Opis jednego zdarzenia

Opis jednego zdarzenia

 

Jechaliśmy na inaugurację pierwszego roku akademickiego. Przejechaliśmy około czterystu kilometrów i byliśmy spóźnieni dwie godziny. Na miejscu byliśmy około piętnastej, więc nie było już sensu iść na uroczystość.

 

Pozostawiliśmy samochód na postoju przy parku starego miasta. Zaproponowałem córce spacer do centrum. Świeciło październikowe słońce.

 

Przeszliśmy na światłach główną ulicę oddzielającą stare miasto od secesyjnej dzielnicy XIX-wiecznej. Przy kolejnej, pośredniej, prostopadłej ulicy czekaliśmy na zmianę świateł. Światła nie zmieniały się przez dłuższy czas.

 

Po przeciwnej stronie przejścia zauważyłem monstrualną postać. Wzrostem przewyższała pozostałych przechodniów co najmniej o głowę. Była atletycznej budowy. Wiedziałem, że w mieście znajduje się bardzo nowoczesna hala sportowa, więc pomyślałem, że jest to jeden z czołowych zawodników świata w sportach siłowych. Chciałem, po zmianie świateł, zobaczyć jego twarz, żeby później w wiadomościach dowiedzieć się, kim był.

 

Kiedy światła się zmieniły, ruszyliśmy przez przejście. Spotkałem tę postać na środku ulicy.

 

Była niewyobrażalnie duża. Miała na sobie ciemną bluzę z kapturem. Pod kapturem znajdowała się ogromna twarz, z głębokimi oczodołami i zapadniętymi oczami, które patrzyły nieruchomo gdzieś w dal. Wydawał się nieobecny. Szedł jak mechaniczna zabawka, nie reagując na otoczenie.

 

Nie skomentowałem tego spotkania głośno, ale wywołało we mnie niepokój.

 

Nie zastanawiałem się nad tym długo. Po przejściu na drugą stronę poszliśmy szerokim chodnikiem w kierunku centrum starego miasta. Obok chodnika biegła asfaltowa droga, oddzielona od nas pasmem trawy i niewysokimi drzewami. Szliśmy, rozmawiając.

 

Po pewnym czasie doszliśmy do wybrukowanej kamieniem, wąskiej drogi już na terenie starego miasta, przez którą należało przejść. Weszliśmy na gładkie kamienie i kiedy byliśmy już prawie po drugiej stronie, usłyszałem odgłos silnika nadjeżdżającego samochodu.

 

Po mojej lewej stronie.

 

Odruchowo ugiąłem kolana i poczułem muśnięcie z tyłu nóg. Moja córka była dwa kroki za mną.

 

Nie miałem czasu, żeby pomyśleć.

 

Usłyszałem potężny, głuchy huk i kątem oka zobaczyłem córkę wylatującą do góry.

 

Po chwili leżała na drodze. Pod sobą miała plecak. Po jednej stronie twarzy zobaczyłem cieknącą krew.

 

Nachyliłem się nad nią.

 

Przechodzący ludzie zareagowali spontanicznie. Ktoś dał swoją skórzaną kurtkę, żeby ją przykryć. Ktoś inny krzyczał do mnie, żebym do niej mówił, bo w przeciwnym razie może odejść. Wokół zrobiło się zbiegowisko. Ktoś powiedział, że już zadzwonił po karetkę.

 

Słyszałem głośne komentarze, ale nie rozumiałem ich treści.

 

Nieprzerwanie pytałem córkę, czy jest przytomna.

 

Czułem napływające z ogromną siłą myśli — złorzeczenia, oskarżenia — które mimo całej sytuacji stanowczo odpychałem od siebie, starając się zachować maksymalny spokój.

 

Po niedługim czasie przyjechała karetka. Wybiegli ratownicy z noszami i chcieli podnieść córkę z drogi, aby przenieść ją na nosze.

 

Wtedy obecni ludzie, którzy widzieli całe zdarzenie, zaczęli głośno krzyczeć, że nie wolno jej podnosić, ponieważ prawdopodobnie ma złamany kręgosłup i uszkodzone narządy wewnętrzne.

 

Ja również tak myślałem.

 

Ratownicy opuścili więc nosze na ziemię i powoli przesunęli córkę na nie. Następnie zabrali ją do karetki.

 

Karetka stała jeszcze przez chwilę. Podszedłem do niej, żeby poprosić o zabranie mnie do szpitala razem z córką.

 

Powiedzieli mi krótko, że nie mogą tego zrobić, ponieważ nie wiadomo, do czego może dojść w trakcie ratowania jej życia.

 

Odszedłem na bok i postanowiłem zobaczyć samochód, który ją potrącił.

 

Stał kilkanaście metrów dalej. Nie było kierowcy w środku, ponieważ w międzyczasie przybyła policja i zabrała do radiowozu kierującą kobietę.

 

Samochód od uderzenia miał rozbity reflektor i pęknięty zderzak, z którego wyszła rdzawego koloru pianka. Oprócz tego urwane lusterko wisiało z boku auta.

 

Podszedłem do radiowozu.

 

Kobieta siedziała na tylnym siedzeniu i łkała, mówiąc, że zabiła człowieka.

 

Była w szoku.

 

Policjant, nie wychodząc z samochodu, zapytał mnie, co się wydarzyło. Zaproponowałem wizję lokalną. Nie zgodził się. Zapytał mnie natomiast, czy córka nie chciała celowo wpaść pod samochód.

 

Odpowiedziałem mu krótko, że zarówno on, jak i my wszyscy, marzymy o tym, żeby wpadać pod jadące samochody.

 

Wtedy dał mi spokój.

 

Stojąca przez cały czas karetka nagle ruszyła. Przejechała około stu metrów i zatrzymała się na poboczu.

 

Z karetki wysiadł ratownik i zaczął iść w moim kierunku.

 

Byłem pewien, że idzie powiedzieć mi, że córka odeszła.

 

Podszedł do mnie.

 

Zapytałem:

 

— Umarła?

 

Na to zapytał mnie spokojnie, co tak właściwie się stało.

 

Powiedział, że przebadali córkę bardzo dokładnie w karetce i — oprócz rozcięcia na twarzy — nie ma żadnego śladu na ciele, nawet siniaka, który wskazywałby na kontakt z samochodem.

 

Powiedziałem mu wtedy, będąc w szoku, żeby ze mną nie żartował, ponieważ dokładnie widziałem ja, a także świadkowie, co tak naprawdę się wydarzyło.

 

Wtedy powiedział mi, że i tak muszą zawieźć córkę do szpitala, ponieważ zgłoszony został wypadek. Polecił mi przyjechać tam własnym samochodem i dowiedzieć się po przeprowadzonych badaniach, jakie ewentualne uszkodzenia ciała wykryto.

 

Pojechałem do szpitala.

 

Po drodze byłem świadkiem dwóch poważnych stłuczek, które wydarzyły się niemal przy mnie.

 

W szpitalu zobaczyłem leżącą córkę, przygotowaną na jeżdżących noszach do dalszych badań.

 

Kiedy obok niej przechodził lekarz, zapytała go, czy może wstać do ubikacji.

 

Odpowiedział, że może.

 

Po chwili zobaczyłem, jak zeszła z wysokiego łóżka i poszła do łazienki.

 

Nie byłem w stanie zrozumieć tego, co się wydarzyło.

 

Po przeprowadzonych badaniach poproszono mnie na rozmowę i powiedziano, że córka wychodzi ze szpitala. Na karcie wypisu odnotowano, że nie miała kontaktu z samochodem, a rana na twarzy powstała prawdopodobnie w wyniku nachylenia się nad przejeżdżającym, znajdującym się blisko przejścia samochodem.

 

Wieczorem, po wyjściu ze szpitala, z obandażowaną głową poszła ze mną na stare miasto zjeść w restauracji rybę.

 

Potem odwiozłem ją do wynajętego na czas studiów mieszkania.

 

Ja zostałem sam w mieszkaniu naszych przyjaciół.

 

Kiedy usiadłem spokojnie w fotelu, przyszła mi nagle do głowy myśl, że zginęliśmy razem w tym wypadku i że — aby spokojnie przejść przez śmierć — została stworzona fikcyjna historia przeżycia mojej córki.

 

Z toku tych rozmyślań wyrwał mnie jednak telefon dotyczący spraw służbowych.

 

Na drugi dzień o całej sprawie dowiedziała się lekarka córki, prowadząca ją od małego dziecka. Powiedziała, że takie zdarzenie musiało uszkodzić nerwy i że trzeba natychmiast wykonać tomografię komputerową.

 

Następnego dnia zawiozłem córkę ponownie do szpitala.

 

Nie chcieli zrobić badania.

 

Byłem zdesperowany i zmusiłem ich do tego.

 

Po badaniu nie stwierdzono żadnych zmian.

 

Następnego dnia córka nie tylko poszła na uczelnię, ale również na trening sportowy.

 

Piotr Sobański

zdarzenie miało miejsce kilkanaście lat temu

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania