Ośrodek nad Wigrami

Samochód mknął krajową jednopasmówką z Warszawy do Ostrołęki. Droga była prawie pusta i nasłoneczniona czerwcowym popołudniowym Słońcem. Już kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy przestrzeń za szybą samochodu zaczęła się rozszerzać. W zasięgu wzroku pojawiły się rozległe pola na niewielkich wzgórzach z fragmentami lasów, które przypominały samotne wyspy na rozkołysanym oceanie. Można było odnieść wrażenie, że auto przekroczyło właśnie magiczną granicę, za którą znajdowała się już strefa większego światła. Konradowi zawsze rosło serce, gdy przekraczał ten bliżej nieokreślony próg od którego już blisko było do Mazur i Suwalszczyzny. Auto sprawowało się dobrze, pędziło po szosie bez problemów, jedynie w Pułtusku, a następnie w Ostrołęce, dławiło się w korkach.

 

Konrad kierował się na Suwalszczyznę, a dokładnie do Gawrych Rudy. Nie był to jednak wakacyjny wyjazd. Przechodził on poważny kryzys życiowy. Od wielu lat pogrążał się nałogowo w hazardzie. Niedawno z tego powodu stracił kobietę, z którą miał wziąć ślub. Stracił też dużo pieniędzy i narobił długów, które spędzały mu sen z powiek. O mały włos nie stracił by też pracy, z powodu zawalanych nocy przed komputerem, oddając się hazardowym orgiom. W ciągu zaledwie kilku lat cały jego w miarę poukładany świat zaczął się walić. Czuł się w tej sytuacji jak w matni i pogrążał się coraz bardziej. Jego lęki stawały się coraz częstsze i głębsze. Wiedział, że jeśli nie zacznie coś z tym robić, to targnie się na własne życie, lub zwariuje. Jego siła woli, aby powstrzymać nałóg, okazywała się niewystarczająca. Zawsze powracał do punktu wyjścia, coraz bardziej zdesperowany i z poczuciem pokonania. W końcu dotarło do niego, że waląc głową w mur go nie przebije, i jak chce żyć, to musi szukać pomocy. Nie przyszło mu to łatwo, ale w końcu zdecydował się zadzwonić do ośrodka uzależnień i wydukał drżącym głosem w słuchawkę, że potrzebuje pomocy. Sympatyczna kobieta po drugiej stronie umówiła go wtedy na spotkanie z terapeutą. To właśnie podczas rozmowy z terapeutą dowiedział się o istnieniu ośrodka dla takich jak on nad Wigrami, i że mogą go tam skierować. Nie wahał się długo. Wczesną wiosną dowiedział się, że jego czterotygodniowa terapia rozpocznie się w połowie czerwca. Od tamtej pory odliczał już dni, które pozostały mu do wyjazdu. Miał nadzieję, że ten wyjazd odmieni jego życie na lepsze.

 

Kilkanaście kilometrów za Ostrołęką zatrzymał się na stacji zatankować auto. Gdy już je zatankował i zapłacił, to z gorącą kawą usiadł na krawężniku, tuż obok swojego auta. Za metalową siatką okalającą stację, pod wpływem delikatnego wiatru, kołysało się żyto, szumiało jednostajnie i melodyjnie. Słońce powoli zmierzało ku linii drzew, które widział w oddali. Pociągnął łyk gorącej kawy, podpalił papierosa i głęboko się nim zaciągnął. Czuł się dobrze. Przez ostatnie miesiące nie było w jego życiu dramatycznych zawirowań. Poza niewielkimi wpadkami w internecie, trzymał się nieźle. Regularnie, odwiedzał też terapeutę. Może to ta bliskość Mazur wprowadzała go również w dobry nastrój. Wiele lat wcześniej jeździł tam często na rejsy żeglarskie i przeżywał w związku z tym niezapomniane chwile. To na tej stacji przypomniał sobie ten moment, gdy z Kanału Węgorzewskiego po raz pierwszy wypłynął na Mamry, to wieczorne lipcowe Słońce i ledwo widoczny przeciwległy brzeg jeziora. Spokój, i trzepotanie żagla na wietrze. Albo ten dźwięk fletu na Darginie niosący daleko po wodzie. Piękne to były chwile. Ze wspomnień wyrwał go tir, który wjechał na stację i zasłonił swoja kanciastą bryłą kołyszące się żyto i Słońce chylące się ku ziemi. Dopił do końca kawę, zgasił papierosa i ruszył dalej w drogę.

 

Do Gawrych Rudy dotarł przed zmierzchem. Gdy jechał na wysokiej skarpie, to w dole widział jezioro. To jezioro przypominało mu raczej rzekę, było wąskie w tym miejscu i ciągnęło się wzdłuż wysokich wzniesień, po obu stronach porośniętych gęstym świerkowym borem. Kolor tej wody był niezwykły, jasnozielony, momentalnie rzucał się w oczy. Po kilkunastu minutach jazdy leśną, asfaltową drogą, Konrad dotarł pod jednopiętrowy budynek z gankiem i szerokimi skrzydłami. Nad wejściem widniał szyld z napisem: Ośrodek Uzależnień w Gawrych Rudzie. Zaparkował auto na parkingu na którym znajdowało się kilkanaście samochodów. Obok parkingu znajdowało się boisko do siatkówki, a niżej, w oddali, jezioro z licznymi wyspami. Konrad wcisnął przycisk dzwonka przy drzwiach. Po chwili, w progu stanął wysoki mężczyzna. Uśmiechnął się. Konrad się przedstawił i wyciągnął skierowanie. Mężczyzna ów odpowiedział, że nazywa się Adam i że jest w tym miejscu dyżurnym terapeutą. Powiedział, żeby Konrad podążał za nim. Weszli po drewnianych schodach na piętro. Adam zapukał do jednych z wielu drzwi znajdujących się na piętrze. Paliło już się tam światło. Gdy z wnętrza usłyszeli proszę, to weszli do środka. Pokój w którym się znaleźli był dosyć duży. Przy stole stojącym przy oknie siedział młody mężczyzna, który był w wieku zbliżonym do Konrada i pisał coś na kartce. Na tapczanie przy ścianie siedział kolejny, dużo starszy, który po tym jak Adam i Konrad weszli do środka, to wstał się przywitać. Nazywał się Tadek i od razu powiedział, że jest alkoholikiem. Tadek był uprzejmy. Jego twarz wyraźnie wskazywała, że dużo przeszedł w życiu. Ten młodszy nazywał się Marcin i był wyraźnie zdystansowany. Jednak, Konrad od razu poczuł do niego sympatię, wyczuwał, że ten jego dystans jest raczej wynikiem nieśmiałości, jakiejś obrony przed światem, niż objawem niechęci czy wrogości. Konrad przyniósł resztę rzeczy z samochodu, miał już swoje łóżko i niewielką szafkę. Rozpoczęła się dla niego pierwsza noc pobytu w ośrodku Gawrych Ruda nad Wigrami.

 

Następnego dnia rano, po śniadaniu, Konrad rozpoczął swoje pierwsze zajęcia terapeutyczne w grupie. Na sali do której trafił siedziało kilkanaście osób w kręgu, ustawionym z wygodnych niskich foteli. Zajęcia prowadziła tego poranka Kasia, młoda terapeutka, która dojeżdżała do ośrodka z Augustowa. Konradowi od razu wpadła w oko siedząca na sali Aneta, młoda dziewczyna o długich blond włosach i niebieskich, dużych oczach. Aneta przyjechała do ośrodka kilka dni przed Konradem, z Poznania. Część osób rozpoczynała terapię, a inni kończyli i wyjeżdżali, tak wyglądała specyfika tego miejsca. Aneta była alkoholiczką i narkomanką. Historia jej życia w ostatnich latach była dosyć dramatyczna. Jako młoda osoba związała się z gangiem kradnącym samochody i sama zaczęła je kraść na parkingach przed supermarketami. Zawalała też szkołę i zaczęły się jej kłótnie z rodzicami. Napięcia w swoim życiu próbowała łagodzić alkoholem i narkotykami, ale to tylko pogłębiało jej problemy. W końcu jej rodzice postawili sprawę jasno, jak nie zacznie się leczyć, to wyląduje na ulicy, i tak oto znalazła się w ośrodku nad Wigrami. Obok Anety siedziała Ala, alkoholiczka, młoda i łagodna dziewczyna, obie spały w jednym pokoju i chadzały prawie wszędzie razem jak papużki nierozłączki. Dla Ali ten ośrodek był jak dom tymczasowy, przebywała tutaj jako jedyna już od paru miesięcy. Ponoć trudna sytuacja w domu nie pozwalała jej na powrót. Na Sali siedziała jeszcze jedna kobieta w średnim wieku. Na imię miała Wiola i pochodziła z okolic Olsztyna, również alkoholiczka. Na samym wstępie, uwagę Konrada przykuł też Tomek, około czterdziestoletni gangster z Ostrołęki, który o mały włos nie zacipał się na śmierć parę miesięcy wcześniej. Patrzył na Konrada swoim zimnym wzrokiem. W jego oczach Konrad dostrzegał chłód i jakiś rodzaj szaleństwa, a także wyraźny przekaz, że to ja jestem tutaj hersztem. Obok Tomka siedział Jarek, młody szczupły chłopak, który nie miał więcej niż dwadzieścia lat. Trudno było nie dostrzec, że traktuje on Tomka gangstera jak autorytet. Uwagę Konrada przyciągnął jeszcze krępy rolnik o krzaczastych brwiach, który przyjechał tutaj z okolic Rzeszowa i olbrzym o łagodnym spojrzeniu z Wrocławia. Rolnik miał na imię Kazik, a ten olbrzym Antek. Obaj znaleźli się tutaj również z powodu nadużywania alkoholu. Młoda terapeutka Kasia przedstawiła grupie Konrada i poprosiła aby powiedział parę słów o sobie. Konrad nieśmiało powiedział parę zdań czym się zajmuje i jak tutaj trafił, a następnie, każdy uczestnik tej porannej grupy mówił o sobie, po kolei. Rozpoczęła się runda wstępna.

 

Konrad zaczął powoli poznawać specyfikę tego miejsca, zapoznawać się z zasadami tam obowiązującymi i relacjami pomiędzy ludźmi jakie tam powstawały. Zasady funkcjonowania ośrodka nie były jakoś zbytnio restrykcyjne. Śniadania codziennie podawano o 8 rano, obiad o 13, a kolację o 18. Terapie grupowe odbywały się pomiędzy posiłkami. Najczęściej podczas tych terapii grupowych czytane były prace przez pensjonariuszy ośrodka, których tematy wcześniej wyznaczali terapeuci. Cisza nocna obowiązywała wszystkich pomiędzy 22, a 6 rano. W ośrodku obowiązywał całkowity zakaz spożywania alkoholu i narkotyków, a także środków psychotropowych. Niedopuszczalne było też tworzenie relacji uczuciowo-erotycznych pomiędzy uczestnikami terapii. Za wszystkie te rzeczy można było wylecieć z ośrodka. Niedziela był dniem wolnym od zajęć. W weekendy zawsze przebywał tu terapeuta dyżurny.

 

Dyrektorem tego miejsca był Karol, psychoterapeuta, który też czasami prowadził zajęcia grupowe, miał też on swoich indywidualnych podopiecznych. Już pierwszego dnia Konrad miał okazję z nim rozmawiać, i od razu zyskał on jego zaufanie. Karol zjednał sobie Konrada swoją mądrością i wiedzą o nałogach, a także ciepłym podejściem. Stał się on dla Karola z czasem autorytetem, nie tylko w sprawach dotyczących uzależnienia, ale życia w ogóle. Trochę go zaskoczyło, gdy dowiedział się, że Karol jest Świadkiem Jehowy, podobnie zresztą jak Adam, ten który go przyjmował do ośrodka. Ale nie czuł on nigdy ze strony tych ludzi jakiejś presji aby go wciągnąć do tej konkretnej religii. Po prostu w tym ośrodku dużo mówiło się o duchowości, traktowano tam ten aspekt życia jako jeden z głównych czynników wychodzenia z uzależnienia. Konrad nie był osobą religijną. W dorosłym życiu oddalił się od Boga bardzo daleko. Za to w dzieciństwie modlił się często i żarliwie. Ta jego wiara była wówczas czysta i prawdziwa. I to właśnie tutaj coraz częściej o tej wierze sobie przypominał. Tak bardzo chciał wyjść z nałogu i stać się lepszym człowiekiem, i coraz bardziej przekonywał się, że duchowość może mu w tym pomóc.

 

Powoli też poznawał i zbliżał się do innych ludzi w ośrodku. Na ogół zawiązywał dobre relacje, jedynie wspomniany już Tomek wywoływał w nim niepokój. Wspólna niedola, i miejsce w którym można było swobodnie mówić o sobie, naturalnie budowała w ludziach poczucie wzajemności i zaufania. Uczucia tak trudne do osiągnięcia dla nich tam skąd przybyli. Konrad szybko przekonał się też, że Marcin, jego współtowarzysz z pokoju, stanowi dla większości grupy coś w rodzaju kozła ofiarnego. To na nim skupiała się agresja. Marcin nie pozostawał bierny i odpowiadał reszcie pięknym za nadobne. Nie bronił się jednak agresją, nie unosił się, robił to inteligentnie. Żył on w swoim świecie i był trudno dostępny. Sprawiał wrażenie, że zaczepki grupy nic mu nie robią. Konrad do końca pobytu Marcina w ośrodku próbował łagodzić napięcia pomiędzy nim, a resztą grupy, i częściowo mu się to udawało. Instynktownie wiedział jak z nim postępować. Po pewnym czasie Marcin zaczął mu ufać. Konrad stał się dla niego jedyną osobą w tym miejscu z którą się zaprzyjaźnił.

 

Z czasem Konrad przekonał się też w jak pięknym miejscu się znajduje. Ośrodek był położony przy asfaltowej drodze na skraju gęstego lasu, trochę na uboczu tej niewielkiej miejscowości. Ciągnęła się ta miejscowość wzdłuż drogi z domami rozsianymi w sporej odległości od siebie. W głębi znajdował się sklep i poczta. Po jednej stronie drogi położone było rozległe pole, które w oddali zamykała ledwo widoczna ściana lasu, a po drugiej, skarpa łagodnie schodząca do jeziora. Jezioro oddalone było od ośrodka o ponad sto metrów i prowadziła do niego ścieżka. W drodze nad jezioro znajdował się niezbyt gęsty sad, na którym rosły stare owocowe drzewa. Ta ścieżka prowadziła na pomost, z którego można było podziwiać Wigry. Przed budynkiem ośrodka stały ławki, a kilkanaście metrów dalej, w stronę jeziora, wspomniane już boisko do siatkówki. Parking z samochodami znajdował się w sporym oddaleniu, nie burzył więc uroku tego miejsca. Było tam też wyjątkowo cicho, po drodze rzadko poruszały się samochody.

 

Konrad zaczął pisać prace wyznaczone mu przez terapeutów, a następnie czytać je podczas terapii grupowych. I nie było już tak idyllicznie, poczucie wakacyjnego luzu często wypierał smutek, gdy musiał cofać się do tych chwil, kiedy nałóg doprowadzał go do rozpaczy, pozbawiał godności i wewnętrznej równowagi. Ale szybko przekonał się też o sile wspólnoty, jak wiele daje stawanie w prawdzie i wyrzucanie z siebie przed innymi tych długo skrywanych spraw i tajemnic. Ulga po takiej spowiedzi była niezwykła. Zwykle po takim czytaniu pozostawało w nim przekonanie, że po raz pierwszy od lat zmierza w dobrą stronę. W chwilach smutku Konrad raczej stronił od ludzi. W czasie wolnym pomiędzy zajęciami najczęściej chadzał na pomost, siadał wtedy na deskach i patrzył na jezioro i wyspy. Słuchał miarowego szumu wody uderzającej o brzeg. Uwielbiał to miejsce i ciszę, którą tam odnajdował. Podczas takich samotnych chwil na łonie przyrody w pełni się wyciszał. Nieopodal ośrodka, na polu, po drugiej stronie drogi pasły się konie. W chwilach, gdy chciał być sam, chodził również patrzeć na te konie. Było ich tam kilka, w tym młode źrebię, które zawsze przybiegało do drewnianego ogrodzenia przy którym się zatrzymywał. Patrzyło wtedy na niego tymi swoimi dużymi, brązowymi ślepiami, jakby szukało kontaktu z tym dziwnym stworzeniem po drugiej stronie płotu. Konradowi serce rosło i czuł ciepło, gdy głaskał to zwierzę. Karmił tego konika jabłkami, które specjalnie już później po to kupował. Gdy potrzebował wyciszenia, to chadzał właśnie na to pole z konikami, albo nad jezioro, i zawsze przeżywał tam dobre chwile.

 

Konrad przeżywał w tym ośrodku huśtawki nastroju, czasami było mu smutno, a czasami wesoło. Wesoło mu było chociażby, gdy z Tadkiem żartowali sobie z Marcina, a właściwie z jego mało elastycznej postawy w kontaktach z ludźmi. Któregoś razu, gdy siedział przy stole, Marcin stanął nad nim, i powiedział, że zajął on jego miejsce, i jak zwykle zrobił to z gracją słonia w składzie porcelany. Ale Konrad się nie unosił jak inni w podobnych sytuacjach, siedząc dalej poklepał się po kolanach i odpowiedział mu z uśmiechem, że może na nich usiąść. Podobnych sytuacji z Marcinem było dużo, ale nie były one zarzewiem jakiś urazów czy niechęci, właśnie ze względu na żartobliwy sposób w jaki te nieporozumienia były momentalnie rozładowywane. Więc atmosfera w pokoju gdzie spał Konrad była dobra, a reszta pensjonariuszy ośrodka przyjmowała to z niedowierzaniem.

 

Konrad coraz częściej myślał też o Anecie. Patrzył codziennie na tą urodziwą dziewczynę. Widział ją w całej rozpiętości ludzkich uczuć. We łzach przy okazji wywlekania największych brudów swojego życia, jak i w radości, śmiania się do rozpuku, chociażby w czasie głupawek, które pojawiały się nagle i ogarniały wszystkich podczas zajęć grupowych. I wszystko mu się w niej podobało. Ale był w związku z tym też rozdarty, bo wiedział, że ośrodek uzależnień, to nie jest dobre miejsce na rozpoczynanie wakacyjnego romansu. Aneta miała podobnie, też myślała i fantazjowała o Konradzie. Po prostu ci młodzi i poranieni ludzie zakochali się w sobie. Oboje na zakręcie życia, spragnieni czułości i akceptacji, najchętniej znaleźli by pocieszenie w ramionach drugiej osoby. Konrad nie dzielił się z nikim tym co czuł do Anety, nawet z Karolem, z którym co jakiś czas odbywał spotkania indywidualne. Natomiast Aneta wyznała swojej terapeutce uczucia jakimi darzyła Konrada. Następnie, temat ten poruszył Karol na początku jednego ze spotkań grupowych. Powiedział, że doszły go słuchy o uczuciowych zauroczeniach pomiędzy uczestnikami terapii. Stanowczo stwierdził, że to nie służy procesowi zdrowienia i wręcz może ten proces zatrzymać. Zaapelował o zdrowy rozsądek. Jednak, tak trudno o zdrowy rozsądek w sferze uczuciowej, zwłaszcza u młodych i poranionych ludzi, będących blisko siebie, w smutku i radości. Tak czy siak, Aneta i Konrad już do końca swojego pobytu w ośrodku trzymali swoje pragnienia na wodzy, czasami tylko zerkali na siebie ukradkiem i się uśmiechali do siebie.

 

W ośrodku znajdowało się kilkanaście rowerów, z których w czasie wolnym od zajęć wszyscy mogli korzystać. Pewnej niedzieli, Ala zaproponowała popołudniową wycieczkę do niezwykłego miejsca. To miejsce ponoć odkryli inni uczestnicy terapii, którzy już dawno opuścili ośrodek, i tak oto ci co przybyli, poznawali je od tych co byli tam dłużej. Mały peleton złożony z kilku rowerów przemierzał nierówną asfaltową drogę, która przypominała tunel wyciosany w gęstym świerkowym borze. Było tego dnia pogodnie i ciepło. Oprócz Ali, Anety i Konrada, na tę wycieczkę wybrał się również Marcin i młody chłopak z Warszawy, który niedawno pojawił się w ośrodku. Na imię miał Wojtek i podobnie jak Konrad był hazardzistą, więc od razu Konrad znalazł z nim wspólny język. Gdy wyjechali z lasu, to droga prowadziła wzdłuż letniskowych domów. W dole widzieli Wigry, które czarowały swą niezwykłą, jasno-zieloną barwą wody. Po kilkunastu minutach jazdy wyjechali z tej miejscowości i pojawiła się przed nimi tablica z napisem Wigierski Park Narodowy. Odbili następnie w wąską bagnistą ścieżkę, która pięła się na wzgórze porośnięte kwiecistą, pachnącą łąką. W końcu dotarli do szerokiej żwirowej drogi w lesie i zjechali z niej w dół leśną ścieżką. Ich oczom ukazało się małe leśne jezioro i to był cel tej ich niedzielnej wyprawy.

Konrad stanął na brzegu tego jeziora tuż obok pomostu mającego już dawno najlepsze lata za sobą. Wchodził ten pomost w wodę pofałdowany na jakieś dwadzieścia metrów. Przez chwilę się wahał, a następnie, nie zważając na chyboczące deski wszedł na niego i dotarł do samego końca. Widok, który się przed nim rozpościerał był niezwykły. Aż tyle piękna się tam nie spodziewał. W oddali, kilkaset metrów przed sobą, za jasną taflą jeziora, widział wyraźnie linię drzew kołysanych delikatnym wiatrem. Wydawały one z siebie niewielki szum, rozchodzący się we wszystkie strony po wodzie. I była to jedyna rzecz, obok śpiewu ptaków, która mąciła tam ciszę. W ten niezwykły obrazek wpisywało się też błękitne niebo i jasne światło słoneczne wczesnego popołudnia. Na środku jeziora pływały ptaki, które momentami tylko przesłaniała niewielka fala, gdy wiatr rozhulał się odrobinę bardziej i tańczył na wodzie. Woda w tym jeziorze była jasna i przejrzysta, tylko nieznacznie stawała się ciemniejsza kilkadziesiąt metrów od brzegu. Gdy spojrzał w dół, to widział wyraźnie piaszczyste dno jedynie gdzieniegdzie przyozdobione kolorowymi kamieniami. Ławice ryb przy pomoście, tych dużych i małych, reagowały żywiołowo na każde jego skinienie. Konrad patrzył na to wszystko i chciał, aby ta chwila trwała wiecznie. Reszta do niego dołączyła i rozłożyli ręczniki na pomoście. Wokół nich nie było żywej duszy. Cieszyli się jak dzieci, gdy wchodzili do orzeźwiającej wody. Konrad popłynął na środek jeziora, a gdy już się tam znalazł, to położył się na wodzie. I leżał tak długo. Jego ciało nabierało tam jedynej w swoim rodzaju energii, a umysł spokoju. Gdy wrócił, to reszta grupy nadal pływała wokół pomostu, jedynie Marcin siedział na ręczniku i patrzył rozmarzony w dal. Konrad dołączył do niego, usiadł, i ukradkiem spoglądał na Anetę. Patrzył na jej złote włosy i błękit oczu, które pod wpływem światła tego miejsca nabierały wyjątkowej barwy i wyrazistości. Pragnął jej, a ona jego. Ale pozostało im tylko spoglądanie na siebie ukradkiem, oboje pamiętali o zdrowym rozsądku o jakim wspominał Karol. Dużo czasu tam wtedy spędzili i ciężko im było opuścić to miejsce. W końcu się jednak zebrali, ale na długo w pamięci pozostało im to magiczne jezioro ukryte gdzieś głęboko w Wigierskim Parku Narodowym.

 

Pewnego dnia, podczas zajęć grupowych, gangster Tomek, zdecydował się na szczerość wobec grupy i wyznał, że kilka lat wcześniej zastrzelił innego gangstera w porachunkach mafijnych. Ci co to usłyszeli byli wstrząśnięci. Konrad jednak nie był w pełni przekonany co do szczerości tego wyznania. Nie dostrzegał w Tomku poczucia wagi, czego ten się dopuścił. Nie widział w nim pełnej skruchy za akt zbrodni. Ta spowiedź przypominała mu bardziej potrzebę uzyskania szybkiej ulgi i rozgrzeszenia, a nie dojrzałe stanięcie w prawdzie. Karol prowadzący wtedy zajęcia, też był zaskoczony tym nagłym wyznaniem. Skwitował to słowami: dobrze, że się zdecydowałeś to nam powiedzieć. Ale Konrad odnosił wrażenie, że Karol nie jest przekonany, że dobrze się stało. Tak czy siak, po tym wyznaniu gangstera, wśród uczestników terapii, powstało brzemię, które wisiało nad nimi już później jak siekiera i burzyło dobrą atmosferę jaka panowała tam wcześniej. Zresztą, Tomek, przed tym wyznaniem, jak i po nim, w ogóle zachowywał się mało dojrzale. Podczas potrafił przerywać wypowiedzi innych, albo śmiać głupio, gdy ktoś mówił. Wtórował mu w tym młody Jarek, który wpatrzony był w niego jak w święty obrazek. Czasami obaj licytowali się kto popisze się większą głupotą. Gdy zajęcia prowadził Karol, albo Adam, to był spokój. Ale gdy grupę prowadziła Krystyna, łagodna psycholożka w średnim wieku z Suwałk, to bywało podczas tych zajęć nieznośnie. W związku z tym fermentem, który pojawiał się na zajęciach, najbardziej buntował się Wojtek, hazardzista z Warszawy. Stwierdził, że coś z tym trzeba zrobić i zaproponował, aby cała grupa udała się do Karola i przedstawiła mu co się tutaj dzieje. Reszta mu przytakiwała, ale na tym się kończyło. Wszyscy się bali reagować jakoś bardziej zdecydowanie. Konrad też się obawiał, poza tym wiedział, że pozostało mu zaledwie kilka dni pobytu w ośrodku, i chciał je spędzić w spokoju. Głowę bardziej zaprzątała mu Aneta, która miała opuścić to miejsce lada dzień. Szukał w sobie zgody na to, że wkrótce może ona zniknąć mu z pola widzenia na zawsze. Starał się więc myśleć o czymś innym. Miał już ułożony plan na wyjście z ośrodka. Zrobił go razem z Karolem. Wiedział, że gdy wróci do domu to musi znaleźć sobie grupę wsparcia podobną do tej jaką miał tutaj na miejscu. Chciał też powrócić do wiary, tej szczerej i prawdziwej, jaką pamiętał z dzieciństwa. Był gotowy na powrót do domu i wiedział, że zrobi wszystko, żeby z powrotem nie wylądować w szponach nałogu. Powoli ośrodek zaczęły opuszczać osoby z którymi się zżył i które bardzo polubił. Już dawno wyjechał Tadek alkoholik. Na jego miejsce pojawił się starszy facet ze Śląska, którego Konrad nie zdążył nawet dobrze poznać. Marcin wyjechał parę dni wcześniej. Aneta pożegnała się ze wszystkimi na porannych zajęciach grupowych. Uśmiechnęła się do Konrada tajemniczo na koniec. Ale jemu nie było do śmiechu, wyobrażał sobie, że nie zobaczy już jej nigdy więcej i czuł smutek z tego powodu. Zaraz po zajęciach Aneta zeszła z plecakiem na dół. W samochodzie czekali już na nią rodzice. Odjechali. Konrad patrzył jak odjeżdżali przez okno i żałował, że nie mógł poznać tej dziewczyny lepiej.

 

Ze starej wiary w ośrodku pozostała tylko Ala i szalony Tomek, który też przebywał tutaj na specjalnych zasadach, ale Konrad nie wnikał na jakich. W dniu wyjazdu poszedł jeszcze na pomost popatrzeć na Wigry, a później po raz ostatni nakarmić źrebię, z którym zżył się nie mniej niż z innymi uczestnikami terapii. Pożegnał się ze wszystkimi i ruszył w drogę. Jechał przez gęsty świerkowy bór przez który prowadziła asfaltówka w stronę Augustowa. W pewnym momencie zobaczył w lusterku auto za sobą, które zbliżyło się do niego i kierowca zaczął puszczać sygnały światłami drogowymi. Konrad zatrzymał się na leśnym parkingu, który pojawił się przy drodze, a ten tajemniczy samochód kilkanaście metrów za nim. Konrad wysiadł z auta. Serce waliło mu jak młot, bo domyślał się kto tam czeka na niego. Widział już ją wyraźnie. Otworzył drzwi za którymi siedziała. Patrzyła na niego nieśmiało sprawiając wrażenie dziecka, które przed momentem coś przeskrobało. Zapytał z uśmiechem czy auto nie jest kradzione, ona też się uśmiechnęła i wysiadła. Gdy już stanęła przy nim, to zbliżył się do jej twarzy i dotknął jej włosów. Pachniały Słońcem i jeziorem. Oprócz siebie, niczego więcej w tym dniu nie potrzebowali. Ruszyli w stronę magicznego jeziora na którym wcześniej byli rowerami.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Celina miesiąc temu
    Przeczytałem, nawet interesująco napisałeś. Jest trochę błędów do poprawienia, ale przy tak interesującym tekście to drobiazg.
  • dwa błękity miesiąc temu
    Dzięki za komentarz. Może napisz gdzie te błędy, może uda się ich uniknąć w przyszłości.
  • Celina miesiąc temu
    Postaram się jutro, napisałem że nieistotne. Może jutro, o ile ktoś z opowijskich zawodowców nie zrobi tego wcześniej.
  • Celina miesiąc temu
    Jak powiedziałem, nie zauważyłem wielu błędów, ale wydaje mi się, że wyraz słońce w twoim tekście powinien być pisany raczej małą literą, czyli słońce zamiast Słońce.
    Tu odsyłam do:
    https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/ziemia-czy-Ziemia-slonce-czy-Slonce;10778.html

    Czy na przykład ostatnie zdanie:
    Ruszyli w stronę magicznego jeziora na którym wcześniej byli rowerami.
    moim zdaniem powinno być:
    nad którym

    Kilka takich fragmentów znalazłem, ale to absolutnie nie umniejsza wartości samego tekstu, który z przyjemnością przeczytałem.
  • dwa błękity miesiąc temu
    Ok. dzięki. Człowiek uczy się całe życie. Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania