Poprzednie częściOpowieści z Verdis: Lombard

Opowieści z Verdis: Hivemind

Fex wstał ze swojego miejsca na widowni i zaczął przedzierać się do drzwi, kręcąc przy tym głową. Na scenie ktoś właśnie umierał, melodramatycznie.

— Koniec jest bliski, moja najdroższa, czemu tym wszystkim przejmuję się?

— Zawsze twe ramiona dawały mi wsparcie, lecz dziś nic poradzić tu nie potrafię.

Ludzie siedzieli, nie odrywając się od dwójki młodych aktorów, jakby widzieli co najmniej samego Multimena, czy innego superbohatera. Ledwie przesuwali nogi, żeby przepuścić wychodzącego, czasem musieli być wręcz szturchnięci, żeby go zauważyć.

Z kwaśną miną mężczyzna dotarł w końcu do wyjścia, gdzie drogę zagrodził mu ogromny, oczywiście łysy, byczek w granatowym stroju.

— Siadaj, nie przeszkadzaj — warknął szeptem osiłek.

— Muszę do łazienki, mam to zrobić na fotel? — W dawnych czasach dałby się zastraszyć, ale jego ostatnia diagnoza… Nie miał już nic do stracenia. Był wolny.

Policjant, czy tam inny agent, bo w tym granacie mógł być kimkolwiek, spojrzał na niego spode łba.

— Dobra, ale nie możesz już wrócić i przerywać — burknął, po czym uchylił mu drzwi.

Fex wyślizgnął się z pomieszczenia i wciągnął powietrze z korytarza. Przynajmniej nie było tu zapachu spoconych ciał. Teatr był dla wszystkich, prawie za darmo. A więc ściągał różnych ludzi szukających rozrywki. Bardzo różnych.

Mężczyzna podrapał się po głowie i ruszył w stronę wyjścia.

“Co robić, co robić?”, pomyślał.

Nie stać go było na ekstrawaganckie spędzenie czasu. Musiał wymyślać rzeczy raczej tanie lub darmowe. Tylko ile można spacerować po mieście, które jest praktycznie całe zalane betonem. Już mu się znudziło, widział wszystko, co było warto zobaczyć. Slumsy znał na pamięć, dzielnica robotnicza była szara i nijaka, jak jej mieszkańcy. To porównanie sprawiło, że zachichotał.

A do dzielnicy bogaczy go nawet nie wpuszczą.

Chyba że…

“Mogę spróbować ukraść odpowiednie ubranie!”.

Natychmiast ruszył szybkim spacerem, nucąc swoją ulubioną piosenkę. Mijane osoby dziwnie się na niego patrzyły. Zdawał sobie sprawę, że w slumsach taka wesołość nie jest raczej powszechna.

Prawie wbiegł na schody prowadzące do wyższych partii miasta i musiał przystanąć. Oparł się pięściami na kolanach i ledwie mógł złapać oddech. Zrobiło mu się duszno, a w głowie zakręciło. Klapnął na tyłek. Tam, gdzie stał. Ludzie, jak gdyby nigdy nic, zaczęli go wymijać, niczym nurt rzeki omijający skałę. Kładąc się ryzykowałby stratowanie, podpowiedział mu umysł, gdy przed oczami zaczęła narastać ciemność.

Plask. Jeden. Drugi. Ból. Lekki, na policzku. Otworzył powieki. Przed nim kobieta. A raczej sylwetka płci pięknej. W pomarańczowym uniformie. Tyle widział.

Próbował się zerwać z miejsca, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Z zewnątrz pewnie wyglądał jak złowiona ryba w desperackiej próbie wskoczenia do wody.

— Prrr, spokojnie, straciłeś przytomność — powiedziała głosem sugerującym lekką pretensję. — Ściągnęłam cię z chodnika. Masz, pij.

Nie widział jeszcze zbyt dokładnie, a wszystko dookoła wirowało. Poczuł, że przyłożyła mu plastikową butelkę. Pociągnął łyk i westchnął cicho.

Świat zaczął powoli do niego wracać. Kobieta przed nim była młoda, może w jego wieku. Błękitne oczy wpatrywały się w niego uważnie, a gładkie, lekko zmarszczone czoło, nadawało twarzy słodki wyraz zmartwienia. Przyjrzał się jej ustom. Pełnym. Czerwonym. Tak zmysłowym. Czy powinien je pocałować?

Cały się zarumienił. Dziewczyna rozpogodziła się na ten widok, a to sprawiło, że uśmiech sam wypłynął też jemu na twarz, wymykając się całkowicie spod kontroli.

— Jestem Resa — przedstawiła się, kucając obok niego. Skrzyżowała z nim wzrok, a on szybko odwrócił głowę.

— Fex — skrzeknął i skrzywił się na dźwięk swojego głosu. Odchrząknął i pewniej powtórzył: — Fex.

— Witaj Fex Fex, powiesz mi, co się stało? — zapytała, unosząc wesoło kącik swoich cudownych warg.

— Nie wiem. — Wzruszył ramionami i podniósł się z ziemi. Był dalej na środku chodnika. Mógł sobie przysiąc, że mówiła coś o ściągnięciu go na bok? — Wbiegłem po schodach i nagle bah, nie pamiętam.

Wstała razem z nim, podpierając go za łokieć. Jej dotyk… Barki mu się rozluźniły, a na karku pojawiła się gęsia skórka. Żałował, że ma na sobie ten szary, okropny sweter.

— Pójdziemy razem na kolację? — zapytał, czym zaskoczył zarówno ją, jak i siebie. Nie stać go było na takie ekscesy. A jednak bardzo nie chciał kończyć tej znajomości. Była jakby żywcem wyjęta z jego snów.

“… żywcem wyjęta z moich snów”, podświadoma myśl dotarła do płata czołowego i uderzyła niczym taran. Zachwiał się.

— Cholera, jesteś wytworem mojej wyobraźni — wyszeptał i zacisnął mocno powieki. — Cholera, cholera, cholera.

Kobieta stała jak wryta, tłum ludzi lawirował wokół, idąc w swoich kierunkach. Ale czy na pewno omijali ją, czy może tylko jego? Podszedł i złapał mocno za rękę dziewczyny. Ściągnął brwi, bo mózg podpowiadał, że faktycznie coś trzyma, chociaż uczucie było dziwne, jakby ściskał lekko wibrującą, ciepłą rurę, a nie ludzką dłoń. Potrząsnął głową.

Jego diagnoza…

— Coś ci odbiło, Fex Fex, musiałeś uderzyć się mocno w głowę — zakpiła. Zmarszczyła delikatnie swój nosek i jęknęła: — Puść, to boli!

O dziwo, słowa sprawiły, że mijający ich ludzie oglądali się.

— Nie wiem, co jest prawdziwe — wymamrotał i zostawił dziewczynę tam, gdzie stała, samemu idąc w stronę pobliskiej kawiarni.

Usiadł przy wolnym stoliku i wziął do rąk menu. Nie zamierzał nic zamawiać, ale potrzebował spokoju, potrzebował uporządkować myśli. Co się właśnie wydarzyło? Czy to była jego imaginacja, czy prawdziwa kobieta? Jeżeli prawdziwa, to nie podziękował za pomoc. Jednak była zbyt doskonała, żeby…

— Co się dzieje, mów do mnie. — Resa usiadła naprzeciw niego. Podniosła rękę, łapiąc uwagę kogoś z obsługi, i zamówiła dwie kawy z ciastkami.

— Nie stać mnie na kawę — rzucił Fex odruchowo, czym ściągnął na siebie nieprzychylne zerknięcie kelnera.

— Typowy facet, zaprasza i go nie stać. Ja zapłacę — zapewniła żartobliwie kobieta. Kelner skinął głową i od nich odszedł. — Czy potrzebujesz iść do szpitala? Zaprowadzić cię?

— Jeżeli nie byłabyś wytworem mojej łepetyny, to dlaczego byś się o mnie tak troszczyła? Zaatakowałem cię!

— Coś ty się tak uparł z tym wytworem — zaśmiała się, co spowodowało, że jego twarz też się rozjaśniła.

Może była dziełem jego skołatanej głowy, ale za to bardzo przyjemnym.

— Mam… Diagnozę. Umieram. Nie mogę ufać niczemu i nic mi już nie zostało — wypalił, obserwując reakcję. Uniosła brwi i na chwilę panowała między nimi cisza.

— To wyjaśnia twoje dziwne zachowanie — stwierdziła w końcu. — Ale nie wyjaśnia, dlaczego miałabym być tylko w twojej, jak to ująłeś poetycko, łepetynie.

— Jesteś zbyt piękna, żeby być prawdziwa. Pojawiłaś się znikąd, pomagasz mi, chcesz ze mną przebywać, mimo iż cię zaatakowałem i nie okazuję wdzięczności. — Złapał się za włosy. — To takie dziwne, wydajesz się taka realna.

Zawahał się, gdy zauważył rumieniec na policzkach dziewczyny.

— Cieszę się, że kolor mojego stroju nie przeszkadza ci w uznawaniu mnie za piękną. Ale o ile mi wiadomo, to istnieję. — Zamilkła, po czym dodała: — A pomagam, bo jako pomarańczowej, mi nikt by nie pomógł.

— Oczywiście, że będziesz tak uważać. A w pomarańczu ci do twarzy. Moja głowa wie, jak dobrać kolory.

Resa przewróciła oczami. Na chwilę przerwali rozmowę, gdy kelner przyniósł zamówienie.

— Szedłem właśnie kraść ciuchy bogaczom, żeby zwiedzić dzielnicę. Idziesz też? — zapytał Fex nagle, gdy zostali sami. — Wiem, że się zgodzisz, bo nie istniejesz beze mnie.

— Dobra, przestajesz być słodki, zaczynasz sobie grabić — zniecierpliwiła się, aż ścisnęło mu żołądek. — Nie będę za tobą chodzić, bo coś ci się ubzdurało. Zostaniemy tutaj. I opowiesz mi o tej swojej chorobie.

Patrzył na nią z szeroko otwartymi oczami. To jego słowa? Czy kradzież była głupim pomysłem i jego podświadomość dawała mu znaki? Czy też ona była prawdziwa? Jak to w ogóle sprawdzić?

— W sumie, czemu nie — westchnął w końcu. — Spędzę ostatnie chwile, rozmawiając sam ze sobą, nieźle.

— Czemu umierasz? — Zignorowała jego narzekanie. — Co ci powiedzieli?

— Aktywowała się wreszcie moja moc, mikroboty zaczęły przebudowywać mój mózg.

— Przebudowywać? Teraz? W tym wieku? — zapytała z niedowierzaniem.

— Z tego, co mi tłumaczyli, to moje biosygnały zostały wzmocnione. Przez to podświadomie steruję botami — tłumaczył, przyglądając się jej uważnie znad kubka kawy.

— I co w tym złego? — Wzruszyła ramionami. — To brzmi wręcz, jakbyś mógł zostać jednym z superbohaterów.

— Każda wymiana komórek w moim ciele to sygnał.

Uniosła brwi i pokiwała wolno głową.

— To oznacza…

— To oznacza, że dosłownie przepisują mi mózg. W czasie rzeczywistym. Nie pomogły żadne tabletki, żadne kuracje. Umrę. Może za rok, może za minutę.

— Przykro mi, Fex Fex, nie jestem halucynacją. Czujesz? — Położyła dłoń na jego ręce, aż poczuł ciarki na plecach.

Świat się rozmył, a jego oddech przyspieszył. Zamknął oczy. Palce kobiety jakby się rozpłynęły, przestał czuć jej ciepło. Gwałtownie zamrugał powiekami.

— Nawet jeżeli to iluzja, cieszę się, że tu jesteś — wymamrotał.

Rozmowy tłumu ludzi dookoła niego powoli cichły, łącząc się do jednostajnego szumu, a potem stopniowo zanikając. Przyglądał się pięknej istocie przed nim. Nic nie mówiła, wpatrywała się w niego tymi głębokimi, uważnymi oczami. Tracił jej detale. Najpierw włosy, zlały się w jedną plamę. Strój. Sylwetka. Wszystko znikało.

Na koniec tylko te czerwone, wspaniałe usta.

 

***

 

Kawiarnia i ludzie. Widział siebie. Własną twarz, własne ubrania. Z zewnątrz. Trzymał swoją dłoń. Ale nie swoimi rękami.

Poderwał się z krzesła. Miał pomarańczowe rękawy. Cały był na pomarańczowo!

Cholera.

Zrobił długi krok w stronę swojego dawnego ciała i klepnął je w policzek. Widział, jak głowa opada. Oczy stawały się puste. Jeszcze żył. Tylko gasł. Jak wrócić?

Nie wyczuł pulsu.

Zaraz, nie czuł niczego w tej powłoce.

Skierował wzrok na nową dłoń. Zaczęła tracić kontury.

Znikał, od palców w górę ciała, dematerializował się jak dym z fajki, rozwiewany na wietrze.

“Czyli jednak byłaś wytworem mojej wyobraźni.”

Dotknął lewą ręką znikającego miejsca i zauważył, że jego palce uzupełniły część prawej ręki.

Mikroboty.

Teraz rozpływał się coraz szybciej. Próbował się skupić, utrzymać formę. Nic to nie dawało.

Zaraz, po co miał się skupić?

Spojrzał w dół i parsknął śmiechem. Wyglądał, jakby parował.

Dlaczego było mu wesoło?

Gdzie on się znajduje?

Co on miał zrobić?

Jak ma na imię?

Co robi?

Jak.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania