Opowiadanie Bez Nazwy - Część I (fragment)
Witam, oto fragment mojego "tworu", którego pisanie rozpocząłem kilka dni temu. W komentarzach proszę o własne opinie, które mogą pomóc mi w rozwijaniu nie tylko tego pierwszego projektu, który i tak stoi pod znakiem zapytania, ale i moich... "umiejętności". Pozdrawiam i życzę miłego czytania.
____________________________________________________________________________________________________
Część I
Biuro Alendiego, 27 marca, godzina 7:49
Około ósmej rano, siedząc przy biurku Alendi odebrał telefon od komisarza Diakowa, który bez zbędnych grzeczności, jak to miewał w zwyczaju, przeszedł do rzeczy:
- Detektywie, chcąc nie chcąc, znowu musimy skorzystać z twoich usług - Podał adres, który Alendi dobrze znał, po czym dodał lakonicznie - Cholerni mordercy się rozzuchwalili, wiesz co to znaczy...
To hasło ostatnio padało z ust komisarza o wiele częściej, niż cokolwiek wcześniej, czy to w rozmowach prywatnych, czy służbowych.
- Zrozumiałem, dziękuję za telefon. - odpowiedział Alendi - Do usłyszenia.
- Żegnam. - krótko odrzekł Diakow.
Detektyw odłożył słuchawkę na swoje miejsce, po czym wstał z drewnianego krzesła obitego czarną skórą. Wysunął rękę w stronę stojącej w rogu pomieszczenia zdobionej, również drewnianej szafy, wykonał ruch dłonią, po czym jej drzwi z cichym skrzypnięciem się otwarły. Podszedł i wyjął ze środka swój ulubiony, lekko wytarty, czarny płaszcz, po czym wyszedł z biura. Zamykając drzwi szeptem wypowiedział kilka niezrozumiałych słów, po czym zabrzmiał dźwięk zamka.
"No to ruszamy" pomyślał poprawiając szybkim ruchem ręki kruczoczarne włosy, które rozwiał chłodny, późnojesienny wiatr.
* * *
W drodze, godzina 8:07
Alendi zatrzymał się przy niewielkim kiosku w centrum miasta. Dla wtajemniczonych, w tym dla doświadczonego detektywa, oczywistością było to, że kiosk jest jedynie przykrywką dla grupy ludzi, którzy zajmowali się gromadzeniem informacji. Najprościej rzecz ujmując, było to coś w rodzaju agencji szpiegowskiej i do tego najlepszej w mieście.
Kiosk sam w sobie był niewielką częścią jednej z kamienic, które otaczały rynek główny miasta. Sama kamienica zbudowana była z cegieł,a dach pokrywała popularna czarna dachówka.Nad wejściem do budynku wisiał drewniany szyld, na którym dużymi czarnymi literami napisane było jedno proste słowo - "KIOSK" - krótko, zwięźle i na temat, jak to mawiała była nauczycielka Alendi'ego.
Codziennie można było ujrzeć tu setki twarzy, które przychodziły po gazety z wiadomościami z miasta i ze świata, po nowe książki lub po prostu dla towarzystwa. Częstym widokiem byli również ludzie podobni Alendi'emu, szukający informacji.
Gdy Detektyw wszedł do środka, zabrzmiał charakterystyczny dźwięk dzwonka i wtem zza lady wyłoniła się młoda, niska dziewczyna, na oko dwudziestokilkuletnia, która z szerokim uśmiechem na swojej ślicznej twarzy powitała klienta.
- Dzień dobry panu, w czym mogę pomóc? - zapytała żartobliwie zaczesując dłonią kosmyk jasnych włosów, który przysłonił jej oczy.
- Ile razy powtarzałem ci, że masz się do mnie nie zwracać przez per pan, Lyn? - powiedział z lekką irytacją Alendi.
- Przepraszam, żartowałam, nie denerwuj się tylko. - powiedziała z lekko złośliwym uśmieszkiem, który czasami gościł na jej twarzy.
- W porządku - odpowiedział Alendi, drapiąc się lekko po potylicy i spoglądając na blat. Leżało na nim wydanie dziennika sprzed kilku tygodni. Czarny nagłówek na środku pierwszej strony głosił: "MORDERCA ZNÓW ATAKUJE - CZWARTA OFIARA NIEUCHWYTNEGO ZABÓJCY".
Westchnął cicho.
Lyn przyglądała się przez chwilę zaciekawionym spojrzeniem, gdy ten czytał fragment artykułu.
- To się powtórzyło, prawda? - zapytała.
- Niestety - odpowiedział krótko, po czym dodał - Diakow dzwonił do mnie niecałe pół godziny temu i "przybliżył" delikatnie sprawę, będę niedługo potrzebował waszej pomocy. - poinformował dziewczynę.
- Zamelduję wszystko szefowi. Chyba się śpieszysz, co?
Skinął krótko głową.
Po chwili Lyn niespodziewanie wychyliła się zza lady i krótko pocałowała Alendi'ego w policzek. Gdy oddalała się w kierunku zaplecza, posłała mu jeszcze jeden, promienny uśmiech, który odwzajemnił.
Gdy wyszedł z kiosku-agencji, ruszył w kierunki bramy wyjazdowej.
* * *
Obrzeża Oldtown, godzina 8:27.
Na obrzeżach miasta nie postawiono wiele budynków. Idąc wzdłuż brukowej drogi, wieczorami można było natknąć się na lekko podchmielone towarzystwo, które odwiedzało jedną z tańszych, ale jednocześnie najlepszych karczm w obrębie miasta. Alendi czasami odwiedzał tam swojego znajomego karczmarza, którego ludzie ochrzcili "Czarodziejem" z dwóch powodów.
Pierwszym było to, że tak samo jak Alendi posługiwał się swoimi zdolnościami magicznymi. Po drugie, robił najlepsze trunki w całym regionie. To właśnie dzięki niemu karczma "Szara Żaba" zdobyła swoją sławę.
Nie wliczając, zresztą i tak nieszkodliwych, wieczornych pielgrzymek z karczmy i do karczmy, okolica była spokojna, aż do dzisiaj.
Kilkadziesiąt metrów od karczmy, wśród drzew, stał powóz, którym na miejsce przyjechała wydzielona przez Diakowa grupa ludzi, którzy mieli zająć się sprawą kolejnego morderstwa. Teren był nie najgorzej zabezpieczony. Co około pięć metrów stał jeden z przysłanych funkcjonariuszy, którzy odpędzali gapiów będących zbyt blisko prowizorycznego ogrodzenia. Na środku rozłożony był ciemny namiot z otworem na czubku, który wpuszczał do środka światło.
Po ukazaniu funkcjonariuszom swojej legitymacji, spokojnym krokiem Alendi ruszył w stronę właśnie tego namiotu.
* * *
Miejsce zbrodni, godzina 8:33.
Gdy wszedł do namiotu, uderzyła go duchota panująca w namiocie. Oraz odór powolnego rozkładu ciała, "Musi tu leżeć od dłuższego czasu" - pomyślał detektyw.
"Jasna cholera!", to była pierwsza rzecz, która przeszła mu przez myśl, w chwili gdy ujrzał ofiarę. A raczej to, co z niej zostało.
- Sierżancie Miles, co tu się właściwie stało? - wypowiedział pytanie swoim charakterystycznym, spokojnym barytonem jednocześnie wyciągając dłoń ku funkcjonariuszowi.
Miles uścisnął dłoń nowemu współpracownikowi.
Sierżant był stosunkowo młodym człowiekiem, miał pewnie koło 22 lat. Był średniego wzrostu z burzą rudych włosów na głowie i kilkudniowym zarostem. Ubrany był w standardowy, czarny mundur i czapkę. Jego brązowe oczy z niejakim szokiem spoglądały na to, co miały przed sobą - rozerwane na strzępy ciało.
Alendi już wcześniej miał okazję z nim współpracować, a efekty były co najmniej zadowalające. Udało im się rozbić organizację alchemików, którzy w nielegalny sposób wytwarzali złoto. W związku z tym po niecałym roku służby, wbrew pewnym przyjętym zasadom, chłopak został awansowany o całe dwa stopnie.
- Detektywie Alendi - zaczął poddenerwowanym tonem - Jeśli mam być zupełnie szczery, to nie mam bladego pojęcia.
Detektyw podrapał się po brodzie, po czym poprosił sierżanta o podanie rękawiczek wykonanych ze specjalnej substancji opracowanej przez alchemików z Uniwersytetu.
- No to zobaczmy, co my tu mamy... - powiedział sam do siebie.
KONIEC FRAGMENTU
Komentarze (5)
" - Zrozumiałem, dziękuję za telefon. - odpowiedział Alendi - Do usłyszenia." - zobacz tu. Po słowie" telefon" dałeś kropkę, ale wtrącenie zacząłeś z małej litery. Potem masz "Do usłyszenia" z wielkiej, ale nie poprzedzone kropką.
Leży więc zapis dialogów.
"- Żegnam. - krótko odrzekł Diakow." - i tu. Po kropce z małej.
Kwestie narracyjnie wychodzą Ci bardzo ładnie. W tej pierwszej części masz co prawda trzy razy zwrot "Po czym", ale ogólnie jest git.
"Sama kamienica zbudowana była z cegieł,a dach" - odstęp po przecinku.
"duchota panująca w namiocie. Oraz odór powolnego rozkładu ciała, " - to lepiej jako jedno zdanie.
"Sierżant był stosunkowo młodym człowiekiem, miał pewnie koło 22 lat." - zapis liczb poza datami lepiej słownie.
Ogólnie z dialog ami są różne kwiatki, ale już nie kopiowałem, tylko zaznaczyłem problem.
Narracja Ci wychodzi dużo lepiej. Są fragmenty, gdzie tekst naprawdę może się podobać.
Słowem - jest rokująco, ale detale trzeba usprawnić.
Silne 4
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania