Poprzednie częściOstatni cykl

Ostatni Kurs Czarnej Wołgi

Deszcz w Warszawie lat siedemdziesiątych zawsze pachniał tak samo: mieszanką mokrego betonu, taniego tytoniu „Sport” i spalin z dwusuwowych silników. Ale tej nocy, nad osiedlem Za Żelazną Bramą, unosił się jeszcze jeden zapach. Zapach strachu, który był tak gęsty, że można go było kroić nożem.

Porucznik Marek mrużył oczy, próbując przebić się wzrokiem przez ulewę. Stał w cieniu bloku-giganta, a przed nim, na samym środku pustego placu, prężyła się ona. Czarna Wołga GAZ-24. Jej lakier lśnił głęboką, niemal nienaturalną czernią, która zdawała się pochłaniać światło nielicznych latarni. W oknach wisiały ciężkie, aksamitne firanki, całkowicie odcinające wnętrze od świata zewnętrznego.

– Mówią, że zamiast paliwa spala dziecięce sny – mruknął pod nosem starszy sierżant Zięba, poprawiając ortalionowy płaszcz. – Widział ją pan, poruczniku? Te białe opony... to nie jest auto z naszej fabryki.

Marek nie odpowiedział. Wiedział, że legenda o czarnej wołdze to dla milicji koszmar wizerunkowy, ale dla mieszkańców to rzeczywistość, która zabierała im spokój. Od miesiąca z placów zabaw znikały dzieci. Żadnych krzyków, żadnych śladów walki. Tylko cichy szum opon na asfalcie i zapach ozonu.

Nagle silnik samochodu mruknął. To nie był klekot radzieckiej maszyny. To był niski, gardłowy pomruk drapieżnika. Wołga ruszyła powoli, niemal płynąc nad kałużami. Marek rzucił się do swojego cywilnego Fiata, dając Ziębie znak, by został na miejscu.

Pościg prowadził przez wyludnione ulice Woli, obok szarych fasad kamienic pamiętających jeszcze powstanie. Wołga nie uciekała. Ona prowadziła go jak na smyczy. Skręciła w stronę starych magazynów przy porcie praskim, tam gdzie latarnie dawno przestały świecić.

Gdy Marek wybiegł z samochodu z pistoletem w dłoni, Wołga stała już pod zardzewiałą wiatą. Drzwi kierowcy były otwarte. W środku panowała absolutna cisza. Porucznik podszedł ostrożnie, jego serce waliło o żebra niczym uwięziony ptak.

Zajrzał do środka. Na tylnej kanapie nie było dzieci. Nie było też krwi, o której szeptano w kolejkach po mięso. Był tam tylko mały, plastikowy pajacyk – zabawka, którą jego własny syn zostawił rano w przedpokoju. Obok leżała czarna skórzana rękawiczka i wizytówka z dziwnym, wytłoczonym symbolem: okiem wpisanym w trójkąt.

– Dobry wieczór, Marku – usłyszał szept tuż za uchem.

Głos był zimny, pozbawiony emocji, a jednocześnie dziwnie znajomy. Marek poczuł na karku lufę pistoletu. Wtedy zrozumiał. Czarna wołga nie była legendą. Nie była też autem porywacza. Była narzędziem systemu, którego on sam był częścią – wielkim, czarnym odkurzaczem sprzątającym tych, którzy wiedzieli o kilka słów za dużo.

– Twoja żona pytała dzisiaj o Adasia – kontynuował głos. – Powiedzieliśmy jej, że pojechał na kolonie. Długie kolonie.

Marek zamknął oczy. Czerń lakieru wołgi była ostatnią rzeczą, jaką widział, zanim światło latarni zgasło na zawsze, a miasto utonęło w kolejnej plotce o samochodzie, który nigdy nie istniał.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Adameysky Hoobit 2 dni temu
    Zaproponujcie co sie stało z Adasiem. Zaproponujcie w którą stronę mam "iść".

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania