Orkan Barbara

Jedenastego stycznia w środę od samego rana byłem zaganiany, jak każdego innego roboczego dnia, stale gdzieś miałem być wcześniej niż tam dotarłem. Nawet już nie chodziłem, tylko wolno biegałem. Dopiero przed trzynastą mogłem złapać chwilę oddechu i w końcu napić się kawy. Zaraz po wejściu do swojego biura nastawiłem czajnik i do filiżanki nasypałem kawy. Ekspresu służbowego do kawy dotychczas się nie dorobiłem, więc zwykła plujka musiała mi wystarczać, a cholerstwa rozpuszczalnego nie cierpiałem. Czajnik elektryczny zagotował wodę i wyłączył się, zaraz po zalaniu kawy wrzątkiem, mogłem delektować się jej wspaniałym aromatem. Krzesło miałem odsunięte od biurka, dlatego z filiżanką w dłoni mogłem wygodnie na nim usiąść. Chwilowa przerwa w pracy i mi się należała. Pozwoliłem sobie na chwilę relaksu i na ten czas włączyłem radio. Z głośnika usłyszałem sygnał pełnej godziny i rozpoczęto nadawanie wiadomości. Oczywiście najważniejszym tematem dnia był konflikt w sejmie, a właściwie niekończąca się walka o koryta. Kiedy już je zapełniono, to kłócono się o ich głębokość i szerokość, długość jak się okazuje w dłuższej perspektywie też jest ważna.

Cholera pomyślałem sobie, nawet kawy spokojnie nie dadzą się człowiekowi napić. Całe szczęście, że zaraz będzie jakaś muzyka, to przez ten czas złapię troszkę oddechu od tego smrodu i zgnilizny politycznej.

Zanim tak się stało, zaczęli informować o pogodzie. Początkowo nie przysłuchiwałem się zbyt dokładnie podawanym szczegółom. Dopiero jak ostrzeżono o orkanie Barbara, który niebawem nawiedzi Niemcy, podkręciłem głos. Spiker spokojnym profesjonalnym głosem poinformował.

- Według synoptyków orkan Barbara prawdopodobnie jutro dotrze do Polski, siła wiatru dochodzić będzie do stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Musiałem, jak najszybciej, zlecić pracownikom zabezpieczenie, na wszelki wypadek, wszystkich luźnych elementów z opakowań składanych po rozładunku dostaw na placu. Dochodziło jeszcze dokładne sprawdzenie pozamykania wszystkich okien i drzwi na terenie całego zakładu.

Pierwszego napotkałem na hali pana Mariana, grzebał coś jak zwykle w klamotach, które inni dawno wyrzuciliby na śmietnik. Specjalnie nie przepadamy za sobą chyba, dlatego, że obaj należymy do ludzi mających zawsze rację. Ciężko jest z takim wytrzymać w domu pod jednym dachem i w zakładzie podobnie. Jako bezpośredni przełożony poinformowałem go o orkanie. Cholera, nawet nie przerwał swojej pracy, by spojrzeć na mnie, wkurzyło mnie takie zachowanie, czegoś innego oczekuję od pracownika. Naszła mnie chętka na postawienie go do pionu, wiec zacząłem od początku tym razem głośniej.

- Panie Marianie, synoptycy przed chwilą w wiadomościach ostrzegli przed orkanem Barbara, który najdalej jutro dotrze do nas.

Moje słowa chyba dopiero dotarły do niego, lub teraz je usłyszał. Natychmiast przerwał tą swoją dłubaninę i odpowiedział.

- Już się robi kierowniku.

Bez chwili zwłoki zaczął od układania i zabezpieczania luźnych lekkich rzeczy najbliżej siebie. Powoli przemieszczał się, lecz wszystko przytwierdzał do podłoża tak sumiennie jakby miało wiać z siłą przynajmniej dwieście na godzinę. Kiedy wychodziłem z pracy o piętnastej, on dalej pracował i nie reagował na wołania kolegów żeby kończył i szedł do domu. Zeszło mu do dwudziestej trzeciej z zabezpieczaniem przed orkanem, tak przynajmniej twierdził portier.

W czwartek już żaden synoptyk nie wspomniał o orkanie, tak jakby dzień wcześniej niczego takiego nie mówili. Coś podobnego występuje u nas podczas kampanii wyborczej, politycy na wyścigi obiecują doskonale zdając sobie sprawę z tego, że i tak słowa nie dotrzymają.

Natomiast w piątek od samego rana straszono nas huraganem Egon nadciągającym z nad Skandynawii, tylko po ostatniej wpadce specjalnie im nie wierzyłem. Zaczęło wiać nie najgorzej, folie, kartony, papiery po placu fruwały, zaśmiecając i zagrażając bezpieczeństwu. Przydałoby się połapać latające świństwo i usunąć zagrożenie. Wyszedłem z biura z zamiarem poszukania osoby, której te zadanie mógłbym zlecić. Prościutko jak po sznurku trafiłem na pana Mariana, znowu grzebiącego w jakimś starym szmelcu. Bez przepraszania za orkan i jego wielogodzinną niepotrzebną pracę za friko, powiedziałem.

- Panie Marianie proszę pozbierać fruwającą po placu makulaturę i folie. Zaczyna wiać huragan Egon i on w przeciwieństwie do orkanu do nas dotarł, albo dopiero nadciąga.

Moje słowa na podwładnym nie zrobiły żadnego wrażenia, choć tym razem patrzył na mnie i wyjątkowo uważnie słuchał. Prawdopodobnie myślał, że ten dupek kierownik znowu wymyśla jakieś historie, ja z pewnością tak bym zareagował. Wychodzi na to, że jednak powinienem powiedzieć kilka słów usprawiedliwienia swojej wcześniejszej decyzji odnoszącej się do orkanu.

- Złości się pan za mnie za ten orkan Barbara, jeżeli tak to pana przepraszam. Jedynie mogę usprawiedliwić się usłyszaną w radiu wiadomością, widocznie już tam pogłupieli od zamętu politycznego i podają niesprawdzone informacje.

- Kierowniku nie mam pretensji do pana, tylko samoistnie podświadomie zareagowałem na zagrożenie i je wyolbrzymiłem - odpowiedział.

Szczerze mówiąc jego wypowiedź za dużo mi nie wyjaśniła i z zmuszony byłem do sprecyzowania tego, co usłyszałem.

- Przestraszył się pan pewnie zapowiadanej siły wiatru, takie sto sześćdziesiąt kilometrów potrafi nieźle narozrabiać. Znacznie mniejsze podmuchy sporo niszczą, a co dopiero taki orkan.

- Szefie moja żona ma na imię Barbara i jak jest wkurzona z siłą niewielkiego wiatru to mi już wystarcza, a co dopiero w skali orkanu. Takiej furii z pewnością bym nie przeżył i tak zareagowałem. Natomiast huragan Egon nawet gdyby wiał i z prędkością pięćset kilometrów na godzinę, nie wywoła we mnie takiego lęku.

Zamiast wyjaśnić to jeszcze bardziej zagmatwał, przez to zmuszony zostałem do zastanowienia się nad usłyszanymi słowami. Widocznie ktoś kiedyś musiał wpaść na podobny pomysł i orkanom zaczęto przypisywać imiona żeńskie. Nawet, jeżeli tylko część facetów nie obawiała się nadciągającego kataklizmu to i tak ci, co mają żony o takim imieniu zrobili wystarczająco dużo zabezpieczeń chroniących od zniszczeń.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • motomrówka 16.01.2017
    Niech nam żyją, Barbary, sto lat! Wiem, że już po czasie, ale nigdy nie jest za późno ;) 5, z zastrzeżeniem. Rozumiem, że Marian jest prosty fizycznym pracownikiem, dziwią mnie więc to samoistne, podświadome zareagowanie na zagrożenie i jego wyolbrzymienie. Pracuję z fizycznymi, niektórzy mogli by tego nawet nie zrozumieć ;) Ale, jako literacki żart, jest w porządku.
  • Pasja 16.01.2017
    Kapitalne skojarzenie imion żeńskich. Mój znajomy ma teściową Barbarę i kiedy zjawia sie u nich to określa to jako najazd szwedzki. Ma to rownież dobre strony, bo mieszkanie wtedy błyszczy. Duża piątka.Pozdro.
  • KarolaKorman 16.01.2017
    Ha, ha :) Zupełnie nie spodziewałam się takiego zakończenia, współczuję Marianowi, 5 :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania