Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Odwrócona perspektywa - 9. Przypadkowy świadek.

— Pani Lauro — wychowawca zaczął spokojnie, niemal przepraszająco, co zabolało ją mocniej niż otwarty atak. – Wszyscy wiemy, że ostatnie lata nie były dla państwa łatwe. Rozumiemy... specyfikę sytuacji pani męża. Ale Igor zaczyna przejmować pewne wzorce zachowań… ta agresja to nie jest tylko bunt nastolatka. To mechanizm obronny, który staje się niebezpieczny. Igor szuka konfrontacji. Prowokuje.

Laura siedziała na samym brzegu zbyt niskiego krzesła, czując, jak jej kręgosłup drętwieje, a wzrok szuka ucieczki przed pełnym litości spojrzeniem wychowawcy. Miała wrażenie, że siedzi na ławie oskarżonych, czekając na nieuchronny wyrok. Kolejny raz przeżywała z powodu Igora upokorzenie, którego nienawidziła – bycie „tą matką” od „tego problematycznego dziecka”.

Gabinet pachniał zwietrzałą kawą i kurzem. Dyrektor, starszy człowiek o zmęczonych oczach, splótł dłonie na blacie, na którym leżał raport z dzisiejszego incydentu. Wychowawca, pan Adam Zimiński, stał pod oknem z rękami splecionymi na klatce piersiowej, wykrzywiając usta w grymasie pełnym szczerego współczucia.

— To tylko emocje, panie dyrektorze — przerwała mu Laura, starając się, by jej głos nie drżał. — Chłopcy w tym wieku...

— To nie są „tylko emocje” — wszedł jej w słowo pan Adam, pochylając się do przodu. — Igor ma w sobie ogromny ładunek agresji. Proszę mnie źle nie zrozumieć, my naprawdę wiemy, przez co przechodzi państwa rodzina. Ale szkoła nie może przymykać oczu na to, że państwa sytuacja domowa zaczyna rzutować na bezpieczeństwo innych uczniów.

Laura poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

— Sugeruje pan, że mój syn jest agresywny, bo jego ojciec wrócił z więzienia? — zapytała wprost.

— Sugeruję, że pani synowie potrzebują profesjonalnej pomocy. Psychologa, może psychiatry — odparł wychowawca bez mrugnięcia okiem. — Podejrzewamy również, że to Igor stoi za pobiciem Filipa Kozłowskiego. Filip milczy, bo najwyraźniej się boi, ale dowody poszlakowe są jasne. Pani Lauro, jeśli to się potwierdzi, będziemy musieli powiadomić kuratora.

— Nie macie żadnych dowodów — rzuciła Laura, wstając gwałtownie. — Mój syn nie jest bandytą ani psychopatą!

— Nikt tego nie twierdzi — dyrektor uniósł dłoń w uspokajającym geście. — Ale on krzyczy o pomoc w jedyny sposób, jaki zna. Siłą. Proszę pomyśleć o tym psychologu. Dla dobra dzieci. I dla pani spokoju.

Wyjście ze szkoły zajęło jej wieczność. Czuła na plecach spojrzenia sprzątaczek i rodziców czekających na dzieci z kółek zainteresowań. Gdy tylko zamknęła się w samochodzie, cisza kabiny uderzyła w nią z siłą fizycznego ciosu.

Oparła czoło o kierownicę, ale nie zapłakała. Była zbyt wściekła na łzy.

— Pierdolony idiota — szepnęła, a potem krzyknęła to samo, uderzając dłońmi w koło kierownicy. — Pierdolony idiota, jebany kryminalista!

Wbiła bieg i z piskiem opon wyjechała z parkingu. Wszystko, co wydarzyło się w gabinecie, wirowało jej przed oczami jak w kalejdoskopie. Widziała twarz dyrektora, który patrzył na nią nie jak na matkę, ale żonę skazańca. Przez trzy lata budowała wokół dzieci mur z kłamstw i eufemizmów. Mówiła o „wyjeździe”, „błędzie” czy „nieporozumieniu”. A teraz szkoła patrzyła na jej syna i widziała w nim małego bandytę. Kalka Roberta. Igor nie pobił Filipa dlatego, że był zły. Zrobił to, bo widział, że w tym domu to jedyny język, który przynosi jakiekolwiek skutki.

— Zrobiłeś z niego małego potwora — syknęła, skręcając gwałtownie w stronę domu. — Patrzą na niego i widzą ciebie.

Nienawidziła szkoły za ich litość i Igora za ten jego bezpodstawny upór, ale najbardziej nienawidziła Roberta za to, że stał się dla nich wszystkich piętnem. Czuła, jak wściekłość zmienia się w obrzydzenie.

Wiedziała, że gdy jej mąż wróci wieczorem z pracy, nie będzie z nim rozmawiać. Po prostu go ominie szerokim łukiem. Będzie go unikać i zrobi wszystko, byleby się z nim nie zetknąć. Potraktuje go jak infekcję, która właśnie zaatakowała jej dziecko.

 

Głośna muzyka dudniła zza drzwi klubu, ale Robert już dawno zgubił rytm. Omiatał pokój mętnym spojrzeniem, desperacko szukając choć jednego stabilnego punktu, na którym mógłby skupić pijany umysł. Siedział głęboko wciśnięty w pluszowy fotel w kolorze krzykliwej, buduarowej czerwieni, która w tym półmroku kojarzyła mu się z zasychającą krwią.

Przywiódł go tutaj palący głód, ale nie ten fizjologiczny; to było rozpaczliwe łaknienie odtrąconego mężczyzny, który chciał poczuć cokolwiek.

Kobieta przed nim klęczała. Czuł jej chłodne dłonie na swoich udach, ale jego ciało reagowało z opóźnieniem, jak zepsuty mechanizm. Patrzył na jej tlenione włosy i czuł tylko palącą gorycz. Kilkanaście godzin temu własna żona znowu wyminęła go w drzwiach, jakby był plamą oleju na podłodze. W tym miejscu, pięćset złotych czyniło z niego obiekt pożądania.

Zamknął oczy, gdy jej usta i dłonie zaczęły rytmicznie pracować, próbując zagłuszyć wspomnienie lodowatej obojętności Laury. Walczył z poczuciem winy, lecz bardziej od rozgrzeszenia potrzebował przypomnienia, że wciąż drzemie w nim krew i życie. To była desperacka próba transplantacji – chciał wszczepić sobie odrobinę ciepła w miejsce, z którego rodzina wycięła go jak zainfekowaną tkankę. Był dla nich jak nieudany przeszczep. Obcy organ, który organizm odrzucił, zostawiając po sobie tylko gnijącą ranę.

Gdy wyrzucił z siebie ostatnie resztki napięcia i znieruchomiał, kobieta wstała, bez słowa wycierając kącik ust wierzchem dłoni. Robert rzucił banknoty na niski stolik, a potem oparł głowę o zagłówek, pozwalając, by alkohol do reszty spustoszył jego organizm. Na małą scenę przed fotelem weszła kolejna dziewczyna. Zaczęła wić się przy rurze, a neonowe światła sprawiły, że jej skóra nabrała intensywnie czerwonej barwy.

Wtedy to wróciło.

Wspomnienie nocy, która postawiła grubą kreskę pod wszystkim, co do tamtej pory budował.

Zaułek śmierdział moczem i gnijącymi resztkami jedzenia. Robert dopadł go przy śmietnikach. Mężczyzna, który wiedział zbyt wiele o śmierci jego rodziców, nie był już taki pewny siebie. Pyskówka trwała krótko – kilka splunięć, parę wyzwisk, które uderzyły w Roberta mocniej niż pięść.

A potem zupełnie stracił kontrolę nad umysłem i ciałem.

Robert nie bił, by wygrać. Bił, by zabić to, co ten człowiek reprezentował. Kiedy ofiara osunęła się na ziemię, nie przestał. Czuł, jak pod jego kostkami pęka oczodół, jak żebra ustępują pod ciężarem buta. Był w amoku. Źle to rozegrał od samego początku. Ten mężczyzna był jego jedynym łącznikiem z prawdą o mordercach rodziców; być może jedynym człowiekiem, który znał ich twarze. Wiedział to, a jednak nie potrafił przestać uderzać.

Nie widział kamer, bo ich tam nie było. Nie słyszał kroków, bo nikt za nim nie stał.

Odchodząc, kierowany intuicją, rzucił ostatnie, lękliwe spojrzenie za siebie. Ktoś tam był. Wysoki, na oko trochę młodszy mężczyzna o ciemnych włosach obserwował go w milczeniu. Chłopak kucał w kałuży krwi, świdrując Roberta wzrokiem, a jednocześnie niemal czule trzymał dłoń na ramieniu konającego, jakby udzielał mu ostatniego namaszczenia.

Dwa dni później policja zapukała do jego drzwi. Nie mieli nagrań. Ofiara była w śpiączce, a lekarze nie dawali nadziei na powrót do pełnej sprawności. Mieli jednak coś innego: zeznanie „przypadkowego świadka”, który dokładnie opisał każdy cios i wskazał Roberta w policyjnym albumie.

Robert gwałtownie otworzył oczy. Tancerka na scenie właśnie wykonywała obrót, odrzucając włosy do tyłu.

Wszystkie elementy układanki nagle się zazębiły. Zapamiętał oczy. To były te same oczy – osadzone głęboko, o nienaturalnie gęstej, niemal kobiecej oprawie rzęs, która kontrastowała z jego lodowatym spojrzeniem. I ta nienaganna fryzura: ciemne włosy, zaczesane do tyłu z taką precyzją, jakby nawet bójka w brudnej alejce nie była w stanie zburzyć ich idealnego porządku. Oskar – przypadkowy świadek, który jednocześnie był jego katem.

Robert poczuł, jak treść żołądka podchodzi mu do gardła. Oskar nie pojawił się w ich salonie przypadkowo. Nie był chłopakiem Klary ani dobrym wujkiem jego synów. Był cieniem z przeszłości, który trzy lata temu własnoręcznie zatrzasnął za Robertem kraty więzienia, a teraz, z tą samą beznamiętną twarzą, rozsiadał się w jego salonie i dotykał jego dzieci.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Beloniusz 2 godz. temu
    Poczułem emocje Laury i Roberta. Wciągnąłem się w ich historię i czekam na dalszy ciąg. To będzie świetna książka.
  • najmniejsza
    Znam dwóch takich zbirów których ojciec dawno siedzieć powinien,wszyscy troje z policyjnego światka.Pobicia,zdrady korupcja, narkotyki ,oszczerstwa, łapówki, fałszowane orzeczenia pogróżki ,sporo tego ...lista jest długa.Wszysyko zaczęło się dziesiątki lat temu w szkole właśnie i końca nie widać.
    Od początku czułam że przeprowadzka i zmiana szkoły nic dobrego w moim życiu nie przyniosą.
    W przeddzień przeprowadzki ciężka figura Matki Bożej która miałam przy łóżku ,we śnie tarasowały mi drzwi wyjściowe.Ona wiedziała co będzie...
  • najmniejsza
    tarasowała*
  • najmniejsza
    Ona próbowała mnie chronić
    .Ona ..Maryja.🙏🔥♥️🌹
  • najmniejsza
    O wyciąganiu brudnych i plugawych łap po moją matkę która ma ślub z ojcem to już nawet nie wspomnę bo mnie to obrzydza!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania