ODWIEDZINY

W trakcie okolicznościowych imprez, pogrzebów czy ślubów, gdy całą familią gromadziliśmy się przy stole, wujowie, pachnący tropikalnymi podróżami, prosto z pociągu, skradającym się truchtem, w spodniach prasowanych na kant, albo w portkach udających dżinsy, dostojni, chętni do kłapania ozorem, spragnieni ciekawostek, zziębnięci, przemoczeni, dodawali sobie animuszu pijąc gorącą herbatę lub wcierając ręce w kaflowy piec - nadciągali z odległych miejsc Wpadali na moment, schodzili się zewsząd, przybywali znikąd, niekiedy na dłużej, a niekiedy pomiędzy nowymi wyprawami.

 

A za nimi pojawiały się ciotki. Pojawiały się hurmem, gwarnie, wkraczały do naszego domu, czyniąc wokół siebie rumor. Niegdyś młode i z pretensjami do urody, lecz niestety już teraz przywiędłe ślicznotki z widokami na na garbaty los, czując się jak przystawki do własnych mężów, będąc w roli potakujących atrap, lądowały na kanapie obok zegara.

Dumne kawalkady kobiet z uczesanym i wyszorowanym przychówkiem, z bachorami podtykanymi do całowania, przytulanymi i częstowanymi cukierkami, układając twarze w inteligentne grymasy, rozprawiały o zakupach i pogodzie, jakby te właśnie tematy nurtowały je bez ustanku.

*

Na ostatku zjawiał się wuj Ząbek, bywały tu i ówdzie ekscentryk, przyjmowany z otwartymi ramionami, przystojniak o spojrzeniu dogłębnym, konkwistadorskim i penetrującym. Pozował na nieprzejednanego. Przeważnie spięty, szorstki, zachowywał się po sztywniacku.

 

Na ogół przychodził sam, gdyż nie przelewało mu się na seksualnym odcinku. Zazwyczaj brakowało mu świeżej zdobyczy do pokazania: nie dysponował jakimś wystrzałowym towarem godnym zawiści.

 

Czasem jednak widywano go w otoczeniu „marnego puchu”, kobiet pełniących rolę męskiej biżuterii.

 

Niektóre laski włóczyły się za nim z nawyku do komfortu, inne, z racji nieuchwytnej sympatii, wszystkie zaś dzieliły się na stałe lub dochodzące.

Był z tej przyczyny mniej więcej zadowolony. Mniej więcej, bo szybko nudził się ich standardowymi opakowaniami. Męczyły go ich zblazowane grymasy, badawcze spojrzenia, nadąsane twarze, zmrużone oczęta udające głębię.

Nużyły go monotonne zaloty, oklepana uroda i wyczynowe biegi po erotyczne zaspokojenia, jakkolwiek uważał, że kobiety należy kochać po ich grób.

Miał je za neutralne płciowo facetki. Tylko im zwierzał się ze swoich podbojowych sukcesów, przy czym, każdej z nich druzgotał serce. Zachowywał się jak niefrasobliwy kokiet, podczas gdy odrzucone kumpele, stając się lakoniczne, powściągliwe w mimice, błyskotliwe z wysiłkiem, butwiały seksualnie, gorzkniały od czekania na jakąś chemię, na byle jaki dreszcz.

 

Od razu, po przywitaniu, gdy tylko zaczerpnął tchu i odzyskał rezon, przystępował do wyrażania sądów. Kreował się na typka zipiącego nowymi prądami, pozował na przecherę, który wziął urlop od zmartwień i rozbrat ze swoją przeszłością. Nie chciało mu się niczego wiedzieć na sto procent, miał gdzieś i potąd owo z każdej strony trafne przelewanie z pustego w próżne.

Nie pozwalał sobie na mówienie w aluzyjnych konwencjach, na wypowiedzi upstrzone niejasnymi dygresjami. Czasem był niekomunikatywny, wyniosły i zimny. Niekiedy rozmowny aż do granic dobrego smaku.

Gdy szedł „do ludzi”, kiedy przebywał w otoczeniu przypominającym ruinę, szczątek, surogat i skansen złożony z zaprzepaszczonych marzeń, obnosił się ze swoim żalem uważając, że nikt go nie rozumie, a wszyscy nim poniewierają Bóg wie za co.

We własnym mniemaniu był wesoły, jak wymagała tego sytuacja. Zaś gdy wypadało okazywać przygnębienie i trzeba było zachowywać się poważnie, dostrajał się do panującego zasmucenia i uchodził za wyrafinowanego luzaka.

 

Lubił, gdy myślano o nim jak o uniwersalnym znawcy ludzkich błędów. Nie znosił natomiast, kiedy brano go za ofiarę losu: anioła pozbawionego praw do noszenia aureoli.

Przez długie lata żył samotnie, kontemplacyjnie i mniej więcej tak to wyglądało z zewnątrz.

Jego czas dzielił się na pracę w domu i pracę dorywczą, poświęconą zainteresowaniom. W domu zajmował się noszeniem sprawunków, sprzątaniem i dbaniem o konwenanse.

Jednak w zaciszu swojego pokrętnego ducha, rozmiłował się w słuchaniu pochwał na swój temat; chciał być akceptowanym bez zastrzeżeń. Co gorsza, nie wątpił, iż tak jest w istocie, że jest z niego fenomenalny, znakomity, niedościgły przykład do naśladowania.

Dopiero na stare lata pojął, że mylił się od „a” do „z”: uprzytomnił sobie, że nigdy nie stanowił wzoru do naśladowania. Spostrzegł, iż był raczej wykidajłą szlachetnych myśli, psychiczną marionetką i intelektualnym niedołęgą.

Ale to przeświadczenie miało dopiero przyjść; miało być jego łabędzim śpiewem. Teraz nie godził się z tym, że wytykano mu wady, do których wolał się nie przyznawać. Na pozór tajne i prawie poufne, znane nielicznym totumfackim, zręcznie ukryte, przemyślnie zamaskowane przed niewtajemniczonym, a wścibskim okiem postronnych znawców jego zagmatwanej duszy, były jednak wyraźne.

 

Na razie więc krygował się: powiadał, że pragnie żyć bezszmerowo, być własnym cieniem. Zapewniał, że już nie ma ochoty należeć do hałastry napiętnowanej egoizmem i nie chce obnosić się ze swoją histerią.

Nie cierpiał natomiast, gdy zaczynano poznawać się na nim, dobierać mu się do skóry, dostrzegać jego ułomności. Gdy go starannie, na zimno i brutalnie demaskowano.

Wzruszał się, niemalże płakał nad sobą, prawie że dostawał estetycznych konwulsji, bo powiedziano mu, że gmeranie we własnych problemach jest obowiązkiem współczesnego zjadacza chleba. Bo wmówiono mu, że kto świadomie uchyla się od publicznych umartwień, nie zmienia żon jak skarpet i nie pochwala ekstremalnego seksu, kto nie obnaża się w blasku jupiterów, kamer i sztucznego aplauzu, kto stroni od rozdzierania szat i analizowania swoich metafizycznych flaków, ten odstaje od mądrych ludzi, którzy wiedzą, jak się urządzić.

Gdy więc wpojono weń, że nie powinien ociągać się z podążaniem za modą, bo w przeciwnym razie będzie brany za odmieńca, dziwaka, za ciemięgę, z którym nie warto się zadawać, wchodzić w układy, parantele i komitywy – uwierzył. Tym silniej dał wiarę, że raporty z mniemań były na topie.

 

Taktyka stadnego działania świadczyła o właściwym pojmowaniu rzeczywistości: zasługiwała na oklaski. Dostosował się do niej, gdyż nowe tysiąclecie wymagało nowej aranżacji. Dążył zatem do zwrócenia na siebie uwagi: przywdziewał oczekiwane miny i chciał, by było o nim hałaśliwie.

 

Wkrótce jednak, gdy zorientował się, że mają go za durnia, za frajera, który tak zabawnie pieprzy o swoich niefartach, wycofał się z tandetnych wynurzeń. Odłączył od nurtu pokutników na zamówienie. Odstąpił od uprawiania igraszek z otwartością. Zrezygnował z bycia na celowniku.

 

Od tej pory uwziął się, by nie lubić rozbuchanych wyznań i publicznego kajania. Jakiegoś nieważnego dnia zapragnął, by znano go z powściągliwości, zanim więc wypowiedział byle namaszczone zdanie, toczył ze sobą walkę. Wiódł bitwę, by można było zaświadczyć, że ma ludzkie odruchy, jest tarmoszony przez rozterki i wątpliwości, by mówiono o mordędze, z jaką chce zmienić się na plus.

Ni stąd, ni zowąd przepoczwarzył się w ascetę. O miłości nie ględził. Sądził, że nie nadaje się do snucia widowiskowych zwierzeń i niefrasobliwych dywagacji. Raziło go figlarne myszkowanie po cudzych postępkach. Nie zapominał, że nadmiar owocuje przesytem.

Ale tak czy siak, był chytrym ćwikiem próbującym dostosować się do nowej epoki, a jego bitwa, potyczką na gumowe noże: wujem wyrosłym na kompromisowych pożywkach: wujem ni to, ni sio, wujem przestarzałej generacji; wujem bezczelnym i zachwyconym sobą, spryciarzem nie wyobrażającym sobie życia bez podkładania świń, kopania dołków, zawistnej walki o swoje na wierzchu.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania