Ogrody na dalekich przedmieściach

A może lepiej marzyć, marzyć ?

We śnie po całej Galaktyce białym żaglowcem płynąć...

Spotykać towarzyszy zabaw dziecięcych i bohaterów naiwnych opowieści

Niezmienionych, takich, jakimi byli za dawnych dni

Oczy przymknąć i w pustym parku ujrzeć stada leniwych bizonów...

I wodzów Indian palących fajki pokoju przed kolorowymi wigwamami

A wszystko za kępą pokrzyw i łopianów, w zakątku, w którym jako dzieci próbowaliśmy tekturową rakietę wysłać prosto na Marsa

Nigdy nie powróciła…

Może nadal leci do nieznanego celu?

W ogródku babci, pomiędzy malwami, spoczywa kontynent czekający na swych odkrywców- wielkie miasta, gwar nieznanych języków, po bezkresnych mapach przemieszczają się figury szachowe…

Nie, to nie figury szachowe, to karawany kupców wiozących jedwab i kamienie szlachetne: czerwone, zielone, opalizujące błękitem nieba...

Czekają na swoich odkrywców, którzy tchną w nich nowe życie i sami przeżyją ich dzieje,

dzieje, których nikt dotąd nie przeżywał...

Słów nie trzeba szukać nowych, żadnych słów, tylko sen cudowny śnić...

**** ****

"Ogrody na dalekich przedmieściach"

 

Ogrody na dalekich przedmieściach które sprzed tylu lat pamiętam radośnie buzowały w nich barwy i słodkie wonie

A na chodniki sypała się nieskończoność kwiatów i owoców

wydawało się że za chwilę już wkrótce pochłoną obce sobie ulice miasta że same staną się wiecznie żyjącym miastem

Po ciepłym wiosennym deszczu nawet asfalt pachniał nektarem kwiatów i sokami młodych drzew

Takie były nasze ogrody dzielne i nieustępliwe

Podobno w samym ich środku było Eldorado pełne tajemnic niezbadane

Nigdy tam nie dotarłem

I nie znam nikogo kto odkrył to miejsce

Nad ogrodami jak baśniowy kobierzec chmur leniwie płynął czas

w kalejdoskopie pojawiały się kolejne obrazy

coraz to piękniejsze ale już obce takie obce…

------------------------ ---------------------

jesień 2022

Komentarz:

Jako dzieci marzyliśmy o zbudowaniu wielkiej rakiety, dzięki której moglibyśmy zwiedzić najdalsze zakamarki kosmosu; w małym sklepiku kupowaliśmy wielkie czerwone lizaki (strasznie mdłe) i oranżadę w brązowych lub białych butelkach. Ta w białych butelkach zazwyczaj była czerwona, ale szybko się psuła... Wtedy była po prostu okropna, taka kwaśna, zbutwiała. W tym samym sklepiku kupowaliśmy kapiszony i korki do pistoletów nazywanych korkowcami; uzbrojeni w proce, korki, kapiszony i plastelinę, z której robiło się zazwyczaj małe pociski, wyruszaliśmy na puste pola, które nasze i późniejsze pokolenia nazywały Grunwaldem. Na drugim końcu Grunwaldu były gęste zarośla- wąskie dróżki ukryte pod baldachimami rozłożystych łopianów, jakieś suche badyle, a dalej królestwo groźnych pokrzyw. W tych zaroślach trzeba było uważać: można było natknąć się na gniazdo wielkich szerszeni lub os; czasami zręcznie przebiegła z gęstwiny do jakiegoś parowu zielona jaszczurka. Ale te stworzenia nigdy nas nie zaatakowały. W domu czytaliśmy Karola Maya i Baśnie z 1001 Nocy, solidaryzowaliśmy się z Tytusem, lekceważąc Romka i Atomka...

Tak wyglądał nasz mały-olbrzymi świat...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania