze, samotne wędrówki górskie i tym podobne.
- Czy to choroba psychiczna takiego mizantropa?
- W zasadzie nie, po ustania „bolącej niesprawiedliwości” w ich wyobraże-niu, niektórzy wracają do towarzyskiego życia ale niestety, nadal są bardzo czuli na jakiekolwiek ataki na ich suwerenność. Oczywiście są i tacy którzy są mizantropami przez całe życie i to w jak najgorszym wydaniu.
Oni porostu nienawidzą innych ludzi. Uważają że to niesprawiedliwość którą ich dotknęła, gdyż ci „Inni” nie rozumieją motywacji ich działania. Nie rozu-mieją, bądź nie chcą pojąć, że to oni są przyczyną a nie skutkiem. Tu znów trafiamy na powinowactwo genetyczne takiego typowego, encyklopedycznego mizantropa.
- To znaczy?
- Najlepiej przedstawię ci to na prawdziwym przykładzie. Jeszcze przed wojną daleki kuzyn Ojca, nie mając dzieci przysposobił jednego chłopca z domu dziecka. Ten mały Brzdąc miał śliczne oczka i kręcone blond włoski. Sprawdzono że nie choruje na żadna dziedziczną chorobę i pod względem medycznym oraz pochodzenia jest bez zarzutu, co w tamtych czasach miało duże znaczenie. Kuzynostwo zapewnili mu jak najlepsze wychowanie, nawet zorganizowali mu naukę gry na pianinie. Niestety ten mały nie przejawiał żadnych chęci do nauki nie tylko muzyki ale i w ogóle. W szkole miał bardzo mizerne noty ale za to obijał wszystkich jak się dało i gdzie się dało. Bardzo się go bano w szkole. Potrafił nawet pani nauczycielce kałamarz pełen atra-mentu wylać za kołnierz. Nie ukończył żadnej szkoły, zawsze był ze wszyst-kiego niezadowolony, wszystkich traktował jako swych osobistych wrogów. Został skazany przez sąd dla małoletnich za kradzieże z rozbojem na zakład poprawczy. Później wiele razy został skazywany na więzienie przede wszyst-kim za pobicia, uszkadzanie ciała oraz kradzieże z rozbojem. Nic nie pomaga-ło. Doszło do tego, że pobił swych przybranych rodziców gdyż nie chcieli mu dawać pieniędzy a do pracy oczywiście nie chodził. Twierdził, że nie pozwoli siebie wykorzystywać a praca jest dla głupich frajerów. Nienawidził wszystko i wszystkich. Rodzice ci szukali pomocy u psychologów. Niestety, zawsze otrzymywali wciąż tą sama diagnozę. Wasz syn jest patologicznie obciążony nienawiścią do innych ludzi których obwinia o to, że z powodu ich postepo-wania jemu jest tak źle w tym społeczeństwie, jest przekonany że nie jest to jego wina tylko tego społeczeństwa czyli tych innych.
- I jak się to zakończyło?
- No cóż, przykro tym mówić bo przecież został niejako przyjęty do naszej rodziny. Po którymś tam ponownym skazaniu na więzienie, zainteresowali się nim tacy „specjalni” ludzie i skierowali go na szkolenie kadry dla obozów koncentracyjnych. W czasie wojny jak i po wojnie nic o nim już nie słyszałem a ci przybrani rodzice, jak się później dowiedziałem, zginęli w czasie któregoś z wielu bombardowań miast niemieckich.
Jak więc widzisz Jolu, nie tylko doraźne niepowodzenia stwarzają mizantro-pów ale również tacy też się i rodzą.
- Uff, nie jest to sympatyczna historia. Całe szczęście że przeciwnością mi-zantropii jest filantropia. Też mnie to zainteresowało gdyż często słyszałam
takie określenia w radiu czy telewizji.
- Jak byś Jolu najprościej objaśniła to określenie.
- Określiłam bym to jako; dobroczynność, życzliwość, bezinteresowne udzielanie pomocy.
- I właściwie to określiłaś, a jak widzisz to pojęcie w kontekście wcześniej
omawianego pojęcia mizantropi.
- Mizantropia jest przede wszystkim totalną negacją współżycia społeczne-go a Filantropię postrzegam jako chęć współpracy z nim i udzielenia jemu pomocy i to nie tylko materialnej. Moim zdaniem pomaga się swoim bliźnim dla samego czynienia dobra. Można by powiedzieć że nie żądasz niczego w zamian ani nie oczekujesz przysługi w przyszłości. To taka nietypowa bezwa-runkowa miłość, nienastawiona na zysk. Dlatego też uczucia altruistyczne nie są tylko dla ludzi z pieniędzmi. Jest to podejście, które każdy może mieć bo przecież Filantrop pochodzi od greckiego philantropos czyli - kochający ludzkość
- Słusznie, muszę przyznać że ciekawie to określiłaś. Zgodzisz się na pewno ze mną że filantropia nie jest tylko domeną bogatych którzy pieniędzmi wspomagają te czy inne projekty dobroczynne. Czasem nie dostrzegamy fi-lantropi w dniu codziennym gdzie nie chodzi o pieniądze, lecz o mało spekta-kularne okazywanie wielkoduszności, uświadamiania sobie istoty zła, do-strzeganie najzwyklejszej biedy a za tym idzie, okazywanie współczucia.
- Dziadku, dotarłam do informacji która nie jest dla mnie zrozumiałą. Prze-czytałam że nie każda organizacja charytatywna jest filantropią i nie każda filantropia jest charytatywna.
- Jolciu, różnica polega na tym, że choć działalność charytatywna polega na zapewnieniu wsparcia, filantropia stara się rozwiązywać problemy spo-łeczne raz na zawsze. Działalność charytatywna może mieć niestety również aspekt zarobkowy mimo że reklamuje się jako działalność o charakterze fi-lantropijnym.
- Nie rozumiem.
- Zaraz objaśnię ci to na przykładzie – niestety prawdziwym. W niektórych krajach powstają organizacje charytatywne które wysyłają wolontariuszy do tzw. biednych krajów. Osoby takie, które chcą udzielać pomocy na przykład bezdomnym dzieciom w Indiach, Pakistanie czy też w innym kraju Ameryki Południowej nawiązują kontakt z takimi organizacjami. Za opłatą uiszczaną przez przyszłych wolontariuszy, organizacje te wskazują im miejsca gdzie są takie potrzeby. Wolontariusz jedzie w takie miejsce, gdzie rzeczywiście są ta-kie dzieci. Opiekują się nimi, służą im czasem jako matki do których mogą się te maluchy poprzytulać, uczą je pisać i czytać oraz uczą je wykonywać proste czynności gospodarcze. Tacy wolontariusze muszą oczywiście gdzieś mieszkać i coś jeść. Płacą więc za prymitywne noclegi za żywność dla siebie
a nie rzadko i dla tych dzieci. Nie są informowani, że część ich wydatków jest odprowadzana na konto takiej wspaniałej charytatywnej organizacji.
Jeśli chcesz pomagać innym, musisz rozpoznać niesprawiedliwość świata, a także ludzką niezdolność do rozwiązania naszych problemów. Innymi słowy, powinnaś dostrzec, że są inni ludzie, którzy nie starają się czynić dobra, lu-dzie, którzy czynią zło, nawet gdy pozornie próbują pomóc.
- A u nas w Polsce też?
- Nie, u nas nie występuję aż taka skrajna konieczność, choć biedy ci i u nas nie brakuje – jakby to powiedział Imić Onufry Zagłoba. W Polsce jest troszkę inne podejście do filantropii. Niechętnie mówi się o działalności do-broczynnej, a rodzimi filantropi bywają postrzegani negatywnie. Panuje bo-wiem przekonanie, że są to działania na pokaz, które mają tylko zatuszować oszustwa podatkowe lub poprawić wizerunek firmy. Niestety, jest to jedna z naszych narodowych przywar. Nie lubimy gdy komuś się powiodło znaczniej bardziej niż nam. Od razu uznajemy, ba, nawet jesteśmy o tym święcie prze-konani że to na pewno z oszustwa albo i z innych przekrętów, co wcale nam nie przeszkadza wysyłać błagalnych listów o wsparcie finansowe, najczęściej tylko i wyłącznie o finansowe. Właściciele takich firm bądź fortun starają się chronić przed zalewem nierzadko takich fałszywych próśb o pomoc. Zakłada-ją więc najczęściej filantropijną fundację która pomaga zarządzać zasobami i środkami finansowymi tak, aby możliwa była efektywna i skuteczna pomoc z możliwością odfiltrowywania bezczelnych naciągaczy.
Kochana Jolciu, musisz przyjąć do wiadomości, że pojęcie filantropii i dobro-czynności traktowane są wymiennie, to jednak oba terminy różnią się istot-nie. W judaizmie, chrześcijaństwie lub islamie dobroczynność rozumiana jest jako swoisty nakaz religijny, akcentujący wręcz nakazujący potrzebę opieki nad najuboższymi. Filantropia natomiast czerpie swe inspiracje ze świeckiej idei humanizmu, czyli akcentuje potrzebę solidarności z ubogimi współoby-watelami w imię braterskiej miłości do drugiego człowieka. Filantropia także oznacza wspieranie nauki, oświaty oraz kultury a nie tylko karmienie najuboższych. Jest takie podobno chińskie powiedzenie, zresztą moim zda-niem bardzo trafne: daj komuś rybę, a nakarmisz go na jeden dzień. Naucz go łowić ryby, a nakarmisz go na całe życie! Znasz może Jolu przypadek mi-zantropa który czasem staje się filantropem nawet nie zdając sobie z tego sprawę?
- Jak to mizantropa, przecież to jest ktoś kto obwinia innych o wszystko i z zasady uważa ich za swych przeciwników. Więc jak może być filantropem czyli kimś kto pomaga innym.
- No właśnie, najczęściej wygodnie ślizgamy się po nieskomplikowanych wyobrażeniach, nie zadając sobie trudu wniknięcia w ich istotę i ich różno-rodność. Zauważ że, filantropia może być w istocie ukrytą czasem nawet dla samych „filantropów” formą mizantropii. Bywa że taki zatwardziały mizan-trop chcąc się pozbyć natręta który zakłóca jego dobre samopoczucie odpala jakąś kwotę osobie bądź organizacji aby kupić sobie spokój i pozbyć się pro-blemu lub natrętnej myśli, że może trzeba zrobić coś więcej. Może się zatem zdarzyć, że dawanie pieniędzy w większym stopniu rozwiązuje jego problem, niż problemy innych. Taki mizantrop z natury rzeczy nienawidzący innych ludzi, uzyskuje coś w rodzaju moralnego „odpustu” bądź „rozgrzeszenia” dla własnej niefrasobliwości i braku autentycznej solidarności z członkami spo-łeczeństwa.
- Wiesz Dziadku, tak mi teraz przyszło coś na myśl. Filantrop, który chce walczyć z bezdomnością biednych, może finansować budowanie schronisk i rozbudowywać programy dożywania. Myślę, że lepszym byłoby podejście sys-temowe aby wpierw zbadać co powoduje bezdomność w danym miejscu i tak wpłynąć na miejscowe procesy społeczne, by ją wyeliminować.
- No moja droga, piękne to, ale nie realne i nie celowe a ośmielam się twierdzić że wręcz szkodliwe.
- Nie rozumiem, co w tym złego jeśli chce się eliminować przyczyny bez-domności czy bezrobocia które jest przyczyną wszystkich innych dokuczli-wych następstw.
- Proste Jolu, jeśli wszyscy będą mieli pracę to nikt nie będzie jej szanował ani nie będzie się w pracy starał dobrze i wydajnie pracować. Jeśli każdy ła-two otrzyma jakieś lokum to też nie będzie o nie dbał. No bo dlaczego ma się przemęczać w pracy jeśli inni dbają o to aby on ją miał. Dlaczego ma dbać o to mieszkanie jeśli inni dbają o to aby one były w bezproblemowym zasięgu. Widzisz na Zachodzie nie jest tak, jak dotychczas w Polsce gdzie każdy ma zagwarantowaną pracę. Tam trzeba starać się o pracę o mieszkanie a nie jest to łatwe. Dziwnym jest to, a to ty musisz sobie znaleźć odpowiedź, dlaczego robotnicy na Zachodzie mają się relatywnie lepiej niż w Polsce. Twoje stwier-dzenie że Filantropi dzięki swoim finansom powinni eliminować przyczyny ubóstwa nie ma racji bytu gdyż z nie byłaby to filantropia a polityka dotacyj-na. A po za tym, zawęziłaś pojęcie filantropi do wydatków finansowych.
Z filantropią należy postępować ostrożnie, gdyż można nieświadomie i nie-zamierzenie wyrządzić wiele zła które nie było naszym zamiarem a tym bar-dziej celem.
◊◊◊◊ ◊◊◊◊
- Dziadku, poza rodzicami chciałabym tobie pierwsza powiedzieć, że jestem już po wszystkich egzaminach maturalnych, teraz czekam jeszcze na wręczenie świadectwa.
- Gratuluję moja Droga, to wielka przyjemność usłyszeć taką wiadomość a jakie oceny?
- Noooo, jakby ci powiedzieć - jednostajne.
- Nie rozumiem, co to znaczy?
- No, z góry na dół same szóstki.
- Rozumiem że masz bardzo nudne świadectwo. Moja droga Joluniu, ja Dziadek - dumny jestem z ciebie a tak uczciwie się przyznaję, że wcale mnie tym nie zaskoczyłaś. Byłem pewny że powiadomisz mnie o czymś takim, ale nie sądziłem że wszystko będzie na szóstkę.
- Tak się jakoś złożyło, ale tak po prawdzie to chciałabym z tobą o czymś porozmawiać czego nie potrafię sobie logicznie wytłumaczyć. Zawodzi mnie zdrowy rozsądek jak również chyba brak wiedzy psychologicznej.
- Ooo… - zaczyna być ciekawie.
- Chodziłam do liceum cztery lata. Od początku były trzy klasy, przez te lata wszyscy poznaliśmy się w miarę dobrze. Są oczywiście koleżanki lub ko-ledzy z którymi przyjaźnimy się bardziej lub mniej. Jest jednak jeden z kole-gów którego nie toleruję od samego początku. Zadziwia mnie samą, że w praktyce z nim nie rozmawiałam a jeśli, to może zamieniliśmy parę przypad-kowych słów. Mimo wszystko, od samego początku odczuwam jakąś nie-przemożona niechęć do niego. On nic mi nie zrobił, ani jednego przykrego słowa nie wypowiedział, nie uczynił jakiegoś nieprzyjemnego gestu, nie był nachalny czy coś w tym rodzaju, a jednak odczuwam do niego niechęć które-go źródła nie jestem w stanie znaleźć. Przebywanie w jego towarzystwie wręcz irytuje mnie. Trochę mi przykro że tak się dzieje ale to silniejsze ode mnie.
- To jest zagadkowa sytuacja, ale śpieszę cię uspokoić, że nie jesteś jedyna na świecie która ma takie odczucia bezprzyczynowego nielubienia kogoś.
Ja w swoim życiu też się z czymś takim spotkałem. Nie miałem takiego wy-raźnego odczucia że kogoś się nie lubi bez przyczyny ale słyszałem o paru takich przypadkach. Musisz wiedzieć że są również i odwrotne sytuacje.
Sam miałem kiedyś taką sytuację na studiach we Wrocławiu przed wojną. Była tam jedna dziewczyna którą my mężczyźni w swojej gwarze nazywamy - nieciekawą, nieinteresująca, a jeszcze nie miała niczego czym mogłaby męż-czyzn zauroczyć a do tego jeszcze utykająca na jedną nogę i wręcz brzydka. Wybacz moja mała, że tak mówię, choć wiem, że nie ma brzydkich kobiet a są tylko kobiety zaniedbane. Jednym słowem nie miała żadnych atutów aby chłopcy się za nią oglądali. Widząc ją, nie miało się żadnej ochoty na rozmo-wę. Same negatywy. Wyobraź sobie, że gdy zagadałem do niej w sprawie ja-kiegoś wykładu – już nie pamiętam – to przegadaliśmy chyba dobre pół go-dziny. Potem była to jedna z moich koleżanek z którą się rozmawiało z wielką przyjemnością. Inni również odkryli ten fenomen. Jak widzisz, wpierw wizu-alna negacja a potem zauroczenie intelektualne.
Słyszałem jednak i o innych sytuacjach. Niektórzy uzasadniają swą nega-tywną reakcję że, nie lubią osób egoistycznych, nie mających empatii, dążą-cych do celu po trupach, materialistów, podlizywaczy, osób które ogólnie rzecz biorąc, niczego nie robią bezinteresownie. Nie lubią też osób, które nie mają zbyt wiele mądrego do powiedzenia, a wiecznie coś paplą, zwykle o so-bie, bez ładu i składu, mieszają się w czyjeś życie, nie potrafią przyznać się do błędu, zawsze muszą mieć rację. Kłamią, donoszą, koloryzują fakty, plot-kują, lubią się chwalić, choć nie mają czym tak naprawdę, odnoszą się bez szacunku do innych ludzi i mają podejście wiecznie roszczeniowe...
- Tak Dziadku - ale ty wymieniłeś takie czy inne ludzkie przywary z powo-du których nie lubi się takiej osoby. Ja jednak mówię o osobie która nic mi nie zrobiła a nawet nie przyjaźniła się ze mną a jednak odczuwam jakieś ir-racjonalną niechęć wobec niej, prawie na skraju wrogości.
- Kiedyś na studiach z psychologii pracy, jeśli dobrze przypominam sobie, była omawiana taka sytuacja. Mówiono nam, że kiedyś jako Inżynierowie bę-dziemy kierowali zespołami ludzkimi i z pewnością spotkamy się z różnymi charakterami jak również z różnym zachowaniem się ludzi. Mówiono nam, że prawdopodobnie jest to działalność naszego mózgu ale nie jest to jeszcze zbadane, sądzę że do dziś, bo coś bym na ten temat słyszał. Podobno mózg ludzi wysyła jakieś fale encefalograficzne a może magnetyczne, to nieistotne jak się nazywają - które korelują z falami innego mózgu bądź wzajemnie się zwalczają. Takie stan wywołuje uczucie niechęci a nawet nierzadko prowadzi to do agresji. Zapewne sama się już Jolu przekonałaś, że jedne osoby lubi się więcej a inne bez wyraźnej przyczyny mniej. Sam również ulegałem takim odczuciom. Na studiach czy w wojsku a potem w życiu cywilnym, chętnie przyjmowało się zaproszenie takiej niezbyt lubianej osoby na popijawę wie-dząc że jest sponsorem. Potem jednak, gdy inni zapraszali na podobną im-prezę to jakimś dziwnym zdarzeniem losu nie zapraszało się tego wcześniej-szego sponsora. Najdziwniejszym jest również fakt, że nikt nie widział potrze-by naprawienia takiego zapomnienia. Jest trudne Jolu do wytłumaczenia być może potrzebny byłby tu wykształcony z dużą praktyka psycholog a może i psychiatra. Przypominam sobie sytuację z lat dziecięcych kiedy graliśmy w piłkę nożną – My kontra Oni. Była taka sytuacja że jeden z kolegów, właśnie taki mniej lubiany nie podał piłki do krzyczącego do niego innego kolegi.
Ten widząc że nie otrzymał piłki, podbiegł do niego i zaczął go młócić ze zło-ści pięściami. Wszyscy przyglądali się temu ze spokojem, ale gdy ten napad-nięty kolega broniąc się, odzyskał przewagę i zaczął okładać tego napastnika to wyobraź sobie, ci inni również rzucili się przeciwko niemu. Masz jakieś logiczne wytłumaczenie takiej sytuacji?
- Nie, nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć.
- W wojsku również widziałem dziwne zachowania się innych wobec jakieś osoby. Siedzieliśmy kiedyś w jednej z takich tajnych knajpeczek właśnie z taką ogólnie nie lubianą osobą i co nieco popijaliśmy, jak to w wojsku. Był taki moment, kiedy z innego stolika bardziej oddalonego od naszego podeszło trzech nieznanych nam żołnierzy prosząc właśnie tego kolegę z naszego stoli-ka aby wyszedł z nimi na zewnątrz gdyż mają pilną sprawę do niego.
Ten wstał i wyszedł z nimi. Gdy po dłuższym czasie nie wracał, wyszedł na zewnątrz poszukać go jeden z naszego stolika. Po chwili powiadomił nas, że tego naszego kolegę zabrał ambulans z jednostki. Okazało się, że oni bardzo go pobili. Jak później stwierdzono w wyniku przeprowadzenia śledztwa, oso-by te nie znały się osobiście i nigdy ze sobą się nie spotykały, nawet służbo-wo. Jedynym ich wytłumaczeniem było, że podobno brzydko na nich popa-trzył. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że on siedział do nich plecami a oni byli trzecim stolikiem od nas. Więc dlaczego?
- Nie wiem Dziadku, trudno to zrozumieć. Czyżby rzeczywiście chodziło o jakieś jak to nazwałeś - fale encefalograficzne które wysyła nasz mózg bez naszej kontroli?
- Być może. Czytałaś a może nie raz słyszałaś, że w czasie wojny matka na-gle siadała na krześle i przyciskając ręce do piersi wyszeptuje cicho – mój syn zginął. Potem okazywało się że rzeczywiście zginął, w tym dniu i o tym czasie. Jolu, czy nie zdarzyło ci się w trakcie nauki że o czymś pomyślałaś i zanim zdążyłaś to wyartykułować, Mama przynosiła ci soczek czy kromkę chleba ze słowami – może się napijesz i coś zjesz? Sama powiedziałaś że masz kolegę którego nie tolerujesz od samego początku mimo że w rzeczywistości prawie go nie znasz a jednak on cię irytuje mimo że nie był dla ciebie ani nieuprzej-my ani agresywny. Moja droga i ja muszę ci powiedzieć, że pomiędzy ludźmi jest jakaś nieznana, nieuchwytna nić komunikowania się. Czasem Twoja Babcia przyniesie mi zimne, schłodzone piwo w upalny wieczór lub gdy sie-dzę przed telewizorem, przynosi mi kolację do fotela. Nie raz zadawałem sobie pytanie, - skąd ona to wie co akurat bym chciał, mimo że ani słowem ani ge-stem nie dałem niczego po sobie poznać. Jak już ci mówiłem, nie jestem psy-chologiem ale skłaniam się do poglądu, że nasze mózgi wysyłają jakieś sy-gnały odbierane przez inne. Być może poprzez długoletnie wzajemne przeby-wanie w pobliżu siebie spowodowało, że nasze mózgi sprzęgnęły się jakby w niektórych sferach zintegrowały się. Nie potrzebują wysyłania sygnałów dźwiękowych czy wzrokowych aby coś przekazać. Czasem jest to reakcja po-zytywnego a czasem negatywnego oddziaływania na siebie. Zdarza się rów-nież że mózgi nadają i odbierają jakby na innych częstotliwościach i nie ma sprzężenia pomiędzy nimi.
- No właśnie Dziadku, ja również nie mówię o przypadkach w których rolę odgrywa takie czy inne czynne zachowanie się innego człowieka. Wydaję mi się a nie jestem tego pewna ale zdarza się czasem że bardzo kogoś znielubimy po jednej banalnej odzywce czy jakiegoś charakterystycznego gestu.
Innym osobom bez problemu to wybaczamy albo lepiej można by powiedzieć, że to umknęło naszej uwadze. W naszej rodzinie, tej ze strony Ojca czy ze strony Matki, mamy przecież ciocie i ileś tam wujków, kuzynów i kuzynek. Spotykamy się z nimi, ale sama zauważyłam, że z niektórymi ciociami czy wujkami, moi rodzice niezbyt chętnie się spotykają. Wiem na pewno, że nie ma tu zastosowanie jakieś niestosowne zachowanie się jednej czy drugiej strony. Myślę, że jest to być może różnica intelektualna pomiędzy nimi i nie ma tu znaczenia po której stronie jest ta różnica większa bądź mniejsza. Mam przecież parę kuzynek w podobnym wieku i kuzynów ale nie ze wszyst-kimi potrafię nawiązać nić porozumienia mimo że bardzo się staram.
Jest parę osób wobec których wyczuwam istniejącą jakąś barierę nie do po-konania mimo, że staram się być bardzo uprzejma, serdeczna, przyjacielska to.
- Wydaje mi się Jolu że przyczyna leży nie po twojej stronie ani tej przeciw-nej tylko właśnie w zestrojeniu się waszych mózgów. Á propos, - czy słysza-łaś że można się zakochać od pierwszego spojrzenia, że można kogoś bardzo polubić mimo że niewiele o tym kimś wie? Czy nie spotkałaś się z czymś ta-kim jak nieprzemożona niechęć do osoby która po raz pierwszy widzisz mimo że nawet słowa z nią nie zamieniłaś?
- Tak zdarzyło mi się raz gdy z rodzicami pojechałam na wczasy i spotyka-łam tam wielu rówieśników. Wśród nich był tam chłopak z innego miasta, można by powiedzieć – taki sobie. Jak to zwykle bywa, natychmiast zaprzy-jaźniliśmy się a jedynie do niego miałam dystans, mimo że nie zamieniłam z nimi ani jednego słowa. Zauważyłam że i inne osoby też nie przepadały za jego towarzystwem.
Uczciwie muszę przyznać, że bardzo starał się być towarzyski ale dzieliła nas jakaś niewidoczna granica. Był w naszym towarzystwie ale nie był przez nas akceptowany – dlaczego? – nie wiem!
- No właśnie Jolu, może to jest to, o czym już mówiłem, być może fale jakie jego mózg wysyłał były sprzeczne z możliwością ich percepcji przez wasze mózgi. Sam zadawałem sobie pytanie. Jak to się dzieje że medycyna potrafi różne cuda wyczyniać z naszymi ciałami. Są już przeszczepy serca, skóry, przyszywa się urwane dłonie jak również składa się połamane kończyny.
Nie słyszałem jednak ani jednej informacji aby ktoś potrafił naprawić mózg. Na wojnie można było wyleczyć ciężko postrzelanego żołnierza, ale jeśli został przestrzelony mózg lub arterie transportujące krew do niego, to on umierał a ludzie nie byli wstanie nic zrobić. Do dziś nie znamy struktury budowy mó-zgu i nie jesteśmy wstanie zrozumieć do końca mechanizmy jego funkcjono-wania. Mówiąc, że mózg wysyła jakieś fale zostało stwierdzone, ale co te fale wysyła, co je odbiera jak również przez co lub gdzie jest to deszyfrowane, tego ludzkość jeszcze nie wie. Kiedyś czytałem stwierdzenie jednego ze współcze-snych filozofów - nie można zbudować tego samego za pomocą tego samego. Jak sądzisz moja droga, czy można wyprodukować ogólnie znany wszystkim młotek, wyłącznie za pomocą samego młotka?
- Nie, z pewnością nie, do wyprodukowania młotka potrzebne byłyby inne urządzenia o wyższym poziomie technicznym niż młotek. Byłby potrzebny piec hutniczy, odlewnia, walcownia, urządzenia do obróbki drewna na trzo-nek no i tak dalej. Nie da się wykonać tego samego, tym samym.
- Brawo moja Kochana, właśnie o to chodzi. Jeśli chcemy poznać funkcjo-nowanie naszego mózgu to dysponowanie naszym mózgiem jest stanowczo
za mało. Musielibyśmy posiadać wyższą wiedzę a tej nie posiadamy i jak przypuszczam posiadać nie będziemy.
- No dobrze, a co z tymi osobami które nie lubimy bez racjonalnego lub z wymyślonego powodu. Zdaję sobie sprawę, że jest to dla nich krzywdzące tym bardziej, że nie jestem w stanie im cokolwiek zarzucić. Co powinnam zrobić?, jak postępować?
- Nic, po prostu nic, musisz się z tym nauczyć żyć że kogoś się lubi i ma się przyjemność przebywania w jego pobliżu, a towarzystwa innego po prostu się unika. Czasem Jolu nabiera to nieprzyjemnych cech. Taki nielubiany spoty-ka się z bezprzyczynową agresją słowną a czasem nawet i fizyczną. Na pewno słyszałaś różne dowcipy opowiadane przez koleżanki lub kolegów. Może zau-ważyłaś że jeśli…..
- Tak Dziadku, już nieraz zadawałam sobie pytanie; dlaczego dowcip opo-wiedziany przez jednego z kolegów ponownie mnie śmieszy mimo że jest mi doskonale znany, ale opowiedziany przez innego wywołuje grymas politowa-nia, zniechęcenia i dezaprobaty. Dlaczego, jeśli jeden zrobi coś rzeczywiście głupiego, wywołuje to śmiech i życzliwą pełną zrozumienia aprobatę a inny, jeśli zrobi dokładnie to samo, to wywołuje ironiczne uśmieszki politowania i dyskretnie pukanie się w głowę.
- No właśnie moja Kochana, jak sądzę jest to właśnie rezultat nieustannego działanie fal wysyłanych przez nasze mózgi na który nie mamy wpływu. Opowiem ci taki ciekawy przypadek z którym spotkałem się gdy jeszcze pra-cowałem w Raciborzu.
Wyobraź sobie brygadę monterów pracujących na hali próbnego montażu kotłów przemysłowych. Pracował w tej brygadzie młody człowiek około 30 lat powiedzmy że nazywał się Leon. Zauważyłem, obserwując fazy montażu że ten Leon był wysyłany zawsze do najbrudniejszych i cięższych prac. Jeśli nawet jedli razem śniadanie to siedział na końcu stołu i mało kto z nim roz-mawiał. Nawet jego Brygadzista traktował go ozięble. Nie moją sprawą było ingerowanie w sprawy wewnętrzne brygady tym bardziej, że praca wykony-wana była właściwie. Postanowiłem jednak zapytać o niego innego Brygadzi-stę również pracującego na tej hali. I wiesz co usłyszałem? Że ten Leon jest jakiś taki dziwny i wolałby z nim nie pracować ponieważ może coś zrobić co może być szkodliwe dla brygady. A poza tym jest on bardzo nieuprzejmy i odpychający a tak właściwie to nie wiadomo co to za podejrzane indywidu-um, lepiej się trzymać od niego z daleka.
Zadałem mu pytanie; a pracowałeś z nim? Nie! - i całe szczęście. A może by-liście gdzieś razem lub wraz z innymi na piwie czy wódce w knajpce? Z nim? – Boże uchowaj! To może nadepnął ci kiedyś prywatnie lub służbowo na od-cisk? Nie! – nigdy bym na to nie pozwolił a zwłaszcza takiemu jak On!
Spojrzałem mu prosto w oczy i zapytałem go wprost; - nie pracowałeś z nim, nie rozmawialiście służbowo ani prywatnie poza miejscem pracy, nie naraził ci się niczym. Czy mogę przyjąć, że właściwie go w ogóle nie znasz, nawet nie wiesz kim jest w życiu prywatnym, to dlaczego masz o nim tak bardzo nega-tywne zdanie?
Booo.., bo widzi pan, Panie Inżynierze, bo… inni tak mówią!
Wiesz Jolu, już go nie pytałem o to, co inni mówią ale uczciwie ci się przy-znaję, że nie dążyłem do wyświetlenia tej historii. Nie odczuwałem takiej po-trzeby! Widzisz, są tacy ludzie co wysyłają bez swej woli takie nieprzychylne dla nich sygnały. Powinniśmy się uczyć ich tolerować a wierz mi, to jest trudna sprawa, o wiele łatwiej jest takiego odtrącić i nie zawracać sobie nim głowy. Proste, łatwe a jakie wygodne, bo przecież zawsze znajdziemy swoje uzasadnienie - myśmy chcieli - tylko że On…..
- No właśnie Dziadku, co prawda nie zadawałam sobie takiego pytania, ale nie raz byłam zaskoczona że z jednymi koleżankami można się natychmiast zaprzyjaźnić, z innymi dopiero po pewnym czasie, a z innymi utrzymywane są tak zwane - poprawne stosunki przyjacielskie.
- Czasem wydaje mi się Jolu że takie negatywne postrzeganie innej osoby spowodowane, albo jeśli wolisz, spotęgowane jest jeszcze dodatkowymi ce-chami charakterologicznymi. Taka osoba czując się nieaprobowaną stara się zwrócić na siebie uwagę. Jak ci już mówiłem, w niektórych przypadkach osoby takie nie mają zbyt wiele mądrego do powiedzenia, a wiecznie coś pa-plą, zwykle o sobie, bez ładu i składu, nie potrafią przyznać się do błędu, zawsze muszą mieć rację. Przyroda jednak nie lubi nierównowagi i dlatego są również takie negatywnie postrzegane osoby, które cechuje wysoki poziom inteligencji, wiedzy, doświadczenia życiowego i nietuzinkowych dokonań.
Takie osoby nie są jednak właściwie oceniane a tym samym aprobowane gdyż postrzegający nastawieni są negatywnie i nie chcą tego zauważyć czy docenić. Obawiają się podświadomie, że może to prowadzić do własnej depre-cjacji lub inaczej mówiąc, do zdewaluowania swojego wyobrażenia o sobie. Wierz mi Jolu, spotkasz się z takim zjawiskiem i to nie raz, zapewniam cię,
że nie będzie ci łatwo zająć właściwie wyważone stanowisko. Nie ma ludzi doskonałych, wszyscy mamy jakieś braki, przywary czy skłonności. Ustawia-nie się po tej lepszej stronie, bezkrytyczne ocenianie w naszym mniemaniu TEGO gorszego niż JA, sprawia nam łechcącą naszą próżność – przyjemność i zadowolenie. Daje to nam miłe egoistyczne odczuwanie nie tylko usprawie-dliwionego ale i w pełni zasłużonego prawa do ogrzewania się w blaskach po-czucia swej wartości, lepszości i samolubnej wyższości.
Jan Twardoch – Wrzesień 2020 - Katowice
8 - Apodyktyczność.
13 – Wdzięczność.
20 - Odpowiedzialność i Godność Osobista.
27 - Herbowi.
33 – Za wszelką cenę pokazać że się wie lepiej.
42 - Autodestrukcji i Autoagresji.
48 - Zaufanie.
56 - Stagnacja i Indolencja.
61 - Obietnica.
69 - Mizantropia i Filantropia.
75 - Bez powodu nie lubić kogoś.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania