Ostatni kieliszek
Pierwszą rzeczą, jaką zauważył, były jej dłonie. Miała długie palce, krótko obcięte paznokcie i cienki srebrny pierścionek na środkowym palcu prawej ręki. Trzymała kieliszek wina za czaszę, co zawsze uważał za błąd, ale tego wieczoru nie miał najmniejszej ochoty nikogo pouczać.
Siedziała przy barze, dwa stołki dalej, w czarnej sukience i krótkim płaszczu narzuconym na ramiona. Nie była piękna w sposób, który kazałby mężczyznom odwracać głowy. Miała trochę za duży nos i zmarszczki wokół ust, ale kiedy się uśmiechała, jej twarz nabierała wyrazu, który sprawiał, że chciał zobaczyć ten uśmiech jeszcze raz.
Nie wiedział, czy przyszła sama. Przez pierwsze dziesięć minut obserwował odbicie drzwi w lustrze za barem, spodziewając się, że lada chwila wejdzie jakiś mężczyzna, pocałuje ją w policzek i zajmie wolny stołek.
Nikt nie przychodził. Zamówił drugi kieliszek, chociaż wino było przeciętne. Barman, chłopak z kolczykiem w uchu, zapytał, czy smakowało.
— Może być — odpowiedział.
— „Może być” to u nas najgorsza ocena. Dać coś innego?
— Nie, zostanę przy tym. Dziś jestem konsekwentny.
Chłopak wzruszył ramionami. Kobieta uśmiechnęła się do swojego kieliszka. Uznał, że jest to wystarczający powód, żeby się odezwać.
— Przepraszam… Pani też uważa, że konsekwencja to najbardziej przereklamowana cnota?
Odwróciła głowę. Przez chwilę przyglądała mu się bez słowa.
— Długo pan to układał?
— Od połowy pierwszego kieliszka.
— Widać.
— Ale pytanie jest szczere.
— To zależy, w czym. W czym pan jest taki konsekwentny?
— W piciu wina, które mi nie smakuje.
Spojrzała na jego kieliszek.
— Aż takie złe?
— Nie, i w tym cały kłopot. Gdyby było złe, odesłałbym je i miałbym spokój. A ono jest… w sam raz. Za dobre, żeby się czepiać, za słabe, żeby się cieszyć. Pije się i żałuje, że się je zamówiło.
Roześmiała się.
— Znam to. I nie tylko z winem.
— Ja też. Coraz lepiej.
Powiedział to trochę zbyt poważnie. Kobieta przyjrzała mu się uważniej, jakby chciała ustalić, czy za tym zdaniem kryje się coś więcej.
— To niech pan zamówi inne.
— Tak po prostu?
— A jak? Najwyżej pan do niego wróci. Ono nigdzie nie ucieknie.
Poprosił barmana o kartę. Chłopak nawet do niej nie zajrzał.
— Primitivo z Apulii. Jeszcze nikt nie odesłał.
— To nie jest rekomendacja, tylko statystyka.
— U nas to jedno i to samo.
Zamówił primitivo. Miał czterdzieści siedem lat, choć od pewnego czasu, kiedy ktoś pytał go o wiek, musiał przez chwilę liczyć. Nie dlatego, że chciał się odmłodzić. Po prostu ostatnie lata były do siebie tak podobne, że przestał je odróżniać. Nie pamiętał, kiedy ostatnio zrobił coś bez powodu.
W barze był sam, ponieważ powiedział Jej, że idzie na spotkanie z kolegą. Nie było żadnego kolegi. Kiedy wychodził, Ona wyjrzała z kuchni.
— Późno wrócisz?
— Raczej nie.
— To poczekam z ostatnim odcinkiem. Bez ciebie i tak nie wiem, kto tam kogo zdradza.
— Zobaczymy.
Pocałowała go w policzek i poprawiła kołnierz płaszcza. Przez całą drogę do centrum myślał o tym pocałunku. Był lekki, szybki i tak naturalny, jak zamknięcie drzwi na klucz.
Kobieta zamówiła kieliszek tego samego wina, które polecił mu barman.
— Jak będzie niedobre, to przynajmniej ponarzekamy razem — powiedziała.
— No to już mamy coś wspólnego. Na początek wystarczy.
— Pan zawsze tak szybko przechodzi do… właściwie do czego?
— Nie wiem. Zwykle w ogóle nie zaczynam.
— Widziałam. Dobre dziesięć minut pilnował pan tych drzwi w lustrze. Myślałam, że pan na kogoś czeka.
Nie przyszło mu do głowy, że ona też patrzyła w lustro.
— Na nikogo. Jestem po prostu nieśmiały.
— Pan? — Spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Dużo mnie kosztowało, żeby tego nie było widać.
Przedstawiła się jako Julia. Mieszkała na Powiślu i pracowała przy wystawach, choć nie zrozumiał dokładnie, czy je organizuje, projektuje, czy tylko przekonuje innych, żeby za nie zapłacili.
— Najgorsze są wernisaże — powiedziała. — Wino w plastikowych kubkach, wszyscy patrzą na wszystkich, tylko nikt na ściany.
— Trochę niewygodne w pani branży.
— Mniej niż nielubienie ludzi w pańskiej.
— A skąd pani wie, czym się zajmuję?
— Nie wiem. Ale ma pan minę człowieka, który od rana musi być dla wszystkich miły.
Zastanowił się, czy powinien potraktować to jako komplement.
— A wieczorem?
— Wieczorem? — Wzruszyła ramionami. — Wieczorem jeszcze się pan nie zdecydował.
Zamówił im po kolejnym kieliszku. Rozmawiali o Warszawie, o barach, które znikały, kiedy już zdążyło się do nich przyzwyczaić, o Włoszech, gdzie Julia była raz, przed kilkunastu laty, z mężczyzną, którego imienia nie wymieniła.
On opowiedział o Perugii, o małej restauracji, w której podawano makaron z truflami, i o starym człowieku siedzącym codziennie przy tym samym stoliku. Starzec zamawiał pół karafki wina, zjadał kawałek chleba i przez godzinę patrzył na przechodniów. Widywał go przez trzy kolejne wieczory i zaczął podejrzewać, że nie jest klientem, lecz częścią wyposażenia lokalu.
— Może na kogoś czekał — powiedziała Julia.
— Trzy dni z rzędu?
— Niektórzy czekają dłużej. — Obróciła pierścionek na palcu. — Dużo dłużej.
Spojrzała na zegarek, ale nie zrobiła żadnego ruchu, żeby odejść.
— Może przejdziemy na ty? — zaproponował. — Jak pani mówi do mnie „pan”, czuję się jak u notariusza.
— Jeszcze nie. — Uśmiechnęła się. — Najpierw coś sprawdzę. Jest pan żonaty?
Powiedziała to lekko, jakby chodziło o formalność, ale patrzyła mu prosto w oczy.
Obracał kieliszek na blacie.
— Byłem.
— I?
— Rozwiedziony.
— Dawno?
— Na tyle dawno, żeby już o tym nie gadać.
Julia skinęła głową, jakby odhaczała pozycję na liście.
Przez chwilę obserwowali barmana, który mocował się z butelką z pokruszonym korkiem.
— A teraz? — zapytała.
Podniósł wzrok.
— Co teraz?
— Dobrze pan wie, co. Ma pan kogoś?
Mógł odpowiedzieć natychmiast. Wiedział przecież, jak brzmi odpowiedź.
Zamiast tego przyjrzał się jej twarzy. Była lekko zarumieniona od wina. Kosmyk włosów opadał jej na policzek. Nie poprawiała go, choć wyraźnie jej przeszkadzał.
— Mam — powiedział w końcu.
Julia odstawiła kieliszek.
— No tak.
Nie wyglądała na zaskoczoną.
— Nie chciałem pani wprowadzać w błąd.
— Ale trochę pan chciał.
Uśmiechnął się bez przekonania.
— Trochę. Przez jakieś dwa kieliszki.
— I jak się pan teraz czuje?
— Jak idiota.
— Bez przesady.
— Pani mnie nie zna. W tym akurat jestem naprawdę dobry.
Roześmiała się, ale tym razem krótko.
— Dobrze mi się z panem rozmawia — powiedziała. — Tylko nie bardzo rozumiem, co pan tu właściwie robi.
Spojrzał w lustro za barem. Zobaczył własną twarz, oświetloną z góry, trochę starszą niż ta, którą znał z porannego golenia.
— Ja też nie bardzo.
— No. To przynajmniej coś mamy wspólnego. Oprócz wina.
Nie zaproponowała, żeby wyszli razem. Nie zapytała, czy jest szczęśliwy. Nie próbowała go zrozumieć.
Przez następne kilka minut rozmawiali o czymś zupełnie innym. Telefon zawibrował mu w kieszeni. Ona przysłała zdjęcie psa, którego zobaczyła na internetowej stronie schroniska. Pod zdjęciem napisała: „Zobacz, jaki podobny do naszego starego łobuza”.
Patrzył na ekran trochę dłużej, niż wymagało przeczytanie wiadomości. Nie mieli wspólnego psa. Mówiła „naszego”, mając na myśli zwierzę, które należało do niej, zanim się poznali. Zmarło dwa lata wcześniej. Nigdy go szczególnie nie lubił, ale pomagał wozić go do weterynarza i przymykał oko na jego maniery. Odpisał: „Rzeczywiście podobny”.
Julia zauważyła telefon.
— Wzywają do domu?
— Nie. Przysłali mi psa.
Uniosła brwi.
— Zdjęcie psa — sprostował. — Ze schroniska. To długa historia.
— Nie musi pan opowiadać. — Zerknęła na ekran, zanim zdążył go wygasić. — Ładny.
— Podobno podobny do innego.
Nie dopytywała.
— Musi pan wracać?
— Nie.
— Na pewno?
Schował telefon do kieszeni.
— Jeszcze nie.
Nie odpowiedziała.
Pomyślał, że mógłby zaproponować spacer. Było późno, ale deszcz przestał padać. Mogliby zejść nad Wisłę, gdzie w październiku nie było już tłumów, i chodzić wzdłuż rzeki, aż któreś z nich zmarznie.
Wyobraził sobie, że bierze ją za rękę. Nie wiedział, czy pozwoliłaby mu na to. Zaskoczyło go, jak bardzo chciał się dowiedzieć.
Ona miała zwyczaj głaskać go po brzuchu, kiedy leżeli w łóżku. Robiła to bezmyślnie, podczas oglądania serialu, przed zaśnięciem, czasem zaraz po przebudzeniu. Kiedyś powiedział, że czuje się jak jej dawny pies. Obraziła się. Przez dwa dni nie dotykała go w ten sposób. Trzeciego wieczoru znów położyła dłoń na jego brzuchu, jakby zapomniała o całej rozmowie. Nie protestował. Nie był pewien, czy wolałby, żeby przestała.
Mieli swoje przyzwyczajenia. W piątki chodzili na kolacje. Późną wiosną lub jesienią jeździli do Włoch. W niedzielne popołudnia oglądali sport, a wieczorem czasem kochali się w ciemności. Ona lubiła, kiedy wszystko odbywało się bez pośpiechu i bez niespodzianek. On nauczył się rozpoznawać, kiedy ma ochotę, choć ona sama rzadko o tym mówiła.
Niektóre rzeczy robiła z przyjemnością, innych nie lubiła. Nigdy jej do nich nie namawiał. Czasami wyobrażał sobie, że któregoś wieczoru wraca do domu, a ona czeka na niego w czarnych pończochach, z kieliszkiem wina, rozbawiona własnym pomysłem. Nigdy się to nie wydarzyło. Po pewnym czasie przestał nawet o tym wspominać.
Kiedyś kupił jej komplet bielizny we włoskim sklepie. Sprzedawczyni była starszą kobietą z czerwonymi paznokciami. Zapakowała wszystko w cienki papier, przewiązała pudełko wstążką i powiedziała coś, czego nie zrozumiał.
Ona ucieszyła się z prezentu. Potem schowała go do szuflady. Nie pamiętał już, czy kiedykolwiek go założyła.
— Halo. — Julia stuknęła paznokciem w jego kieliszek. — Gdzie pan jest?
— Przepraszam. Myślałem o bieliźnie.
Zamrugała, a potem parsknęła śmiechem tak głośno, że barman się odwrócił.
— No, tego się nie spodziewałam.
— Ja też nie.
— Mam się niepokoić?
— Nie, nie. To sprawa historyczna.
— To teraz dopiero się niepokoję.
Śmiali się oboje.
Poczuł nagły przypływ odwagi. Nie miał nic wspólnego z wypitym winem. Przypominał raczej chwilę przed wejściem do zimnej wody, kiedy ciało wie już, że za moment nastąpi coś nieprzyjemnego, ale nie można się wycofać bez poczucia śmieszności.
— Chciałbym panią pocałować — powiedział.
Julia przestała się uśmiechać. Nie odsunęła się, ale coś w jej twarzy się zmieniło.
— Wiem.
— Aż tak widać?
— Od jakichś dwudziestu minut.
— A myślałem, że jestem dyskretny.
— W ogóle jest pan. Tylko nie w tym.
Patrzyła na niego przez chwilę.
— Nie pocałuję pana.
Skinął głową.
— Rozumiem.
— Nie, nie rozumie pan. — Wzięła kieliszek, ale się nie napiła. — Pan jutro wstanie, zrobi kawę, pójdzie do pracy… A ja nie chcę być czyimś wieczorem, o którym rano trzeba zapomnieć.
Nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Nie mówiłem, że chcę zapomnieć.
— Wiem. Tego się boję jeszcze bardziej.
Przed północą bar zaczął pustoszeć. Barman ściszył muzykę. Ktoś w głębi sali przewrócił krzesło. Dwie dziewczyny śmiały się zbyt głośno, próbując założyć płaszcze. Julia zapłaciła za swoje wino.
— Odprowadzę panią.
— Nie trzeba.
— Wiem, że nie trzeba.
— Mieszkam dwie ulice stąd.
— Tym lepiej. Krótko.
— Tym bardziej nie trzeba.
Stała już przy drzwiach, z płaszczem przewieszonym przez ramię.
— Dziękuję za rozmowę — powiedziała.
— To ja dziękuję.
Zawahała się.
— Wie pan, co w tym wszystkim jest najgorsze?
Pokręcił głową.
— Że naprawdę dobrze mi się z panem gadało.
— To chyba nie jest najgorsze.
— Dla pana może nie.
Uśmiechnęła się. Przez chwilę miał wrażenie, że wyciągnie rękę i dotknie jego policzka. Nie zrobiła tego.
— Dobranoc.
— Dobranoc, pani Julio.
Wyszła.
Nie odwróciła się.
On został przy barze jeszcze kilkanaście minut. Nie próbował za nią pobiec. Nie znał jej nazwiska ani numeru telefonu. Nie wiedział nawet, czy Julia jest jej prawdziwym imieniem. Mógłby wyjść natychmiast, skręcić w prawo i prawdopodobnie jeszcze ją dogonić. Zamiast tego zamówił kieliszek wody. Barman spojrzał na niego z lekkim współczuciem, którego on nie potrzebował.
— Coś jeszcze?
— Nie, dziękuję.
— A primitivo jak? Bo pan nic nie mówił.
— Lepsze niż poprzednie.
— Mówiłem. — Chłopak zabrał pusty kieliszek. — Nikt nie odsyła.
Zapłacił. Na ulicy było chłodno. Przeszedł kilka przecznic bez określonego celu. W witrynie zamkniętej księgarni zobaczył tom opowiadań włoskiego pisarza, który od dawna go zajmował. Na okładce przedstawiono człowieka stojącego na pustej drodze, z walizką w ręku. Pomyślał, że mógłby wrócić do baru następnego wieczoru. Albo za tydzień. Może Julia również tam przychodziła. Może mieszkała naprawdę niedaleko. Może spotkaliby się ponownie, przypadkiem, i tym razem wszystko potoczyłoby się inaczej.
Zatrzymał się przy przejściu dla pieszych. Po drugiej stronie ulicy szła kobieta w ciemnym płaszczu. Przez chwilę był pewien, że to ona. Światło zmieniło się na zielone. Kobieta zniknęła za rogiem. Nie ruszył za nią. W domu paliła się lampka w salonie. Ona zasnęła na kanapie, przykryta kocem. Telewizor wyświetlał nieruchomy ekran z pytaniem, czy kontynuować odtwarzanie.
Zdjął buty i powiesił płaszcz. Na stole stał talerz z kawałkiem ciasta. Obok leżała karteczka: „Zostawiłam ci. Nie jedz całego, bo będzie ci ciężko spać”. Uśmiechnął się. Ona otworzyła oczy.
— Już jesteś? — wymamrotała.
— Już.
— Która godzina?
— Po dwunastej.
— Fajnie było?
— Fajnie.
— A z kim ty się właściwie spotkałeś? Bo nie mówiłeś.
Przez moment patrzył na nią bez słowa.
— Z nikim, kogo znasz.
— Aha. — Ziewnęła. — Czekałam z tym odcinkiem, widzisz? I zasnęłam w połowie.
— Obejrzymy jutro.
— Mhm.
Zamknęła oczy.
— Chodź spać, szkrabie.
Poszedł do łazienki. W lustrze zobaczył mężczyznę o zmęczonej twarzy, z zaczerwienionymi oczami. Odkręcił wodę, umył ręce, potem twarz. Przez chwilę przyglądał się sobie z bliska, jakby chciał sprawdzić, czy w ciągu ostatnich kilku godzin zaszła jakaś zmiana. Nie zauważył niczego.
Kiedy wszedł do sypialni, Ona leżała już pod kołdrą.
— Zimno ci? — zapytała.
— Trochę.
— Masz lodowate stopy, wiesz?
— Przepraszam.
— Nie przepraszaj, tylko chodź tu.
Położył się obok niej. Przytuliła go od tyłu, wsunęła dłoń pod jego koszulkę i zaczęła powoli głaskać go po brzuchu. Nie odsunął jej ręki. Po pewnym czasie zasnęła.
On leżał jeszcze długo, słuchając odległego szumu samochodów. Przypomniał sobie Julię. Jej dłonie, zmarszczki wokół ust, sposób, w jaki powiedziała, że nie chce być wieczorem, o którym trzeba zapomnieć. Pomyślał, że być może już nigdy jej nie zobaczy. Nie wiedział, czy bardziej żałuje, że jej nie pocałował, czy że nie poprosił, żeby opowiedziała mu coś o sobie.
Nazajutrz rano pojechał do pracy. Na biurku czekały dokumenty do podpisu, zestawienie wyników finansowych i wiadomość od człowieka, który od trzech tygodni nie potrafił odpowiedzieć na proste pytanie. O jedenastej miał spotkanie. O trzynastej następne. Późnym popołudniem opuścił biuro.
Na ulicy mijały go kobiety w płaszczach, mężczyźni rozmawiający przez telefony, kurierzy na rowerach. Wszystko odbywało się jak zwykle. Przed kawiarnią stała starsza para. Mężczyzna próbował zapiąć kobiecie płaszcz pod szyją. Nie mógł trafić guzikiem w dziurkę, a ona cierpliwie czekała, trzymając w jednej ręce papierową torbę. W końcu mu się udało. Kobieta poprawiła mu szalik. Odwrócił wzrok.
Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Drzwi otworzyły się z przeciągłym sykiem. Do środka weszła kobieta z mokrymi włosami i dużą torbą przewieszoną przez ramię. Przez ułamek sekundy pomyślał, że to Julia. Nie była do niej podobna. Usiadła naprzeciwko, wyjęła książkę i zaczęła czytać. Spojrzał na okładkę. Znał tę powieść. Chciał zapytać, czy jej się podoba. Nie zapytał. Tramwaj ruszył. Po kilku przystankach kobieta zamknęła książkę, schowała ją do torby i wysiadła. Patrzył przez szybę, jak znika w tłumie. Potem przypomniał sobie, że miał kupić chleb. Na następnym przystanku wysiadł, choć do domu zostały jeszcze cztery. W pobliżu była piekarnia, którą znał. Kupił dwa małe bochenki, jeden z ziarnami, drugi zwykły, bo nigdy nie pamiętał, który Ona woli bardziej.
Kiedy wychodził, zobaczył po drugiej stronie ulicy bar z winem. Nie był to ten sam lokal. W środku siedziało kilka osób. Przy oknie, sama, kobieta w jasnym swetrze czytała gazetę. Zatrzymał się. W jednej ręce trzymał torbę z chlebem. W drugiej telefon, na którego ekranie świeciła wiadomość: „O której będziesz?” Spojrzał na kobietę za szybą. Potem na telefon. Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo, podczas gdy ludzie omijali go z obu stron. W końcu odpisał: „Jeszcze nie wiem”.
Schował telefon do kieszeni. Chleb był ciepły. Czuł jego zapach przez papierową torbę. Przeszedł przez ulicę. Nie wszedł do baru. Zatrzymał się przed drzwiami i przeczytał kartkę z godzinami otwarcia. Potem obejrzał wystawione w oknie butelki. W szybie widział swoje odbicie, a za nim kobietę pochyloną nad gazetą. Podniósł rękę do klamki. W tym momencie zadzwonił telefon.
Nie spojrzał, kto dzwoni. Przez chwilę trzymał rękę na klamce, słuchając dzwonka. Potem otworzył drzwi. W środku pachniało winem, mokrymi płaszczami i czymś smażonym na maśle. Kobieta przy oknie nawet nie podniosła głowy. Usiadł przy barze.
— Co podać? — zapytał barman.
— Nie wiem — odpowiedział.
Barman czekał, wycierając kieliszek.
— Coś, czego jeszcze nie piłem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania