Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Odwrócona perspektywa - 8. Intruz

Poranne słońce przedzierało się między lamelami bambusowych żaluzji, oświetlając pyłki kurzu, leniwie wirujące wokół kuchennego okna. Od pamiętnego wieczoru, który rozegrał się pomiędzy Laurą i jej mężem, minęło już kilka dni, ale mimo to między małżonkami panował chłodny dystans,  którego Robert nie potrafił już skrócić żadnymi przeprosinami. Laura stała się dla niego niedostępna, skryta za murem uprzejmych, ale pustych komunikatów. Teraz stała przy blacie, tyłem do wejścia. Jej ruchy były mechaniczne, pozbawione dawnej lekkości; przypominała automat zaprogramowany na tryb przetrwania. 

Robert pojawił się przy niej  bez zapowiedzi, ospale szurając ciężkimi butami z metalowym noskiem. Robocze spodnie były sztywne i charakterystycznie szeleściły przy każdym kroku, a nowa koszula powodowała grymas bólu na jego zmarnowanej twarzy, bo nieprzyjemnie piła go w karku. Czekał go pierwszy dzień pracy w magazynie przeładunkowym. Fizyczna harówka miała być jego biletem powrotnym do społeczeństwa. Wizja wyjścia z domu, poza zasięg wrogich spojrzeń, budziła w nim niemal euforyczne drżenie, ale mimo to żołądek miał zaciśnięty w supeł, jakby zamiast do pracy, znów szedł do sali przesłuchań.

— Laura... — zaczął, zatrzymując się w bezpiecznej odległości,  kilka kroków od niej.

Nie odpowiedziała od razu, ani nawet nie spojrzała w jego kierunku. Słychać było tylko trzask zamykanej szafki. 

— Wychodzę. Muszę odpracować godziny za tamten tydzień — rzuciła beznamiętnie, jakby recytowała z pamięci — Wrócę około dwudziestej drugiej.

— Tak długo?

Niechęć Laury stała się niemal namacalna. Była nieugięta. Robert przekroczył granicę, za którą rozciągała się już tylko martwa strefa.

— Klara odbierze Zosię z przedszkola. Zostanie z nią, dopóki nie wrócę. 

Chciał dotknąć jej ramienia, wykonać jakikolwiek gest, który zmazałby tę purpurę z jej policzka, ale dłoń zamarła mu w pół drogi. W miejscu, z którego wrócił, dotyk oznaczał atak albo upokorzenie. Tutaj dłoń Roberta zawisła w próżni – już zapomniał, że może służyć do czegoś innego.

— Laura, słuchaj.... tamtego dnia... puściły mi nerwy. Nie chciałem cię uderzyć. Tak bardzo cię przepraszam. Ten stres, powrót, Igor...

Nóż, którym smarowała pieczywo, uderzył o deskę z hartowanego szkła, wywołując krótki, przeszywający stukot. Laura powoli odwróciła głowę, ale jej wzrok prześlizgnął się po nim jak po brudnej szybie. 

— Nie mam na to czasu ani ochoty, Robert. Nie produkuj się.

— Chcę to naprawić — wykrztusił, zdając sobie sprawę, że w zestawieniu z roboczym drelichem i zapachem taniego tytoniu, jego słowa brzmiały naprawdę żałośnie.

Laura spakowała drugie śniadanie do torby i w końcu uraczyła go spojrzeniem. W jej oczach nie było już paraliżującego lęku, który go karmił. Biła od niej surowa i lodowata obojętność.

— Zrób nam przysługę i po prostu idź do tej roboty. Nie spóźnij się pierwszego dnia. To by było w twoim stylu. Zawalić już na starcie.

Wyminęła go szerokim łukiem, dbając o to, by ich ubrania nawet się nie zetknęły. Robert został sam, wdychając zapach świeżo parzonej kawy i dusznej nienawiści, jaką zostawiła po sobie jego żona. Czuł się jak intruz, który włamał się do własnego życia.

 

Szkolny korytarz tętnił życiem, ale dla Igora świat skurczył się do rozmiarów twardej, dębowej ławki, w którą od godziny wbijał cyrkiel. Igor nie przechodził nastoletniego buntu; on gnił od środka. Był jak przepełniony zbiornik, w którym pod wysokim ciśnieniem kotłowała się nienawiść, gotowa rozsadzić ścianki przy najmniejszym drgnieniu rzeczywistości. Jego brat, który od samego rana wyłapywał na korytarzach najnowsze plotki, w końcu przestał udawać, że notuje temat lekcji. Przysunął się bliżej, tak, że teraz stykali się ramionami, nie spuszczając wzroku z nauczyciela.

— Wrócił temat Filipa. Jego starzy znowu byli w szkole. Podobno miał wstrząśnienie mózgu, połamane żebra, złamaną kość oczodołu i podejrzenie odmy — wymieniał, bacznie obserwując pana Zimińskiego, który z pasją opowiadał o Powstaniu Śląskim. — Powiesz w końcu, czemu go tak urządziłeś? Co będzie jak ktoś się dowie?

Igor nawet nie mrugnął. Jak zahipnotyzowany patrzył na dziurę w blacie, którą systematycznie powiększał.

— Już mówiłem. Dostał wpierdol, bo na niego zasłużył — rzucił sucho i ozięble.

Przemek wywrócił oczami, dając mu do zrozumienia, że cała ta rozmowa była tylko cyniczną próbą sprawdzenia, jak daleko sięga jego lojalność.

— Chodzi o Aśkę, co nie?

— Cicho bądź — warknął przez zaciśnięte zęby, po czym gwałtownie urwał, rzucając szybkie spojrzenie przez ramię.

— Szantażował ją fotkami? Zwróciła się do ciebie o pomoc, czy sam się zaoferowałeś?

— Zamknij mordę — polecenie było krótkie i w pełni zrozumiałe, nawet dla takiego żółtodzioba jak Przemek. Ostatnie ostrzeżenie, po którym mógł nastąpić już tylko atak.

— Ujebałeś się ojca, a sam nie jesteś lepszy. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Igor zareagował swoją codzienną, niemal zwyczajową postawą. Nie krzyknął – po prostu w ułamku sekundy złapał brata za kołnierz bluzy, przyciągając do siebie tak mocno, że aż zatrzeszczały szwy.

— Jeszcze raz i u ciebie też nie skończy się na wstrząśnieniu mózgu — warknął, a jego beznamiętny wzrok sprawił, że Przemek po raz pierwszy poczuł przed nim autentyczny, fizyczny strach. Zanim zdołał odpowiedzieć, na ich połączone w uścisku cienie padł trzeci, nieruchomy kontur nauczyciela historii, który wyrósł nad nimi niczym pomnik, zwiastując wyrok, od którego nie było już odwołania.

 

Robert wrócił chwilę po dwudziestej pierwszej. Głód, senność i fizyczne zmęczenie wyzierały z jego mętnego spojrzenia, a skóra, mimo prysznica w zakładowej łaźni, wciąż zdawała się lepka od pyłu, smaru i kurzu. Ciężkie buty zostawił w przedpokoju i ruszył do pokoju dziennego, który zdawał się huczeć od wrzawy. Klara, która miała pilnować Zosi, najwyraźniej już dawno odpuściła sobie rolę niani. Robert zatrzymał się w ciemnym korytarzu, nie zdejmując kurtki. Przez uchylone drzwi salonu doskonale widział ich wszystkich.

Na środku dywanu rozłożona była jego, niegdyś ulubiona planszówka. Igor i Przemek, pochyleni nad kolorowymi kafelkami, dyskutowali o handlu rudą z rzadkim u nich entuzjazmem. Klara śmiała się z czegoś, co powiedział siedzący obok niej mężczyzna – Oskar. Oczywiście. Jakby wszechświat nie mógł sobie odmówić tak przewidywalnej złośliwości, jak widok Oskara we własnym salonie. Czuł do niego instynktowną niechęć i brak zaufania. Gdzieś z tyłu głowy kołatało się też wspomnienie jego twarzy – niewyraźne, drażniące, niemożliwe do umiejscowienia w czasie.

Siedział na jego miejscu, z podwiniętymi rękawami drogiej koszuli, swobodnie oparty o krawędź kanapy. Wyglądał, jakby był tu od zawsze. Idealnie pasował do tego obrazka – młody, przystojny, odnoszący sukcesy i roztaczający wokół aurę bezpiecznej dominacji. Gdyby Robert miał oceniać tę scenę z boku, pomyślałby, że widzi kochającą się rodzinę, celebrującą wspólny wieczór.

W klatce piersiowej Roberta coś pękło. Poczuł gwałtowne, fizyczne ukłucie w sercu. Kiedyś to on był w centrum tego wszechświata. Pamiętał weekendy, gdy śmiali się z synami do rozpuku, a ich radość była szczera i niepodszyta strachem. Teraz był tylko cieniem na obrzeżach, brudnym intruzem w roboczym drelichu, który bał się wejść do własnego salonu.

Walczył z narastającą, szczerą zazdrością, która kazała mu wpaść tam, wywrócić stół i wygnać Oskara z domu. Ale jego dłonie, zniszczone przez pierwszy dzień ciężkiej harówki, tylko bezsilnie zadrżały.

Zrozumiał, że jego własna krew nie tylko przestała się go bać. Oni zaczęli o nim zapominać, budując nowe życie na fundamentach, w których nie było już miejsca dla byłego skazańca.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Beloniusz godzinę temu
    Myślę, że warto skracać zdania usuwając z nich zbędne wypełniacze, czyli watę. Na przykład:

    Od pamiętnego wieczoru, który rozegrał się pomiędzy Laurą i jej mężem, minęło (już) kilka dni, ale mimo to między małżonkami panował chłodny dystans, którego Robert nie potrafił (już) skrócić żadnymi przeprosinami.

    Robert pojawił się przy niej bez zapowiedzi, ospale szurając ciężkimi butami z metalowym noskiem. Robocze spodnie były sztywne i charakterystycznie szeleściły przy każdym kroku, a nowa koszula powodowała grymas bólu na (jego) zmarnowanej twarzy, bo nieprzyjemnie piła (go) w karku.

    Wizja wyjścia z domu, poza zasięg wrogich spojrzeń, budziła w nim niemal euforyczne drżenie, (ale) mimo to żołądek miał zaciśnięty w supeł, jakby zamiast do pracy, znów szedł do sali przesłuchań.

    Nóż, którym smarowała pieczywo, uderzył o deskę z hartowanego szkła, wywołując krótki, przeszywający stukot. Laura powoli odwróciła głowę, (ale) jej wzrok prześlizgnął się po nim jak po brudnej szybie.

    Wyminęła go szerokim łukiem, dbając o to, by ich ubrania nawet się nie zetknęły. Robert został sam, wdychając zapach świeżo parzonej kawy i dusznej nienawiści, jaką zostawiła po sobie (jego) żona.

    itd. itp. Pozdrawiam :)
  • Dalia godzinę temu
    Masz rację, zwrócę na to większą uwagę :)
    Pozdrowienia :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania