Oranżada
Męczący upał rzygał samą żółcią na miasto. Słońce na przemian puchnęło i puchło, trwając w bolesnej, kilkunastogodzinnej ejakulacji. Były konduktor (którego od teraz będziemy nazywać “P.”), siedział na ławce w podwórku krowoderskiego bloku, gdzie zepchnął go wszędopiekący skwar. P. był człowiekiem witruwiańskim konduktorów - mocno zarysowany łuk brwiowy, nadający twarzy nieco prymitywnego wyrazu, zbierał na sobie krople potu z całego czoła, którego koniec nastawał dopiero gdzieś przy karku. Króciutkie włosy, których suma nie mogła się pewnie równać zdobiącemu gębę wąsowi, nadawały jeszcze mat bokom głowy, kiedy góra perliła się już systematycznie pomiędzy kolejnymi przetarciami konduktorskiej ręki.
Okropnym faktem było marnowanie się takiego ideału pracownika. P. był typem faceta, którego ciężko sobie wyobrazić chorego - zazwyczaj upadają oni nagle w salonie, chwytają się za ramię lub klatkę piersiową, zdążą jeszcze krzyknąć na żonę, po czym odchodzą, zapadają się pod ziemię, jak każdy z tych robotników średniej półki, niezasłużonych sukcesem, lecz niewystarczająco przegranych, aby zasłużyć na nasze współczucie.
Za namową małżonki dał sobie P. zdiagnozować migotania przedsionków. Dopóki proces ustalania przyczyny był w toku, pacjent ograniczyć miał wysiłek, w tym pracę, a w zamian wychodzić na przydługie spacery. Chciałoby się powiedzieć ,,spacery uspokajające”, nie było jednak w nich nic spokojnego. Pacjent wiedział idealnie, że pod jego nieobecność żona zaprasza swojego chłopaka do domu, że kiedy on pije swoją oranżadę na ławce, ten fagas (już bez inicjałów) gwałci w jego mieszkaniu wszystkie świętości filisterskiego ducha - pije kawę z jego zakładowego kubka, wyciera się jego ręcznikami, śmieje się z jego składanych modeli samolotów i czołgów.
Kiedy wystawić głowę ku górze i zamknąć oczy, przebijające się słońce tworzy z powiek kurtynę o dziwnie słodkiej, niespotykanej nigdzie indziej barwie połączenia czerwieni z oranżem. Kiedy głowę przechyli się w dół, siateczkę żył zastępuje czysta czerń, a przed oczy wychodzi obraz jego przeklętych ramion, spinających się w przysłudze, kiedy rwą tkaniny tej skurwiałej Penelopy. Dość. Te myśli opanowywały wciąż mózg konduktora, zalegając go ciężkim szlamem, grube krople spływały w dół kręgosłupa, aż zbierały się, dziwnie uciskając w lędźwiach, do czego sam P. nie chciał się przed sobą przyznać.
Przegrał życie. Nie w sensie porażki, P. nie czuł się przegranym - czuł marazm kaca, podobnego do momentu skończenia świetnego filmu lub książki. Kiedy opadną napisy końcowe, każdy bohater po kryjomu umiera. Może krążyć po scenografiach, lecz nie ma go już dla oka kamery, tak samo jak dla niego nie ma już filmu. Kamery w życiu P. opadły, a jemu zostało jeszcze parędziesiąt lat włóczenia się po planach filmowych jako duch opery theatrum mundi. Zdrady, pojedynki, awantury - to wszystko domena ludzi żyjących, gotowych na romantyczne czyny i wzniosłe idee. Smak wieku średniego to pragmatyzm i ta za słodka oranżada. P. to typ faceta którego ciężko sobie nawet wyobrazić w roli zdradzanego. To przecież taki jaskrawy obraz. Portret psychologiczny oszukanego męża można by wieszać w galeriach. Twarz rogacza jest o wiele bardziej nijaka. Pęta ostatnich dwudziestu lat układania sobie życia zatrzymały P. w najciaśniejszym z ucisków, z którego sprawę zdać sobie można dopiero kiedy tak piękna sytuacja jak zdrada będzie chciała wymagać od nas ruchu - wtedy człowiek nagle stwierdza, że nie może się ruszyć, a ostatnie lata swojego życia spędził wpędzając się w sidła, tylko dlatego, jak strasznie mu w nich było wygodnie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania