Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Odwrócona perspektywa - 12. Biczogon.
Robert usiadł na skraju granatowej rogówki i zgarbił się, splatając palce zmarzniętych dłoni. W półmroku salonu jego twarz wydawała się starsza i naznaczona bruzdami, których jego syn wcześniej nie dostrzegał.
— Zawaliłem jako ojciec, zawaliłem na każdej linii. Przepraszam, Igor — zaczął zachrypniętym głosem. — Ale musisz zrozumieć... ja sam jestem tylko dzieckiem, które każdego dnia na nowo przeżywa tamten dzień. Całe życie gonię cienie, szukając morderców twoich dziadków. I kiedy myślałem, że ich mam, kiedy byłem o krok od wskazania ich palcem, ktoś postanowił mnie uciszyć.
Igor słuchał tej opowieści w milczeniu, zastanawiając się, dlaczego to wszystko musiało skończyć się w ten sposób. Czemu nieprzepracowana trauma ojca musiała położyć się cieniem na ich całej rodzinie? Nie chciał dźwigać tego ciężaru. Nie chciał dłużej pokutować za błędy, których nie popełnił.
— Musieliśmy zmienić szkołę. Były artykuły w sieci i prasie. Matka wylądowała na antydepresantach. Gdyby nie ciocia to…
— Wiem, Igor — Robert wbił się w jego wypowiedź. Każdy punkt wyliczanki Igora sprawiał mu niemal fizyczny ból. — Naprawdę bardzo was za to wszystko przepraszam. Wiem, że to moja wina. Nie szukam usprawiedliwienia, tylko… muszę poznać prawdę, to wszystko.
Igor poczuł, jak gniew, który nosił w sobie od lat, powoli ustępuje miejsca dziwnemu rodzajowi litości.
— Matka wczoraj rozmawiała z ciotką w sprawie pozwu rozwodowego. Zrobisz z tym coś?
Robert z trudem przełknął ślinę. Nie spodziewał się, że sytuacja tak szybko wymknie mu się spod kontroli i eskaluje do tego stopnia. Sparaliżowała go bezsilność, podczas gdy Igor stał nad nim, domagając się gotowego rozwiązania.
— Zrobię wszystko, żeby do tego nie doszło. Obiecuję. Daj mi tylko chwilę, daj jej czas... nie zostawię was więcej, Igor. Masz moje słowo.
Chłopak odetchnął głęboko, jakby słowa ojca przyniosły mu długo wyczekiwane ukojenie. Uwierzył. Właśnie po to tutaj przyszedł – po nadzieję, że mimo zgliszcz, ich rodzinę da się jeszcze posklejać.
Ziewnął przeciągle, rzucając szybkie spojrzenie na zegarek. Miał już dosyć tej rozmowy; potrzebował zmiany tematu, by poukładać w głowie chaos, który wywołały wyznania ojca.
— Jest już późno. Następny autobus mam dopiero za godzinę. Mogę zostać na noc? — Jego głos był cichy i spokojny. Zaskoczył samego siebie tym pytaniem.
Robert drgnął, a w jego oczach pojawił się rzadki błysk autentycznego wzruszenia. — Tak. Oczywiście. Napiszę do mamy.
Pokój na piętrze był kapsułą czasu. Igor wszedł do środka, czując na karku chłód nieużywanego pomieszczenia. Meble, plakaty, książki – wszystko zamarzło w czasie dwadzieścia dwa lata temu. Jego uwagę od razu zwróciła imponująca kolekcja figurek na regale. Igor Przesunął wzrokiem po szklanych półkach, gdzie w równych rzędach prężyły się gumowe monstra o martwych, szklanych oczach i nienaturalnie powyginanych ogonach. Jedne biły po oczach jadowitą pomarańczą łusek, inne, pokryte warstwą kurzu, zlewały się z tłem regału, przypominając miniaturowe smoki lub zmodyfikowane i przerośnięte węże.
Robert stanął w progu, patrząc na model, który Igor właśnie wziął do ręki.
— Biczogon — wskazał na toporną, pustynną jaszczurkę w odcieniu seledynowej zieleni. — Nigdzie nie mogłem jej dostać. Czułem się jakbym wygrał na loterii, kiedy ojciec przywiózł mi ją z jakiegoś konwentu naczelników. W sumie to było niedługo przed tym, co się wydarzyło. Wrócił wtedy taki... inny.
Robert zamilkł na moment, jakby przytłoczony własnym wyznaniem, ale Igor sprawiał wrażenie, jakby myślami był już zupełnie gdzie indziej.
— Gdybyś czegoś potrzebował, będę na dole, zajmę się kolacją – powiedział, na co chłopak tylko skinął głową w milczeniu.
Gdy Robert wyszedł, Igor wciąż podziwiał figurkę biczogona. Była ciężka, wykonana z twardego tworzywa. Przyglądając się jej pod światłem lampki nocnej, zauważył na brzuchu gada nierówną, ciemniejszą spoinę; jakby była uszkodzona i ktoś ją posklejał w tym miejscu. Chłopak ostatni raz wnikliwie obejrzał przedmiot, przesuwając palcem po zgrubieniu. „Jedni kolekcjonują pocztówki z wakacji, inni plastikowe gady po przejściach. Kwestia gustu i w przypadku tej rodziny, prawdopodobnie odpowiedniego terapeuty” – pomyślał z kpiną i odstawił figurkę na stolik nocny, a ciężki ogon stuknął o drewno z głuchym łoskotem.
Klara siedziała przy biurku zawalonym stertą map i wniosków. Analizowała, przetwarzała, liczyła, a jej usta bezgłośnie formowały kolejne liczby.
Dwudziesty czwarty, dwudziesty piąty… trzydziesty. Matematyka za każdym razem dawała ten sam, niepodważalny wynik. Siedem. W jej uporządkowanym świecie to oznaczało nieubłaganą katastrofę.
– Klara! – głos szefa przeciął ciszę pokoju jak uderzenie bata.
Kobieta drgnęła tak gwałtownie, że telefon o mało nie wysunął jej się z drżących dłoni. Szybko go zablokowała, czując, jak serce podchodzi jej do gardła.
—Tak? — zapytała, starając się, by jej głos nie brzmiał jak pisk przerażonego dziecka.
—Wysłałaś już zestawienie do raportu o stanie zasobu geodezyjnego i kartograficznego?
Klara odetchnęła głęboko, ale duszne powietrze urzędu zaczęło ją drażnić. Poczuła nagłe zawroty głowy, wywołane wzrastającą temperaturą w tym zdecydowanie zbyt ciasnym pokoju. Dane statystyczne. Raporty. Terminy. To wszystko było tak absurdalnie nieistotne wobec faktu, że jej ciało właśnie zaczęło pisać własną, niechcianą historię.
— Pamiętam o swoich obowiązkach, szefie — odparła chłodno, choć w środku cała drżała. — Wyślę to przed końcem dnia. Wszystko jest przygotowane.
Naczelnik zmrużył oczy, opierając się o framugę drzwi. Jego twarz wykrzywił grymas.
— To zajebiście — rzucił opryskliwie. — Tylko że ustawowy termin upłynął wczoraj! Jeśli urząd dostanie karę za niedopełnienie obowiązków sprawozdawczych, to ty będziesz się tłumaczyć u prezydenta!
Klara zacisnęła szczękę, słysząc huk zamykanych drzwi. Spojrzała na telefon leżący na blacie. Świat map, granic i działek, który do tej pory dawał jej poczucie kontroli, zdematerializował się. Liczyły się tylko te brakujące dni.
Oskar stał przy oknie w gabinecie ojca, czując na plecach jego dociekliwy wzrok. Odliczał do momentu, w którym wybije godzina spotkania z umówionym klientem i będzie mógł uwolnić się od jego pretensjonalnych tekstów, złowrogiej mimiki i złości, przejawiającej się w każdym geście. Powiedzieć, że nie potrafił się z nim w ostatnim czasie dogadać, to jak nie powiedzieć nic. Gdy telefon w kieszeni zawibrował, drgnął mimowolnie. Wyciągnął urządzenie, licząc na jakąś neutralną wiadomość od kontrahenta, cokolwiek, co pozwoliłoby mu na chwilę uciec od ciężkiej atmosfery panującej w pomieszczeniu.
Wystarczyło jedno spojrzenie na ekran, by jego tętno przyspieszyło. Obraz za szybą – lśniące biurowce i tętniące życiem miasto – nagle stracił ostrość, zlewając się w bezkształtną masę. To nie był moment na takie komplikacje. Nie teraz, gdy Robert znowu zaczynał mieszać, a fundamenty ich misternie budowanej mistyfikacji zaczynały drżeć. Ta krótka informacja była jak kotwica, która mogła go pociągnąć na dno, zanim zdążyłby wykonać kolejny ruch.
— Co tam? — zapytał cicho Edward. Głos ojca był niski, pozbawiony emocji, ale Oskar usłyszał w nim drapieżną czujność sępa, który wyczuł nagłą słabość ofiary.
Oskar gwałtownie zablokował telefon i schował go do kieszeni, jakby chciał ukryć dowód zbrodni. Czuł jak dłoń mu drży, więc zacisnął ją w pięść, aż zbielały mu kostki.
— Czego ty właściwie chcesz? — wypalił nagle, próbując zagłuszyć narastającą panikę atakiem. Odwrócił się do ojca, a w jego oczach płonął niebezpieczny, desperacki blask. — Dlaczego tak ci zależy na tym domu? Może warto w końcu odpuścić, zanim wszystko się spierdoli i oberwiemy rykoszetem.
Edward zmrużył oczy, powoli odstawiając szklankę. Milczenie, które zapadło, było gęstsze od dymu papierosów.
— Odpuścić? — powtórzył ojciec, a w jego głosie pojawiła się nuta lodowatego rozbawienia. — Skąd ten nagły sceptycyzm?
Oskar wycofał się z linii strzału. Zmienił ton na neutralny, panicznie bojąc się, że jeden fałszywy gest zdradzi wszystko, co próbuje ukryć.
— Jeśli te dokumenty istnieją od dwudziestu dwóch lat i do tej pory nie wypłynęły, to chyba już nie wypłyną, co?
— Chcesz mi o czymś powiedzieć? Może wiesz na ten temat coś więcej niż ja?
Pod tym świdrującym spojrzeniem Oskar czuł się jak wadliwy towar. Wiedział, że u ojca nie ma taryfy ulgowej – wystarczy jeden błąd, by skończyć jak Marcin. On też był lojalny, dopóki Robert nie wysłał go do szpitala, a Edward nie uznał, że poobijany pionek jest mu już do niczego niepotrzebny. W tej grze pech był wyrokiem śmierci.
Oskar nie odpowiedział. Czuł, że jeśli zostanie w tym pokoju choć minutę dłużej, Edward przejrzy go na wylot. Potrzebował jakiejś wymówki. Musiał wyjść i sprawdzić, czy to, co właśnie przeczytał, to wyrok, czy tylko kolejna przeszkoda, którą trzeba będzie usunąć.
Dzwonek do drzwi zakłócił ciszę z taką intensywnością, że obaj wzdrygnęli się jednocześnie. Robert, schowany w dawnej sypialni rodziców momentalnie oderwał się od laptopa, na którym przeglądał wzmianki o licznych działalnościach Oskara i jego ojca, a Igor, który właśnie naciągał bluzę, zamarł przy oknie. Chłopak wyjrzał ostrożnie przez firankę. Na podjeździe stał srebrno-niebieski radiowóz.
— Kurwa — syknął pod nosem.
Najwyraźniej Filip i tych kilka banalnych gróźb rzuconych w przypływie gówniarskiej pewności siebie właśnie go dopadły. Kierowany bezsilną wściekłością chwycił leżącą na szafce figurkę biczogona – tę samą, którą jeszcze wczoraj badał z taką ciekawością – i z całej siły cisnął nią o podłogę. Plastik pękł z suchym, nieprzyjemnym trzaskiem, a seledynowe odłamki rozprysły się pod łóżkiem. Igor nawet na nie nie spojrzał; wybiegł z pokoju, dudniąc piętami o schody.
Na dole Robert stał już w progu, blokując przejście dwóm funkcjonariuszom
— Igor, musisz pojechać z panami na komisariat — powiedział Robert tonem, który nie znosił sprzeciwu, choć w jego oczach czaił się niepokój. — Chodzi o pobicie tego chłopaka ze szkoły. Pojawiły się nowe zeznania.
Robert spojrzał na syna i przeraziło go to, co zobaczył. W zgarbionych ramionach i rozbieganym wzroku Igora, dostrzegł samego siebie sprzed trzech lat. Widział tę samą bezbronność i przerażenie, które towarzyszyły mu, gdy jego własny świat się walił. Igor był teraz retrospekcją tamtych wydarzeń, ucieleśnieniem zagubienia, które on znał na pamięć.
— Przecież mówiłem, że to nie ja! — żachnął się Igor, ale głos mu zadrżał. — Muszę wziąć rzeczy. W plecaku został telefon i portfel.
— Zostań tutaj — uciął jeden z policjantów, kładąc dłoń na pasie z oporządzeniem.— Panie Robercie, prosimy przynieść rzeczy syna. My tu poczekamy.
Robert skinął głową i szybko ruszył na piętro. Wszedł do pokoju Igora i od razu poczuł pod stopą chrzęst. Spojrzał w dół. W centrum leżał roztrzaskany korpus jaszczurki. Mężczyzna poczuł lekkie ukłucie żalu na widok zniszczonej pamiątki, ale natychmiast stłumił to uczucie – miał teraz na głowie syna, któremu groził poprawczak.
Kucnął, by odgarnąć odłamki, które mogłyby go skaleczyć. Wtedy go zauważył. Pomiędzy pustym ogonem a resztkami brzucha leżał mały, czarny przedmiot. Matowy prostokąt z rzędem złotych styków na krawędzi. Nie było czasu na pytania. Robert odruchowo zacisnął dłoń na kawałku plastiku i wsunąwszy go głęboko do kieszeni spodni, chwycił plecak syna. Zszedł na dół, podał Igorowi bagaż i wymienił krótkie spojrzenie z funkcjonariuszem.
— Jedziemy — rzucił krótko, wychodząc za synem w chłodny, niepewny poranek.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania