Ona
Padało.
Nie był to jednak deszcz, który zapowiada burzę, lecz ten jesienny, drobny, niemal niewidoczny, który godzinami potrafi wisieć w powietrzu, aż człowiek zaczyna podejrzewać, że to nie niebo płacze, tylko świat powoli się rozpuszcza.
Kobieta siedziała przy barze.
Miała rude włosy, niedbale spięte z tyłu głowy, z których wymknęło się kilka niesfornych kosmyków. Jeden opadał jej na policzek, ale nie próbowała go poprawić. Była piękna w ten szczególny sposób, w jaki bywają piękne kobiety, które dawno przestały się zastanawiać, czy ktoś jeszcze na nie patrzy.
Przed nią stał kieliszek czerwonego wina.
Od dobrej godziny nie ubyło z niego prawie nic.
— Zły dzień? — zapytał barman, wycierając szklankę.
— Złe czasy.
— To znacznie poważniejsze.
— Nawet pan nie wie jak bardzo.
— W takim razie może drugi kieliszek?
— Pierwszego jeszcze nie skończyłam.
— Wiem. Ale czasami dobrze jest mieć przed sobą jakieś perspektywy.
Nie uśmiechnęła się.
Barman wzruszył ramionami i odszedł obsłużyć parę siedzącą przy stoliku pod oknem.
Kilka miejsc dalej siedział mężczyzna.
Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Siwe włosy, ciemna marynarka, twarz człowieka, który wiele widział, lecz niewiele z tego uznał za warte opowiadania. Przed nim stała filiżanka kawy.
Obserwował kobietę od pewnego czasu.
W końcu wstał, podszedł i wskazał wolne krzesło.
— Mogę?
— Jest pan wolnym człowiekiem.
— To dość odważne stwierdzenie.
Spojrzała na niego niechętnie.
— Zamierza pan filozofować?
— Nie. Chciałem tylko usiąść.
— Więc proszę.
Usiadł.
Przez chwilę milczeli.
— Wygląda pani na kogoś, kto właśnie przegrał wielką bitwę — powiedział w końcu.
— Nie przegrałam.
— Tym lepiej.
— Odchodzę.
— To nie zawsze jest to samo?
Odwróciła głowę.
— Nie zna mnie pan.
— To prawda. Ale znam ludzi, którzy odchodzą.
— I co pan o nich wie?
— Że najczęściej zabierają ze sobą dokładnie to, przed czym uciekają.
Popatrzyła na niego uważniej.
— Nie uciekam. Po prostu nie chcę już uczestniczyć w czymś, co przestało mieć sens.
— A co miało sens?
Westchnęła.
— Poezja.
Mężczyzna lekko uniósł brwi.
— Poezja?
— Tak. Słowa. Myśli. Ludzie, którzy potrafią coś czuć. Ludzie, którzy próbują stworzyć coś własnego, niepowtarzalnego. Wie pan, czym jest napisanie dobrego wiersza?
— Podejrzewam, że trudniejsze niż wypicie tej kawy.
— To praca. Talent. Wrażliwość. Czasami cierpienie. Czasami całe życie zamknięte w kilku wersach.
— Pięknie powiedziane.
— A teraz przychodzą maszyny. Ludzie wpisują kilka zdań i otrzymują gotowy wiersz. Bez wysiłku, bez przeżycia. I jeszcze oczekują oklasków.
Mężczyzna pokiwał głową.
— Rozumiem.
— Nie. Pan nie rozumie. Ja przez lata próbowałam stworzyć miejsce, w którym ludzie będą się uczyć. Rozmawiać. Rozwijać. Gdzie słowo będzie miało znaczenie. Pomagałam początkującym. Krytykowałam tych, którzy tego potrzebowali. Broniłam pewnych wartości.
— I co się stało?
— Przyszedł marabut.
Mężczyzna spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— Ptak?
— Człowiek. Chociaż czasami mam poważne wątpliwości.
Uśmiechnął się.
— Co takiego zrobił?
— Pojawił się znikąd. Zaczął publikować. Pisać komentarze. Wszędzie go było pełno. Raz pisał rzeczy całkiem dobre, innym razem coś, czego nie dało się czytać. Jakby zupełnie nie rozumiał zasad.
— Jakich zasad?
— Naszych.
— Aha.
To krótkie „aha” zirytowało ją bardziej, niż powinno.
— Co pan przez to rozumie?
— Na razie nic. Proszę mówić.
— On jest nieznośny. Uparty. Przekonany o swoich racjach. Do tego korzysta ze sztucznej inteligencji.
— Przy pisaniu wierszy?
— Twierdzi, że nie. Że tylko poprawia teksty, interpunkcję, składnię. Ale skąd mam wiedzieć?
— Nie wie pani?
— Nie.
— A mimo to wydała pani wyrok?
Zamilkła.
— Nie chodzi tylko o niego.
— Wierzę.
— Chodzi o zasadę!
— Zasady są ważne — przyznał mężczyzna. — Pod warunkiem że nie zaczynają być ważniejsze od ludzi.
Kobieta sięgnęła po kieliszek.
— Pan też jest jednym z tych, którzy uważają, że wszystko należy zaakceptować?
— Nie. Uważam, że warto najpierw zrozumieć, co właściwie próbujemy odrzucić.
— Sztuczną inteligencję?
— Na przykład.
Przysunął filiżankę.
— Czy lubi pani muzykę?
— Oczywiście.
— A gitarę elektryczną?
— Zależy kto gra.
— Słusznie. Kiedy pojawiły się instrumenty elektryczne, wielu muzyków uważało je za profanację. Za sztuczność. Za zdradę prawdziwego brzmienia. A potem okazało się, że elektryczność nie zabiła muzyki. Otworzyła przed nią nowe drzwi.
— Ale gitara elektryczna nie komponuje sama.
— Oczywiście. I właśnie dlatego nie porównuję narzędzi, tylko reakcję człowieka na zmianę.
Spojrzał w stronę okna.
— Fortepian nie unicestwił klawesynu. Fotografia nie zabiła malarstwa. Kino nie odebrało sensu teatrowi. Każda nowa technologia coś zmienia. Czasami coś odbiera. Czasami coś daje. Bywa niebezpieczna, bywa fascynująca. Ale nie pyta nas o pozwolenie na istnienie.
— Więc mamy się poddać?
— Przeciwnie.
Spojrzał jej prosto w oczy.
— Mamy przestać mylić akceptację rzeczywistości z kapitulacją.
Milczała.
— Wie pani, co jest najdziwniejsze? — ciągnął. — Może pani nadal pisać własne wiersze. Nadal wymagać od siebie i innych uczciwości. Nadal nie korzystać z żadnych maszyn. Może pani bronić tego, co uważa za wartościowe. Nikt nie odbiera pani tego prawa.
— Ale inni...
— Inni zawsze będą inni.
Uśmiechnął się.
— I to jest jedna z najbardziej irytujących właściwości ludzkości.
Po raz pierwszy drgnęły jej usta.
— Pan sobie ze mnie żartuje.
— Trochę. Ale tylko dlatego, że od początku naszej rozmowy sprawia pani wrażenie, jakby ktoś zabronił pani się uśmiechać.
— Nie mam powodów.
— Ma pani. Tylko chwilowo wszystkie pani przeszkadzają.
Przez moment patrzyła na niego zdumiona.
— Niech mi pan powie — odezwała się ciszej. — Czy człowiek powinien walczyć o swoje przekonania?
— Oczywiście.
— Nawet jeśli wszyscy są przeciwko niemu?
— Tym bardziej warto je przemyśleć. Ale niekoniecznie porzucić.
— Więc dlaczego mam odejść?
— To właśnie chciałbym od pani usłyszeć.
Odstawiła kieliszek.
— Bo nie mogę już na to patrzeć.
— Na co?
— Na to, jak wszystko się zmienia.
— A gdyby świat przestał się zmieniać?
— Nie o to mi chodzi.
— Wiem.
Mężczyzna zamyślił się na chwilę.
— Kiedyś widziałem człowieka, który codziennie chodził na ten sam przystanek. Przez trzydzieści lat wsiadał do tramwaju o siódmej piętnaście. Zawsze ten sam przystanek, ta sama ławka, ten sam widok. Pewnego dnia przebudowano ulicę. Przesunięto przystanek o sto metrów.
— I co?
— Przez kilka tygodni przychodził na stare miejsce i przeklinał miasto.
— To głupie.
— Oczywiście. Tramwaj nadal jeździł. Tylko człowiek nie chciał zrobić tych stu metrów.
Zamilkła.
— Sugeruje pan, że jestem taka sama?
— Nie. Pani jest znacznie bardziej skomplikowana. Sto metrów mogłoby nie wystarczyć.
Tym razem się roześmiała.
Krótko, niemal wbrew sobie.
Barman zerknął na nich z drugiego końca sali i z satysfakcją uniósł kciuk.
Mężczyzna odpowiedział mu lekkim skinieniem głowy.
— A teraz wróćmy do tego marabuta — powiedział.
Kobieta natychmiast spoważniała.
— Wolałabym nie.
— Dlaczego?
— Bo już poświęciłam mu zbyt wiele czasu.
— To ciekawe.
— Co takiego?
— Że człowiek, którego pani tak bardzo nie akceptuje, zajmuje aż tyle miejsca w pani życiu.
— Nie zajmuje!
— Przed chwilą mówiła pani o nim przez dziesięć minut.
— Bo pan zapytał!
— Oczywiście. Moja wina.
Znów pojawił się ten dziwny, ledwie zauważalny uśmiech.
— Czy od początku go pani nie lubiła?
Zastanowiła się.
— Nie.
— A więc?
— Na początku był nawet zabawny.
— Doprawdy?
— Pisał dziwne rzeczy. Czasami całkiem interesujące. Miewał dobre pomysły. Bywał ciepły. Nawet sympatyczny, kiedy nie próbował udowadniać całemu światu, że ma rację.
— Czyli nie był taki straszny.
— Nie powiedziałam tego.
— A czy podobały się pani jego wiersze?
— Niektóre.
— Komentarze?
— Niektóre.
— Idee?
— Czasami.
— A on sam?
Popatrzyła na mężczyznę ostro.
— Co pan sugeruje?
— Nic. Pytam.
Odwróciła wzrok.
Za oknem deszcz powoli ustawał.
— Myślę, że... — zaczęła i urwała.
— Tak?
— Myślę, że mógł być kimś wartościowym. Gdyby tylko trochę posłuchał.
— Kogo?
— Mnie, oczywiście.
Mężczyzna nie odpowiedział.
Cisza trwała tak długo, że w końcu sama spojrzała na niego zniecierpliwiona.
— No co?
— Nic. Zastanawiam się tylko, czy chciała pani, żeby stał się lepszym człowiekiem, czy bardziej podobnym do pani wyobrażenia o nim.
Otworzyła usta, ale nie znalazła odpowiedzi.
— To niesprawiedliwe — powiedziała w końcu.
— Być może.
— Pan przedstawia mnie jak jakąś despotkę.
— Nie. Jak człowieka, który bardzo chciał dobrze. Tak bardzo, że w pewnej chwili pomylił troskę z potrzebą kontrolowania.
Siedziała nieruchomo.
— Wie pani — mówił dalej — najtrudniej rozstać się nie z człowiekiem, którego nie lubimy, ale z własnym wyobrażeniem o tym, kim ten człowiek powinien być.
— A jeśli on naprawdę robi coś złego?
— Wtedy można mu to powiedzieć. Można go skrytykować. Można się z nim nie zgadzać. Można nawet przestać z nim rozmawiać. Ale nie można żądać od świata, żeby usunął każdego, kto nie spełnia naszych oczekiwań.
Westchnęła ciężko.
— Nie rozumie pan, ile wysiłku włożyłam w to miejsce.
— Wierzę pani.
— Ile lat.
— Wierzę.
— Ilu ludziom pomogłam.
— I tego nikt pani nie odbierze.
— A teraz wszystko się rozpada.
Mężczyzna pokręcił głową.
— Nie. Rozpada się pani wyobrażenie o tym, jak to wszystko powinno wyglądać.
Spojrzała na niego.
— Jaka jest różnica?
— Ogromna.
Oparł łokcie na barze.
— Proszę sobie wyobrazić, że patrzy pani przez okno. Widzi pani deszcz, brudną ulicę, szary chodnik. Mówi pani: „Jaki paskudny świat”. Tymczasem przy drugim oknie siedzi zakochany człowiek. Patrzy na dokładnie ten sam deszcz i myśli: „Jaki piękny wieczór”.
— To kwestia nastroju.
— Między innymi. Ale żadne z nich nie zmieniło ani jednej kropli deszczu.
— I co z tego?
— Że czasami, żeby zmienił się świat, nie trzeba przesuwać gór, przebudowywać ulic ani przekonywać całej ludzkości do własnych racji. Czasami wystarczy zmienić sposób patrzenia.
— Łatwo powiedzieć.
— Bardzo trudno zrobić.
Przez chwilę przyglądał się swoim dłoniom.
— Człowiek całe życie urządza sobie świat we własnej głowie. Buduje pokoje, stawia ściany, wiesza obrazy. Z biegiem lat przywiązuje się do tego wnętrza tak mocno, że zaczyna wierzyć, iż cały świat wygląda dokładnie tak samo.
— A nie wygląda?
— Nie. A kiedy ktoś przychodzi i przynosi obraz, który nie pasuje do wystroju, człowiek wpada w gniew. Zamiast zastanowić się, czy nie warto znaleźć dla niego miejsca, próbuje wyrzucić go razem z gościem.
Kobieta wpatrywała się w resztkę wina.
— A jeśli ten obraz jest brzydki?
— Nie musi go pani wieszać.
— A jeśli jest wszędzie?
— Wtedy może warto zastanowić się, dlaczego wszędzie go pani dostrzega.
Milczała długo.
Wreszcie zapytała:
— Czy pan uważa, że powinnam wrócić?
— Dokąd?
— Na portal.
— A czy pani tego chce?
— Już nie wiem.
— W takim razie proszę nie podejmować decyzji ze złości.
— Chcę zacząć gdzieś indziej.
— Proszę bardzo.
— Na innym portalu. Z innymi ludźmi.
— Doskonały pomysł, jeśli szuka pani nowych ludzi.
— A jeśli chcę zostawić za sobą to wszystko?
Mężczyzna westchnął.
— Wtedy obawiam się, że czeka panią rozczarowanie.
— Dlaczego?
— Bo tam też będą ludzie.
— I?
— Któregoś dnia pojawi się ktoś podobny do marabuta. Może będzie pisał jeszcze gorsze wiersze. Może będzie używał sztucznej inteligencji. Może będzie przekonany, że odkrył nowy rodzaj poezji, bo nauczył komputer rymować „miłość” z „wiecznością”.
Parsknęła śmiechem.
— To akurat nic nowego.
— Właśnie. I co pani wtedy zrobi?
Nie odpowiedziała.
— Znów spakuje pani swoje wiersze? Znów zamknie konto? Znów ogłosi koniec pewnej epoki i przeniesie się gdzie indziej?
— Może.
— A dokąd pani pójdzie, kiedy skończą się portale?
Popatrzyła na niego bezradnie.
— Nie wiem.
— Widzi pani, świat nie ma obowiązku urządzać się według naszych oczekiwań. Nie przygotuje nam ciepłego kącika, w którym wszystko będzie znajome, przewidywalne i zgodne z naszym gustem. Będzie się zmieniał, niezależnie od tego, czy jesteśmy na to gotowi.
— Więc co mam zrobić?
— To, co robią ludzie, którzy chcą naprawdę żyć.
— Czyli?
— Zmieniać się razem z nim. Nie rezygnując z siebie.
Zamyśliła się.
— To brzmi jak sprzeczność.
— Tylko pozornie. Drzewo nie przestaje być drzewem dlatego, że jesienią gubi liście. Przeciwnie. Gdyby kurczowo trzymało się każdego z nich, pierwsza zima mogłaby je złamać.
Kobieta spojrzała w okno.
Na chodniku wiatr przesuwał mokre liście.
— A co z wartościami? — zapytała cicho.
— Wartości są korzeniami, nie liśćmi.
Tym razem milczenie trwało naprawdę długo.
Barman podszedł do nich.
— Jeszcze coś?
— Poproszę kawę — powiedziała kobieta.
— A wino?
Spojrzała na kieliszek.
— Niech pan zabierze.
Barman uśmiechnął się i odszedł.
— Widzi pani? — odezwał się mężczyzna. — Już pani zmienia świat.
— Zamawiając kawę?
— Nie. Przestając pić wino, na które nie ma pani ochoty.
Roześmiała się.
Tym razem szczerze.
— Wie pan, jest pan bardzo dziwnym człowiekiem.
— Słyszałem już gorsze rzeczy.
— I dość bezczelnym.
— To również.
Przez chwilę przyglądała mu się z zainteresowaniem.
— A pan? Czym się zajmuje?
— Ludźmi.
— Psycholog?
— Nie.
— Filozof?
— Też nie.
— Ksiądz?
— Broń Boże.
Roześmiała się ponownie.
— Więc kto?
Mężczyzna zamyślił się.
— Powiedzmy, że od czasu do czasu pomagam komuś znaleźć drogę.
— Jest pan przewodnikiem?
— W pewnym sensie.
— A jeśli ktoś nie chce być prowadzony?
— Wtedy siadam obok i czekam, aż sam zechce ruszyć.
— Dziwny zawód.
— Niewdzięczny. Zwłaszcza kiedy ktoś uparcie twierdzi, że droga kończy się dokładnie tam, gdzie on postanowił usiąść.
Uśmiechnęła się, ale zaraz spoważniała.
— A wie pan, co jest najgorsze?
— Co?
— Że ja naprawdę chciałam dobrze.
— Wiem.
— Nie chciałam nikogo krzywdzić.
— Wierzę.
— Chciałam, żeby ludzie byli lepsi. Żeby pisali lepiej. Żeby myśleli.
— To piękne pragnienie.
— Więc gdzie popełniłam błąd?
Mężczyzna przez chwilę patrzył na nią z niezwykłą łagodnością.
— Być może w pewnym momencie zapomniała pani, że ludzie mają prawo być lepsi na swój własny sposób.
Zacisnęła dłonie.
— A jeśli się mylą?
— Pani też ma do tego prawo.
Popatrzyła na niego.
— Wie pan, ile razy w życiu się myliłam?
— Pewnie mniej więcej tyle samo co ja.
— Nie wygląda pan na człowieka, który często się myli.
— To dlatego, że ma pani bardzo słabe oświetlenie.
Śmiała się tak długo, że barman ponownie spojrzał w ich stronę.
A potem nagle spoważniała.
— Chyba zaczynam rozumieć.
— Co takiego?
— Że nie muszę lubić wszystkiego, co się zmienia.
— Oczywiście.
— Nie muszę akceptować każdego wiersza ani każdego autora.
— Naturalnie.
— Mogę krytykować.
— Powinna pani, jeśli ma coś wartościowego do powiedzenia.
— Mogę uważać, że sztuczna inteligencja jest zagrożeniem dla prawdziwej twórczości.
— Może pani. I warto o tym rozmawiać.
— Ale nie mogę wymagać, żeby cały świat podzielał moje obawy.
— Właśnie.
Westchnęła.
— I nie mogę całe życie uciekać.
Mężczyzna nie odpowiedział.
Nie musiał.
— A ten marabut... — zaczęła.
— Tak?
— Chyba rzeczywiście trochę go lubiłam.
— Tylko trochę?
— Niech pan nie przesadza.
— Nie śmiałbym.
— Był czasami irytujący.
— Zapewne.
— Czasami śmieszny.
— Możliwe.
— I taki... nieprzewidywalny.
— To rzeczywiście ciężkie przewinienie.
Spojrzała na niego z ukosa.
— Pan go chyba zna.
Mężczyzna lekko się uśmiechnął.
— A pani?
— Przecież mówię panu o nim od godziny.
— Nie pytałem, czy pani o nim wie. Zapytałem, czy go pani zna.
Zastanowiła się.
— Chyba nie.
— Więc może warto zostawić w jego obrazie trochę pustego miejsca.
— Po co?
— Żeby mógł się w nim zmieścić człowiek, a nie tylko pani wyobrażenie o nim.
Spojrzała na niego długo.
Coś w jego oczach wydało jej się znajome.
Nie potrafiła powiedzieć co.
Była w nich jakaś dziwna mieszanina smutku, rozbawienia i czułości. Jakby patrzył na nią ktoś, kto zna wszystkie jej potknięcia, ale nigdy nie uznał ich za wystarczający powód, żeby przestać ją lubić.
— Wie pan... — zaczęła cicho. — Może naprawdę nie musiałam odchodzić.
— A może musiała pani odejść, żeby zrozumieć, że może wrócić.
— To trochę bez sensu.
— Najważniejsze rzeczy w życiu często tak wyglądają, zanim się je zrozumie.
Zamilkła.
Kawa wystygła.
Za oknem na mokrym chodniku pojawiły się pierwsze odbicia zachodzącego słońca.
— Chyba powinnam z panem częściej rozmawiać — powiedziała.
— Proszę rozmawiać z ludźmi. Ze wszystkimi. Także z tymi, którzy myślą inaczej.
— Nawet z marabutami?
— Zwłaszcza z marabutami. Podobno to bardzo pożyteczne ptaki.
Uśmiechnęła się.
— Wie pan, że jest pan pierwszą osobą od dawna, która potrafiła mnie rozśmieszyć?
— To dobrze.
— I pierwszą, która nie próbowała mnie przekonywać, że nie mam racji.
— Bo być może w wielu sprawach ma pani rację. Tylko nie każda racja wymaga zwycięstwa.
Zapatrzyła się na niego.
— Nie każda racja wymaga zwycięstwa... — powtórzyła wolno.
— Czasami wystarczy, że pozostanie nasza. Bez konieczności pokonywania kogokolwiek.
Wzięła głęboki oddech.
Jakby coś ciężkiego, co od dawna nosiła w sobie, nagle straciło połowę swojej wagi.
— Dziękuję — powiedziała.
— Za co?
— Za to, że pan usiadł.
— Cała przyjemność po mojej stronie.
Wstała, sięgnęła po płaszcz, ale po chwili zatrzymała się i odwróciła.
— Zaraz. Przecież ja nawet nie wiem, jak pan ma na imię.
Mężczyzna nie odpowiedział.
Uśmiechnął się tylko.
Nie był to zwykły uśmiech. Było w nim coś nieskończenie znajomego. Odrobina przekory, szczypta łobuzerstwa i ta dziwna, ciepła ironia, którą widywała czasami w komentarzach pewnego nieznośnego poety.
Pochylił lekko głowę.
A potem zrobił coś zupełnie nieoczekiwanego.
Przyłożył dwa palce do skroni, jakby salutował, po czym bezgłośnie poruszył ustami.
Nie usłyszała ani słowa.
Ale zrozumiała.
Poczuła nagły chłód przebiegający wzdłuż kręgosłupa.
— Marabut? — wyszeptała.
W tej samej chwili gdzieś za jej plecami rozległ się przeraźliwy brzęk tłuczonego szkła.
Barman upuścił tacę.
Odwróciła się gwałtownie.
— Nic się nie stało! — zawołał, zbierając potłuczone kieliszki. — Wszystko w porządku!
Kiedy ponownie spojrzała na sąsiednie krzesło, mężczyzny już nie było.
Rozejrzała się.
Drzwi pozostawały zamknięte.
Przy stolikach siedzieli ci sami ludzie.
Nikt nie wychodził.
Nikt nie zauważył niczego niezwykłego.
Przez chwilę stała nieruchomo, nie wiedząc, czy powinna się roześmiać, rozpłakać, czy może po prostu uznać, że wypiła jednak trochę więcej wina, niż pamiętała.
Powoli wyciągnęła rękę i dotknęła oparcia pustego krzesła.
A potem spojrzała na jego siedzenie.
Leżała na nim świeża, czerwona róża.
Komentarze (29)
Dziękuję za moc spokoju jaki potrafisz wnieść sobą :)
Trzy lata temu mój zięć podarował mi moje pierwsze w życiu wino, przywiezione z Włoch jako prezent żebym puściła córkę z nim w góry .... ponad 44 lata nie miałam pojęcia jak smakuje ....i to tyle w temacie.
Sanitariuszu, bdb i...ściskam kolce róży, może drogę chcę pokazać, milcząc...,
5 buziaków zostawiam
W tym tekście zawarłeś swoje podejście do toczącej się w komentarzach na Opowi dyskusji.👍
„Cóż może poeta? Tylko pisać może. I marzyć może… że kiedyś jego słowa dotkną czyjegoś serca”.
I czasami to wystarczy. 🌹
Barmaria ...tu nawet nie chodzi o komentarze na opowi.pl ...
– Ale zrozum, moje intencje były szlachetne. Chciałem cię tylko chronić! To była wyższa konieczność, poezja uczuć…
Zaśmiałam się tak głośno, że aż facet przy stoliku obok mało nie zadławił się swoją latte. Cudowne uczucie. Dokładnie tak samo bawię się na portalu, kiedy wjeżdżam z prowokacją w stado nadętych poetów. Ale w realu, na żywym organizmie, ten cyrk jest jeszcze lepszy.
– Chronić? Przed czym, przed prawdą? – Oparłam się wygodnie na krześle, patrząc na jego śmiertelnie poważną minę. – Robaczku, ty nie jesteś romantycznym bohaterem, tylko kiepskim iluzjonistą, któremu właśnie wypadły gołębie z rękawa. Wiersze piszę dla rozrywki, ale zarabiam na analizie danych. I powiem ci, że twoje równanie ma potężny błąd systemowy.
– Ty w ogóle nie masz serca! Liczą się tylko fakty? Przecież ta poezja między nami była prawdziwa!
– Prawdziwa to jest grawitacja. Ja stoję twardo na ziemi, noszę trampki i nie mam lęku wysokości, bo po prostu nie bujam w obłokach. Twoje kłamstwa są tak tanie, że nawet najdroższa metafora nie podbije ich wartości rynkowej. Próbowałeś sprzedać podróbkę ekspertowi.
– I co teraz? Tak po prostu koniec? Nawet nie dasz mi szansy się wytłumaczyć?
Upiłam łyk kawy, uśmiechając się najsłodszym ze swoich ironicznych uśmiechów.
– Wytłumaczyć? Z czego? Przecież ty nawet kłamać nie potrafisz z klasą. Twój wiersz chętnie zmasakruję ci w komentarzach na portalu, jeśli będę miała nudny wieczór. Ale z tej relacji właśnie się wypisuję. I wiesz co? Oszczędź te ''szlachetne'' teksty dla następnej. Może ona nie będzie potrafiła liczyć do dziesięciu.
Mnóstwo złości w Tobie Grafi 🥹
❤️❤️❤️ always will
Nie spodziewałem się niczego innego.
Marabut poświęciłeś mnóstwo czasu na napisanie tekstu ...to ci trzeba zostawić...:-)
najmniejsza Zastanawiasz mnie jeszcze czasami.
Ale ja już od dawna wiem.
Marabut co takiego wiesz?
najmniejsza ????
Marabut pytaniem na pytanie ?
Marabut Fajnie gdyby to było to samo co ja też już wiem od bardzo dawna.
najmniejsza 考え続ければ、いつか答えが見える。たとえ少し遅くても。
Marabut ,,różnymi językami mówić będą" no tak Święty Paweł ....:-) to poniekąd ma związek z tym co wiem ..i wiem że też wiesz.Super!
najmniejsza Vael norith esh varûn,
sel marath en dorvani.
Thar velûn na esh mirath,
ka veris ulthar en sael.
Veyrani
Kochany mam nadzieję że masz ze sobą gaśnicę bo zaraz Ci się telefon zapali.
Marabut Daleko na północy przebywa ten wielki człowiek,
o którym wieść niesie się szeroko.
Nie ma w tym nic dziwnego,
gdyż prawdy, które głosi, zostaną objawione światu.
Veyarani
Marabut z języka Hindi
najmniejsza Yeach what ever.
najmniejsza Not even close sir
Marabut tylko On nazywa sie inaczej
Marabut He's name is Jeszua
Marabut Wiem że Jest :-)
Najmniejszy
Vael norith esh varûn,
sel marath en dorvani.
Thar velûn na esh mirath,
ka veris ulthar en sael.
VeyraniTłumaczenie:
„Możesz ukryć twarz pod maską głupca, lecz nie ukryjesz tego, kim jesteś. Nawet najstaranniej odegrana rola nie potrafi na zawsze zasłonić prawdy”.
Marabut ktoś mi kiedyś powiedział że Prawda jest jedną gdy próbowałam komuś wytłumaczyć że myli się co do mnie wmawiając mi że to co mówi o mnie jest Prawdą .Lepiej wiem przecież co zrobiłam czego nie zrobiłam nigdy .Nigdy nie dopuściłam się cudzołóstwa i to moja Prawda najprawdziwsza a nie to co ktoś inny próbuje mi i innym wmawiać całymi latami.Nauczylam się ludzi nie oceniać ani po plotkach ani po pozorach ,Tobie radzę to samo bo może się okazać że Twoja ,,Prawda" dla kogoś może być bardzo krzywdząca i niesprawiedliwa.Tylko Bóg zna serce człowieka i nikt inny .
Z wieloma stwierdzeniami w tym tekście stanowczo mogłabym się nie zgodzić ale nic nie da tłumaczenie swojego punktu widzenia na różne wątki tutaj.
Idąc dzisiejszego wieczoru drogą krzyżową przez wieś, podjęłam postanowienie nie oceniać nikogo ...już się usuwam...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania