Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Odwrócona perspektywa - 4. Tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni
Uderzenie nie było głośne, brzmiało jakby ktoś wyrzucił kawał surowego mięsa na betonową posadzkę. Krótkie, mięsiste klapnięcie skóry o skórę, po którym nastąpiło mokre chrupnięcie przemieszczającej się szczęki. Kolejny cios został wymierzony z tą samą precyzją – pięść uderzyła z głuchym łoskotem, rozrywając tkankę na łuku brwiowym. Ofiara nie zdążyła nawet złapać tchu. Powietrze uciekło z jej płuc z krótkim świstem, gdy plecy uderzyły o metalową szafkę. Każdy ruch napastnika był zwinny, oszczędny i przesiąknięty niszczycielską, wyrachowaną furią, która nie potrzebowała krzyku, by dominować. W ciszy dusznej szatni słychać było tylko rzężenie chłopaka i miarowy, przerażająco spokojny oddech oprawcy. Czuć było odór strachu – ten kwaśny, mdły zapach, który zawsze towarzyszy przemocy. Kolejny cios, szybki i wstępujący, wylądował na żebrach. Usłyszeli charakterystyczny, suchy trzask. Filip osunął się na kolana, krztusząc się krwią i własnym przerażeniem. Napastnik nie przestał. Stanął nad nim, górując w półmroku jak kat wykonujący wyrok, dla którego litość była abstrakcją.
— Przestań! Już dość! — Głos dobiegł z głębi korytarza. Drzwi szatni jęknęły, wpuszczając do środka snop jasnego światła.
Napastnik powoli rozprostował obolałe palce i obrócił głowę w stronę wejścia. Jego twarz była nieruchoma, niemal posągowa, a w oczach tlił się żar tej drapieżnej satysfakcji.
— Zostaw go! — wyrzucił z siebie chłopak stojący w progu, a jego głos drżał tak bardzo, że ledwo można było go zrozumieć. — Co i komu chcesz udowodnić? Naprawdę chcesz skończyć jak ojciec?
— Ostrzegam cię, Przemek. Nie porównuj mnie do niego — odpowiedział, patrząc wzrokiem, który zostawiał rany jak po uderzeniu pejczem. — Nigdy nie będę taki jak on. Frajer ogarnięty chorą obsesją!
Przemek wzdrygnął się, jakby to on dostał cios. Patrzył na brata i widział kogoś, kogo przestawał rozpoznawać. Kiedyś byli blisko – połączeni szczególną więzią, którą rozumieją tylko bliźniacy. Zrośnięci niczym tkanka, funkcjonowali jak jeden organizm. Teraz, trzy lata po tamtych wydarzeniach, byli jak ciało po amputacji – rozdzieleni siłą, z jątrzącą się raną, która nie potrafiła się zabliźnić.
— Nie tędy droga, Igor... Proszę. Chodźmy stąd, zanim ktoś nas znajdzie.
Igor nie miał zamiaru tak łatwo odpuścić. Został ostatni sznyt; splunął na skuloną postać drobnego blondyna, który wbijał wzrok w zakrwawioną posadzkę, desperacko szukając drogi ucieczki, której nie było.
— Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, kurwo — powiedział, rzucając mu ostatnie, wrogie spojrzenie.
Odszedł i minął brata, trącając go w ramię z pogardą, jakby był tylko nic nieznaczącą przeszkodą na drodze.
Dwadzieścia siedem lat. Nieubłaganie zbliżała się do magicznej granicy, za którą życie przestaje być obietnicą, a zaczyna być bilansem. Spojrzała na swoje odbicie w zakurzonym lustrze, jakby szukała w twarzy oznak upływającego czasu. Zegar biologiczny nie bił głośno, ale czuła jego miarowe tętno pod skórą.
Z jednej strony pragnęła bezpieczeństwa, którego nigdy tak naprawdę nie zaznała. Z drugiej – dreszcz, jaki dawał jej Oskar, był jedyną rzeczą, która pozwalała jej zapomnieć o chłodzie tego domu. Ich relacja była prymitywna, zwierzęca, oparta wyłącznie na fizycznej bliskości. Nie zadawała pytań i nie grzebała w życiorysach. Prawie go nie znała, ale może właśnie to było jej potrzebne? Ktoś, kto był tylko „teraz”, bez „kiedyś”.
Były takie dni, kiedy myślała o stabilizacji i założeniu własnej rodziny. Nie była pewna, czy Oskar jest odpowiednią osobą do tej roli, ale nie miała też żadnych dowodów na to, że się nie nadaje. Wczoraj przebąkiwał coś o „bliższym poznaniu” i randkach, a to już pierwszy etap budowania gruntu, który wreszcie nie zapadałby się jej pod stopami. Nie miała żadnego realnego powodu, aby nie pójść za ciosem. Miał stabilną sytuację finansową: był pośrednikiem w obrocie nieruchomościami, miał swoje biuro. Wykształcony, przystojny — jednym słowem dobry materiał na przyszłego męża i ojca ich potencjalnych dzieci. Po narodzinach Zosi, prawie cztery lata temu, niemal zazdrościła bratu życia. Cieszyła się jego szczęściem, a jednocześnie sama marzyła o dużej rodzinie. Potem wszystko się zmieniło. Robert znikł z ich życia, pozostawiając chaos i pustkę, która zalega w domu jej szwagierki po dziś dzień.
Drzwi ustąpiły z charakterystycznym oporem. Zapach starego drewna mieszał się w tym pokoju z aromatem waniliowych świec, które dawno straciły moc. Klara przeszła przez salon. Każdy mebel wywoływał inny obraz. Widziała siebie jako małą dziewczynkę, siedzącą na dywanie, gdy ojciec czytał jej bajki, czule gładząc ją po włosach wielką, ciepłą dłonią. Przypomniała sobie lodowate milczenie matki, gdy Robert pojawiał się w progu, i ten dziwny, elektryczny niepokój, który zawsze wisiał w powietrzu, gdy dorośli szeptali w gabinecie. Nie była już pewna czy te obrazy to wspomnienia czy wytwór jej dziecięcych fantazji.
Potem został jej już tylko Robert. Mając zaledwie osiemnaście lat, musiał wejść w buty, które były dla niego o wiele za duże, i stać się dla niej całym uniwersum. Przez kolejne lata był bratem, ojcem i matką jednocześnie – dziwną, wielowymiarową hybrydą, która chroniła ją przed każdym podmuchem rzeczywistości. Skierowała się do gabinetu. Przez dwadzieścia dwa lata nic się tutaj nie zmieniło. Żadne z nich nie miało odwagi naruszyć zastygłego w tym miejscu czasu, jakby najmniejszy ruch mógł ponownie obudzić czyhające demony.
Klara musiała uporządkować papiery własnościowe przed wizytą agenta nieruchomości. Musiała trzymać się planu. Dała Robertowi słowo, że pozbędzie się tego miejsca najszybciej, jak to możliwe. Dom był kotwicą, którą musieli odciąć, by w końcu przestać tonąć w przeszłości.
Wino w butelce niebezpiecznie zbliżało się do dna, a kurz z akt drażnił gardło, osiadając na podniebieniu gorzkim posmakiem starego papieru. Klara odłożyła kolejny nudny skoroszyt z decyzjami o zatwierdzeniu projektów podziału nieruchomości, gdy jej uwagę przykuła stara, niepozorna teczka opisana jako „Do brakowania”.
W środku nie było oficjalnych pism z urzędową pieczęcią. Znalazła tam mapy geodezyjne – wyrysy z ewidencji gruntów i budynków – z naniesionymi odręcznie czerwonymi krzyżykami. Przy każdym z nich widniały odręczne notatki, które przypominały wyroki śmierci. Szczepański, 84l – brak następców prawnych. Papierzański – bezumowne korzystanie z lokalu – eksmisja.
Przewróciła kartkę i poczuła uderzenie alkoholowego szumu do głowy. To był projekt decyzji o wywłaszczeniu na rzecz Skarbu Państwa, którą jej ojciec osobiście parafował. Chodziło o teren pod „cel publiczny”, który nigdy nie powstał. Na marginesie widniał dopisek:
„art. 34 ust. 1 ustawy o gospodarce nieruchomościami – brak pierwszeństwa w nabyciu, bo nie zdążyli złożyć wniosku w terminie 6 tygodni. Operat szacunkowy zaniżony o 40% – rzeczoznawca „ok”. Teren pod inwestycję komercyjną – czekam na zapłatę.”
Klara wpatrywała się w dokument, czując narastające mdłości. Jej ojciec wyszukiwał nieruchomości o nieuregulowanym stanie prawnym, a potem, wykorzystując brak ciągłości w księgach wieczystych lub zawiłości zasiedzenia w złej wierze, pozbawiał ludzi dachu nad głową.
Nagle w jej uszach zadudniły słowa mężczyzny, którego spotkała w urzędzie: „On nie wypełniał wniosków. On rysował mapę, po której inni biegali jak tresowane szczury.”
Wtedy uważała to za brednie starego frustrata. Teraz trzymała w ręku dowód na to, że jej ojciec, jako naczelnik, celowo naginał miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, by zamienić najatrakcyjniejsze grunty pod betonowe koszmary.
Iście praworządny urzędnik – człowiek, który wieczorami czytał jej bajki, za dnia decydował o ludzkim losie, używając kruczków w kodeksie postępowania administracyjnego z siłą buldożera.
Metalowa brama szczęknęła tuż za jego plecami z dźwiękiem, który znał na pamięć – ciężkim i zwiastującym nieuchronność. Przez trzy lata ten trzask wyznaczał granice jego świata, teraz stał się jedynie echem, zarejestrowanym przez pamięć mięśniową. Mężczyzna nie odwrócił się. Przymrużył oczy, gdy zimne, poranne słońce uderzyło w jego twarz, boleśnie obnażając bladą, niemal pergaminową skórę. Powietrze na zewnątrz było inne, tego zapachu się nie zapomina – było świeże i czyste; pachniało wilgotną ziemią i nadchodzącym deszczem.
Poprawił kołnierz starej kurtki, która teraz wydawała się na niego za luźna, jakby przez te tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni ubyło go nie tylko w pasie, ale i w środku. W kieszeni zacisnął palce na jedynej rzeczy, którą mu zwrócono, a która miała dla niego jakąkolwiek wartość – małym, pogniecionym zdjęciu. Portret niespełna rocznej dziewczynki o jasnych włosach był już niemal całkowicie zatarty przez wilgoć i tysiące dotknięć kciuka. Przez trzy lata patrzył na tę uśmiechniętą buzię każdej nocy przed snem. Obiecał sobie, że odzyska ten uśmiech, choć wiedział, że tamta mała dziewczynka już nie istnieje – zastąpiło ją czteroletnie dziecko, które musiał poznać na nowo.
Dla świata był tylko kolejnym numerem statystycznym, furiatem, który spłacił dług wobec społeczeństwa. Nikt nie czekał na niego pod bramą. Żadnych uścisków, żadnych pytań. Tylko pusta szosa, gdzieniegdzie przeplatana niską zabudową. Ruszył przed siebie pewnym krokiem człowieka, który nauczył się cierpliwie czekać i który wie, że zemsta, podobnie jak sprawiedliwość, nie lubi pośpiechu. Wiedział, że dom wciąż stoi. I wiedział, że tym razem nie pozwoli, by ktokolwiek odebrał mu to, co pozostało z jego rodziny.
Komentarze (2)
A z czystej, wręcz palącej ciekawości... za co uciekło to pół punktu?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania