Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
OPERACJA: CZERWONY ŚWIT
Czy to możliwe, żeby byli takimi idiotami, pomyślał z rozbawieniem Andriu.
W uzwojeniach nerwowych już mu nieźle szumiało, lecz nie powstrzymało go to przed kolejnym łykiem wysokoprocentowego „petrygo”. Niebieski płyn przyjemnie rozgrzewał jego układy.
Ale czy to możliwe, żeby byli kretynami, ciągnął w myślał. Przecież w końcu byli zdolni do stworzenia tak inteligentnej istoty, jaką był on sam. Poza tym skonstruowali setki innych przydatnych, praktycznych i bardzo skomplikowanych maszyn. A jednak wiele wskazywało na to, że w ostatnich czasach ludzie zgłupieli.
-No nie Monia? – Rzucił Andriu w stronę starej gąsienicowej koparki, która stała obok. Nie czekał na odpowiedz. Był tu jedyną - a może nie tylko „tu” a „w ogóle” przemknęła mu inna myśl – istotą, (chociaż wolał określenie maszyną), która została obdarzona inteligencją. Resztę stanowiła sterta złomu ze znaczkiem NASA.
Wracając do ludzi, to musieli być kretynami. No bo przecież kto inteligentny posyłałby na marsa robota, żeby kopał doły na pustyni.
A w dodatku alkoholika.
- O przepraszam! – Oburzył się Andriu.
Alkoholika to już zrobili z niego ci z NASA, zmuszając go do picia petrygo, bez którego najnormalniej na świecie zamarzłby na tej zziębniętej planecie. A że płyn zawiera sporo procentów (całe 96% metanolu) to już taki skutek uboczny całej operacji, za który Andriu nie specjalnie się złościł, a nawet był zadowolony. Niebieski płyn był dobry, no i tak przyjemnie rozgrzewał go w środku wprawiając w dobry nastrój, z którym Andriu do tej pory się nie spotkał.
-Wasze zdrowie barany! – Andriu wzniósł toast w stronę gwiazd, rozlewając przy tym trochę płynu na piasek.
Zrozumiałe było, że posłali robota. Żaden człowiek nie wytrzymałby piętnastu minut pracy w takich warunkach. A on! Zero zapotrzebowania na tlen, zero jedzenia, zero snu, zero zmęczenia, zero słabości… Mógłby tak jeszcze wymieniać długie godziny, by i tak dojść do prostej konkluzji – jedynego, czego potrzebował to „petrygo”, bez którego zamarzłby na tej cholernej planecie. A że napój zawiera sporo procentów (całe 96%) to już taki mały skutek ubo…
Andriu przyłapał się na tym, że zaczyna bredzić w kółko i się otrząsnął. Dopił resztę z baniaka i rzucił go na pokaźną już kupkę pustych opakowań za pobliskim kamieniem.
- No dobra Monia, czas popracować. Kilka metrów sześciennych, a potem się napijemy. Ja petrygo, a ty diselka. Kto wie, może wieczorem zaproszę cię do namiotu na małe co nie co. – Andriu zaśmiał się, a jego śmiech rozszedł się echem po pustyni.
Andriu. Andruid drugiej generacji z problemami alkoholowymi. Od dwudziestu jeden dni przebywający na marsie biorąc udział w jakiejś pozbawionej dla niego samego logiki misji przekopania planety, po raz enty popatrzył z politowaniem na wykopany własnoręcznie dół długi i szeroki na kilkadziesiąt metrów.
No idioci normalnie.
Iwan Iwanowicz. Człowiek, lat 34, bez nałogów. Absolwent Wojskowej Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Od czterech lat w czynnej służbie wojskowej, jako osobisty ochroniarz prezydenta Wielkiego Związku Radzieckiego a zarazem jego najbardziej zaufany człowiek od zadań specjalnych, po raz dwudziesty pierwszy wcisnął, ze smutkiem w oczach, tajny guzik od tajnej windy, którą zjechał następnie do tajnego pomieszczenia w tajnych podziemiach Kremla, zadając sobie pytanie - dlaczego?
Przecież niczym nie zawinił, nie zrobił nic głupiego, ani nic, co byłoby złamaniem zasad. Więcej! Robił wszystko, co mu kazano, nawet jeżeli rzecz była nie do końca zgodna z prawem lub z jego przekonaniami. Był wierny jak pies. Ba! Był wierniejszy od psa, nie opuszczał swojego posterunku przez 24/7… Był gotów w każdej chwili poświęcić życie za prezydenta.
Więc dlaczego?
Dlaczego, trzy tygodnie temu, bez znacznej przyczyny prezydent, któremu był tak wierny, jak i całemu Wielkiemu Związkowi Radzieckiemu, zwolnił go ze służby i przydzielił go do tej przykrej, nudnej, prostackiej pracy, jaką było przesiadywanie w tajnym pokoju wypełnionym przestarzałym sprzętem i obserwowanie czerwonej kontrolki, wielkiej jak nos renifera. To pytanie pozostawało bez odpowiedzi.
Nie, żeby nikogo nie pytał. Ależ pytał, i to samego prezydenta. A nawet go przepraszał, choć nie wiedział za co, i błagał o przywrócenie do służby, ale ten zawsze go zbywał jakimiś niejasnymi, pokrętnymi zdaniami. Raz Iwanowicz nawet wysłał mu bukiet białych róż – ulubionych prezydenta Arłukowicza – z przeprosinami, ale to jeszcze tylko pogorszyło sprawę.
- Iwanowicz, kurwa, czy ty do końca ochujałeś! – Krzyczał Arłukowicz wymachując przy tym bukietem świeżych róż. – Kwiaty mi przesyłasz, i to kurwa pocztą kwiatową! Czy ty kurwa Iwanowicz wiesz co by było, gdyby to do mediów wyciekło, że kwiaty od faceta dostaje? Ludzie jeszcze by pomyśleli, że prezydenta pedała mają. A ty? Co ty kurwa Iwanowicz, jakiś kryptopedał jesteś, że mi kwiatki ślesz?
-Nie panie prezydencie. Przecież pan mnie zna, pan wie, że ja dziewuszki lubliu. To przez tą nową pracę, ja naprawdę nie rozumiem dlaczego…
-Iwanowicz, kurwa, tu nie ma nic do rozumienia. Ja wiem, że robota nudna, że wy do czego innego przyzwyczajeni. Ale czy wy kurwa Iwanowicz myślicie, że mi się uśmiecha siedzieć w tym zakichanym gabinecie bez okien, albo jeździć na posiedzenia. Patrz Iwanowicz – w tym miejscu prezydent Arłukowicz trzasnął grubą warstwą papierów o blat biurka. – Reforma emerytalno- rentowa. Dwieście stron drobnym drukiem i ja to kurwa do końca tygodnia muszę zatwierdzić, więc lepiej kurwa nie narzekajcie, bo wam dam to do czytania.
-Ale panie prezydencie kochany, ja tylko chciałem wiedzieć, czym zawiniłem. Bo przecież ja…
-Iwanowicz! – Prezydent opadł ciężko na fotel i westchnął. – No dobra, mogę ci coś powiedzieć. Ale kurwa Iwanowicz, morda w kubeł. – Arłukowicz wyciągnął grożący palec w stronę podwładnego.
-Oczywiście panie prezydencie.
-To co robicie, jest bardzo ważne, i tajne, dlatego wam zleciłem to zadanie. Jedynie do was mam zaufanie, rozumiecie? Obiecuje, że jak się spiszecie i wszystko dobrze pójdzie to was, kurwa, bohaterem narodowym zrobię… Co tam narodowym? Będziecie bohaterem całego świata.
To Iwanowi poprawiło nieco humor. Jednocześnie narodziło nowe pytania. Co mogło być tak ważnego w jednej głupiej kontrolce? Wiadomo, że kontrolka miała coś sygnalizować, ale co?
Że Iwanowicz był po dobrej szkole, to nie głupi i szybko powiązał mało istotną informację amerykańskiego wywiadu o tym, że druga ekspedycja naukowa, złożona z jednoosobowej załogi zmechanizowanej wylądowała na marsie i rozpoczęła wykopaliska, ze swoją pracą. Cokolwiek amerykanie kombinowali na marsie, dla Arłukowicza było to bardzo ważne. Może chodziło o jakiegoś starego satelitę szpiegowskiego, albo o nadajnik, albo jeszcze coś grubszego. Cokolwiek to było, było cholernie ważne, więc należało pozostać czujnym.
Ale dwadzieścia jeden dni przesiadywania w jednym miejscu, gapienia się na kontrolkę i nudzenia się jak mops uśpiło czujność Iwana. Toteż tego dnia, gdy kontrolka rozbłysła czerwonym, jaskrawym kolorem Iwanowicz, który bujał się na fotelu, spierdolił się prosto na ryj wybijając sobie przednie zęby i łamiąc nos.
-O żesz ty kurwa mac… - Zaklął pod nosem Andriu, gdy łyżka koparki natrafiła na twardą przeszkodę ukrytą pod piachem. Już chciał mocniej dopchnąć wajchę ramienia „Moni”, gdy nagle jego podzespoły operacyjne przypomniały mu, w jakim celu tu jest i cofnął rękę w ostatniej chwili.
Silne pole magnetyczne, jakie panowało w tym rejonie pustyni powodowało, że wszystkie urządzenia elektryczne, wskaźniki, mierniki itd. po prostu wariowały (Andriu dzięki swojemu naturalnemu układowi somatycznemu nie miał z tym problemu). Jednakże ludzie – ta prymitywna jednostka – byli - bądź też wiedzieli -, że coś jest ukryte na tej pustyni, tylko nie wiedzieli dokładnie gdzie. Teraz Andriu najwidoczniej natrafił na tą rzecz.
No i jeszcze dojdzie do tego, że będzie musiał przyznać im rację, pomyślał Andruit.
Kurwa go mać.
- Iwanowicz, kurwa co wam się stało? Kto wam mordę obił?
Pracownik Ochrony, który wpadł do gabinetu prezydenta jak by go sam diabeł gonił, przetarł wierzchem dłoni zakrwawione usta.
- To ja sam panie prezydencie. – Pospieszył z wyjaśnieniem.
- Kurwa, dlaczego to zrobiliście? Jesteście gejem sadomaso? Iwanowicz, wy znowu piliście w pracy. Ja wiem, że robota nudna, ale tak nie można… No, może czasem. Ale nie ważne to. Mówcie, co tym razem chcieliście, bo mam w chuj papierkowej roboty. Te zasrane amerykance wyłapują naszych agentów jak muchy na wiosnę i teraz muszę pisma słać, że to nie my, że oni nie na nasze polecenie i tak dalej. No, więc mówcie, nie stójcie tak jak baran.
- Noo, ja w sprawie tej mojej pracy…
- Iwanowicz, kurwa podwyżki nie dostaniecie. I tak już zarabiacie prawie tyle samo co ja…
- … kontrolka się zapaliła.
- Kurwa, Iwanowicz czemu od razu nie mówcie ! – Arłukowicz zerwał się ze swojego miejsca wywalając masywny fotel do tyłu i chwycił za holofon. – Łączyć mnie z generałem Pietrowiczem natychmiast…
- Przykro mi, ale w tym momencie jest to niemożliwe. – Oświadczył kobiecy głos po drugiej stronie. – Pan generał obecnie przebywa…
- Chuj mnie obchodzi gdzie przebywa! Dla mnie może on być nawet na samym dnie Rowu Mariańskiego. Macie mnie natychmiast z nim połączyć!
- Ale panie prezydencie, on właśnie jest na dnie Rowu Mariańskiego…
Prezydent w spektakularny sposób się rozłączył, rozwalając ciekłokrystaliczny ekran telefonu o ścianę, a następnie wymierzył palcem wprost na Iwanowicza, który aż zląkł się, bo tak rozemocjonowanego przełożonego jeszcze nie widział.
- A wy Iwanowicz! Wy kurwa idziecie ze mną.
Andriu poradził sobie z odkopaniem znaleziska w kilka godzin. Jak się okazało był to zakurwiście duży klocek żelastwa, przypominający kontener – jak to określił sam Andriu popijając błękitny płyn.
Teraz pozostało powiadomienie centrali w celu poinstruowania go, co dalej z tym fantem. Najpierw jednak Andriu postanowił jeszcze wychlać kilka litrów petrygo, co w ostatecznym efekcie przegrzało jego główne procesory, poraziło układ nerwowy i wprowadziło w kilkugodzinną, niekontrolowaną drzemkę.
Gdy obudził się, okazało się, że jego główne układy prawie zamarzły, co zmusiło go do wypicia kolejnego baniaczka. I byłoby wszystko w porządku, gdyby na tym poprzestał, lecz felerem układu somatycznego było zbyt duże nacechowanie ludzkimi zachowaniami, wiec Andriu pił dalej, aż zapadł w kolejną drzemkę. A gdy się obudził po kilku godzinach, okazało się….
(Może przeskoczymy te kilkanaście godzin.)
Andriu z drzemki wybudził sygnał połączenia. Centrala zaniepokojona brakiem czterdziestoośmiogodzinnego raportu postanowiła sama nawiązać kontakt. Jeszcze nieco otumaniony odebrał połączenie.
- Andriu słyszysz nas? – Rozległo się w głośnikach.
- A jak ku… Słyszę was bardzo dobrze.
- Andriu, wszystko w porządku? Nie złożyłeś czterdziestoośmiogodzinnego raportu.
- Byłem zajęty kopaniem. Coś znalazłem.
- Dobrze zrozumiałem Andriu? Odkopałeś coś?
- Zgadza się. Coś jakby kontener, piętnaście na dziesięć metra i trzydzieści długi. Szczelnie zamknięty, gładki, bez oznaczeń i śladów łączenia.
Zapadła dłuższa chwila ciszy, a potem:
- Andriu! To zaje… To bardzo dobra informacja dla nas! – Ryknął głos w głośniku, aż Andriu złapał się za głowę, choć ta nawet go nie bolała, ale był to odruch ludzki. – Posłuchaj, musisz nam to jak najszybciej wysłać.
- No problem. Mnie to tutaj w zasadzie do niczego potrzebne nie jest.
- Świetnie. Zrób to najszybciej jak możesz i bądź w stałym kontakcie. Uruchom kamery, chcemy widzieć wszystko na bieżąco.
- Przypominam, że antena nadajnika została uszkodzona. Potrzebne części.
Tak naprawdę, to Andriu sam ją uszkodził. Nie podobało mu się, że ktoś będzie go obserwował dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jak by wtedy pił?
- No tak, zapomniałem. W takim razie wyślij nam kontener najszybciej jak możesz i bądź w kontakcie radiowym. Zrozumiałeś Andriu.
- Zrozumiałem. Bez o… A nie jeszcze jedna sprawa.
- Tak Andriu, o co chodzi?
- Przydałoby mi się trochę więcej cieczy rozgrzewającej. Trochę tu zimnawo.
- Przyjąłem Andriu. Zaraz wysyłamy paczkę.
Andriu zgodnie z rozkazami przymocował kontener do holownika i wystrzelił w stronę ziemi. Sam pozostał na straży pustej planety w oczekiwaniu na dalsze instrukcje. Więc pił, czekał, obserwował… i pił.
Dużo pił.
- Pietrowicz, kurwa, widzicie to co ja? – Pytał podekscytowany prezydent Arłukowicz raz po raz.
Obaj panowie, ściskając się za dłonie jak para zakochanych nastolatków, nachylali się nad ciekłokrystalicznym monitorem umieszczonym centralnie na środku małego, ciemnego pokoiku, wypełnionym niemal wiekowym sprzętem komputerowym. Na monitorze powolnym ruchem przeskakiwała mała czerwona kropka ku większej niebieskiej, która jak domniemał Iwanowicz, imitowała ziemię.
Iwanowicz, który obserwował to całe zwariowane zajście z boku, pomyślał, że jego przełożeni oszaleli. Obaj wyglądali jakby nałykali się jakiejś ekstazy i zaraz mieli paść sobie w objęcia całując się namiętnie jak para kochanków. Najgorsze było to, że nic z tego nie rozumiał.
- Khym, Khym… Odchrząknął Iwan przerywając namiętny uścisk panów.
Prezydent z generałem popatrzyli na niego z pretensją.
- Iwanowicz, kurwa, o co chodzi? Nie widzicie, że jesteśmy zajęci? – Zrugał go prezydent. – Czy wy sobie w ogóle zdajecie sprawę z tego, ile my na ta chwilę czekaliśmy? Czy wy kurwa znacie powagę sytuacji…
- Panie prezydencie, z całym szacunkiem, ale właśnie ja nic nie wiem. Wezwał mnie pan do tych podziemi i siedzę tu jak ciołek obserwując czerwoną kropkę, i za cholerę nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi.
Arłukowicz z Pietrowiczem popatrzyli na siebie porozumiewawczo.
- W sumie to chłopak ma rację. Trzeba mu powiedzieć, prędzej czy później sam się domyśli. Za dużo już widział.
Generał bez słowa przytaknął głową.
- Iwanowicz, kurwa. – Zwrócił się prezydent mierząc w podwładnego palcem. – Jak się coś wypaplacie, to obiecuję, że cię kurwa na własnych jelitach powiesimy. Zrozumiałeś?
- Panie prezydencie… - Iwanowicz gestem zasunął sobie usta a kluczyk wyrzucił za plecy.
- Dobrze. Operacja, o której ci tu powiemy jest ściśle tajna i wiemy o niej tylko ja, generał… a teraz i ty. Jej początek sięga wczesnych lat XXI wieku i zapoczątkował ją mój pradziadek Arłukowicz.
Pokrótce. Jak zapewne wiesz Stany Zjednoczone na początku ubiegłego wieku rozmieściły w Europie tarcze antyrakietowe, co uniemożliwiło nam bezpośredni atak. Do takiej próby doszło 22 kwietnia 2018 roku. Wystrzelony atom został zestrzelony nad Węgrami. Ach, gdyby wtedy się udało… - Arłukowicz rozmarzył się na chwilę. – No, ale się nie udało. Rzekoma próba ataku została zgoniona na nieostrożną sprzątaczkę, która mopem zalała konsole sterowania rakietami, w wyniku czego doszło do zwarcia na przestarzałych kablach i rakieta wystrzeliła się samowolnie. Wiem, to było dość cienkie, ale ci kretyni z Białego Domu łyknęli to i sprawa rozeszła się jakoś po kościach. Ale problem ataku pozostawał nierozwiązany. Dopiero dwa lata później, mój pradziadek Arłukowicz, obecny wówczas prezydent wraz z Aleksiejem Pietrowiczem, pradziadkiem obecnego tu generała, wpadł na genialny pomysł, który przyjął roboczą nazwę „Operacja Czerwony Świt”.
W roku 2018 powołany do życia został tajny sztab naukowców, których zadaniem było skonstruowanie statku, który byłby w stanie dolecieć na nieosiągalnego wtedy jeszcze dla ludzi Marsa. Ale nie takiego zwykłego statku. Statek musiał być bardzo szybki, z napędem wodorowym, i musiał być przystosowany do transportowania ogromnych ładunków. Pozostawał jeszcze kwestia załogi; musieli to być sami najlepsi żołnierze, piloci wojskowi, którzy będą w stanie pracować w ekstremalnych warunkach. Wielu odpadło, ale w 2020 roku udało się skompletować dwunastoosobową załogę i wszystko było gotowe. Kiedy my wystrzeliliśmy pierwszy statek załogowy na marsa, amerykanie mogli tylko posłać tam kolejna sondę do badania piachu. Ta sztuka udała im się dopiero piętnaście lat później, co obwieszczali jak świat długi i szeroki, dumni ze swojego sukcesu, że są pionierami na Marsie, nie wiedząc, że nam się udało to już dawno temu. Ale nasi ojcowie nie mogli o niczym powiedzieć, inaczej całą operację chuj by trafił, a i tak nikt by im nie uwierzył.
- Dlaczego?
- Bo wszystkie ślady naszej obecności na marsie zostały zatarte.
- Więc po co tam polecieliśmy? – Dociekał Iwanowicz.
- Zadaniem załogi było zakopanie bardzo ogromnego kontenera, specjalnie przygotowanego na tą okazję. Musiało wyglądać to tak, jakby leżał on już od bardzo dawna. W końcu wiedzieliśmy, że amerykance wcześniej lub później dolecą na marsa i odkryją „zakopaną niespodziankę”… No z tym był mały problem, bo jak się okazało zakopaliśmy kontener w złym miejscu, gdzie było bardzo silne pole magnetyczne i za chuja żadne urządzenie nie mogło go namierzyć, ale w końcu jakoś się udało. I teraz właśnie, dzięki determinacji naszych przodków, niezwykłej inteligencji i oddaniu narodowi mamy możliwość obserwowania finału tego dzieła.
Arłukowicz, bez słowa więcej, z dumą spoglądał w sufit. Najwidoczniej albo się rozmarzył, albo na tym postanowił zakończyć swoją historię.
- No, ale panie prezydencie – odezwał się po chwili Iwan. – Ja nadal nie bardzo rozumiem. O co chodzi z tym kontenerem?
- Iwanowicz, kurwa, wy naprawdę się nie domyślacie?
Iwanowicz pokiwał przecząco głową.
Arłukowicz westchnął z politowaniem.
- Iwanowicz, my tam kurwa po prostu istną puszkę Pandory zakopali. Wiedzieliśmy, że cokolwiek Amerykanie znajda na Marsie będą chcieli mieć to u siebie. W tym kontenerze jest dwadzieścia głowic nuklearnych, zaprogramowanych tak, że gdy tylko kontener znajdzie się w ziemskiej atmosferze, aktywują się i uderzą w najbardziej strategiczne punkty Ameryki. Lada chwila zniszczymy tych jebanych jankesów, zasypując ich istnym gradem atomowym i będą mogli te swoje tarcze w dupę sobie wsadzić. Nikt już nie będzie stał nam na drodze do podboju ziemi! Rozjebiemy ich!!! A wiesz, co będzie w tym najlepszego. Że będą kurwy myśleć, że to klęska prosto z kosmosu. Że kosmici jebani! A to kurwa my!!!
Prezydent z generałem w kolejny ataku podniety padli sobie w ramiona podskakując w koło.
Iwanowicz, który obserwował całe zajście z boku, poczuł jak po plecach spływa mu lodowata kropla potu.
Andriu analitycznym wzrokiem obserwował oddaloną o miliony kilometrów ziemię popijając przy tym ukochany płyn. Rozbłyski na jej powierzchni były tak duże, że nie potrzebował teleskopu by móc je zaobserwować. Zupełnie jak fajerwerki w sylwestra, pomyślał.
Cokolwiek tam posłał, najwyraźniej teraz się przebudziło i narobiło tam niezłego rabanu.
Andriu upił jeszcze łyk i odstawił butelkę na bok. Za jego plecami stał transportowiec wypełniony po brzegi świeżą dostawą petrygo. Ale nie trza być głupim i zacząć oszczędzać, pomyślał. Po prostu coś czuł, że kolejna dostawa może znacznie się opóźnić.
O ile w ogóle będzie jakaś dostawa.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania