Odraza
Ręce do Boga w podzięce złożę
Choć agnostyka formę przybieram
Za to, że nie mam ciebie na co dzień
Martwyś ty dla mnie, odejdź, umieraj!!!
Ileż to czasu czekać musiałam?
Żebyś łaskawie odszedł daleko
Razy tysiące ci wybaczałam
Choć fatum wrzące rozlało mleko
Nie rozumiałeś słów mych zupełnie
Niczym bumerang wrócić pragnąłeś
Lecz los nauczył iż nawet w chełmie
Cios prosto w serce może zaboleć
Brzydzę się tobą, brzydzę do reszty
Czemuś warował jak pies pod drzwiami?
Po cóż ci były maski i gesty?
Skoro żeś został na koniec sam i
Pojąć nie umiem po co żeś zwlekał?
Kiedy godzina śmierci wybiła
Długie miesiące na cud żeś czekał
Zgasła wtem iskra, co serca tliła
Dobrze ci radzę, zostań jak stoisz
Nie waż się patrzeć w świata te strony
Gdzie okno moje ran twych nie goi
Na sam twój widok zsuwa zasłony
Ja tu zostanę, trzy wdechy złapię
Ścianom w mym domu znowu opowiem
Jak to sumienie dręczy i drapie
Jak marną gnidą może być człowiek
Przysiądz dziś mogę na to co kocham
Chociaż na codzień tego nie robię
Raz do mnie jeszcze słowo choć szepniesz
W marnym i zimnym polegniesz grobie..
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania