Opowiadanie - Jeździec Korony - Rozdział 1
Rozdział 1
1
Wielu na jego widok odwracało głowy, inni pluli mu pod nogi. On jednak jechał na swym gniadym wierzchowcu brukowaną drogą, nie bacząc na przeciwności - ani na tych, którzy piętrzyli je przed nim każdego dnia. Wiatr targał jego czarną pelerynę, kiedyś może szlachetną, teraz poszarpaną, zabrudzoną od zastygłej krwi. Jej zaciągnięty na głowę kaptur rzucał cień, na twarz jeźdźcy. Długi łuk spoczywał, przewieszony przez jego plecy, jakoby wierny towarzysz.
– Hatfu… – Splunął ktoś po raz kolejny, kiedy zatrzymał się, by przywiązać konia do drewnianego słupa podpierającego zadaszenie dworku namiestnika. Niespokojne spojrzenia zgromadzonego na gwarnym rynku ludu, skoncentrowały się na jego mieczu, który zadźwięczał złowrogo, gdy opadł na biodro, kiedy mężczyzna zaskakiwał z konia.
– Że też masz czelność się tu pojawiać! – wrzasnął ktoś z tłumu. – Śmierć na nas sprowadzisz Łachudro. Mało ci okrucieństw, jakieś nam wyrządził w Eld-Harun!?
Rozwścieczony tłum zbierający się coraz liczniej przed domem miejscowego Huskarla dawał upust swemu niezadowoleniu, jakie wywołało przybycie niesławiącego się dobrą opinią gościa. Poleciały kamienie. Jeden z nich trafił w metalowy napierśnik mężczyzny. Rozległ się skowyt psów, trzymanych przez chłopów na grubych powrozach.
– Czego jeszcze ode mnie chcecie, dobrzy ludzie? – Mężczyzna spytał chłodno. – Prosiliście, bym odnalazł waszych dziadów, ojców, synów. Słowa danego dotrzymałem.
– Słowa dotrzymał, patrzcie go! – Wychrypiał jeden ze strażników torując sobie drogę przez tłum. – Dziadów naszych odnalazłeś, a jakże. Tyle, że żeś ich później poćwiartował co do joty. Ot co! Morderca z ciebie, nie wybawiciel!
– Morderca! Morderca! – zawył tłum. Kolejne kamienie poszybowały w powietrzu.
I wtedy... wrota domu Huskarla rozwarły się z jękiem. Z ciemności wyłonił się cień - wysoki, w ciężkim płaszczu ze skóry morskiego wilka spiętym metalowym kręgiem. Stąpał wolno, lecz pewnie, jakby świat miał się przesunąć, by mu ustąpić. Tylko światło pochodni zdradzało jego twarz: surową, bladą jak śnieg na północy i poszarpaną starymi bliznami. Vaelen Duskborne – zarządca Tel’Aevur – stanął na progu.
– Wystarczy. – Jego głos nie był donośny, lecz rozciął zgiełk jak klinga powietrze. – Czego tu chcesz, wyrzutku? Przyszedłeś nas zastraszyć? Wiedz, że się ciebie nie lękamy. W gotowości mam setkę chłopaków, którzy tylko czekają, by sprać ci skórę.
– Na szafot z nim! Zanim znów kogoś ubije! – ryknął Bjorn Siwobrody, dowódca straży.
– Myślicie, że przyszedłem tu zabijać? Że sam jeden wtargnąłbym na teren bezwzględnych wilków, nie licząc się z konsekwencjami tegoż czynu? Zbyt wysoko cenicie moje zdolności, mości panowie. Krąży o mnie wiele opowieści, ale zapewniam – większość z nich ma się nijak do prawdy. Docencie tedy fakt, czcigodny panie – zwrócił się do Huskarla – że mimo łapanek, które na mnie organizujecie, mimo obwieszczeń w każdej karczmie, kasztelu i zamtuzie, mimo rycin z moją podobizną i sowitej nagrody za wskazanie mojego śladu… przyszedłem tu osobiście. Z dobrymi intencjami.
– A broń? – warknął Siwobrody, omiatając wzrokiem jego ekwipunek. – Broń też dzierżysz w dobrych intencjach?
– Skonfiskujcie ją zatem.
Redivion rzucił spokojnie, zrzucając kaptur z głowy, unosząc ją ku górze. Jego oczy były białe - mleczne i nieruchome, jak u ślepca. Patrzyły jednak nieprzeniknionym spojrzeniem, jakby widziały coś, czego inni dostrzec nie mogli. Nie miał włosów - ani jednego. Skóra głowy była gładka, ale poorana starymi bliznami, przypominającymi pęknięcia w ziemi po suszy.
A nad czołem… coś, co budziło lęk.
Korona.
Nie złota, nie z metalu kowali ludzkich, krasnoludzkich czy elfich – lecz meteorytowa, czarna i matowa, wtopiona głęboko w jego czaszkę. Jakby skała z niebios wgryzła się w kości, a ciało przyjęło ją jako część siebie. Fragment obcej materii. Czysta herezja w oczach każdego kapłana.
Po chwili miecz, łuk oraz sztylet wyjęty z cholewy wysokiego buta, z brzękiem uderzyły o drewnianą podłogę arkad.
– Nie do wiary… Wielki Redivion sam oddaje się w ręce mego pana? A gdzie się podziała twoja duma? Czyż nie jest dla ciebie hańbą chylić czoła, Bezimienny Jeźdźco? – drwił Siwobrody z nieładnym uśmieszkiem.
– Nie mam imienia, panie, choć różnie na mnie wołają. Na dalekim południu, w Aspenville, gdzie krasnoludy dniami i nocami wyrywają górą ich szlachetne kamienie, mówią na mnie - Zmartwychwstał. W odległym Thornheim, gdzie młody elfi lud koegzystuje z Morzem Krwi i ludźmi - Zmoromir. Przecież, dobrze o tym wiecie panie. Jeśli ułatwi wam to sprawę – nazywajcie mnie tu po swojemu, według swoich praw. Dla mnie to nie ma znaczenia. Znaczenie ma tylko to, że urągam się przed waszą majestatycznością – znów zwrócił się w stronę Vaelena – dla dobra sprawy i ogółu. Bo herezje, które wygłaszacie na mój temat po całym Aeldanar, dawno już przekroczyły granice absurdu. Posądzenie mnie o zabójstwo kilkudziesięciu waszych ludzi to czyste łgarstwo.
– Takowięc będziecie Redivion – rzekł Huskarl. – Albowiem tutaj jest Tel’Aevur, wyspa Królestwa Aeldanar - królestwa prawa, i ten kto na szkodę naszego królestwa czyni, ten karę i konsekwencje ponieść musi. Lud winien znać imię swego oprawcy, nie sądzisz? Ludowi należy się sprawiedliwość.
Wtem ktoś kopnął go w plecy. Upadł twarzą na kamienie. Psy zawyły, tłum zawył z nimi.
– Teraz go mamy! Bij! Bij szubrawca!
Rzuciło się na niego kilku osiłków. Redivion szarpnął się, jeden dostał łokciem w szczękę i zawył, padając w błoto. Próbował się podnieść, lecz zarzucono nań gruby powróz. Siłował się, miotał, aż ktoś uderzył go drewnianą pałką w bok głowy. Zawirowało mu w oczach. Dopadli go kolejni strażnicy, oblepili go jak mrówki jabłko polane miodem. Tłukli na oślep, bez ładu, bez cienia zastanowienia. Redivion zawył z bólu i wtedy…
… Coś się stało.
Coś w nim pękło, coś się oderwało. Powietrze zgęstniało, zadrgało, zasyczało jak rozgrzane żelazo wrzucone do wody. I nagle – błysk. Fala niewidzialnej siły roztrąciła napastników na wszystkie strony. Ciała rozleciały się jak szmaciane kukiełki, padli, jęcząc i charcząc, na bruk.
Rozległa się krótka cisza.
Ktoś upuścił latarnię. Psy ucichły.
– Czary! – zapiszczała kobiecina, chwytając się za głowę. – Siła nieczysta! – Na stos z nim! Na stos!
Ludzie zaczęli cofać się jak przed zarazą.
Ktoś zaczął się modlić. Ktoś inny zemdlał.
Redivion podniósł się, zataczając. Otarł krew spod nosa grzbietem dłoni.
– Mości panie – sapnął ciężko, zwracając się do Huskarla. – Przystoi tak traktować bezbronnego? Nie o takie maniery was posądzałem w królestwie prawa.
Duskborne nie odrzekł nic. Z oczu biło mu podejrzenie, ale i coś jeszcze – lęk?
– Prawda to, co o was bajają po wsiach… – odezwał się w końcu. – Że czarnej siły się paracie.
– Nie czarnej siły, panie. – westchnął Redivion. – To nie… to przekleństwo. – Rozejrzał się po strażnikach, którzy niepewnie chwytali za broń, nie wiedząc, czy mają go dobić… czy uciec. – Mówiłem przecież – dodał, niemal ze smutkiem – oddaję się dobrowolnie. Po co ten teatrzyk? – wyszeptał, nim osunął się na kolano, jakby cały ciężar świata w końcu go dopadł.
2
Kiedy się ocknął, wewnątrz chłodnego, kamiennego pomieszczenia panowała gęsta, niemal dotykalna cisza. Przerywało ją jedynie skrzypienie gęsiego pióra sunącego po pergaminie i dalekie kapanie wody – być może z przeciekającego sklepienia. Głowa pulsowała mu tępym bólem, a w ustach czuł metaliczny posmak krwi. Spróbował poruszyć się i zrozumiał, że siedzi skrępowany na ciężkim, drewnianym krześle. Grube, skórzane pasy opinały mu ramiona i nogi niczym uścisk kata.
– Nie rzucaj się, łotrze, łaskawie cię proszę – warknął strażnik stojący przy drzwiach, ledwie widoczny w półmroku. Halabarda drżała w jego rękach, a na twarzy malował się grymas niepokoju. Nie był pewien, czy boi się człowieka… czy jego legendy. – Nie chcemy tu powtórki z zewnątrz – dodał.
Redivion rozejrzał się powoli. Przed nim, za masywnym stołem wyrytym z czarnego drewna, siedziało kilku mężczyzn. Na środku Huskarl – muskularny, brodaty, z twarzą naznaczoną bliznami wojownika i oczach zimnych jak skalisty brzeg północy. Po jego prawicy czaił się Siwobrody, dowódca straży, ten sam, który jeszcze na dziedzińcu wykrzykiwał przekleństwa. Po lewej – sędziwy członek starszyzny, odziany w błękitną togę haftowaną srebrną nicią – znak władzy, tradycji i pamięci. Dalej – kilku wojów z miejscowej straży, w pancerzach z wypłowiałym herbem Tel’Aevur, a na końcu stołu – notariusz, mężczyzna z piórem i pergaminem, który już zamaszyście kreślił znaki, nie podnosząc wzroku. Nad całą radą górował stary, przykurzony gobelin, przedstawiający niedźwiedzia sunącego łodzią przez wzburzone morze. Symbol siły. Symbol przetrwania. Herb królestwa archipelagów.
– Już czas zaczynać – odezwał się Siwobrody, przeciągając słowa jak ostrze po kamieniu. Uśmiechnięty krzywo, z błyskiem pogardy w oku. – Widać, główny oskarżony wraca do sił.
– Czcigodny wodzu. Szanowna Rado – odezwał się starzec, skłaniając głowę. – Zacznijmy więc ten sąd.
– A co tu sądzić? – wychrypiał Redivion, unosząc wzrok. – Odnalazłem waszych zaginionych braci. Czyż nie to właśnie głosił wasz kontrakt, mój panie? – Rzucił spojrzenie Vaelenowi Duskborne’owi, ale zarządca milczał, kamienny jak posąg. Ani słowa. Ani drgnięcia brwi.
Starzec poprawił szkła na nosie, po czym powstał z godnością i przemówił. Choć jego głos był cichy, niósł się echem po izbie, niczym słowo spisane w prawie, którego nie da się podważyć.
– Zgromadzona Rado. Panowie dostojnicy. Mieszkańcy Tel’Aevur. Przed nami staje człowiek, którego imię krąży od fiordu po pustynię, choć sam powiada, że imienia nie nosi. Nam znany jako Redivion. Bezimienny Jeździec. Poszukiwacz, łowca, renegat. – Zawiesił głos, pozwalając, by cisza osiadła na zebranych. – Zarzuty wobec tego człowieka są poważne – kontynuował. – Mówi się, że trzynastego dnia miesiąca Cienia, na wyspie Yskendal, dokonał mordu na szesnastu duszach – wszystkich powiązanych z naszym bractwem, którzy wcześniej zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. – Pomieszczenie wypełnił duszny niepokój. Nawet notariusz na chwilę przestał notować. – Wobec powyższego – podjął starzec – Zgodnie z prawem obowiązującym w Królestwach Archipelagu, paragrafem piątym księgi sądowej, za umyślne, zbiorowe zabójstwo niewinnych obywateli, karą jest publiczna chłosta – trzydzieści batów – a następnie śmierć przez zatopienie. Wrzucenie do morskich odmętów z balastem przytroczonym do nóg. Bez grobu. Bez modlitwy.
Ktoś sapnął. Ktoś inny odwrócił wzrok. Lecz Redivion nawet nie drgnął. Jedynie przekrzywił głowę, a kącik jego ust drgnął lekko. Drwina? Uśmiech goryczy?
– Czy macie coś na swoją obronę? – spytał starzec, spoglądając mu w oczy. – Czy przyznajecie się do winy?
Redivion uniósł głowę. Głos miał niski, pozbawiony wahania.
– Czy winy tej szukać mam w tym, że odkryłem prawdę, którą inni woleliby ukryć? Prawdę, która – jeśli nie ja – przyniosłaby wam śmierć, nim ktokolwiek zdążyłby ją pojąć? – Przeniósł wzrok na Huskarla. – W życiu przychodzi czas, gdy trzeba wybrać. Jedno życie... za inne. A jeśli wybór ten stawia na szali nieproporcjonalne ilości dusz, wybrać trzeba śmierć, aby inni nadal mogli cieszyć się życiem.
– Odpowiedzcie jasno! – warknął Siwobrody. – Mów: zabiłeś czy nie!?
– Zabiłem – odparł Redivion. Cicho. – Ale gdybym tego nie zrobił, dzisiaj nie siedzielibyście w tej izbie, a o waszej śmierci nikt nigdy nawet by się nie dowiedział. Wasze ciała gniłyby w błocie Yskendal, a po waszych nazwiskach nie pozostałby nawet szept.
Starzec zmarszczył brwi. Spojrzał na notariusza, który skrobał zawzięcie piórem, i rzekł:
– Zatem, Redivionie, jako że zbrodnia wasza i tak już niesie się echem przez wszystkie wyspy Aeldanar, rozkażcie nam złożyć z waszych ust całą historię. Niechaj wreszcie przemówi wasza prawda! Opowiedzcie – i nie szczędźcie szczegółów. Ogromnie jesteśmy ciekawi waszej historii.
3
Gdy przybył na skraju wyspy, pogoda była jak z pogranicza snu i majaku – powietrze przesycone słoną mgłą, chmury ciężkie jak zbroje, a niebo nabrzmiałe od ciszy, która zwiastowała burzę. Fale biły o brzegi z jednostajnym, tępym hukiem. Kopyta jego gniadego konia - Piątki, dudniły na kamienistym trakcie. Rumak oddychał ciężko, umordowany kilkudniowym marszem przez ostre kamienie i gęste mgły.
Redivion okryty był czarną peleryną, kaptur głęboko na głowie, choć – jak się już nauczył – i tak wszyscy wiedzieli, kim był. Kiedy zbliżył się do chałup, wieśniacy zamykali okiennice, chowali dzieci pod ławy. Psy zawodziły. W oddali zarysowała się karczma – niska, omszała, wciśnięta między skały. Karczma "Pod Koślawym Kłem". Miejsce - gdzie wszystko się zaczęło.
Zatrzymał się. Konia wprowadził do przyległej, ciasnej stajni. Wszedł do środka. Wnętrze tonęło w półmroku i gęstym zapachu dymu. Panowała tam cisza, jak przed ostatnią modlitwą w Świątyni skazańców. Rozmowy ucięły się jak nożem. Spojrzenia gości przeskakiwały po jego postaci jak iskry po krzemieniu, by zaraz uciekć w miski, kufle i blaty stołów. Karczmarz, mężczyzna z twarzą pooraną ospą i rękami spracowanymi jak korzenie starych drzew, skrzywił się, widząc go przy ladzie.
– Nie dla was ta izba. Nie zaznacie tu gościny. Idźcie precz.
Bezimienny zsunął kaptur. Cichy pomruk przeszedł przez zgromadzonych, jakby ktoś rozchylił wieko trumny. Białe oczy. Łysa głowa. Korona z meteorytu, zatopiona w czole niczym pieczęć losu.
– Na mocy dekretu Królów Kontynentu – rzekł cicho – w tym, miłościwie wam panującego Natangken’a Drugiego, żadna karczma, gospoda ani dom, w całym Królestwie Aeldanar - schronienia, jadła ani noclegu Jeźdźcom Bezimiennym odmówić nie może. – Redivion wyjął zwój pergaminu spod napierśnika, rozwinął go i przedstawił do wglądu karczmarzowi, po chwili schował na powrót pod napierśnik.
Karczmarz spiął się jak struna.
– Panie, zlitujcie się. Bieda nas aż gniecie. Mam dzieci. Mam żonę. Co, mam im chleb z ust wydzierać, by obcego karmić? Panie, straszne klęski tu i nieurodzaj. Plagi meteorytowe tu w koło jak makiem zasiał. Bogowie gniewają się na nas srogo. Co rusz, w regionie, jakaś wyspa cierpienia znosi. Jak nie plagi to Monstra. Diaboły. Sam wiecie zresztą, przecież wy są Bezimiennym.
– Dajcie choć trochę jakiejś polewki Karczmarzu, nie proszę o wiele. Choć krzynę, małą porcję by głód zaspokoić. Co tam dziś gotowaliście? Nie pogardzę i polewką z kory sosnowej. Głodny jestem okropnie, a i koń spragniony. Odpoczniemy jeno trochę, uzupełnimy manierki, i wrócimy na trakt.
Karczmarz skrzywił się z niemocy. Z niechęcią sięgnął po drewnianą misę, schylił się nad paleniskiem, i z kotła nalał do naczynia coś, co w niczym nie przypominało jedzenia. Pachniało jeszcze gorzej. Postawił niechlujnie misę na szynkwansie.
– Tyle mogę dać, nie więcej. – rzucił srogo.
Bezimienny kiwną głową z wdzięcznością. I zaczął wiosłować w naczyniu.
– To powiadasz gospodarzu, że Diaboły się tu u was zaległy? Mógłbyś mi przybliżyć ten temat? Wszakże, jestem wam winien coś za strawę i wodę dla konia. Może, mógłbym wam pomóc z tymi Monstrami. Bezimienny Jeźdźca, Obrońca uciśnionych, Egzorcysta plag meteorytowych - do usług! – Redivion przyłożył rękę do piersi i pochylił się w wymownym geście.
– Temat przybliżę, a jakże, skoro taka waszą wola. Co ja mówię?! To wasz zawszony obowiązek, wysłuchać człeka w potrzebie i z siłami nieczystymi rozprawić się wedle sposobności. – Karczmarz zabrał misę, wylizaną przez Rediviona do cna i przetarł blat szynkwansa szmatą.
– Mówcie tedy, bom ogromnie ciekawy co to za monstra się tu u was zagnieździły w okolicy. Z tego co mi wiadomo nie ma ich tu dużo, znacznej wcześniej i w liczniejszych gromadach zjawiły się w innych częściach kontynentu. W takim Yrdan, dla przykładu, jak wy to ujęliście - Diaboły pojawiły się już w jeden księżyc po nocy Meteorytów, i to była prawdziwa plaga. W waszych rejonach o równie krwiożerczych istotach nie słyszałem. Ludzie bajają, że to dlatego, iż zaraza niesie się w powietrzu, a noga waszych ludzi tam niepostała, nawet wtedy kiedy władca Yrdan - Król Altheryk wezwał Lud z Archipelagów o pomoc.
– Toż to oszczerstwa i herezja!
– Herezja? Powiedz to wszystkim Yrdanczykom, których masowe mogiły rozkopuja Nekrohady, a zdziczałe Cerbery rozścielają truchło po polach.
– A co to? Myślicie, że i u nas Cerberów nie ma? Daleko szukać nie trzeba! Blisko zachodnich klifów hasa sobie ich i cała zgraja! Każden z wyspy okolice omija, by nie wpaść w ich pyski! Ot co! A nam panie, nie tyle o te Diaboły chodzi, a o gorszą plagę.
– Co wy tu macie niby gorszego od potworów, co? W czym wasze królestwo jest niby bardziej pokrzywdzone od Yrdan, że nie wysłaliście pomocy co? Jaka plaga jest gorsza od Mutantów, które stworzyła Noc Meteorytów?
– Czas! – wybelkotał znienacka ktoś za jego plecami.
Redivion obrócił się przez ramię, i jego ocza ukazał się pijany wieśniak, z malinowym wypiekami na twarzy.
– Czas powiadacie? – Zapytał mężczyznę przekrzywiając brwi.
– Ano tak! – pijak czknął, po czym otarł nos dłonią. – Bo to będzie tak! Pewnej pięknej zimy… a może, to już lato było? Tak, lato! Zbożem mielim zbierać…
– Bzdury pleciecie Moczymordo! – Zganił pijaka Karczmarz! – Idźcie precz z tym waszym zbożem! Nie ono Bezimiennego obchodzi, a ważniejsze sprawy!
– Zgadza się Karczmarzu, tylko ważne zagadnienia, mnie interesują!
Karczmarz nalał do drewnianego kufla złotawej cieczy, wcisnął naczynie w dłoń pijaka, i odprowadził rozchwianego mężczyznę do stołu przy którym wcześniej biesiadował. Kiedy wrócił nalał piwa również Bezimiennemu.
– Nie mam czym zapłacić Karczmarzu.
– Nie baczcie na to! – Uśmiechnął się zza szynkwansu. – Na każdym kuflu zawsze kogoś oskupie, to nic nie stracę, nie martw się. Niech będzie, że powołuje się na ten wasz pergamin, co go pod napierśnikiem trzymacie.
Redivion skłonił głowę w geście wdzięczności oraz zadowolenia, i upił łuk złocistego płynu. Na jego kamiennej zazwyczaj twarzy pojawił się zarys uśmiechu. Piwo smakowało mu jak nigdy. Ostatnie kilka dni w trasie mijały pod znakiem wody i lichego jadła. Prawo Gościny Wędrownej Korony spisane na pergaminie, którego tak pilnie strzeże, nie gwarantuje mu nic poza tym co osoba wypełniająca to przyrzeczenie zechce mu ofiarować, a owe piwo ofiarowano mu pierwszy raz od wielu miesięcy.
– No to o co chodzi z tym czasem? – Zapytał w końcu Redivion, po tym jak jednym hausem opróżnił zawartość kufla i beknął cichon próbując stłumić dźwięk zaciśniętą pięścią przytkaną do ust.
– No bo widzicie Panie Bezimienny, wtedy, kiedy na kontynent spadły te kamienne plagi z nieba, i całe Yrdan pogrążyło się w wojnie z monstrami, to nie jest prawdą, że wyspiarze z Aeldanar nie chcieli pomóc Państwu Środka.
– Nie? – Redivion zdziwił się poraz wtóry, i po raz wtóry cicho beknął, pozwalając gazom ulotnić się z żałądka.
– Myśmy panie chcieli pomóc i to jeszcze jak! Jak tylko do naszego Wielkiego Jarla przybył goniec z poselstwem z Tourendale, to ten od razu nakazał wszystkim namiestnikiem z wysp zebrać znachorów i zielarzy i wysłać ich do całego Yrdan, by ci pomogli w walce z zarazą. Każdej jeden wieśniak natomiast od ust miał ziarna sobie ująć i do spichlerza oddać, a stamtąd na statki i morskim szlakiem ziarno jakoby miało trafić do potrzebujących w Tourendale.
– Dziwne to co rzeczecie mości Karczmarzu, bo kiedy ja sam osobiście rozmawiałem z Calvinem Tutoriourem, dziedzicem tronu Tourendale, ten twierdził że, pomoc dla jego ojca nie nadeszła.
– Nie przerywajcie panie, jeno słuchajcie uważnie. – Karczmarz dolał złotego trunku do kufla Bezimiennego. – Mówi się, sam nasz Jarlu się zarzeka, że pomoc wysłał, swoich najlepszych wojaków nawet posłał by ci pomagali z zarazą, ale gdy ci po trudnej podróży morskiej dotarli do granic księstwa Tourendale… spóźnili się o pięć lat. – Redivion zachłysnął się trunkiem – Pięć lat panie rozumiecie? Podróż morska wraz z kompletacją pomagierów i towarów nie trwała dłużej niż dwa tygodnie, a oni twierdzą takie rzeczy. Toć to panie czas u nas figle płata. To, że i monstra pojawiły się u nas zdecydowanie później to i bajdy najzwyklejsze, od nocy Meteorytów to się wszystko dzieje. I monstra wszelakie i czas inaczej płynie. Stąd niekiedy bajają w kontynencie, że my nie pomogli, ale to oszczerstwa są najprawdziwsze!
– Czyli powiadasz karczmarzu, że czas płynie uważa zdecydowanie szybciej? Tam gdzie powinno upłynąć dwanaście księżycy, u was mija pięć wiosen? Zaiste interesujące! – Redivion otarł usta dłonią i odstawił kufel na bok.
– Niezupełnie panie.
– Jak to? Mówcie bez ogródek.
– No bo widzicie,są u nas w królestwie wyspy na których czas faktycznie biegnie szybciej, ale są i takowe gdzie biegnie wstecz.
– Wstecz – Redivion podrapał się po łysej głowie – jak to możliwe do cholery?
– Mnie o to nie pytajcie Ja tylko zwykły wieśniak jestem, piwo nalewać umiem i resztę wydać. Ja tam nie pojmuje takich rzeczy, ale to wszystko od Nocy Meteorytów się zaczęło! Od tej nocy wszystko jest możliwe.
– Przeklęte meteoryty. – Bezimienny pokiwał głową w geście niezrozumienia i wściekłości. – Byłem przekonany, że tylko faunę i florę splugawiły, a tutaj takie czary. Czas potrafią cofać. Są na naszym świecie jak widać, rzeczy które się filozofom nie śniły. To i zakres profesji trzeba bedzie poszerzyć. Tylko jak z tym walczyć? Jak czasu nie widać?
– Eh… – westchnął karczmarz, czasu może nie widać, ale jego skutki już tak. Wyobraźcie sobie, że na jednej z wysp świątynnych czas zabiera całe rodziny w ciągu jednej chwili. Ludzie są, a chwilę później - szast, prast, i ludzi nie ma. Ni krwi nie widać, ni żadnych śladów. Ludzie rozpływają się jak we mgle, ani widu, ani słuchu po nich. Jak to możliwe, zapytacie? A no nikt tej zagadki póki co nie zdołał rozwiązać. Sam Wielki Jarl wyznaczył nagrodę dla śmiałka który rodziny na powrót sprowadzi do chat. Wielu łakomych na nagrodę próbowało, ale bezskutecznie jak dotychczas. Albo się poddawali, albo sami przepadli bez słuchu.
– Idź że stąd precz plugawcu! – Zza drzwi zaplecza wytoczyła się kobiecina, sucha i koścista, z twarzą pooraną jak kora starego dębu. Oczy miała mętne, w których tańczyło coś między obłędem a wiarą. W rękach dzierżyła szmatę, którą uderzyła w blat z takim impetem, że aż kufel podskoczył. – Synek ile razy Ci wspominałam, że w naszej oberży nie ma miejsca dla takich jak on! Nie mów tylko żeś go jadłem uraczył bo cię szmatą przez ten twój pusty łeb zdziele. Mało to mamy gąb do wyrzywienia? – szmatą po raz kolejny uderzyła o szynkwans. Bezimienny nie poruszył się, lustrując ją badawczo.
– Nie drzyjcie się Matko! Mało to wam hałasu w karczmie? Przecież to bezimienny. Ma prawo ubiegać się o darmowe jadło i opierunek, w zamian za swoje usługi. – Karczmarz podstawił kolejny kufel piwa pod rękę bezimiennego.
– Wiem kim on jest. Nie musisz mi tłumaczyć. – Kobieta zabrała jednak kufel, wylewając jego zawartość do wiadra z pomyjami. – Po szkaradnej gębie odrazu widać kim on jest. Dla mnie nawet sam Wielki Jarl może przybyć, i przykazanie przedłożyć, że mam go pod dach przyjąć, tedy i zdania nie zmienię. Ja jednak swoje zasady wiary mam. – parskneła – Nieludzia nie obsłużę, i koniec kropka! A teraz Ty, skończ już obskakiwać koło tego dziwoląga, i wyproś go łaskawie z mojej karczmy skoro pozwoliłeś mu tu psuć nasze powietrze.
Redivion wyciągnął sakiewkę, której z zasady nigdy nie tykał, albowiem była ona żelaznym zapasem na czarną godzinę. Wyjął z niej kilka monet, które po chwili zabrzęczały o ladę.
– Mam nadzieję,że to wystarczy aby pokryć koszty jadła, wody dla konia, i dezynfekcji lokalu po takim plugastwo jak ja – rzekł spokojnie. – Gdzie aktualnie znajdę kogoś kto opowie mi o tych zaginionych?
– Do Tel'Aevur jedzcie panie, tam to wszystko wam opowiedzą. Tylko powiedzcie, że to ja was przysłałem, może i dla mnie coś spłynie z obiecanej nagrody.
Bezimienny wstał i ukłonił się nieznacznie w stronę karczmarza. Ruszył w stronę wyjścia pod naciskiem spojrzeń, które kierowali w jego stronę wszyscy wieśniacy znajdujący się w karczmie.
– Jeźdźco?! – wykrzyknął za nim karczmarz. Redivion spojrzał na niego przez ramię. – Baczajcie tam na siebie uważnie! Czas u nas płata figle i nie zawsze płynie w tę stronę, w którą patrzycie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania