Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Odwrócona perspektywa - 6. Kwietniowa cisza

Kwietniowy poranek był szary i niepokojąco cichy; jakby zwiastował prawdziwie niszczycielską burzę. Robert miał wrażenie, że jego tors przygniata ciężka, ołowiana płyta. Chłód pościeli po stronie Laury sugerował, że wstała dawno temu, uciekając z sypialni, która po minionej nocy przestała być osobistą przestrzenią, a stała się miejscem zbrodni na ich kruchym małżeństwie.

W kuchni panował pozorny zgiełk, gęsty od zapachów parzonej kawy i smażonych jajek. Przemek i Igor siedzieli przy stole w nienaturalnym skupieniu. Przemek jadł śniadanie, a Igor, z nogami wyciągniętymi pod blatem, stukał palcami w ekran telefonu, swoim zniesmaczonym wyrazem twarzy manifestując niechęć do świata. Tylko maleńka Zosia zdawała się nie pasować do tego zbiorowiska malkontentów – krążyła między lodówką a zlewem, nucąc pod nosem radosną, przedszkolną piosenkę o słońcu.

Kiedy Robert stanął w progu, radosny motyw nagle się urwał, jakby ktoś przełączył kanał w telewizorze, zamieniając kino familijne na obyczajowy dramat. W pomieszczeniu nastała cisza tak głęboka, że słychać było jedynie miarowe tykanie zegara i syk masła na patelni. Zosia gwałtownie umilkła, rzucając mu krótkie, pełne lęku spojrzenie, po czym niemal wbiła się w nogi matki, szukając schronienia pod fałdami jej dresu.

Robert zatrzymał się, czując na sobie ciężar tej zbiorowej niechęci. Patrzył na córkę, ale jego twarz pozostała maską. Postanowił zignorować ten odruch ucieczki, nie dlatego, że był mu obojętny, ale dlatego, że instynkt podpowiadał mu jedyne logiczne wyjaśnienie: tak małe dziecko potrzebuje czasu i przestrzeni, które naturalnie postanowił jej dać. Wiedział, że gwałtowny ruch lub próba przymilania się tylko pogłębią, dzielącą ich przepaść.

— Cześć — wychrypiał zaspanym głosem, który brzmiał w tej sterylnej ciszy jak zgrzyt żwiru pod butem.

Laura nie odwróciła głowy. Stała tyłem, zesztywniała, z dłońmi zaciśniętymi na rączce patelni, a jej milczenie było bardziej wymowne niż jakiekolwiek wypowiedziane słowa.

Robert zajął wolne miejsce obok Przemka przy prostokątnym stole, z twarzą niezdradzającą, że ich milczenie tnie go właśnie do żywej kości. Chwycił pustą szklankę i nalał sobie soku. W ten sposób rozpaczliwie szukał jakiegokolwiek punktu zaczepienia dla rąk i myśli.

— Wczoraj nie było okazji, aby zamienić słowo, dlatego chciałbym…

— I dziś też raczej nie będzie. Ja idę na trening, a potem jestem umówiony z kumplami — Igor wbił się w jego słowa z tą swoją zwyczajową, ostrą jak brzytwa arogancją, nie pozwalając mu dokończyć zdania. Laura momentalnie oderwała się od patelni, patrząc na syna ostrzegawczo. Wyraźnie próbowała zdusić w zarodku jego niepotrzebne prowokacje. Przemek odłożył widelec tak cicho, jakby bał się zaryzykować jakikolwiek ruch. Westchnął niemal bezgłośnie, kuląc się w sobie pod ciężarem spojrzeń, które krzyżowały się nad jego głową.

— Też jestem umówiony. Mam projekt na fizykę, więc… — Chłopak nieśmiało wstał od stołu, czując na sobie pełen uznania wzrok Igora. Ich ojciec nie zamierzał się poddać bez walki.

— Jest sobota, myślałem, że…

— Takie życie — przerwał mu znów Igor, wstając od stołu ze stoickim spokojem. Skinął krótko na brata, jak dowódca wydający rozkaz odwrotu, i obaj opuścili kuchnię, zostawiając po sobie jedynie ciężki zapach niewypowiedzianych pretensji.

Dopełnieniem klęski była Zosia. Jej głośny, piskliwy lament wypełnił kuchnię w chwili, gdy Laura usiłowała usadzić ją w krzesełku, zaledwie metr od Roberta.

Mężczyzna powoli zacisnął palce na szklance. Sok pomarańczowy wewnątrz naczynia drżał w rytm pulsowania jego skroni. To nie była już tylko złość; to był głos jego starego, więziennego „ja”, które nie znosiło sprzeciwu i nie wybaczało zniewag. Osaczony przez pogardę własnej rodziny, musiał w końcu uderzyć pięścią w stół, aby przypomnieć wszystkim, kto w tym domu ma ostatnie słowo.

 

Oskar niecierpliwie bębnił palcami w blat biurka, czekając, aż Klara w końcu poda termin spotkania z notariuszem. Kupiec, człowiek z jego bliskiego kręgu, był już gotowy, by „zdjąć jej ten ciężar z barków”.

— Przepraszam, Oskar. Podjęłam decyzję. Jednak go nie sprzedaję — rzuciła Klara, a w słuchawce zapadła cisza tak gęsta, że niemal słyszała jego przyspieszony oddech.

— Przecież ustaliliśmy... — zaczął, ale mu przerwała.

— Plan zakładał, że to Robert tam zamieszka, ale po tym wszystkim... on po prostu nie mógł. Ja też chciałam uciec, ale nie potrafię. Ten dom to moje dziedzictwo, Oskar. Nie pozbędę się go tylko dlatego, że wspomnienia parzą.

Oskar nie wybuchnął, co było znacznie bardziej niepokojące. Klara nie mogła widzieć, jak jego twarz tężeje, a wzrok staje się drapieżny.

— Rozumiem, dziedzictwo to świętość — powiedział nienaturalnie miękkim, kojącym głosem, od którego przeszły ją dreszcze. — Skoro dom nie jest na sprzedaż, to może chociaż dasz się zaprosić na kolację? Nie powinnaś być z tym wszystkim sama.

Klara milczała, a on nie nalegał. Cierpliwość była jego najgroźniejszą bronią. Jeśli nie mógł otworzyć tych drzwi kluczem notariusza, był gotów znaleźć inny sposób.

 

Przez cały dzień nie mógł opędzić się od oskarżycielskich spojrzeń, które śledziły każdy jego ruch niczym wycelowana lufa pistoletu. Wrogie grymasy domowników osaczały go z każdym krokiem, nie dając ani sekundy wytchnienia. Zosia i Przemek przemykali między pokojami niczym płochliwe sarny. Laura jak w hipnozie krzątała się po domu, symulując nawał pracy; plama z sosu na dywanie w pokoju Zosi czy kurz za szafką RTV skutecznie odciągały ją od jakiejkolwiek interakcji z mężem. Były tylko te ukradkowe spojrzenia; wrogie, badawcze, pełne jawnej niechęci. Wieczór nie przyniósł ulgi. Kwietniowy chłód wpełzał do kuchni przez nieszczelne okno, a Robert siedział w półmroku, mieląc w ustach gorzki smak porażki. Kiedy drzwi wejściowe w końcu jęknęły, a w przedpokoju rozległ się ciężki, lekceważący krok Igora, Robert wiedział, że to jest ten moment. Czekał na niego cały dzień.

Igor wszedł do kuchni z zuchwalstwem kogoś, kto już dawno przestał uznawać ten dom za swój azyl. Pachniał papierosami i tanią wolnością. Nawet nie zdjął kurtki.

— Dzwoniłem! Gdzieś ty był?! — warknął Robert, a każde słowo ważyło tyle, co głaz.

—Tam, gdzie ciebie nie było. I gdzie było mi dobrze — rzucił Igor, uśmiechnięty półgębkiem. Przeszedł obok ojca, trącając go ramieniem, jakby Robert był jedynie uciążliwym meblem stojącym na drodze do lodówki.

Robert zerwał się z krzesła, ale Laura była szybsza. Wyłoniła się z cienia spiżarni, blada i krucha, a jednak zdeterminowana, by stanąć na linii ognia.

— Robert, zostaw. Jest zmęczony, jest późno… — położyła dłoń na ramieniu męża, ale on wstrząsnął nią, jakby parzyło go jej współczucie.

Igor spojrzał na nich oboje z wyrazem głębokiej pogardy, po czym bez słowa ruszył do wyjścia z kuchni. Trzask drzwi w pokoju chłopca odbił się echem w całym mieszkaniu. Wtedy zapadła ta najgorsza cisza. Ta, w której słychać tylko ciężki oddech mężczyzny, który traci kontrolę.

— Czemu go bronisz?! — syknął Robert, odwracając się do żony. — Dajesz mu przyzwolenie na takie zachowanie?! Przecież on nikogo nie szanuje. Pomiata nawet Przemkiem!

Laura nie spuściła wzroku. Tym razem w jej oczach nie było lęku, który tak bardzo lubił. Było tam coś znacznie gorszego: litość.

— Agresja rodzi agresję, Robert. Akurat ty powinieneś to wiedzieć — mruknęła cicho, ale jej głos tknął go mocniej niż krzyk. — Ja po prostu nie chcę, żeby patrzył na ciebie i widział to samo, co widzieli strażnicy w celi. Małego, wściekłego człowieka, który potrafi tylko niszczyć, bo nikt go nigdy nie nauczył, jak kochać.

Robert poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Cela – to słowo było jak bezpiecznik, który właśnie się spalił.

— Zamknij się — warknął, ale ona nie przestała.

— Prawda w oczy kole, co? Wróciłeś stamtąd, ale najwyraźniej zabrałeś ze sobą te cztery ściany. Dalej żyjesz według więziennego grafiku: rano strach, wieczorem agresja. Jedyna różnica jest taka, że teraz to ty jesteś tym gnębicielem, którym tam tak gardziłeś. Jesteś żałosny, próbując ustawiać własne dzieci jak nowicjuszy pod celą.

Ostatnie słowo Laury zawisło w powietrzu tylko przez ułamek sekundy. Robert nie planował tego ruchu. To nie był cios boksera, to był odruch osaczonego zwierzęcia. Jego dłoń, ciężka i twarda od lat fizycznej pracy i nienawiści, śmignęła przez półmrok.

Huk uderzenia o policzek był przerażająco głośny. Głowa Laury odskoczyła w bok, a jej ciało bezwładnie osunęło się na szafkę, zrzucając z blatu pustą szklankę. Naczynie roztrzaskało się o podłogę dokładnie tak, jak ich małżeństwo.

Robert stał nad nią, patrząc na swoją drżącą dłoń, a w kuchni znów zapanowała ta niepokojąca, kwietniowa cisza. Tym razem jednak nikt już nie nucił o słońcu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania