Odroczenie Część I.

Odrodzenie

Cz. I.

- Słońce zaszło nad epoką sensu. - Deklamował Doktor nalewając do szklanki błyszczącą lemoniadę - Zamykając drzwi od mieszkania cywilizacji pozostawiło po sobie przygniatający posmak absurdu w ludzkim gardle. To nigdy nie było łatwe; znaleźć ideał, wartość, która poprowadziłaby człowieka przez życie a przynajmniej jego część, hojne złoże sensu, takie co może być eksploatowane przez lata jak ropa naftowa. Jednak współcześnie takie przedsięwzięcie jest po tysiąckroć bardziej wymagające, oczekuje więcej środków, więcej dewocji i studiów…

- A może właśnie na odwrót? - Zamyślił się Moses spoglądając na wielką pomarańczową plamę otulającą panoramę miejskiej - Może kwintesencja sensu spoczywa w braku prowadzenia poszukiwań, w maksymalnej prostocie?

- Cóż jest to kuszące, i może nawet prawdziwe stwierdzenie ale… zamoczywszy stopy w tej egzystencjalnej wodzie nie widzę szans na powrót, spojrzenie w tą figuratywną pustkę wiąże się z powstaniem nieusuwalnego wspomnienia.

- Hmh - bez entuzjazmu przytaknął Moses, który w swoich ludomańskich przekonaniach wierzył w odkrycie sensu życia na wsi.

Dzban, który pustoszał wraz z trwaniem rozmowy oddał swoje ostatnie krople lemoniady i wywołał tym samym zawód wśród cierpiących na lipcową duszność towarzyszy. Uzgodnione zostało, że wraz ze zniknięciem napoju odeszła znaczna część uroku stolika na tarasie obleganego przez hordę komarów.

Kierując się w stronę przystanku tramwajowego - ostatniego cel wspólnego wyjścia przeszli obok kościoła Św. Piotra i Pawła i jakby naturalnie;

- Wierzysz w coś?

- W to, że Chiny to cudowny kraj. - Rzucił Moses.

- A na poważnie?

- Nie wiem… To nie jest sprawiedliwe pytanie, w tak sceptycznej epoce nie mam pewności czy prawo jest po prawej a ty oczekujesz, że w dwóch zdaniach opiszę ci swoją duchowość.

- Czyli jakaś jest?

- Chyba tak, chyba każdy ma jakąś, a ty?

- Staram się, od dawna interesuje się religią, mistycyzmem… Tak jak powiedziałeś ta epoka utrudnia wiarę w cokolwiek, przez co czuję jakbym dryfował między ateizmem a teizmem, i nie wiem jak trafić na drugi brzeg religijnej rzeki.

- Rozumiem cię, ehh - Powietrze powoli ulotniło się z ust Mosesa - Wiesz, obok jest księgarnia a ja szukam jednej książki, chcesz może wejść?

Naturalnie weszli. Moses ruszył w kierunku napisu “nauka języków”, natomiast Doktor czując się jak dziecko w sklepie z cukierkami zaczął metodycznie przeglądać półki wyginające się pod ciężarem papieru. Atlasy, rozprawki filozoficzne, opracowania historyczne przechodziły przez dłonie starające się utrzymać podekscytowanie w granicach powagi.

- Gdyby tylko to wszystko przeczytać. - Mamrał pod nosem. Oczywiście to niemożliwe, bardzo silna była jednak w Doktorze pokusa, pokusa przeżycia więcej niż jednego życia, ujrzenia wszystkich miejsc i poznania wszystkich ludzi czego namiastki szukał na stronach książek. Nie mogąc się nacieszyć ekskawacją spostrzegł wracającego Mosesa, z małym tomikiem - pewnie swoją zdobyczą w opuszczonej do pasa dłoni.

- Masz też coś dla siebie? - Zapytał przychodzący.

Wyjście bez niczego Doktor widział za pewną formę porażki, chwycił za okładkę; “Sztuka Indii” i niepewnie pociągnął do siebie, od teraz byli skazani na siebie.

- Chodźmy do kasy - Powiedział patrząc na nowy nabytek. - A ty co kupiłeś?

- Ostatnio chciałem podłapać jakiś język, kupiłem rozmówki po chińsku.

- Chińsku? nieortodoksyjny wybór, gdzie ty planujesz w tym mówić?

- Coś się na pewno znajdzie.

Trasa od sklepu po metę przebiegła w ciszy przerywanej turkotem pędzących po nierównej trakcji tramwajów. Kiedy nikt nie patrzył słońce zniknęło z horyzontu a miasto z pomarańczowego zabarwiło się na głębokie indygo. Przystanek był niemal jak zoo, w którym ulubionym zwierzęciem byli ludzie a widzami gołębie; analizowały, i kręciły się dookoła żywej ekshibicji jakby oczekując występu na żywo.

- Trójka za 2 minuty, a ty czym jedziesz? - Patrząc na rozkład spytał Doktor

- Czymkolwiek, ale w drugim kierunku, o tramwaj! Żegnaj! - Moses szybko uścisnął koledze rękę, ruszył na drugą stronę rozpraszając tłum gołębi chwilę po czym wsiadł do tramwaju i zniknął pośród ludzi.

Przyjemny chłodny wiatr przywodził powracającej armii lotnych krwiopijców, odpychając szarżę komarów Doktor przypomniał sobie, że ma w ręku książkę. Oparłszy się o ścianę zamkniętego kiosku zaczął wertować strony “Sztuki Indii” i szybko zapadł w fascynację nad precyzją rysunków zawartych na jej kartach, zainteresowanie zostało przy nim także w tramwaju, w którym miał ogromne szczęście znaleźć wolne siedzenie.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania