Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Odwrócona perspektywa - 5. Parias

W salonie zapadł półmrok, delikatnie rozpraszany światłem lampki nocnej, ustawionej na wysokim parapecie, i głęboką czerwienią wina w kieliszkach. Klara wtuliła się w wielką, miękką poduszkę, jakby ta mogła ją osłonić przed brutalnym światem, o którym właśnie opowiadała. Oskar siedział blisko, emanując spokojem, który był jej teraz tak bardzo potrzebny. W końcu zaczęła mówić – o koszmarach, które wracały każdej nocy, o zapachu starej szafy i krwi na dywanie. Opowiedziała mu o tragicznej śmierci rodziców, o tamtej nocy, która rozcięła jej dzieciństwo na pół, i o domu, który z sanktuarium stał się mauzoleum. Oskar słuchał w milczeniu, a na jego twarzy malowało się szczere wstrząśnienie, jakby dopiero teraz zrozumiał, pod jak wielkim ciężarem uginały się jej ramiona. Kiedy skończyła, odstawił kieliszek i ujął jej dłoń, gładząc kciukiem wierzch dłoni.

— Nie musisz już przez to przechodzić sama. Pomogę ci — wyszeptał, a w jego głosie brzmiała kojąca pewność. — Sprzedamy to miejsce. Znajdę kogoś, kto kupi ten dom z jego upiorną historią, a ty zaczniesz od nowa. Razem zaczniemy.

W jego oczach pojawiło się autentyczne wsparcie. Uwierzyła, że fundamenty pod jej stopami wreszcie przestają drżeć.

Usłyszeli głośne pukanie do drzwi. Było rytmiczne i bezpardonowe. Klara gwałtownie poderwała się z miejsca i poszła otworzyć, czując na plecach pytające spojrzenie Oskara. Zastygła z dłonią na klamce, a chłód, który poczuła, nie miał nic wspólnego z przeciągiem. Gdy otworzyła drzwi, Robert stał w progu jak parias, którym dla reszty społeczeństwa pozostanie już na zawsze. Jego sylwetka rzucała długi cień na parkiet salonu, przecinając jasną przestrzeń, w której jeszcze przed chwilą Oskar snuł mrzonki ich wspólnej przyszłości.

— Boże… Robert. Zapomniałam. Na śmierć zapomniałam, że to już dziś, przepraszam. — Kobieta zakryła usta dłońmi, tłumiąc nagły okrzyk.

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo, niepewnie przekraczając próg. W jego postawie było coś niewolniczego; czekał na przyzwolenie, na komendę, która zwolniłaby blokadę w jego mięśniach i pozwoliła przekroczyć niewidzialną linię.

— Luz, nie mam pretensji. Krzątałem się trochę po mieście. Miło znowu zobaczyć znane miejsca i twarze.

Robert stanął nieruchomo, jak sparaliżowany. Natychmiast wyczuł czyjąś obecność. Jego ciało napięło się, ramiona stwardniały, a wzrok stał się zimny i analityczny – dokładnie tak, jak u ich ojca, gdy podejrzliwie lustrował gości w gabinecie.

Oskar wyłonił się zza rogu, natychmiast rozwiewając narastające wątpliwości. Na jego twarzy widniała mieszanka pewności siebie i źle maskowanej irytacji. Spojrzał na Klarę i błędnie odczytał jej przerażenie jako wstyd. Najwyraźniej był przekonany, że patrzy na byłego partnera lub nadgorliwego absztyfikanta.

— Robert, to jest Oskar. Oskar... to mój brat, Robert — wykrztusiła Klara, pomijając milczeniem trzy lata wyrwane z życiorysu.

— Cześć — mruknął Robert, podając Oskarowi dłoń. Uścisk był krótki, miażdżący i pozbawiony ciepła. Robert patrzył na agenta nieruchomości z narastającym niepokojem. Ta twarz, te ruchy i nienaganny uśmiech – wszystko to wydawało mu się znajome, jak obraz widziany przez brudną szybę. Gdzieś już go widział. W jakimś dokumencie? Na jakimś zdjęciu? Niechęć wezbrała w nim nagle, gęsta i gorzka jak piołun. Nie ufał mu. Każdy gest tego mężczyzny wydawał mu się wyreżyserowany, a instynkt, który pozwolił mu przetrwać w celi, teraz wył jak syrena. A może to tylko efekt musztry – lata rygoru, które przekuły jego charakter w pancerz nieufności wobec wszystkiego, co nieznane.

 

Napięcie, które przyprowadził ze sobą Robert, nieco zelżało, gdy za Oskarem zamknęły się drzwi. Wyczuwając, że nagle stał się dla Klary intruzem, wykrztusił jakąś błahą wymówkę o porannym spotkaniu i ewakuował się w pośpiechu, zostawiając rodzeństwo w głuchej, dusznej ciszy. Kobieta odetchnęła głęboko, a swoboda, choć krucha, wróciła do salonu wraz z zapachem dopalanego papierosa Roberta. Mężczyzna nie spieszył się do domu. Wiedział, że musi najpierw zmyć z siebie brud więziennej celi, zanim stanie twarzą w twarz z żoną i dziećmi, dlatego pierwszą noc postanowił spędzić u siostry.

Późnym wieczorem, gdy oboje siedzieli w kuchni, a jedynym dźwiękiem było miarowe tykanie zegara, Klara zdecydowała się wyciągnąć na światło dzienne to, co gryzło ją od tygodnia. Opowiedziała mu o starszym mężczyźnie spotkanym w pracy, o jego nienawiści i o tym, że ich ojciec w oczach innych był po prostu bezdusznym urzędasem.

Robert nie przerwał jej ani razu. Słuchał z półprzymkniętymi powiekami, obracając w palcach pusty kieliszek. Kiedy skończyła, na jego twarzy wykwitł krzywy, niemal tryumfalny uśmiech.

— Trzy lata, Klara — wychrypiał, a w jego oczach zapłonął ten sam mrok, który doprowadził go za kraty. — Tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni wpatrywania się w betonową ścianę i zadawania sobie jednego pytania: dlaczego?

— Robert, to tylko starzec z urzędu. Może po prostu był rozżalony... — próbowała tłumaczyć, ale on uderzył dłonią w blat, uciszając ją w pół zdania.

— To nie był napad, siostra. Nigdy w to nie wierzyłem. Zwykły bandyta nie zostawia tyle nienawiści w jednym pokoju — Robert pochylił się nad stołem, a jego głos stał się niski i konspiracyjny. — Ojciec niszczył ludzi. Przesiedlał ich, wyrzucał na bruk, traktował jak numery w aktach. Któryś z nich w końcu pękł i przyszedł po sprawiedliwość. Teraz wszystko stało się jasne.

Klara poczuła dreszcz. Teoria Roberta była gęsta i czarna jak smoła, a fakt, że Robert zdawał się czerpać satysfakcję ze swojej racji, przerażał ją bardziej niż samo widmo mordercy.

— A mama? Przecież ona nie miała z tym nic wspólnego — rzuciła ledwo słyszalnym szeptem.

— Była przypadkową ofiarą. Ty się schowałaś, a ja wróciłem pięć minut później, bo spóźnił się mój autobus, mieliśmy farta. Albo tak właśnie miało być. W ten sposób pokutujemy za grzechy ojca — uciął Robert, wpatrując się w ciemność za oknem.

Klara nie znalazła już słów. Teoria brata była logiczna i spójna, ale w głębi duszy czuła, że to tylko wierzchołek góry lodowej, a prawdziwe zło wciąż czai się pod warstwą starych dokumentów i kłamstw ich ojca.

 

Tak jak przypuszczał, powrót do domu wcale nie niósł za sobą spektakularnego poruszenia. Nie było blasku jupiterów ani filmowego pojednania. To był raczej powrót syna marnotrawnego, który przywlókł ze sobą zapach więziennej celi do świata, który w międzyczasie nauczył się oddychać bez niego. Gdy Robert przekroczył próg, Laura uśmiechnęła się, ale był to uśmiech kontrolowany, pełen dystansu, jakby bała się, że zbyt ostentacyjna radość mogłaby coś zburzyć. Przemek, wciąż pełen dziecięcej naiwności, rzucił się ojcu w ramiona, chłonąc jego zapach. Jednak Igor stał pod oknem, zakładając na twarz maskę wyrachowanej obojętności. Patrzył na ojca jak na nieproszonego gościa, który zakłócił wypracowany przez lata spokój. Prawdziwy cios przyszedł jednak ze strony Zosi. Dziewczynka schowała się za nogami matki, wbijając nieufne spojrzenie w obcego mężczyznę z blizną na dłoni. Dla niej Robert nie był ojcem z opowieści Klary – był cieniem, który nagle zmaterializował się w przedpokoju. Laura nigdy nie zabrała jej do więzienia; nie chciała, by pierwsze wspomnienie o ojcu było obramowane kratami i zapachem tytoniu. Teraz ta decyzja odbijała się echem w niezręcznej ciszy salonu.

 

Wieczorem atmosfera w domu stała się nie do zniesienia. Laura i Robert leżeli już w łóżku, a dystans między nimi wydawał się szerszy niż więzienny korytarz.

— Mówiłaś jej o mnie? — Głos Roberta przeciął ciemność, twardy i pełen oskarżenia.

— Oczywiście! — fuknęła nie kryjąc zniesmaczenia tym pytaniem.

— Na pewno? Patrzy na mnie, jakbym był potworem.

Laura westchnęła, a w jej głosie pobrzmiewała zmęczona pretensja.

— Mówiłam, Robert. Codziennie. Ale dzieci nie karmią się opowieściami, tylko obecnością. Nie zwalaj na mnie winy za to, że cię nie było. To nie ja miałam obsesję na punkcie trupów sprzed lat. Sam się tam posłałeś.

Robert poczuł, jak krew pulsuje mu w skroniach, ale odpuścił. Jego żona miała rację. Dziecięca pamięć jest krótka i bezlitosna; wiedział, że będzie musiał wydrzeć przeszłości każdy skrawek jej zaufania, by na nowo stać się kimś więcej niż tylko obcym mężczyzną mieszkającym w jej domu.

Chwilę później, gdy pierwsze emocje zdążyły już nieco wywietrzeć, przysunął się do Laury, szukając bliskości, która miała mu wynagrodzić tysiąc dziewięćdziesiąt pięć nocy samotności. Jego dłoń najpierw spoczęła na jej ramieniu, ale Laura delikatnie usztywniła się, odwracając głowę. Gdy jego palce znalazły najczulszy punkt, Laura zareagowała natychmiast, a w jej oczach rozbłysła czysta, nieskrępowana wściekłość.

— Nie teraz, Robert. To nie jest dobry moment. Jestem... zmęczona tym wszystkim. — Nie teraz? — powtórzył, a w jego głosie pojawiła się niebezpieczna nuta. — Nie tęskniłaś? Ani trochę? Masz kogoś?

— Przestań! — warknęła, ale on już nie słuchał.

Furia, którą karmił przez lata, ta sama, która kazała mu miażdżyć kości na więziennym spacerniaku, teraz zmieniła formę. Nie było już miłości i pożądania, tylko desperacka próba odzyskania kontroli nad światem. Zignorował jej protesty, uciszając je ciężarem własnego ciała. Wziął to, co uważał za swoje, nie zauważając, że z każdą sekundą tego ataku, bezpowrotnie palił za sobą ostatni most.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania