Ostatni Kurs
Październik w Gdyni smakował tanią kawą i solą. Komisarz Marek Szulc stał na końcu falochronu, ignorując lodowaty wiatr, który szarpał jego płaszczem. U jego stóp, między betonowymi gwiazdoblokami, leżało coś, co jeszcze wczoraj było człowiekiem.
– Mamy nazwisko? – Szulc nie odwrócił wzroku od sinej twarzy ofiary.
– Wiktor Bergman – odpowiedziała młoda aspirantka, z trudem łapiąc oddech. – Taksówkarz. Znaleźli go wędkarze o świcie.
Szulc kucnął. Bergman nie miał na sobie śladów walki. Żadnych sińców na rękach, żadnej krwi pod paznokciami. Tylko ta dziwna, niemal nienaturalna bladość i brak butów.
– Gdzie jego auto? – zapytał Marek.
– Kilometr stąd, na parkingu przy marinie. Otwarte. W środku czysto, ale zniknął wideorejestrator. Szulc westchnął. To nie był napad rabunkowy. Portfel Bergmana, wypchany gotówką, wciąż tkwił w kieszeni jego kurtki. Komisarz pojechał na parking. Mercedes Bergmana pachniał choinką zapachową i tytoniem. Na siedzeniu pasażera leżała jedna rzecz, której technik nie uznał za istotną: zmięty bilet z kina. Film sprzed dwóch dni.
– Sprawdźcie monitoring z kina i listę pasażerów z jego ostatniej nocy – rzucił Szulc do słuchawki. Wieczorem miał już odpowiedź. Ostatnim pasażerem Bergmana była kobieta. Wsiadła pod teatrem muzycznym, wysiadła pod mariną. Monitoring był niewyraźny – kaptur, ciemny płaszcz, szybki krok. Ale Szulca tknęło coś innego. Przejrzał stare akta Bergmana. Dziesięć lat temu Wiktor był świadkiem w procesie o spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Zginęła wtedy młoda dziewczyna, a sprawca – syn lokalnego dewelopera – wywinął się dzięki „niejasnym zeznaniom świadków”.
Szulc odnalazł adres matki tamtej dziewczyny. Mały dom na Oksywiu wyglądał na opuszczony. Gdy wszedł do środka, nie zastał tam jednak starszej pani, a... ołtarz. Na ścianie wisiały zdjęcia Bergmana, sędziego i prokuratora z tamtych lat. Wszystkie przekreślone czerwoną farbą.
Nagle usłyszał skrzypnięcie podłogi za plecami.
– Spóźnił się pan, komisarzu – usłyszał chłodny, kobiecy głos.
Odwrócił się gwałtownie. W drzwiach stała młoda kobieta, ta sama z monitoringu. W ręku trzymała nie broń, a dyktafon.
– Bergman nie zginął od uderzenia – powiedziała spokojnie. – Zapił się na śmierć. Dostał wybór: albo opowie mi przed kamerą prawdę o tym, ile mu zapłacono za kłamstwo dziesięć lat temu, albo zginie szybciej. Prawda go zabiła. Dosłownie. Serce mu siadło po pierwszej butelce whisky i wyznaniu winy.
Szulc spojrzał na dyktafon. Wiedział, że to, co tam jest, zniszczy kariery najważniejszych ludzi w mieście.
– To nie jest sprawiedliwość – mruknął, choć sam w to nie wierzył.
– To jest wyrównanie rachunków – odparła, kładąc urządzenie na stole i ruszając w stronę wyjścia. – Buty Bergmana zostawiłam na grobie mojej siostry. Niech pan robi, co uważa za słuszne.
Szulc został sam w pustym domu. Za oknem wyło morze, a na stole leżał dowód na to, że całe miasto zbudowano na kłamstwie. Włożył dyktafon do kieszeni. Tej nocy Gdynia nie miała zamiaru zasnąć.
Szulc nie zdążył wyjść z domu na Oksywiu, gdy jego telefon zawibrował. To nie była aspirantka. To był numer zablokowany.
– Marek, nie wychodź frontem. Pod domem stoją dwa czarne BMW. Nie są nasze – głos w słuchawce należał do sędziego Tarnowskiego, tego samego, którego zdjęcie widziało przed chwilą na „ołtarzu” zemsty.
– Skąd wiesz, gdzie jestem? – warknął Szulc, cofając się w głąb korytarza.
– Bo sam tam jadę. Bergman nie był jedynym, który pękł. Kobieta, z którą rozmawiałeś, to nie siostra ofiary. Siostra zmarła w szpitalu. To...
Połączenie zostało przerwane. Z podwórka dobiegł pisk opon i huk rozbijanego szkła. Szulc rzucił się w stronę piwnicy, ale zanim dotknął klamki, drzwi otworzyły się same. W progu stał... Wiktor Bergman. Żywy, choć z potężnym sińcem na szyi.
– Komisarzu, to co pan widział na molo, to był mój brat bliźniak. Robert. Był ćpunem, nikt go nie szukał – wycharczał taksówkarz. – Musiałem sfingować własną śmierć, żeby wyciągnąć sędziego z nory.
Szulc poczuł, jak grunt ucieka mu spod nóg. Dyktafon w jego kieszeni nagle zaczął piszczeć. To nie był dyktafon. To był lokalizator GPS z zapalnikiem. Kobieta, która go tu zostawiła, nie chciała sprawiedliwości – chciała ich wszystkich w jednym miejscu.
W tej samej chwili na podjeździe sędzia Tarnowski wysiadł z auta, a z czarnych BMW wybiegli ludzie w kominiarkach. Ale nie mierzyli do sędziego. Oni mu salutowali.
– Marek! – krzyknął Bergman, szarpiąc go za rękaw. – Ta dziewczyna to nie mścicielka. To córka Tarnowskiego. On czyści miasto z każdego, kto brał łapówki przy tamtym wypadku, żeby samemu wejść do polityki jako „czysty” kandydat. My jesteśmy ostatnimi śmieciami do wyniesienia!
Nagle dach domu eksplodował. Nie od bomby, a od huku nisko lecącego helikoptera straży granicznej. W słuchawce radia Szulca przebił się głos aspirantki:
– Szulc, uciekaj! Sprawdziliśmy bilet z kina. To nie był bilet na film. To zakodowana przepustka do portu wojennego. Bergman to nie taksówkarz, to przykrywka wywiadu skarbowego, który od lat rozpracowuje Tarnowskiego!
Szulc spojrzał na Bergmana. Ten uśmiechnął się krzywo i wyciągnął odznakę, której Szulc nigdy wcześniej nie widział.
– Prawda jest taka, komisarzu – powiedział Bergman, przeładowując broń – że w tym mieście nie ma ani jednej osoby, która jest tym, za kogo się podaje. Nawet pańska aspirantka... zapytał ją pan kiedyś o nazwisko panieńskie?
Zanim Szulc zdążył odpowiedzieć, drzwi frontowe wyleciały z zawiasów. Do środka wpadł granat hukowy. W oślepiającym błysku Szulc zrozumiał ostatnią rzecz: dyktafon w jego kieszeni właśnie przestał piszczeć i zaczął transmitować na żywo do wszystkich mediów w kraju. Ale nie zeznania Bergmana, tylko prywatną rozmowę Szulca z komendantem sprzed tygodnia, o której obaj chcieli zapomnieć.
Szulc był teraz najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Gdyni.
Co robimy? Uciekasz z Bergmanem do portu, czy oddajesz się w ręce ludzi Tarnowskiego, licząc na to, że dyktafon to Twoja jedyna polisa ubezpieczeniowa?
Szulc poczuł zimny pot na karku. Dyktafon transmitował rozmowę, w której przyznał komendantowi, że dziesięć lat temu celowo zgubił protokół z miejsca wypadku. Nie dla pieniędzy – dla długu wdzięczności. Teraz ten dług właśnie go zabijał.
– Do piwnicy! Już! – wrzasnął Bergman, chwytając Szulca za pas i wciągając go w ciemność, ułamek sekundy przed tym, jak seria z automatu przorała ściany salonu.
Zeszli do ciasnego, betonowego bunkra, który nie pasował do fundamentów starego domu. Ściany były wyłożone ekranami. Na jednym z nich Szulc zobaczył... samego siebie, stojącego przed chwilą w pokoju. Ale na innym ekranie widniał obraz z kamery zamontowanej w sypialni komendanta policji. Komendant nie spał. Rozmawiał przez telefon z kobietą, którą Szulc przed chwilą widział na górze.
– „Córka sędziego”? – Szulc spojrzał na Bergmana. – Przecież Tarnowski nie ma dzieci.
– Oficjalnie nie – odparł Bergman, gorączkowo wpisując kody w terminal. – To Julia, agentka operacyjna, którą sędzia „stworzył” z akt zgonu tamtej dziewczyny sprzed lat. Ofiara wypadku żyje, Szulc. To ona jest w radiowozie pod domem. Twoja aspirantka to tak naprawdę zmarła dziesięć lat temu córka dewelopera, która przeszła rekonstrukcję twarzy.
W głowie Szulca wszystko zaczęło wirować. Jeśli aspirantka była „ofiarą”, to kogo pochowano w tamtym grobie?
– Spójrz na to – Bergman wskazał palcem na trzeci monitor. – To rejestr statków wychodzących z portu.
Na liście widniał kuter o nazwie „Ostatni Kurs”. Ten sam, który widniał na tatuażu na przedramieniu... trupa z mola.
Nagle bunkier zadrżał. Ludzie Tarnowskiego zaczęli wrzucać gaz łzawiący do szybów wentylacyjnych.
– Szulc, masz dyktafon. Transmisja idzie w świat, ale oni zaraz ją odetną. Musimy dostać się do nadajnika na latarni morskiej. Tylko stamtąd wypchniesz pełne nagranie z sypialni komendanta. To jedyny sposób, żeby oczyścić miasto.
– A co z tobą? – zapytał Szulc, dusząc się od dymu.
– Ja nie istnieję, zapomniałeś? – Bergman uśmiechnął się dziwnie i wyciągnął z kieszeni kluczyki do starego motocykla, który stał w rogu piwnicy, ukryty za stertą skrzyń. – Wyjazd jest tunelem pod klifem. Wyprowadzi cię prosto na plażę.
Szulc odpalił silnik. Gdy ruszył w głąb tunelu, usłyszał za plecami głos Bergmana przez radio:
– Marek, jeszcze jedno. Sprawdź kopertę w schowku motocykla. Dowiesz się, kto naprawdę prowadził tamto auto dziesięć lat temu. To nie był syn dewelopera. To byłeś ty, a Tarnowski wymazał ci pamięć farmakologicznie. Jesteś ich największym projektem.
Szulc wyjechał na oślepiające słońce plaży, a w uszach huczało mu jedno pytanie: komu teraz ufać, skoro własne wspomnienia są kłamstwem?
W oddali zawyły syreny. Nie policyjne. To był alarm przeciwlotniczy w porcie.
Czytasz zawartość koperty pędząc przez piaski, czy wyrzucasz ją do morza i skupiasz się na dotarciu do latarni, by dokończyć transmisję?
Szulc szarpnął kierownicą, niemal tracąc panowanie nad maszyną na sypkim piachu. Jedną ręką wyrwał kopertę ze schowka. Wiatr omal jej nie porwał, ale Marek zdołał wyciągnąć zdjęcie.
To była fotografia zrobiona z ukrycia, ziarnista, czarno-biała. Przedstawiała młodego Szulca, zakrwawionego, siedzącego za kierownicą luksusowego BMW, a obok niego... sędziego Tarnowskiego, który trzymał w dłoni strzykawkę. Na odwrocie widniał tylko jeden napis: „Projekt Tabula Rasa – Dzień 0”.
W tym momencie jego mózg przeszył ból, jakby ktoś wbił mu rozżarzony gwóźdź w potylicę. Wspomnienia zaczęły pękać. Nie było żadnego długu wdzięczności. Było tylko warunkowanie.
Nagle zza klifu wyłonił się czarny helikopter, ten sam, który wcześniej widział nad domem. Ale zamiast strzelać, przez megafon popłynął głos aspirantki – czysty, pozbawiony emocji:
– Marek, stój. Bergman kłamie. On nie jest z wywiadu. To on był tym „lekarzem”, który podał ci środek. Zdjęcie jest zmanipulowane. Spójrz na cień sędziego.
Szulc spojrzał jeszcze raz. Cień na zdjęciu nie pasował do sylwetki Tarnowskiego. To był cień... Bergmana.
Zrozumiał, że jest w środku wojny dwóch potężnych graczy, a on sam jest jedynym kluczem do sejfu, o którym nawet nie wiedział, że go posiada. W tym samym momencie dyktafon w jego kieszeni odezwał się trzecim głosem – głosem nieżyjącego brata bliźniaka Bergmana:
– Marek, jeśli to słyszysz, znaczy, że dotarłeś do plaży. W twoim zębie trzonowym jest mikrochip z kluczem do kryptowalut całego syndykatu. Dlatego nikt cię jeszcze nie zabił. Chcą, żebyś zaczął gryźć.
Szulc zahamował tak gwałtownie, że motocykl położył się na boku. Był w pułapce. Z jednej strony morze i nadciągające kutry straży granicznej, z drugiej helikopter, a z tyłu – z tunelu – wyłaniający się powoli Bergman z uśmiechem, który nie zwiastował niczego dobrego.
Szulc dotknął językiem czwórki po lewej stronie. Ząb był inny. Zimny.
– Wszyscy chcecie moich wspomnień albo moich pieniędzy! – wrzasnął w stronę nieba, wyciągając pistolet. – Ale zapomnieliście o jednym.
Marek wymierzył broń nie w Bergmana, nie w helikopter, ale w... maszt nadajnika latarni morskiej, który majaczył na horyzoncie. Wiedział, że na szczycie nie ma żadnego nadajnika. Jest tylko lustrzany system przekaźnikowy, który w tej minucie, o tej godzinie, odbijał sygnał satelitarny prosto do kwatery głównej Interpolu.
– Jeśli ja nie będę wiedział, kim jestem, wy nie będziecie wiedzieli, gdzie są wasze miliony – krzyknął i zamiast uciekać, ruszył sprintem w stronę wody, wprost pod ogień nadlatujących jednostek.
Nagle niebo nad Gdynią rozdarł błysk. To nie był wybuch. To był impuls elektromagnetyczny. Wszystkie ekrany w mieście zgasły. Helikopter zaczął tracić pułap.
Szulc zanurkował. Pod wodą, w absolutnej ciszy, zobaczył coś, czego nikt się nie spodziewał: kadłub łodzi podwodnej z napisem „Ostatni Kurs”. Właz otworzył się, a ze środka wynurzyła się postać w piance. To była kobieta z ołtarza na Oksywiu.
– Koniec przedstawienia, Marek – nadała przez podwodny interkom. – Czas wrócić do prawdziwego świata. Jesteś w symulacji od trzech godzin. Testujemy twoją lojalność przed prawdziwą misją.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania