Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Opowieści różnej treści - Bestia
- Wielki jest jak niedźwiedź albo i większy. Ma srebrną sierść, błyszczącą w świetle księżyca. Zęby ostre, a pazury o takie ma.
Mężczyzna wystawił dłoń i palcem wskazał długość pazura. Tarhena pokiwała głową, przyłożyła dłoń do ust i szybko zapisała coś na kartce. Pochyliła się nad tą kartką, starając się ukryć twarz opadającymi włosami. Jasne, długie pasma zakryły na chwilę nie tylko twarz, ale i kartkę. Na chwilę rzuciła rozbawione spojrzenie rycerzowi siedzącemu za nią. Cały, od stóp do głów zakuty był w zbroję. Była ona stalowa z delikatnymi czarnymi wstawkami, wyglądającymi jak żyły. Zaznajomieni z tematem kowale mogli jednak dostrzec w tych żyłach dolbrahan. Materiał, który sprawiał, że każdy metal stawał się mocniejszy i wytrzymalszy. Jednak pełen hełm całkowicie ukrywał jego twarz, więc Tarhena nawet nie wiedziała, czy towarzysz przypadkiem nie zasnął. Mężczyzna siedzący przed nią kontynuował.
- I tak potępieńczo wyje do księżyca. Dzieci budzi. Dziewki na zatracenie wzywa.
Tarhena pokiwała głową i zapisała to na kartce.
- Czy to wszystko?
- Nie. Zawsze następnego dnia znajdowaliśmy jakieś rozszarpane zwierzę, ale od trzech księżyców ofiarami są ludzie. I jeden Jaszczur.
- To ostatnia ofiara?
Tarhena odsunęła dłoń od ust i spojrzała na mężczyznę. Wzdrygnął się lekko, gdy jej bursztynowe oczy spotkały się z jego. Poszukiwacze zawsze budzili szacunek, jednak spojrzenie dziewczyny zawsze budziło w ludziach strach. Mężczyzna skinął jedynie głową. Kobieta zapisała to na kartce i uśmiechnęła się delikatnie. Wstała, odgarniając włosy z ramion na plecy, poprawiła koszulę, po czym wyciągnęła rękę w kierunku mężczyzny.
- Dziękujemy niezwykle za tę relację. Niech Pan już wraca do rodziny,
Odprowadziła mężczyznę do wyjścia. Niemalże wypchnęła go na dwór z chaty, którą im udostępniono. Gdy tylko zamknęła za nim drzwi, roześmiała się głośno. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszała. Czuła, że w każdej z tych historii jest mnóstwo zmyślonych informacji.
- Tarheno co cię tak bawi?
Spojrzała na towarzysza, słysząc jego niski, tubalny głos. Miała wrażenie, że hełm, który nosił, wzmacniał brzmienie jego głosu.
- Proszę cię… Wilkołak?
- Moja droga, opisy są jednoznaczne.
- Artem, to kpina. Ja rozumiem, że to Hegemonia i spotkasz tu wiele dziwnych stworów, których już nigdzie indziej nie znajdziesz. To tak, jak Wampiry. Wierzono, że nawiedzają ludzi i piją ich krew. Okazało się, że to po prostu magowie, wykorzystujący energię życia.
Artem pochylił się i oparł dłonie, okute w rękawice, na głowni wielkiego miecza. Ten, pod ciężarem, ze zgrzytem wbił się w drewno wyłożone na podłodze.
- Tarheno…
- Nie, Artem. Nie. Mogę się założyć o wszystko, co posiadam, że to tylko człowiek ubrany w futro, straszący miejscowych ludzi. Dodatkowo tak naprawdę nikt go nie widział w pełnym słońcu. Noc zakrzywia obraz. Ci, co byli blisko, nie żyją. Ci z daleko widzieli futro i słyszeli wycie. Tylko w to bym uwierzyła. Cała reszta: zęby, pazury, oczy… Błagam cię.
Mężczyzna w akompaniamencie zgrzytu zbroi wstał. Był wysoki i prawie uderzył hełmem w powałę. Ciągnął za sobą miecz, rysując podłogę. Ruszył w kierunku Tarheny, która jedynie założyła ręce na piersi i wyzywająco spojrzała na rycerza. Ten stanął naprzeciwko niej i łapiąc ją za ramię, przesunął ją na bok.
- Delikatny - mruknęła pod nosem, starając się nie stracić równowagi.
- Nie za to mi płacą.
- Byś to chociaż podniósł. Tępisz go.
Artem spojrzał na miecz. Podniósł go nieznacznie i otwierając szeroko drzwi na dwór, odwrócił się do dziewczyny.
- Bierz swoje graty. Idziemy zobaczyć ofiarę.
Tarhena westchnęła. Wzięła z krzesła swoją skórzaną kurtkę i założyła ją. Obok o stół oparty był łuk i kołczan. Jednak chwilę się zawahała, nim po niego sięgnęła. Wolała miejscowym jeszcze nie pokazywać, że włada magią. Mieszkańcy Hegemonii nie znosili Kainitów, więc całe zaufanie, które zdobyli dotąd, mogłaby wyrzucić do kosza. Sprawdziła, czy kryształ Qui ukryty jest pod koszulą i ruszyła za rycerzem. Szli przez wieś i Tarhena wiedziała, że robią spore wrażenie. Niskie dziewczę z łukiem, lekko ubrane, drepczące za wielką zbroją z równie wielkim mieczem. Odprowadzały ich lekko zaciekawione spojrzenia, głównie małych dzieci. Rzadko miały możliwość obserwować kogoś spoza Hegomonii, dodatkowo kogoś z elitarnej jednostki Awarów. Artem robił wrażenie i Tarhena wciąż zastanawiała się, czy jakkolwiek to zauważał. Wyszli za ostatnie domy we wsi Jemioła i ruszyli na zaorane pole. Dokładnie na samym środku pola coś leżało. Tarhena przyśpieszyła kroku, wyprzedzając Artema. Nie było to może łatwe, bo ten robił potężne kroki, ale była pewna, że zawsze w takich chwilach zwalniał. Znalazła się bliżej tego, co leżało i odkryła, że to ciało Jaszczura. Przynajmniej byli na miejscu. Artem zatrzymał się wcześniej. Tarhena pierwsze co zrobiła, to przyjrzała się scenie. Pośrodku zaoranego pola, w mocno wydeptanym miejscu, leżał Jaszczur o łuskach w ziemistej barwie. Był młody, o średnim wzroście. Pierwsze co rzucało się w oczy to jego podbrzusze, jak i całość klatki piersiowej. Zostały one rozcięte, a same żebra wyglądały, jakby z dość dużą siłą zostały rozsunięte na boki. Tarhena spokojnie mogłaby z odległości, w której się zatrzymała określić jakie wnętrzności mają Jaszczury. Widziała, gdzie znajduje się dość małe serce i równie niewielkie woreczki, które pełniły funkcję płuc. Brak było jednak jelit oraz żołądka. Reszta ciała nosiła ślady po pazurach. Oczy Jaszczura, całkowicie żółte, zastygły w niemym przerażeniu. Tarhena przyłożyła dłoń do ust i poczuła, jak przez jej ciało przechodzi dreszcz.
- Dajesz radę?
Wciągnęła głośno powietrze nosem i wypuściła ustami, odrywając od nich dłoń.
- Tak. Jest dobrze. Tylko pierwsze wrażenie jest zawsze takie…
- Zwrotne?
- Lepiej bym tego nie ujęła.
Dziewczyna odwróciła się do towarzysza i obdarzyła go dość bladym uśmiechem. Nic w niej nie mówiło, że jest dobrze. Jej organizm dalej dawał znaki, że śniadanie zamierza opuścić jej żołądek. Jednak kilka wdechów i wydechów później mogła skupić się na udeptanej ziemi. Nie miało dla niej już najmniejszego znaczenia samo ciało, dokładne oględziny zostawiła Artemowi i skupiła się na poszukiwaniu śladów wokół niego. Wiele z nich wyglądało tak, jakby ciągle krążyły naokoło ciała. Domyśliła się, że musieli być to wieśniacy, którzy nad ranem znaleźli nieszczęsnego Jaszczura. Gapie zawsze psuli jej robotę, zadeptywali ślady, zasypywali poszlaki, zacierali krople krwi. Przykucnęła i zaczęła dotykać palcami ziemię. Spod koszuli wysunął się fioletowy kamień na skórzanym rzemyku i zaczął pulsować delikatnym światłem. Artem kontrolnie rozejrzał się po okolicy. Z ulgą dostrzegł, że mieszkańcy byli zajęci swoimi sprawami, a ci, co byli choć trochę zainteresowani, zatrzymali się na linii ostatnich zabudowań. Dla pewności jednak zrobił krok w bok, by w całości zakryć Tarhene. Lepiej, by nie wiedzieli, z jakiego źródła korzystała. Dziewczyna zamknęła oczy i poczuła lekki ziemisty zapach. Mokry, jak po burzy, to musiał być poranek. W nocy ziemia miała inny zapach, a w tym miejscu powinna mieć zapach krwi. Gdy do jej nozdrzy dobiegł ten zapach, szepnęła cicho
- Turduval.
Kamyk zabłysnął, zadrżał, jakby próbując urwać się z rzemienia i po chwili opadł. Tarhena błyskawicznie podniosła się i schowała go z powrotem pod koszulę. Ziemia wokół nich nie nosiła śladów wydeptania, jednak była porozrzucana i wygnieciona jedynie w niektórych miejscach.
- Tak, teraz to wygląda, jak miejsce walki.
Artem mruknął i dopiero teraz podszedł do dziewczyny. Z trudnością uklęknął na kolano i zaczął baczniej badać ciało Jaszczura. Tarhena w tym czasie zrobiła kilka kółek, okrążając spiralnie towarzysza. Właściwie nie minęło wiele czasu kiedy do niego wróciła.
- Ślady prowadzą od strony lasu. Wygląda, jakby nasza ofiara szła tu z kimś do wioski. Ślady urywają się w tym miejscu. Ta druga osoba nie odeszła z tego miejsca.
- Chyba że idealnie wróciła po własnych śladach do lasu.
- A ty co znalazłeś?
- To dość ciekawe, ślady pazurów pasują do dłoni naszego Smoka. Jakby próbował coś z siebie zdrapać.
- Sam by się…
Artem zazgrzytał zbroją, gdy wzruszył ramionami.
- Jest też dziwnym, że jest rozebrany do naga. Wieśniacy coś o tym wspominali?
- Tak. Każda ofiara wyglądała tak samo i nie należała do tej wioski. Jedyna różnica to pora. Jesteśmy dzień po nowiu. Dotąd ofiary znajdowano po pełni.
Podniósł się, wspierając się na mieczu. Powoli ruszył w kierunku lasu. Tarhena wzdrygnęła się na samą myśl, że Jaszczur mógłby sam sobie to zrobić. Kucnęła i spojrzała na nogi ofiary. Pomiędzy palcami dostrzegła ziemię. To oznaczało jedynie tyle, że wyszedł nagi z lasu. Dotknęła ziemi i poczuła delikatny wiaterek. Ziemia na powrót zaczęła się sama ugniatać. Gdy wróciła do stanu zastanego, powietrze się uspokoiło. Dziewczyna wstała i pognała szybkim krokiem za Artemem.
- Właściwie, nie musisz tego robić. Po oddaleniu wszystko wróciłoby do normy.
- Właściwie tak, ale lubię ten moment uwolnienia magii.
Szli w milczeniu, po śladach, które Tarhena dostrzegła wcześniej. Kierowały się prosto w las i niknęły w gęstwinie. Szybko obydwoje zauważyli, że były to bose stopy smoka i człowieka. Nie musieli oni jednak tego sobie mówić, wystarczyło, że obydwoje na siebie spojrzeli. Chociaż hełm Artema utrudniał dojrzenie jego twarzy, to coś było w jego ruchu, że Tarhena wiedziała, że sam to zauważył i nie musi mu nic tłumaczyć. Artem zwolnił, gdy tylko dotarli do linii drzew. Dalej prowadzić musiała dziewczyna. Najłatwiej było jej znajdować ślady Jaszczura i po nich dokładnie szła. Szli już dłuższy czas. Dziwna była dla Tarheny totalna cisza, jaka zaległa w lesie. Żadnego pisku małych zwierzątek, żadnego świergotu ptaków, porykiwania jeleni. Nawet wiatr ucichł pomiędzy liśćmi. Zatrzymała się nagle i odgarnęła leżące liście i gałązki ze ścieżki, którą podążali. Przed nią znajdowały się dwa ślady. Stopy Jaszczura pojawiały się nagle. Natomiast stopy człowieka nadchodziły gdzieś z boku. Artema zaskoczyło nagłe zatrzymanie się towarzyszki. Mruknął coś pod nosem.
- Co jest?
- Dziwne, ale ślady naszej ofiary zaczynają się od tego miejsca.
- Zaczynają?
Tarhena rozejrzała się wokół. Starając się nic wokół nie naruszyć, zaczęła przeczesywać okolicę. Wydała z siebie cichy okrzyk, kiedy niedaleko znalazła wykopaną dziurę pod drzewem. Odgarnęła liście i spomiędzy korzeni wyciągnęła niewielki tobołek. Gdy rozwinęła go, oczom poszukiwaczy ukazały się buty i skromne, wieśniacze ubrania.
- Czyli wiemy, że tu się rozebrał. Możliwe, że czekał dość długo, dlatego jego ślady się „zaczynają”.
- Tu ziemia jest twardsza, a na niej leży warstwa ziemi, no i dodatkowo, musiał to wykopać. Mógł zasypać własne ślady, świadomie lub nie.
- Czyli pozostały nam ślady człowieka.
Tarhena skinęła głową i obydwoje ruszyli za jedynymi śladami, które im zostały. Po kierunku dziewczyna wiedziała, że idą wzdłuż wioski. Dodatkowo droga zaczęła powoli schodzić w jar. Szli wąwozem, a jedynym dźwiękiem, jaki im towarzyszył był szczęk zbroi Artema. Nad nimi rozpościerał się baldachim z drzew i gdyby nie okoliczności, Tarhena z chęcią usiadłaby gdzieś pod ścianą wąwozu. Miała ochotę tak po prostu powdychać zapach lasu, posłuchać jego śpiewu. Jednak las był cichy, jakby martwy. Usłyszała szelest gdzieś przed nimi. Zatrzymała się i podniosła rękę, na co Artem sam w moment się zatrzymał. W takich sytuacjach wykonywał jej polecenia bez szemrania. Tarhena ściągnęła łuk i zaczepiła strzałę o cięciwę. Jednak z naciągnięciem wciąż czekała. Powolnym krokiem zaczęła iść w kierunku dźwięku. Teren delikatnie zaczął się wznosić. Przed nią była ścieżka i daleka zieleń liści. Podeszła jeszcze kawałek i dostrzegła, że droga znów opadała w dół. Jej oczom ukazała się wielka dziura w ziemi, w której w centralnym miejscu rosło wielkie drzewo, którego Tarhena nigdy w Hegemonii nie widziała. Konar tak gruby, że objąć musiałoby go przynajmniej z pięciu ludzi, jakby na siłę skręcony w lewo. Gdzieś na wysokości dwóch i pół metra dopiero zaczynały się pierwsze gałęzie. Tarhena ze zgrozą dojrzała, że wokół drzewa wystawały czarne korzenie, które wciskały się w ziemię wokół i podważały inne drzewa. Niektóre były już uschnięte, niektóre wciąż starały się walczyć z ewidentnym szkodnikiem. Miała nawet wrażenie, że z niektórych korzeni wystawały czarne grube witki, które próbowały opleść się wokół jeszcze zdrowych drzew. Artem, który przed sobą widział zastygłą dziewczynę, spróbował jak najciszej do niej podejść. Gdy ujrzał widok, który zastała, zasępił się.
- Tarheno…
- Ten las umiera, Artem. To drzewo go zabija.
- Moja droga, przypominam, że nie jesteśmy tu po to, by ratować las. Owszem, mogę to spalić, gdy dorwiemy naszego Wilkołaka, ale…
- Spójrz pod konar.
- Co?
Artem spojrzał najpierw na Tarhene. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, co mocno go zaniepokoiło. Była prostą dziewczyną i zazwyczaj łatwo było wyczuć jej humor. Teraz nic nie mógł z niej wyczytać. Spojrzał więc za jej poleceniem pod drzewo i dostrzegł wejście do jamy.
- To miejsce toczą dwie choroby.
Jej głos był cichy i jakby obcy. Pierwszy raz słyszał, by mówiła w taki sposób. Szybko pojął, że właśnie Tarhena dotarła do momentu, w którym to zadanie stało się dla niej bardziej osobiste. Wychowała się na granicy z Hegemonią w jedynych lasach na Bezkresnych Równinach. Jej magia była ściśle związana z ziemią, a życie blisko natury, tylko potęgowało jej potrzebę ochrony przyrody. Wszystko, co było w lesie złe, przeczyło prawom, stawało się dla niej wrogiem. I Artem pierwszy raz od wielu lat ich współpracy, nie wiedział, czy jej wewnętrzna złość nie przesłoni jej celu, który przed sobą mieli.
- Tarheno, zajmijmy się Bestią. A ja przysięgam na swój honor, zajmiemy się tym wynaturzeniem.
Dziewczyna nic nie powiedziała. Ruszyła zboczem, by dojść pod korzenie dziwnego drzewa. Artem ruszył za nią i pierwszy raz widział, by szła tak szybko. Musiał wręcz złapać ją za ramię, by nie weszła do jamy, która prowadziła pod korzenie. Wciąż nic do niego nie mówiąc, usunęła mu się z drogi. Wszedł powoli do środka, wyciągając przed sobą miecz.
- Sha-tar.
Tarhena szepnęła i tuż przed nim pojawiła się fioletowa kula. Oświetlała ona drogę przed nimi. Artem podziękował w duchu dziewczynie, bo ledwo wszedł do jamy i otoczyła go dość nienaturalna ciemność. W świetle kuli dostrzegł na środku jamy studnię. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Kamienna konstrukcja z typowym dla studni drewnianym daszkiem. Kołowrotek wyglądał, jakby wciąż miał działać. Łańcuch, który smętnie zwisał w dół, nie wyglądał na zardzewiały, a obok całej konstrukcji stało wiadro. Podszedł i zajrzał w dół. Tarhena, idąca za nim, również zerknęła i dodatkowo posłała w dół kulę. W fioletowawym świetle dostrzegli drabinę i suchy skrawek ziemi na samym jej dole. Nie była głęboka, ale i do tych płytkich również nie należała.
- Idę pierwszy. Osłaniaj mnie.
Dziewczyna skinęła głową, co wyglądało upiornie przez światło, które z dołu ją oświetlało. Artem zaczął schodzić po drabinie w dół. Gdy jego stopa dotknęła ziemi i rozejrzał się na boki. Przed nim rozpościerał się tunel, który wyglądał tak, jakby go wykopał humanoidalny kret. Z sufitu sterczały czarne kłącza, podobne do tych oplatających drzewa na górze. Nigdzie jednak nie było słychać zagrożenia, poza echem jego zbroi. Skinął Tarhenie dłonią, przyzywając ją do siebie. Dziewczyna, ociągając się, schowała strzałę do kołczanu i przewiesiła przez ramię łuk. Powoli ruszyła w dół, a będąc blisko ziemi, zeskoczyła z drabiny i spojrzała w tunel. Patrząc na kłącza, skrzywiła się. Ruszyła głową w kierunku tunelu, jej kula również tam powędrowała. Artem ruszył tunelem, prowadzony przez światło. Szybko dotarli do obszernej jaskini. Tarhena jęknęła, gdy wyszli z tunelu, ale szybko zatkała sobie usta. Przed ich oczami rozpościerał się widok na kilkadziesiąt ciał, uwięzionych pomiędzy korzeniami w ścianach jaskini. W ich ciała wbijały się czarne kłącza, połyskując czerwoną poświatą. Pod przeciwległą ścianą, pod łukiem z jednego korzeni, na którego narzucone były koce, leżała kreatura. Z wyglądu przypominał przerośniętego wilka. Jego futro lekko połyskiwało w fioletowym blasku, białe ślepia łypały na nich z ciekawością. Bestia cicho zamruczała, a następnie podniosła się na tylne nogi. Obydwoje dostrzegli, że była ona wyższa o głowę od Artema. Tarhena nie mogła w to uwierzyć. Przed nimi stał najprawdziwszy wilkołak. Mężczyzna podniósł miecz i stanął w pozycji bojowej, natomiast dziewczyna wyciągnęła strzałę z kołczanu, przygotowując się do strzału.
- Witam Poszukiwaczy. Ciekawy byłem, ile wam zajmie znalezienie mnie. Niewiele potrzebowaliście, by znaleźć Sanktuarium Księżyca. Jestem rad z tego. Idealnymi będziecie dziećmi Bladego Władcy Niebios.
Głos Bestii zadudnił w ich umysłach. W świetle kuli błysnęły kły bestii i jej pazury. Wszystkie opisy, które przekazywali wieśniacy właśnie spotykały się z rzeczywistością. Wilkołak podniósł głowę i potępieńczo zawył. Doskoczył do Artema i zamachnął się na niego pazurami. Mężczyzna podniósł miecz, odbijając jeden cios i równie szybko machnął w drugą stronę, by odbić kolejny cios. Tarhena wystrzeliła strzałę, która uderzyła w ramię Bestii, ale wyglądało, jakby stwór nawet nie zauważył, że coś go uderzyło. Wciąż starał się przebić przez obronę rycerza. Dziewczyna, korzystając z wolnej ręki, uwolniła spod koszuli kamień Qui i wzięła kolejną strzałę. Zaczęła mruczeć pod nosem zaklęcie, a wokół grotu zaczęła się zbierać zielona poświata. Gdy strzała uderzyła w cel, w pierś Bestii, zielona energia wybuchła. W jej miejscu pojawiły się pnącza, które okrążyły ramię istoty i sięgając ziemi, zablokowały prawą rękę. Artem korzystając z czasu, który otrzymał, pchnął miecz, jednak Bestia odskoczyła w bok. Miecz uderzył w powietrze, jedynie przecinając nieznacznie skórę. Tarhena wyszeptała kolejne zaklęcie, jednak kolejna strzała uderzyła w ziemię za Bestią. Z tamtego miejsca wyskoczyły kolejne pnącza, próbujące dosięgnąć nóg potwora. Artem obronił kolejny atak i korzystając z okazji, że jego przeciwnik spróbował wyrwać łapę z pnączy, zaatakował ponownie. Teraz jednak Bestia sama sparowała cios, a uderzenie wybiło miecz z rąk mężczyzny. Ten z brzękiem upadł na ziemię i Artem zrobił krok w tył. Bestia machnęła wolną łapą na powrót, uderzając rycerza w bok. Dotąd Tarhena nigdy nie widziała, by cokolwiek z taką łatwością spowodowałoby, że jej towarzysz poleciał jak szmaciana lalka. Z jękiem uderzył o ziemną ścianę jaskini. Dziewczyna naciągnęła cięciwę i wypuściła kolejną strzałę. Bestia właśnie ponownie szarpnęła ramieniem, by uwolnić się z pnączy, gdy zabulgotała. Strzała utkwiła w jej gardle. Artem potrząsnął głową, starając się uwolnić z chwilowego zamroczenia. Jak najszybciej podniósł się i biegiem rzucił się po miecz. Stwór złapał za strzałę i wyrwał ją. Był jakby niewzruszony, mimo że z rany na szyi dość obficie broczyła krew. Dostrzegł u wejścia Tarhene i ruszył w jej kierunku. Jaskinia rozbrzmiała chrzęstem kości, pnącza puściły. Wilkołak, włócząc za sobą wyrwaną ze stawu łapę, dopadł do Tarheny i zamachnął się na nią. Dziewczyna zrobiła krok w tył w kierunku studni i poczuła zimno czarnego kłącza na swoich plecach. Poczuła delikatne naciśnięcie, jakby kłącze próbowało przebić się przez jej kurtkę. Stwór tymczasem uderzył w ścianę i gdy miał już uderzyć ponownie, odwracając łapę, zamachał nią dość nieporadnie. Jego klatka piersiowa wybuchła krwią, a z wnętrza wysunął się miecz, przebijając go na wylot. Miecz cofnął się, a Tarhena próbując ominąć łapy bestii i liżące ją po plecach kłącze, potknęła się i wylądowała zadkiem na ziemi. Stwór odwrócił się w kierunku Artema. Nie zdążył jednak nic zrobić, bo mężczyzna wcisnął miecz w miejsce, gdzie w jego szyi była dziura po strzale i jednym ruchem ciął w bok. Bestia upadła pod nogi rycerza. Tarhena mruknęła pod nosem i z ziemi wysunęły się zielone pnącza, oplatając ciało bestii. Mężczyzna uderzył w kłącze nad głową towarzyszki, które z sykiem upadło pod jej nogi. W mgnieniu oka ucięta część rośliny stała się sucha. Dziewczyna wpatrywała się w kłącza, w bestię, ciała, z których dziwaczne drzewo ciągnęło życiodajne soki.
- Spalmy to Artem. Błagam.
Jej głos był cichy, niemalże ulotny. Jakby wcale nie wydobył się z jej ust. Artem nie odpowiedział, ale wiedział, że nie musiała o nic go błagać.
***
- Sanktuarium Księżyca?
- Tak. Dziwaczny kult. Najprawdopodobniej było to spowodowane obecnością tego drzewa.
- Spaliliście go, prawda?
Stali przed mężczyzną, ubranym jak przystało na kapłana Stwórcy. Bogato wyszywane, seledynowe szaty, złoty medalion z wizerunkiem ptaka, gładko ogolony z równo przystrzyżonymi czarnymi włosami. Siedział za biurkiem, trzymając w dłoniach kilka dokumentów. Tarhena była blada, nie odzywała się, wyglądała, jakby od wielu dni nie spała. Artem stał wyprostowany. Hełm trzymał w dłoniach przed sobą. Niewielu mogło pochwalić się, że widziało rycerza bez hełmu. Jego twarz była pokryta wieloma bliznami, krzaczaste brązowe brwi łączyły się w jedną kreskę nad nosem. Krótkie włosy układały się falami na lekko krzywej głowie.
- Tak.
- Prawidłowo. W Hegemonii wszelkie dziwaczne kulty należy wypalać. Bo jak widać, do niczego dobrego nie prowadzą. A skoro tak wspaniale zajęliście się Bestią z Jemioły, pojedziecie nad Morze Wewnętrzne do portowego miasteczka, Kliki. Coś porywa w nocy rybaków z łódek.
- Tak jest.
Tarhena nie odpowiedziała. Odwróciła się i wyszła z pomieszczenia. Artem dogonił ją i spojrzał na nią. Obrzuciła go krótkim spojrzeniem. Dostrzegł w nim jednak coś, czego się nie spodziewał. Jej bursztynowe spojrzenie zbladło i jakby przestało być żywe.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania