Odyseusz

Nie wiem, kiedy dokładnie zacząłem nazywać to autoterapią.

To słowo pojawiło się chyba dopiero później, kiedy opowiadań było już kilka i należało jakoś wyjaśnić, dlaczego dorosły mężczyzna, który ma pracę, pieniądze, kobietę, z którą sypia, i dostęp do wszystkich usług stomatologicznych bez konieczności odkładania ich na następny kwartał, spędza wieczory na pisaniu opowiadań o tym, że jest emocjonalnie niedostępny.

„Autoterapia” brzmiała dobrze.

Znacznie lepiej niż „hobby”.

Jeszcze lepiej niż „ekshibicjonizm”.

A już bez porównania lepiej niż „starannie wyreżyserowana kampania wizerunkowa człowieka, który odkrył, że własne wady można pokazywać publicznie pod warunkiem, że pokaże się je wystarczająco inteligentnie”.

To ostatnie zresztą byłoby niesprawiedliwe.

Naprawdę chciałem się zmienić.

---

Na początku chodziło o coś bardzo prostego.

Po rozwodzie człowiek ma mnóstwo historii, których nie może już opowiadać tak jak wcześniej. Dawniej można było powiedzieć:

— Moja żona zawsze...

Po rozwodzie zdanie zaczynające się od „moja żona” natychmiast wymaga aktualizacji statusu prawnego.

— Moja była żona zawsze...

I już robi się z tego literatura.

Słowo „była” jest fantastyczne. Zawiera fabułę. Było coś, czego już nie ma. Jest przed i po. Jest strata. Jest pytanie o winę.

Zwłaszcza pytanie o winę.

Zacząłem więc pisać.

Najpierw o niej.

Potem o sobie.

To drugie było znacznie bardziej eleganckie.

Pisanie źle o byłej żonie jest małostkowe. Pisanie źle o sobie jest natomiast oznaką dojrzałości.

Oczywiście pod warunkiem, że robi się to dobrze.

---

Napisałem więc o mężczyźnie, który nie potrafił kochać bez pozostawienia sobie drogi ewakuacyjnej.

Był sprawny. Samodzielny. Nieźle zarabiał. Potrafił zarządzać rzeczami, które dało się wpisać do Excela, i znacznie gorzej radził sobie z rzeczami, których nie dało się wpisać do Excela. W relacjach stosował coś w rodzaju zarządzania płynnością: utrzymywał wystarczający zapas emocjonalnej gotówki, żeby w razie runu na bank móc wypłacić samego siebie.

Bardzo mi się spodobało to zdanie.

Przeczytałem je kilka razy.

To był pierwszy sygnał ostrzegawczy.

Nie dlatego, że zdanie było złe.

Było właśnie niepokojąco dobre.

---

W następnym opowiadaniu bohater miał czterdzieści siedem lat, był łysy i siedział w kawiarni z Davidem Fosterem Wallace’em.

Książkę trzymał trochę za wysoko.

Nie na tyle wysoko, żeby wyglądało, że chce, aby ktoś zobaczył okładkę.

Na tyle wysoko, żeby ktoś zobaczył okładkę.

To również było dobre.

Bohater obserwował młode kobiety i wyobrażał sobie, że któraś zauważy książkę, potem jego, a następnie — dzięki jakiemuś błędowi logicznemu, którego nawet literatura nie powinna usprawiedliwiać — uzna książkę za dowód jego atrakcyjności seksualnej.

Śmiałem się podczas pisania.

Czytelnicy też się śmiali.

Ktoś napisał, że podoba mu się autoironia.

Ktoś inny, że błysk.

Jeszcze ktoś: że odpowiednia dawka tajemniczości.

Przeczytałem te komentarze więcej razy, niż było to konieczne dla celów terapeutycznych.

---

To właśnie wtedy zrozumiałem, że znalazłem genialny mechanizm.

Można powiedzieć o sobie prawie wszystko, jeżeli zrobi się to pierwszy.

Jestem próżny.

Proszę bardzo.

Jestem tchórzem.

Oczywiście.

Traktuję czasem ludzi instrumentalnie.

Jak najbardziej.

Boję się bliskości.

Naturalnie.

Patrzę na kobiety.

Owszem.

Wchodzę w relacje, a potem zastanawiam się, czy nie znalazłem się w nich przypadkiem.

Znakomite. To nawet można rozwinąć.

Każde przyznanie się do winy powodowało osobliwą przemianę. Wada przechodziła przez klawiaturę i po drugiej stronie wychodziła jako zaleta.

Próżność stawała się samoświadomością.

Tchórzostwo — wrażliwością.

Chłód — skomplikowaniem.

Egoizm — uczciwością wobec siebie.

Lęk przed zaangażowaniem — niezgodą na życie nieautentyczne.

Nawet łysina, odpowiednio opisana, nabierała charakteru.

Byłem jak firma, która odkryła, że katastrofę ekologiczną można umieścić w raporcie ESG.

---

Najbardziej podobało mi się, kiedy ktoś mówił:

— Ale ty jesteś wobec siebie bezlitosny.

Wtedy należało zrobić skromną minę.

Nie można odpowiedzieć:

— Wiem.

Choć właśnie to chciałem odpowiedzieć.

Mówiłem więc:

— Chyba próbuję coś zrozumieć.

To było zdanie doskonałe, ponieważ jednocześnie było prawdziwe i robiło bardzo dobre wrażenie.

Naprawdę próbowałem.

---

Pewnego wieczoru przeczytałem opowiadanie kobiecie, z którą byłem.

Nie to o niej.

Nie jestem idiotą.

Przeczytałem inne, bezpieczniejsze.

Kiedy skończyłem, zapytałem:

— I?

Powiedziała:

— Dobre.

Czekałem.

— Tylko dobre?

— Bardzo dobre.

To powinno wystarczyć.

Nie wystarczyło.

— Ale co o nim myślisz?

— O bohaterze?

— No.

Zastanowiła się.

— Że jest strasznie skupiony na sobie.

Zaśmiałem się.

To był odruch.

— No przecież o tym jest opowiadanie.

— Wiem.

— To chyba dobrze, że to widać.

— Chyba.

— Czyli działa.

Popatrzyła na mnie w sposób, którego bardzo nie lubię, ponieważ nie da się go łatwo zinterpretować na swoją korzyść.

— Co działa?

---

To pytanie zostało ze mną dłużej, niż powinno.

Co właściwie miało działać?

Jeżeli napiszę dostatecznie przenikliwy tekst o tym, że uciekam przed bliskością, czy następnego dnia będę uciekał trochę mniej?

Jeżeli opiszę swój egoizm pięknym zdaniem, czy będę mniej egoistyczny?

Jeżeli zrozumiem mechanizm, czy przestanę go stosować?

Byłem człowiekiem finansów. Powinienem wiedzieć, że rozpoznanie ryzyka nie oznacza jego eliminacji.

Można mieć doskonały system raportowania i nadal zbankrutować.

---

Potem przeczytałem Wallace’a o Wspaniałym Kochanku.

To było nieprzyjemne.

Wspaniały Kochanek jest egoistą, tylko bardzo zaawansowanym technologicznie. Nie interesuje go własny orgazm. Interesuje go jej orgazm, ponieważ jej orgazm jest raportem potwierdzającym jego kompetencje.

Pomyślałem wtedy, że być może istnieje również Wspaniały Pacjent.

Wspaniały Pacjent chodzi na terapię przygotowany.

Zna terminologię.

Wie, czym jest styl unikający.

Potrafi wskazać mechanizmy obronne.

Nie zaprzecza.

Przeciwnie.

Przyznaje terapeucie rację szybciej, niż terapeuta zdąży ją mieć.

— Tak — mówi. — Wydaje mi się, że chodzi o kontrolę.

Terapeuta patrzy na niego.

— Być może.

— I lęk przed zależnością.

— Możliwe.

— Oraz narcystyczną potrzebę potwierdzania własnej wartości.

Terapeuta odkłada długopis.

Wspaniały Pacjent czuje małą, wstydliwą satysfakcję.

Dobrze mu idzie terapia.

---

Ja nie miałem terapeuty.

Miałem czytelników.

To było znacznie wygodniejsze.

Terapeuta mógłby zapytać:

— I co pan z tym zrobił?

Czytelnik pisał:

— Mocne.

Albo:

— Świetne.

Albo, co było absolutnie najlepsze:

— Przejmująco szczere.

Szczerość okazała się kolejną kompetencją, którą można było demonstrować.

---

Zacząłem więc podejrzewać, że być może moje opowiadania nie są autoterapią.

Być może są jej pornografią.

Pokazują wszystkie ruchy.

Całą nagość.

Wszystkie miejsca, których normalnie się nie pokazuje.

Ale robią to w taki sposób, żeby obserwator nie zapomniał ani przez chwilę, że wykonawca naprawdę wie, co robi.

---

Postanowiłem przeprowadzić eksperyment.

Napisać o sobie coś, czego nie będę potrafił zamienić w zaletę.

To okazało się zaskakująco trudne.

„Jestem inteligentnym człowiekiem, który wykorzystuje inteligencję do racjonalizowania własnych wad.”

Nie.

To brzmi świetnie.

„Mam skłonność do traktowania ludzi jak funkcji, które pełnią w moim życiu.”

Jeszcze lepiej.

„Czasami bardziej interesuje mnie obserwowanie własnych emocji niż ich przeżywanie.”

Chryste.

Idealne zdanie na okładkę.

Próbowałem dalej.

„Boję się, że gdybym przestał analizować siebie, okazałoby się, że pod analizą nie ma nic szczególnie interesującego.”

Zatrzymałem się.

To było blisko.

Ale natychmiast zauważyłem, że zdanie jest dobre.

A skoro było dobre, już zaczynało pracować na moją korzyść.

---

Zrozumiałem wtedy coś naprawdę paskudnego.

Nie chodziło o to, że kłamałem.

Kłamstwo byłoby prostsze.

Wszystko, co pisałem, mogło być prawdą.

Naprawdę żałowałem pewnych rzeczy.

Naprawdę zastanawiałem się, dlaczego krzywdziłem ludzi.

Naprawdę chciałem być lepszy.

Problem polegał na tym, że jednocześnie — dokładnie w tej samej chwili — chciałem być człowiekiem, który tak interesująco chce być lepszy.

Chciałem zmiany.

Ale chciałem również zachować autora tej zmiany.

Mądrego.

Przenikliwego.

Autoironicznego.

Zdolnego zobaczyć własne świństwa z takiej wysokości, z jakiej zaczynają przypominać interesujący krajobraz.

---

Kobieta, z którą byłem, zapytała kiedyś:

— A gdybyś naprawdę się zmienił, to o czym byś pisał?

Powiedziałem:

— Zawsze coś się znajdzie.

Zaśmiała się.

Ja też.

Ale później pomyślałem, że to wcale nie jest śmieszne.

Bo być może potrzebowałem swoich wad.

Były materiałem.

Człowiek emocjonalnie zdrowy jest literacko podejrzany. Wstaje rano, robi kawę, kocha kogoś w sposób wystarczająco dobry, nie przeprowadza audytu ontologicznego podczas seksu i pamięta, żeby kupić papier toaletowy.

Co z nim zrobić?

Nie ma metafory.

---

Dlatego dzisiaj, kiedy siadam do pisania, próbuję sobie zadać jedno pytanie.

Nie: czy to jest prawdziwe?

To za mało.

Nie: czy jestem wobec siebie bezlitosny?

To może być kolejna forma próżności.

Nawet nie: czy coś dzięki temu zrozumiałem?

Rozumienie jest moją ulubioną kryjówką.

Pytam:

Co zrobię inaczej, kiedy skończę?

I tego pytania nie lubię.

Nie da się go dobrze napisać.

Nie imponuje czytelnikom.

Nie świadczy o inteligencji.

Odpowiedź zazwyczaj jest banalna.

Zadzwonić.

Przeprosić.

Nie uciec.

Nie tłumaczyć.

Posłuchać.

Zostać.

---

Wczoraj skończyłem kolejne opowiadanie.

Było o mężczyźnie, który odkrywa, że nawet własną autoterapię potrafi przekształcić w autoprezentację.

Przeczytałem całość dwa razy.

Potem trzeci.

Było naprawdę dobre.

Zwłaszcza fragment o Wspaniałym Pacjencie.

Przez chwilę miałem ochotę coś zmienić, dopisać jeszcze jedno zdanie, może mocniejsze zakończenie.

Ale pomyślałem, że tym razem zrobię inaczej.

Zamknąłem komputer.

Poszedłem do pokoju, w którym siedziała kobieta, z którą byłem.

Usiadłem obok niej.

Nie powiedziałem jej, co właśnie zrozumiałem.

To było najtrudniejsze.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania