Okrążenie, cz.2
cd.
– Sierżancie, przecież tam już prawie nic nie ma. – Porucznik odpowiedział mu szeptem, tak, żeby usłyszał tylko rozmówca. Wyraźnie nie chciał ludzi jeszcze bardziej rozdrażnić. – Na resztkach ciągniemy.
– Wiem, co zostało, kucharza się pytałem. Na polowanie się nada. Jak nie wyjdzie, prowiant oddam. Nie zmarnuję.
Dowódca popatrzył na podwładnego. Co on wykombinował? Ach, pewnie...
– Dobrze, idź do kwatermistrza i weź, co potrzebujesz. Gorzej i tak już nie będzie. Albo niedługo się wymkniemy, albo...
Nie dokończył i nawet dalej nie pytał. Nie metoda, tylko efekt się liczył. Żarcie. Żarcie dla żołnierzy! Zresztą domyślał się – kiedyś, przy brydżu, słyszał opowieść o tym, w jaki sposób ludzie ze wsi polowali na dzikie ptactwo tak, aby nie wpaść w łapy leśniczemu. Pewnie dawniej gajowy sam ich ścigał za to, a teraz będzie uprawiał kłusownictwo. Taki czas nastał, wojna wywraca wiele spraw do góry nogami.
Staremu podoficerowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Musiał jeszcze tylko chwilę powykłócać się z kwatermistrzem, ale to była drobnostka. Kiedy ten udał się do dowódcy, a później wrócił z miną jak gradowa burza, sierżant tylko uśmiechnął się. Wiedział, że dostanie to, co chciał.
– Wezmę wieczorem. – Nachylił się nad kwatermistrzem i poufale poklepał go po ramieniu.
– Bierz teraz i daj mi spokój! – Ten gniewnie strącił rękę. – Co ja pojutrze kucharzowi do kotła włożę?
– To mnóstwo czasu. Jutro dopiero jest jutro. – Gajowy próbował go udobruchać. Rozumiał jego zachowanie, musiało mu się przecież serce krajać. To na kwatermistrza spadną wszystkie gromy chłopaków, a nie na niego, jeżeli tamten wyda resztkę żywności, a dobrego efektu to nie przyniesie. Sierżant obiecał dowódcy, że jej nie zmarnuje, ale teraz nie był tego taki pewny. Ryzykował dużo, ale już nie mógł się cofnąć.
– Przyjdę wieczorem – powtórzył. – Nie dałbym rady przypilnować. Za dużo chętnych. Zaleję i do rana przetrzymasz u siebie pod kluczem. Oka bym nie zmrużył.
Pozostałe godziny letniego dnia, aż do wieczora, zeszły mu na nicnierobieniu. Przed zmierzchem udał się do kwatermistrza. Zamknęli za sobą drzwi magazynu-ziemianki od wewnątrz, aby nie kusić losu, a właściwie głodomorów; wielu z nich krążyło wokół jak psy gończe, które wyniuchały z daleka żarło. Gajowy wsypał otrzymany groch do wiadra i zalał go całkowicie.
– Do jutra. – Uścisnął dłoń magazynierowi i wyszedł z ziemianki, rzucając na odchodne: – Śpij i pilnuj na zewnątrz. Tak będzie lepiej. Nie kuś siebie i losu.
Przed ziemianką stała jeszcze grupka młodzieńców, wśród nich Janek i Ospowaty. Wszyscy wyciągali szyje w stronę magazynu i mocno pociągali nosami. Sierżant skrzywił się. Czego oni tak niuchają? Katar ich dopadł w środku lata?!
– Co tu robicie? Żarcie dopiero rano będzie. A o brzasku jeszcze robota, sam was obudzę. No, już was nie ma. – Pogonił ich ruchem ręki, a do siebie mruknął: – Co to za żarcie. Resztka kaszy.
Od razu udał się na spoczynek. Podniósł się z posłania wraz z pierwszymi promieniami słońca. Kwatermistrz drzemał przed ziemianką na płaszcz-pałatce jak zając pod miedzą – na odgłos jego kroków momentalnie otworzył oczy. Bez słowa wstał, otworzył drzwi i wszedł do magazynu. Gajowy wziął od niego wiadro z grochem i podszedł do śpiących partyzantów; trącił Janka i kilku z tych chłopaków, którzy wieczorem krążyli jak ogary przy ziemiance.
– Podnoście tyłki. Dawaj, dawaj. Idziemy.
Obudzeni, ledwie ziewnęli, przetarli oczy i spojrzeli na wiadro, a już im zaświeciły się one jak u wilków w nocy.
– Nie dla was, pacany. – Sierżant burknął i żartobliwie pogroził palcem. – Byśta chcieli. No już, idziemy.
Ruszył ścieżką, nie oglądając się nawet. Doszedł do małej polanki i rozsypał na niej nasączony już groch. Rozglądnął się i strach go trochę obleciał – jak wyzbierają ziarna, gdyby się nie udało? Ledwie je widać wśród źdźbeł trawy. Jeśli pogna młokosów do pracy, to może połowę zbiorą, ale resztę zeżrą i legną. Przecież wszystkich nie przypilnuje, żarłoków. Z wiadra grochu dziecięce wiaderko mu zostanie i jeszcze sam będzie wracał. Co powie dowódcy?
Przestał o tym rozmyślać, już było za późno. Zaległ w lesie na samym skraju polanki, nakazując pozostałym partyzantom zrobić to samo.
– Chłopaki, tylko cicho leżta, co by nie spłoszyć.
– Wiemy, wiemy – odezwali się Janek i Ospowaty.
– Co spłoszyć? – zapytał ktoś leżący najbliżej.
Janek, zdziwiony, spojrzał w jego kierunku. Ach, to ten dzieciak, co mleko ma jeszcze pod nosem. Mówił, że ma już siedemnaście lat, ale kto go tam wie. Ledwie miesiąc temu przyjął go porucznik do oddziału, na próbę.
– Ot, głupi – zaśmiał się cicho. – Gęsi. Dzikich gęsi.
– Aaa...
– Cicho już! – nakazał im gajowy i z niepokojem spojrzał w niebo.
Miał doświadczenie. Górą przeleciał jeden klucz gęsi, potem drugi, trzeci. Żaden nie wylądował na polanie. Leżący już dłuższy czas chłopcy zaczęli się niecierpliwić, co chwila rozpoczynali rozmowy między sobą. Gajowy nie odpuścił:
– Cholera, uspokójta się. Aby mieć, trza czekać.
W końcu cierpliwość została wynagrodzona. Przelatywał nad polaną kolejny klucz; prowadzący gąsior zaczął się zniżać, a po kilku sekundach wszystkie gęsi. Przewodnik wyraźnie obrał polankę na miejsce odpoczynku. Kiedy tylko stado usiadło, jeden z ptaków dojrzał jadło i z głośnym krzykiem rzucił się na nie, a za nim pozostałe gęsi. Połykały rozsypany groch tak łapczywie, że w niecały kwadrans wszystek pożarły, do ostatniego ziarna. Zalegający w krzakach partyzanci już chcieli wyskoczyć na polanę, ale gajowy ich wstrzymał:
– Poczekajta, jeszcze chwila.
Po następnym kwadransie gęsi zaczęły się chwiać i jedna po drugiej przewracać. Kiedy ostatni z ptaków także utracił równowagę, gajowy z cicha krzyknął:
– Teraz! Za łby i ukręcać!
Ruszyła biegiem partyzancka wiara. Nie mieli dużo roboty; już po kilku minutach mogli wracać z przytroczoną do pasów zdobyczą. Janek nie lenił się, sam „upolował” sześć dorodnych ptaków.
cdn.
Komentarze (10)
Powikłane losy, powikłane wspomnienia... Mój ojciec to Wileńszczyzna, po AK walczył w II Armii WP, szedł przez Nysę i Budziszyn. Natomiast ociec teściowej oraz mój teść to podobnie jak Twój dziadek - urodzili się i żyli na Pomorzu Nadwiślańskim, wcielonym do III Rzeszy. Aby ratować rodziny, musieli też pójść do Wehrmachtu... teściowi, którego kuter patrolowy został zatopiony na kanale La Manche, udało się dostać do polskiego I Korpusu WP w Anglii. Potem droga bitewna w polskim wojsku, w latach 1944-45. Wrócił po wojnie do Polski...
Od razu dopiszę - namów dziadka do opowiadań i spisz jego wspomnienia! Dopóki żyje. Jak ja teraz żałuję... muszę przypominać sobie fragmenty, zbierać po krewnych, co kto pamięta z opowiadań...
Pozdrów serdecznie ode mnie dziadka :)
To, o czym dziadek opowiadał (o służbie w niemieckim wojsku) trochę już tu pisałem i napomykałem, jesienią 2016 - będziesz miała czas i chęć, zobacz opowiadania: "Kaszubskie wesele", cz. 6, 9 i 10 (to też fragmenty z tej nowej książki). Może i dziadkowi się spodoba ;)
Historie rodzinne kryją tyle emocji. Też zbieram opowieści moich przodków. Pozdrawiam 5 :-)
Spokojnych i radosnych świąt Wielkanocnych
Również życzę spokojnych i ciepłych świąt. Oby nie były zbyt dyngusowe z góry :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania