Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

[O-S] Piustkowie Potępionych

Tekst powstał na podstawie snu, który miałam niedawno. Doświadczając go tamtej nocy, obudziłam się w poczuciu, że emanujące z Pustkowi zło jest niemal namacalne. I chociaż nie był to horror w ścisłym znaczeniu tego słowa, to jednak utkwił w pamięci wystarczająco długo, abym zdecydowała się go przelać na papier.

Nie ma żadnego większego kontekstu ani historii stojacej za tym One- Shotem. Po prostu historia o zdradzie, wykluczeniu, ucieczce i w końcu walce.

_________________________________________________________________________

 

Nieświadomość wydawała się snem, w którym dryfował nad swoim własnym ciałem. Obserwował szaleńczą pogoń i zdesperowaną ucieczkę. Aż w końcu nie było dokąd uciec, więc puścił konia wolno, a sam stoczył się z drogi z nadzieją, że zarośnięty trawą rów go osłoni.

Nadzieje jednak były płonne. Plany zniweczone przez trzy kobiety, kierujące się na południe, pogrążone w rozmowie. I jedna z nich powoli odwróciła twarz w jego stronę z upiornym uśmiechem. Zrozumiał wtedy, że nie ma już wyboru, a jedyna droga wiodąca ku ocaleniu, to Pustkowia Potępionych.

Zerwał się do ucieczki w popłochu. Za plecami słyszał naglące krzyki, gdy pogoń spotkała się z patrolem, parskanie koni, brzęk dobywanych mieczy. Wszystko to wydawało się odbywać w zwolnionym tempie. Przed sobą widział szarą mgłę, gdzieniegdzie poprzetykaną upiorną, czerwoną poświatą.

To był wyrok śmierci. Ostrze topora nad karkiem. Podmuch wiatru tuż przed zawiśnięciem na stryczku. Ale to wydawało się lepsze niż alternatywa, lepsze niż cokolwiek co mogło go czekać gdyby został po tej stronie.

Dlatego wskoczył. Ostatnie co pamiętał to popiół wdzierający się do nosa i ust oraz poczucie nieważkości, nim stracił przytomność.

Teraz jego dusza wydawała się wędrować do jego ciała. Widział Pustkowia, to czym były albo raczej to, co z nich pozostało. Całe miasta, wsie, polany i lasy pokryte szarym pyłem, ludzkie sylwetki skulone, wyprostowane albo poskręcane w pozach wykrzywionych przez agonię.

Cokolwiek się z nimi stało, cierpieli nim znaleźli się w owym stanie, ale nie umarli, o nie. Elajah dostrzegał ledwo widoczne, falujące powietrze tuż przy ustach. Brutalna iskra nadziei, światło w ciemnościach, które nigdy nie miało znaleźć się w zasięgu.

Przypominali żywe statuy, czekające na znak, aby się poruszyć. A jednak w jakiś sposób równocześnie wydawali się martwi. Jedynie ich oczy, równie skostniałe i pokryte popiołem, co reszta ciała, wydawały się prawdziwie widzieć, wodząc wzrokiem, gdy gwałtownie wciągnął powietrze.

Przebudził się. I pierwsze co poczuł, to duszące, niemal palące w płucach powietrze. Zaczął kaszleć, ale im więcej oddychał, tym trudniej było mu powstrzymać krztuszenie się. Jakaś rozsądna część umysłu podpowiedziała, aby zasłonił usta i nos koszulą, co też uczynił.

Dygocząc, z ulgą opadł na plecy, wpatrując się w przysłonięte przez mgłę niebo. I wtedy sobie uświadomił, że to, co pierwotnie brał za mgłę, wcale nią nie było. Zdradził mu to taniec przyćmionego, czerwonawego światła z powietrzem. Sposób w jaki falowało i spotykało się z poświatą.

Powoli odwrócił głowę stronę źródła światła, a przynajmniej tak pierwotnie mu się wydawało. Powoli wstał i zrobił parę kroków na drżących nogach. Czuł się przyciągany, zahipnotyzowany widokiem, który się przed nim rozciągał.

Jedna, jedyna sylwetka, która nie była pokryta pyłem, odziana w czarny, jak samo gwieździste niebo, płaszcz z naciągniętym na głowę kapturem. Stała w rozkroku – jedną dłoń rozcapierzoną za plecami, a drugą trzymając laskę, której koniec lśnił czerwonawym blaskiem.

Elajah ostrożnie podszedł bliżej z pewnym zafascynowaniem przyglądając się misternie wyrzeźbionemu drewnu. Kij stanowił masę splątanych węży, a trzy rozwarte pyski wieńczyły między kłami rubin. Niemal czuł złowrogą moc pulsującą wewnątrz, w rytm uderzeń serca.

Obca, dziwna obecność w tym miejscu stała się niemal przytłaczająca. Sprawiła, że zmusił się do odwrócenia wzroku, jego oczy niemal łzawiły. Wtedy dostrzegł to, co jakimś cudem przegapił, wiedzony tutaj dziwnym instynktem albo może niezależną od niego wolą.

Wokół postaci klęczeli w okręgu ludzie z splecionymi dłońmi. To co wyróżniało ich od reszty, to spokojny, niemal błogi wyraz twarzy. Tak jakby śmierć w popiele była błogosławieństwem, a nie męczarnią. Wyobraził sobie, że ich usta poruszały się w modlitwie, oddając boską cześć istocie, która ich tu poprowadziła.

Nagle poczuł zmianę. Gdyby nie chłodniejszy powiew, w zasadzie znikąd, nie zwróciłby na to uwagi. Ale poczuł to, nim zobaczył. A to co dostrzegł, sprawiło, że włosy stanęły mu dęba.

Odwrócił się gwałtownie i cofnął. Ale jedyne co zobaczył, to wciąż nieruchome ciała, poskręcane w bólu i cierpieniu. Te, znajdujące się poza okręgiem, w którego środku obecnie się znalazł.

Wtedy niczym zza zasłony, odezwał się męski głos. Przemawiał ustami tysięcy, wydawał się docierać z zewsząd:

– Ty, śmiertelniku... Pomóż... pomóż mi...Weź Artefakt Potępionych. Przyjmij moje błogosławieństwo... Nigdy nie zaznasz głodu ani cierpienia. Nigdy nie poczujesz bata, nie zobaczysz śmierci. Będziesz dawcą sprawiedliwości, windykatorem długów... Odbierzesz to, co mi odebrano... Weź to albo umrzyj jak wielu przed tobą...

Rubin nagle rozbłysnął, a sylwetki w okręgu chrapliwie wciągnęły powietrze. W jednym rytmie zwróciły twarze w jego stronę. Cofnął się z krzykiem, a przerażenie sprawiło, że upadł na kolana, niezdolny już do czegokolwiek więcej.

– Przyjmij ten dar... – wyszeptał głos tuż do jego ucha. – Ukaż niewiernych. Oto twoja szansa...

Nie miał pojęcia kiedy wstał i sięgnął po laskę. Pamiętał jedynie, że zacisnął palce wokół Artefaktu, a później zalała go fala wspomnień.

Bezwiedne, napuchnięte ciała wiszące nad bramami miasta. Trzask bicza nad głową i palący, rozdzierający plecy ból. Bezsenne noce, dłonie oraz kostki spięte łańcuchami. Tortury, a potem biała moc, wirująca w oczach Najwyższego Maestra. Płomień Sprawiedliwości. Przerażenie na jego twarzy, gdy przeżył magiczną egzekucję i okrzyki strachu zgromadzonej gawiedzi.

Ucieczka. Szaleńcza, trwająca tygodnie, ucieczka. A potem rozpacz i porzucona nadzieja, gdy wkraczał na Pustkowia Potępionych.

Teraz wreszcie po miesiącach cierpień, zalała go nadzieja, a w sercu rozgorzało pragnienie zemsty tak potężne, że niemal czuł jak pali go od wewnątrz.

Zacisnął palce na kiju i zaśmiał się, a wtedy armia nieruchomych dotąd ciał zaczęła się podnosić. Tajemniczy głos wydał z siebie pełne westchnienie ulgi.

– Nareszcie...

Elajah uśmiechnął się, czując spływające po policzkach łzy.

Nareszcie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania