Ofiara i kat
Obite, obolałe mięśnie drgały po długotrwałym wysiłku. Przed sobą widział rzędy takich jak on, ich zdeformowane opuchlizną, porozbijane i zakrwawione głowy. Do uszu docierały jęki, płacz, przekleństwa, krzyki strażników i odgłosy wymierzanych bykowcem razów, którymi co chwilę korygowano postawę więźniów. Stali tak od osiemnastu godzin. Z półtora tysiąca przybyłych na apel, na placu pozostało już kilkudziesięciu.
Bał się, że umrze, że za chwilę to jego wyciągną z szeregu i poprowadzą przed pluton egzekucyjny, albo zachwieje się i dostanie zbyt mocno pałką w głowę. Bardzo się bał. Chciał żyć. Miał dopiero dziewiętnaście lat.
Nagle świat zawirował. Pociemniało mu w oczach, mięśnie zwiotczały, a ciało osunęło się bezwładnie. Słyszał, jakby z oddali, głos esesmana:
– Wstać! Więzień dwanaście czternaście! Natychmiast wstać, du polnische Schwein! – Ostatnim słowom towarzyszyło kilka kopniaków, ale nawet wylane chwilę później wiadro lodowatej wody nie było już w stanie przywrócić mu umykającej przed bólem świadomości.
Kwiecień 1990
Z krzykiem poderwał się z łóżka. Zbyt szybko, jak na jego zrujnowany kręgosłup, więc wydał kolejny okrzyk. Mokry, łapczywie chwytając powietrze, powoli dochodził do siebie po jednym z koszmarów, które dręczyły go przez niemal całe życie. Wspomnieniu ludzkiej męki i upodlenia. Antoni wyciągnął rękę w kierunku nocnego stolika i chwycił leżącą na nim książkę. Był to „Wehikuł czasu” Herberta Wellsa. Pierwszy egzemplarz dostał od swego ojca jeszcze przed wojną, ale dopiero późniejsze, traumatyczne przeżycia sprawiły, że fantastyczna powieść stała się jego nieodłączną towarzyszką, niemal talizmanem. Pozwalała mu, choć na chwilę, pozbyć się z pamięci tych okropnych obrazów, zakłamać wspomnienia. Zamknął oczy i wyobraził sobie, że dosiada takiego wehikułu. Wywozi młodego Antosia z Gdańska przed pierwszym września 1939 roku i ten nie musi uciekać przed przymusowym wcieleniem do Wehrmachtu. Nie zostaje złapany i nie trafia do więzienia, ani w efekcie do obozu w Oświęcimiu.
***
– Witam pana profesora. A pan profesor nawet w niedzielę tutaj? Nie lepiej spędzić wolny czas z rodziną.
– Pewnie lepiej, panie Władziu, ale trzeba ją mieć – odparł smutno Antoni, podając łysawemu portierowi przepustkę. – Ja mam tylko te dziewczyny tutaj, więc korzystam, zanim nie wyrzucą mnie na emeryturę.
– Dziewczyny? A, no tak, rozumiem. To do której dziś? Do Ewy?
– Dziś mam trochę roboty przy Marii.
Kompleks reaktora jądrowego „Maria” zajmował kilka budynków i był chlubą Instytutu Energii Atomowej w Otwocku-Świerku. Oficjalnie, wszystkie polskie reaktory były instalacjami badawczymi i nie były wyposażane w turbiny, jak to ma miejsce w elektrowniach atomowych. W rzeczywistości, „Maria”, choć tej informacji nie wolno było upubliczniać, zaopatrywała w energię elektryczną kilka projektów badawczych. W instytucie było pusto i Antoni miał całe trzydzieści megawatów tylko dla siebie.
Dziś był ten wielki dzień. Jego dzieło było skończone, przetestowane i gotowe do użytku, a on stanie się za chwilę pierwszym podróżnikiem w czasie. Bez kamer i błysków fleszy, bez wywiadów i przecinania wstęgi. Marzenie, któremu poświęcił życie, miało się teraz ziścić.
Wystukał ostatnie komendy na klawiaturze komputera i na czarnym ekranie zaczęły pojawiać się kolejno cyfry odliczania: 4, 3, 2, 1… Maszyneria ożyła. Kilkanaście potężnych laserów zaczęło zamieniać uzyskaną z reaktora energię na świetlne impulsy i wtłaczać ją do zamkniętych w pierścienie wiązek światłowodów. Ta, krążyła w nich narastając, nie mogąc znaleźć ujścia. Wewnątrz pierścieni powstał wir, z każdą chwilą głębszy i obracający się coraz szybciej, aż do momentu, gdy ugięta w tym miejscu czasoprzestrzeń nie zetknęła się z innym jej odcinkiem.
Profesor sprawdził jeszcze kilka odczytów na monitorze i zarzucił na ramię niewielką, skórzaną torbę, po czym wszedł do powstałego tunelu.
Maj 1889
Franz Dafner, stojąc za kontuarem, przyglądał się dziwnie ubranemu mężczyźnie, który właśnie przekroczył próg jego zajazdu.
– Szczęść Boże, w czym mogę szanownemu panu służyć?
– Dzień dobry – odparł starszy pan o obcym akcencie, w dziwnej, jednorzędowej marynarce, zapinanej tylko na cztery guziki i z jeszcze dziwniejszą, skórzaną torbą na ramieniu. – jestem w Braunau przejazdem i chciałbym wynająć pokój na jedną noc.
– Mam jeden wolny pokój, ale… obok mieszka rodzina z małym dzieckiem.
– Nie szkodzi, mam twardy sen.
– Płaci pan…
– Z góry – odparł szybko klient, kładąc banknot na kontuarze.
– Dobrze. – Już mniej nieufny gospodarz schował pieniądze. – Muszę pana wpisać do księgi gości. Jak pana godność?
– Kloss, Hans Kloss.
– Jest pan Niemcem?
– Tak. Z Prus Wschodnich.
– Witam pana w naszym małym miasteczku, Herr Kloss. – Ostatnie wyjaśnienia uspokoiły właściciela zajazdu. Dziwny akcent gościa niewątpliwie pochodził ze wschodu. – Helena! – krzyknął, odwracając się na chwilę od gościa. – Moja żona wskaże panu pokój.
***
Antoni, ostrożnie stawiając stopy na drewnianej, skrzypiącej podłodze, dotarł pod właściwe drzwi. Wyjął ze skórzanej torby kilka przedmiotów, w tym mały, metalowy zbiorniczek zakończony gumowym wężem. Wsunął koniec rurki w szparę pod drzwiami i otworzył zawór. Nie mógł ryzykować, że ktoś obudzi się, gdy on będzie w środku. Odczekał chwilę, aż gaz usypiający rozejdzie się po mieszkaniu i zacznie działać na domowników. Używając wytrycha szybko uporał się z zamkiem. Założył maskę gazową, po czym z małą latarką w jednej, a nożem w drugiej ręce wtargnął do środka. Kołyskę z kilkutygodniowym dzieckiem znalazł dość szybko. Mały Adolf słodko spał. Mężczyzna uniósł nóż.
Przed wyruszeniem w drogę, taki cel podróży wydał mu się najbardziej sensowny. Pomoc samemu sobie w ucieczce z Gdańska była niebezpieczna i nie gwarantowała sukcesu. Niemcy mogli młodego Antosia złapać później. Mógł też zginąć w trakcie działań wojennych. Natomiast wyeliminowanie dyktatora dawało spore szanse na uniknięcie wojny. W starciu z dorosłym Hitlerem, szczególnie będącym u władzy i pilnowanym, nie miał szans. Zaplanował więc unicestwić potwora krótko po narodzinach. Nie przewidział jednak, że nie będzie w stanie zabić dziecka.
Spocony, ciężko oddychając, opuścił rozdygotaną rękę i schował nóż do torby. To niemowlę wyglądało tak niewinnie. Być może, wychowując się w innym czasie i miejscu, wyrosłoby na porządnego, dobrego człowieka. Nie wiedział, co ma zrobić. Przeklinał swą słabość, wypominał sobie, że cały trud pójdzie na marne. Przez chwilę przemknęła mu myśl, aby zabić Aloisa Hitlera, który nie potrafił odpowiednio wychować syna. Ale to rozwiązanie także nie dawało gwarancji. Wreszcie podjął decyzję. Owinął śpiące dziecko w kocyk i wyszedł, zabierając je ze sobą.
***
W drodze do tunelu czasoprzestrzennego coraz trudniej mu było się poruszać. Na początku zrzucił to na karb zmęczenia. To był w końcu dla niego bardzo ciężki dzień. Jednak opór otaczającej go przestrzeni stawał się z każdym krokiem wyraźniejszy i dotkliwszy. Szedł teraz przez las, pochylony do przodu, jak podczas silnej wichury. Ale wiatru nie było, za to samo powietrze wydawało się być gęstsze od wody. Pozostało mu jeszcze kilkanaście metrów. Przysiadł na chwilę i odłożył zawiniątko z dzieckiem. Opór zniknął.
Choć cała sytuacja była dla niego zaskoczeniem, zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Miał zamiar zmienić bieg historii. Nikt nie był wcześniej w stanie stwierdzić, jakie konsekwencje może przynieść takie działanie. On sam, zgodnie z twierdzeniami Einsteina, wyobrażał sobie czasoprzestrzeń, jako elastyczną i podatną na odkształcenia. Pozwoliło mu to na opracowanie technologii podróży w czasie. Przypuszczał, że jego wizyta w przeszłości wzbudzi pewien rodzaj fali, która wpłynie na dopasowanie się zawartej w czasoprzestrzeni energii i materii do nowych warunków początkowych. Najwyraźniej nie miały one ochoty na zmiany.
Odzyskawszy nieco siły podjął dalszą wędrówkę, przyciskając niemowlę do piersi. Powoli, niemal jak zanurzony w gęstym miodzie, walczył o każdy metr. Wreszcie, wycieńczony, zniknął we wlocie tunelu.
Kwiecień 1990
Pojawił się w swoim laboratorium z zawiniątkiem na rękach i potężnym bólem głowy. Wyłączył aparaturę, odłożył skórzaną torbę i wyszedł na zewnątrz. Mimo iż otaczająca go przestrzeń nie utrudniała już ruchów, czuł się gorzej, niż poprzednio. Miał mętlik w głowie. Wszystko wokół zdawało się drgać. Zataczając się, dotarł na parking. Odnalazł swoje srebrne volvo, ułożył dziecko na tylnej kanapie, a sam usiadł za kierownicą. – Udało mu się. Zrobił to. Ale czy pozbędzie się w ten sposób wspomnień? – Jeszcze chwilę walczył, by skupić myśli, po czym stracił przytomność.
Marzec 1953
Widział przed sobą rzędy więźniów, przemarzniętych, wycieńczonych, często posiniaczonych lub zakrwawionych. Słyszał jęki i szlochanie. Od kilku godzin wszyscy stali na baczność. Kto się ruszył, narażał swe ciało na ciosy gumowymi pałkami. Starsi, osłabieni i chorzy zaczęli, jeden po drugim, osuwać się na wybetonowaną powierzchnię placu apelowego. Umierali, kopani i okładani przez strażników, karcących w ten sposób „wrogów ludu” za brak szacunku dla Ojca Narodów.
Kwiecień 1990
Antoni obudził się zmarznięty i obolały, siedząc za kierownicą swego auta. Rozejrzał się po okolicy. Nie miał pojęcia gdzie jest i jak się tu znalazł. Czyżby początki sklerozy? – pomyślał. Jednak nie. Pamiętał wszystko doskonale, poza wczorajszym popołudniem. Pewnie zabalował. Kto mógł mieć wczoraj imieniny? Wszelkie próby wypełnienia luki w pamięci powodowały ból głowy. To musiał być kac. I jeszcze ten durny sen. Jakieś wspomnienia z obozu. Czyżby na stare lata zaczynało go dręczyć sumienie?
Uruchomił silnik i skierował samochód ku głównej szosie. Kilka kilometrów dalej minął tablicę z napisem „Otwock”. Co on u licha robił w Otwocku?
Nagle usłyszał płacz dziecka. Ostro zahamował i obejrzał za siebie. Na tylnej kanapie jego wołgi, zawinięte w kocyk, leżało niemowlę.
– Co to, kurwa, jest!? – wrzasnął, po czym dziecko rozpłakało się jeszcze bardziej.
Jego obolałą głowę zaczęły atakować różne, często absurdalne myśli. Ktoś mu tego bachora musiał podrzucić. Przyjrzał się dziecku dokładniej. Nie, nie jego! Przecież on już od dawna… no skąd, w jego wieku? Może wnuk? A gdzież tam. Aby mieć wnuki, trzeba najpierw spłodzić potomstwo, a on dzieci nie miał. Żony zresztą też. Czyżby ktoś chciał go wrobić? To możliwe. Posiadanie dziecka bez zgody władz, to przestępstwo karane długoletnim wyrokiem. Ale kto by śmiał? Naczelnemu komendantowi Milicji Przywiślańskiego Kraju Rad?
Podjechał pod dom, uchylił okno i skinął na wartownika.
– Dyżurny, spójrzcie tam. – Wskazał na tył samochodu.
– Dziecko?
– Dziecko, dziecko. Rodzice porzucili, aby uniknąć kary. No co tak oczy wybałuszyliście, jakby wam kto na jaja nadepnął? Dziecka nie widzieliście?
– No, widziałem…
– Słuchajcie. – Antoni Aleksandrowicz wysiadł właśnie z czarnej limuzyny i wręczył kluczyki milicjantowi. – Zaparkujcie mój wóz, a potem wezwijcie jakiś patrol. Niech zawiozą niemowlę do Międzylesia, do Ośrodka Późnej Aborcji. Ja idę się przespać. Nie ma mnie dla nikogo.
Komentarze (13)
Tez takie figle płata komórka, tam sie szyckie minki nie ida wyswietlic.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania