Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Odwrócona perspektywa - 10. Gorszy dzień.
Pozornie swobodna i koleżeńska atmosfera – niezobowiązująca zażyłość podszyta kroplą drogiego alkoholu, a tak naprawdę trwała tutaj brutalna walka o wpływy.
Edward rozparł się w szerokim fotelu, poluzowując ściśnięty krawat. Jego twarz była niewzruszona, dumna i absolutnie pewna siebie – trzymał ich w garści, pozwalając wierzyć, że mogą się z nim równać.
— Mówię ci, Janku, to jest nasz czas — Edward uniósł szklankę, w której bursztynowy płyn leniwie obmywał kostki lodu. — Ten kraj to plac budowy, a my jako jedyni mamy łopaty. Jeśli teraz przyciśniemy, za pięć lat nie będziemy musieli pytać nikogo o zdanie.
Jan uśmiechnął się półgębkiem, choć jego wzrok pozostał czujny. Oparł łokcie o kolana, obracając w palcach puste naczynie — Ryzykujemy, Edward. Te ostatnie kontrakty... jeśli ktoś zacznie węszyć…
Edward machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę.
— Przestań. Dokumenty są jak ludzie; mają taką wartość, jaką im nadasz. Wszystko, co mogłoby nam zaszkodzić, jest w bezpiecznym miejscu. Poza tym, od czego mamy następców?
Zaciągnął się dymem i wypuścił go powoli w stronę sufitu, gdzie kłębił się w szarych obłokach.
— Weźmy dla przykładu twojego Roberta. Ty nazywasz to butą, ja widzę w nim materiał na lidera. Chłodny, analityczny umysł i ten rodzaj bezkompromisowości, którego nie kupisz za żadne pieniądze. Skończył osiemnaście lat, Janek. Najwyższa pora rozciąć ten ochronny kokon i pokazać mu, co jest pod spodem. Musimy ich wdrażać w mechanizmy, pokazywać, gdzie są szwy tego świata, póki jeszcze nas słuchają. Bo w naszym fachu nie znasz dnia ani godziny.
Pochylił się do przodu, a jego głos stał się niższy i bardziej poufny.
— Dzieci to nasze najlepsze ubezpieczenie. Polisa, której nie wykupisz w żadnym funduszu. Gdyby kiedyś coś poszło niezgodnie z planem, gdyby grunt zaczął nam uciekać spod nóg... to one będą trzymać sznurki. Muszą wiedzieć tyle, by nas chronić, i milczeć tak długo, byśmy mogli spać spokojnie.
Jan przytaknął, choć jego dłoń na kieliszku lekko zadrżała. Spojrzał na zegar stojący w rogu gabinetu. Rytmiczne tykanie wydawało się teraz nienaturalnie głośne.
— Robert woli swoje atlasy i te plastikowe gady — mruknął Jan, tonem, który udawał rozżalenie. Jakby czuł wstyd, że nie potrafił zaszczepić w chłopaku tego samego głodu władzy, który rozpalał oczy siedzącego naprzeciwko Edwarda
— To go naprostuj — uciął bezkompromisowo Edward. — Musi zrozumieć, że lojalność wobec rodziny to jedyna waluta, która nie traci na wartości.
Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie trzaskiem lodu w szklance. Edward odstawił alkohol i rozejrzał się po pokoju, jakby nagle czegoś mu zabrakło. Wyjął z ust papierosa i zmrużył oczy, patrząc na puste krzesło, na którym jeszcze dwadzieścia minut temu siedziała małżonka Jana.
— A propos… — zaczął Edward, bębniąc palcami o blat. — Twoja Ela wyjątkowo długo nie wraca. Wiem, że kobiety mają te swoje rytuały przed lustrem, ale to już zakrawa na małą ucieczkę. Koniak stygnie, a my jeszcze nie dobiliśmy targu w sprawie tych gruntów przy autostradzie.
Jan wyprostował się powoli, maskując niepokój wymuszonym ziewnięciem.
— Pewnie nie mogła się powstrzymać i wyszła do ogrodu. Od tygodnia suszy mi głowę tym waszym oczkiem wodnym. Mówiłeś, że kto wam je projektował?
Edward uśmiechnął się, ale w jego spojrzeniu pojawił się chłodny błysk, którego Jan tak bardzo się obawiał. Janek nie czekał na odpowiedź; chwycił karafkę i z przesadną starannością dolał wspólnikowi alkoholu, jakby poziom płynu w szklance był w tej chwili najważniejszą kwestią w całym holdingu. Zagadał go o rodzaj pompy, o koszt sprowadzenia rzadkich lilii wodnych, zarzucając lawiną technicznych detali, byle tylko wypełnić tę gęstniejącą ciszę. Robił wszystko, by wzrok Edwarda znów nie powędrował w stronę pustego korytarza.
Oskar kulił się w fotelu, za wszelką cenę próbując uciec przed światłem wpadającym przez szerokie okna – każda smuga słońca zdawała się ranić jego zmęczone powieki. Wszystkie dźwięki dudniły mu w głowie z podwójną siłą – począwszy od szumu klimatyzacji, przez stukot obcasów na polerowanym gresie, aż po jego własny, płytki oddech.
Siedział niemal bez ruchu; opierał łokcie na pustym biurku, wlepiając znużony wzrok w wyłączony monitor. Nawet nie udawał, że pracuje. Był tylko on i jego własne, niewyraźne odbicie w czarnej matrycy.
Drzwi otworzyły się bez pukania. Ciężki krok, którego Oskar nie pomyliłby z żadnym innym, sprawił, że mimowolnie się wyprostował, choć kręgosłup zdawał się być wykonany z kruchego szkła.
— Wyglądasz jak gówno, Oskar — rzucił krótko mężczyzna, nie bawiąc się w uprzejmości. Podszedł do biurka i położył na nim otwarte dłonie, nachylając się nad skuloną sylwetką. — Lekko mówiąc, nie jesteś w formie.
Oskar powoli uniósł wzrok, czując, jak żołądek wykonuje niebezpieczny obrót.
— Mnie też miło cię widzieć, tato — odgryzł się, próbując nadać swoim słowom ton ciętej riposty, choć w jego stanie brzmiało to raczej jak bełkotliwa linia obrony — To tylko gorszy dzień. Po lunchu ruszę z kopyta.
— Gorszy dzień? — Edward prychnął, prostując się. — Od miesiąca widzę cię w tym stanie co drugi poranek. Zachowujesz się jak szesnastolatek, który dorwał się do barku rodziców, a nie jak trzydziestopięcioletni mężczyzna, który ma swój własny biznes. Ludzie patrzą. Pracownicy gadają. Ogarnij się.
Oskar potarł obolałe skronie, czując lawinowo wzrastający puls.
— Masz rację. Przyznaję ci ją bez bicia. Trzy butelki wina na dwie osoby to zdecydowanie za dużo. Nawet jak na moje możliwości.
W gabinecie zapadła nagła, niezręczna cisza. Edward zmrużył oczy. Aluzja była zbyt czytelna, by mógł ją zignorować. Wiedział dokładnie, kto trzymał drugi kieliszek.
— Klara — powiedział Edward, a jej imię zabrzmiało w jego ustach jak nazwa niebezpiecznej substancji.
— Jest... towarzyska — wymruczał Oskar, unikając kontaktu wzrokowego.
— Zmieniła zdanie?
Oskar zaprzeczył ruchem głowy, którego pożałował już w chwili, gdy świat przed oczami stracił na moment ostrość.
Edward obszedł biurko i usiadł na krześle dla gości, splatając dłonie na kolanach. Jego ton nagle złagodniał, co było znacznie bardziej przerażające niż wcześniejszy wybuch.
— Posłuchaj mnie uważnie, synu. Uczyłem cię wszystkiego. Jak czytać sprawozdania finansowe, jak wyczuwać kłamstwo i jak dociskać kolanem, gdy przeciwnik leży na ziemi. Ale uczyłem cię też jednej, najważniejszej zasady: nigdy, pod żadnym pozorem, nie łącz miłości z interesami.
Pochylił się, zniżając głos.
— Klara to nie jest dziewczyna, z którą pijesz wino dla przyjemności. Klara to środek do celu. To element układanki, którą składamy od ponad dwudziestu lat. Nie przywiązuj się do niej, Oskar. Uczucie to smycz, na której prowadzą cię inni. A ty masz być tym, który trzyma bicz, a nie tym, który merda ogonem, zrozumiano?
Oskar poczuł, jak w gardle rośnie mu sucha gula. Chciał odpowiedzieć, że panuje nad sytuacją, że to tylko pozory, ale obraz śmiejącej się Klary, która wiła się pod jego nagim torsem był zbyt wyraźny.
— Jasne — skłamał, czując, jak ból głowy staje się niemal nie do zniesienia.
Edward wstał, poklepał go protekcjonalnie po ramieniu i ruszył do wyjścia.
— Lepiej żeby tak było. Bo jeśli serce zacznie ci dyktować warunki, będę musiał sam dokończyć to, co zaczęliśmy. A wiesz, że ja nie mam takich skrupułów jak ty.
Dla Roberta świt był tępym uderzeniem obucha. Otworzył oczy. Plecy odezwały się chórem bolących mięśni, z których każdy domagał się osobnej uwagi. Nie pamiętał, jak wrócił, ale odór tanich perfum i papierosowego dymu, który przesiąkł jego ubrania, był wystarczającym dowodem grzechu minionej nocy. Leniwie wstał z kanapy i ruszył do kuchni.
Przy stole, na miejscu, które zazwyczaj zajmowała Laura, siedziała Klara. Nie piła kawy, nie przeglądała telefonu; po prostu trwała w ciszy, wyprostowana, z twarzą zastygłą w wyrazie głębokiego zmęczenia. Gdy Robert usiadł ciężko na krześle, nie zaszczyciła go ani jednym pytaniem o to, gdzie był, kiedy zaniepokojona Laura wydzwaniała do niej w środku nocy. Zamiast tego, powolnym, niemal ceremonialnym ruchem, położyła na blacie pęk kluczy z charakterystycznym, starym brelokiem w kształcie jaszczurki. Zadzwoniły o drewno nienaturalnie głośno. To były klucze do ich rodzinnego domu – miejsca, które od trzech lat stało puste, strasząc wspomnieniami.
— Trochę posprzątałam, media są opłacone na bieżąco, jedyny problem to pusta lodówka. Nie zdążyłam zrobić zakupów — powiedziała cicho Klara, a jej wzrok po raz pierwszy spoczął na jego przekrwionych oczach. — Twoje rzeczy są już w torbach przy drzwiach.
Robert poczuł, jak resztki alkoholowej mgły momentalnie parują, zostawiając po sobie lodowatą, krystaliczną trzeźwość.
Nie było awantury, nie było krzyków, na które mógłby odpowiedzieć agresją. Był tylko ten metaliczny dźwięk kluczy. Spojrzał na jaszczurkę przy breloku i przez ułamek sekundy poczuł mdłości, nie od picia, ale z nagłego zrozumienia. Laura nie tylko wyrzucała go z domu; ona wycinała infekcję, zanim ta zdążyła zabić resztę rodziny.
Robert zacisnął palce na zimnych kluczach, czując ich krawędzie wrzynające się w skórę. W gruncie rzeczy nie czuł żalu. Czuł ulgę skazańca, który w końcu usłyszał wyrok, na który pracował każdego dnia przez osiemnaście lat małżeństwa.
Komentarze (1)
"Dokumenty są jak ludzie; mają taką wartość, jaką im nadasz."
Zawsze mnie zastanawiała słabość mężczyzn, którzy dają wyrzucić się z domu. Chyba tylko w książkach i filmach tak jest. Feministyczna propaganda ;)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania