Ostatni oddech Weroniki
Ostatni oddech Weroniki
Wilgoć wsiąkała w beton. Chłodna, lepka, przesycona zapachem stęchlizny i czegoś jeszcze – czegoś metalicznego, co przypominało smak krwi na języku. Komisarz Sikorski, znużony wiecznymi papierami i narzekaniami przełożonych, wciągnął ten zapach głęboko w płuca, jakby chciał napełnić nimi każdą zmarszczkę swoich płuc. Nie po raz pierwszy miał wrażenie, że w takich miejscach czas zwalnia, a zmysły wyostrzają się do granic bólu.
Weronika. Leżała tam, na brudnej posadzce opuszczonej fabryki cukierków, wśród rozbitych szyb i pustych butelek po tanim winie. Jej ciało ułożyło się w nienaturalnej pozie, jakby ktoś niezdarnie upuścił szmacianą lalkę. Jedno oko, szklane i puste, wpatrywało się w zardzewiały sufit, drugie zakrywał kosmyk zlepionych krwią blond włosów.
Sikorski pochylił się, ignorując protesty podinspektora Majchrzaka, który wiecznie martwił się o protokoły i ślady. Spojrzał na dłonie Weroniki. Paznokcie miała zadbane, pomalowane na krwistoczerwony kolor, ale pod jednym z nich, tym na palcu wskazującym lewej ręki, dostrzegł coś, co przypominało ciemną, zaschniętą ziemię. Albo brud. Albo… — Maćku, nie dotykaj! – syknął Majchrzak, podając mu rękawiczki. Sikorski westchnął. Wiedział. Ale ten widok, ta drobina pod paznokciem, wbijała mu się w mózg, jak drzazga. Weronika Kowalska, lat dwadzieścia trzy, studentka polonistyki, córka szanowanego profesora z uniwersytetu. Jeszcze dwa dni temu roześmiana, pełna życia, teraz… chłodna i nieruchoma.
Na jej szyi, tuż pod podbródkiem, rysowała się ciemna, fioletowa pręga. Niewielka, niemal niewidoczna, gdyby nie skupił wzroku. Nie od razu rzucała się w oczy, zasłonięta przez długie włosy i szalik, który nadal oplatał jej szyję. Ale to nie szalik ją udusił. To coś innego. Coś, co zostawiło ledwie widoczny ślad. — Czas zgonu? – Sikorski spojrzał na technika. — Wstępnie? Między drugą a czwartą nad ranem – odparł mężczyzna, nie odrywając wzroku od termometru. – Standardowo. Wykrwawienie, uraz głowy… ale przyczyną zgonu jest najprawdopodobniej uduszenie. Coś było zaciskanie wokół szyi. Bardzo precyzyjnie.
Precyzyjnie. Słowo zawisło w powietrzu, ciężkie jak ołów. Sikorski przeszedł wzrokiem po otoczeniu. Opuszczona hala, idealna do ukrycia ciała. Zero świadków. Zero kamer. Tylko ta ciemna plama pod paznokciem i ledwo widoczny ślad na szyi. Morderca był sprytny, albo cholernie pewny siebie. Albo jedno i drugie.
Weronika, zamknięta w sobie i skryta, a jednocześnie tak otwarta na świat w swoich wierszach. Tak opisywała ją matka przez telefon, płacząc. Sikorski pamiętał to. Poeci. Zawsze wrażliwi. A wrażliwość, w jego fachu, często bywała śmiertelnym wyrokiem. Ktoś, kto potrafił tak precyzyjnie zacisnąć pętlę, musiał znać jej słabości. Musiał wiedzieć, gdzie uderzyć, by odebrać jej ostatni, cichy oddech.
Sikorski poczuł znajomy ucisk w żołądku. Wiedział, że ta sprawa nie będzie prosta. Wiedział, że Weronika, nawet martwa, nie pozwoli mu spać spokojnie. Zaczynało się. Kolejna misterna układanka, z której każdy element mógł być kluczem, albo śmiertelną pułapką.
Cienie przeszłości
Sikorski nie znosił oględzin ciała na miejscu zbrodni. Zawsze miał wrażenie, że duch ofiary unosi się jeszcze nad zniekształconym ciałem, próbując coś przekazać, coś, co umykało racjonalnym zmysłom. Tym razem czuł to szczególnie mocno. Weronika, z jej niewidzącym okiem wpatrzonym w sufit, zdawała się szeptać o czymś, co dawno powinno zostać pogrzebane.
— Pusty portfel, zdarty pasek od torebki – Majchrzak odczytywał listę rzeczy znalezionych przy ofierze. – Telefonu brak. Buty… markowe, ale z błotem na podeszwie, takim, jakby pochodziło z lasu. Tutaj, jak widać, ani grama roślinności. Tylko beton, pył i resztki cukierków.
Błoto z lasu. To pasowało do drobinki pod paznokciem. Sikorski wyobraził sobie Weronikę idącą przez las, może wieczorem, może w nocy. Po co? Ktoś ją tam zwabił? Czy szukała czegoś? A może uciekała?
— Sprawdźcie jej ostatnie połączenia – rzucił Sikorski, a jego głos odbił się echem od pustych ścian. – Ktoś musiał z nią rozmawiać. Ktoś, kto wiedział, gdzie ją znaleźć. Albo kto ją porwał.
Majchrzak, jak zwykle skrupulatny, już dzwonił do centrali. Sikorski tymczasem podszedł do starego, zardzewiałego stołu, który stał w kącie hali. Pokryty był grubą warstwą kurzu, ale na jego powierzchni coś się wyróżniało. Delikatna, niemal niewidoczna rysa, jakby ktoś przejechał po nim czymś ostrym. Kawałek obok, leżała mała, poczerniała od brudu spinka do włosów. Zwykła, metalowa wsuwka, którą nosiły setki kobiet. Ale dla Sikorskiego, w tym momencie, była jak święty Graal.
Podniósł ją ostrożnie. Była zgięta, jakby użyto jej do czegoś więcej niż tylko podtrzymywania włosów. Może do podważenia czegoś? Albo… Sikorski zlustrował rysę na stole. Spinka idealnie pasowała do jej szerokości.
— Ktoś tu grzebał – mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. – Albo coś otwierał.
Z tyłu, gdzieś za rzędami dawnych maszyn do produkcji cukierków, dostrzegł wąskie, nieduże drzwi. Były zamknięte na starą, zardzewiałą kłódkę. Kłódkę, której ucho nosiło ślady niedawnego manipulowania. Ślady, które wyglądały, jakby ktoś próbował je rozwiercić lub otworzyć czymś cienkim i twardym. Na ziemi, pod drzwiami, leżało kilka malutkich, metalicznych opiłków.
Weronika. Studentka polonistyki. Wrażliwa dusza. Co robiła w tym zapomnianym miejscu, w środku nocy, próbując otworzyć starą kłódkę? I dlaczego to ją zabiło?
Sikorski poczuł, jak lodowaty dreszcz przebiega mu po plecach. Ta sprawa, na pierwszy rzut oka prosta, zaczynała nabierać dziwnego, niepokojącego kształtu. Zbrodnia nie była przypadkowa. Była związana z tym miejscem. Z tymi drzwiami. Z tym, co kryło się za nimi.
Wiedział, że aby dotrzeć do mordercy, będzie musiał otworzyć nie tylko tę kłódkę, ale i drzwi do mrocznej przeszłości, która w końcu dopadła Weronikę.
Sekret zamkniętych drzwi
Sikorski pochylił się nad kłódką. Rdza sypała się spod jego palców, brudząc opuszki. Wyglądała staro, niemal zabytkowo, ale ślady na jej uchu były świeże. Nie profesjonalne narzędzia, raczej coś doraźnego, improwizowanego. Ktoś próbował ją sforsować w pośpiechu.
— Majchrzak, wezwijcie ślusarza – powiedział, prostując się. – Te drzwi muszą zostać otwarte. I to natychmiast. — Ale komisarzu, może poczekamy na ekspertów? – Podinspektor nerwowo przestąpił z nogi na nogę. – Zacieramy ślady… — Ślady zostawił ten, kto próbował to otworzyć. My tylko idziemy za nimi. A czas leci, Majchrzak. Każda minuta to szansa, że ten, kto to zrobił, jest już na drugim końcu kraju.
Czekanie go drażniło. Czuł, jak pośpiech miesza się z frustracją. Obrazy zbrodni nawiedzały go zawsze, gdy sprawa stawała w miejscu. Widział Weronikę, jej szklane oko, i czuł ciężar tej drobinki brudu pod paznokciem. Co tam było? Co tak kurczowo trzymała?
Ślusarz przyjechał po blisko godzinie, wieczny optymista z twarzą naznaczoną zmęczeniem. Kłódka poddała się z cichym jękiem, jakby broniła dostępu do jakiegoś prastarego sekretu. Drzwi, ciężkie i skrzypiące, ustąpiły, odsłaniając ciemność.
Z wnętrza buchnęła fala zimnego, stęchłego powietrza, niosąca ze sobą zapach wilgoci, kurzu i czegoś jeszcze, czegoś dziwnego, słodkawego. Sikorski wyciągnął latarkę. Snop światła przeciął mrok, tańcząc po ścianach.
Pomieszczenie było niewielkie, przypominało biuro lub magazyn. Na środku stało stare, drewniane biurko, zawalone stertami zakurzonych papierów i pękniętych probówek. Na jednej ze ścian wisiała duża, stara mapa Polski, cała pokryta notatkami, podkreśleniami i kółkami. Wyglądała jak mapa skarbów, z zaznaczonymi punktami, które zdawały się tworzyć jakiś tajemniczy wzór.
Sikorski podszedł bliżej. Notatki były napisane odręcznie, drobnym, niemal kaligraficznym pismem. Daty, nazwy miejscowości, dziwne symbole przypominające alchemiczne znaki. Wśród nich, tu i tam, pojawiało się jedno nazwisko, powtarzające się niczym refren w mrocznej balladzie: "Profesor Stanisław Kowalski".
Imię i nazwisko ojca Weroniki.
Dreszcz przebiegł mu po plecach. Ta mapa. Te notatki. Probówki. Weronika musiała tu być, szukała czegoś. Albo kogoś. Jej ojca? Ale po co? I co to wszystko miało wspólnego z morderstwem?
Na biurku, pod stertą papierów, dostrzegł otwartą szkatułkę. Drewnianą, rzeźbioną w jakieś archaiczne wzory. W środku, wśród wysuszonych ziół i zapomnianych amuletów, leżała jedna, mała rzecz. Stary, zardzewiały klucz. Wyglądał, jakby pochodził z zamka w jakiejś bardzo starej skrzyni.
A obok niego, leżała karta. Zwykła, pocztowa kartka z widokiem na jakąś górską miejscowość. Ale na jej odwrocie, napisanym tym samym, kaligraficznym pismem, co notatki na mapie, znajdował się tylko jeden, enigmatyczny wers:
"Kto szuka prawdy, znajdzie tylko ból."
Sikorski poczuł, jak zaciska mu się gardło. Weronika nie była przypadkową ofiarą. Wiedziała zbyt wiele. Albo szukała czegoś, czego nie powinna była znaleźć. Coś, co jej ojciec, Profesor Stanisław Kowalski, skrzętnie ukrywał. I ten klucz… Do czego pasował?
Zostawił Majchrzaka z technikami, a sam wyszedł z biura. Potrzebował świeżego powietrza. Potrzebował pomyśleć. Układanka stawała się coraz bardziej złożona, a każda kolejna część wskazywała na mroczną, rodzinną tajemnicę.
Znikający ślad
Sikorski nie znosił, kiedy sprawy zaczynały przypominać labirynt. A ta, z każdą chwilą, stawała się gęstszym gąszczem ślepych zaułków i mylących tropów. Wrócił do hali głównej, gdzie technicy nadal pieczołowicie zbierali dowody. Patrzył na nich, na ich metodyczne ruchy, i nagle poczuł, że coś jest nie tak. Coś mu umykało.
Podszedł do miejsca, gdzie leżało ciało Weroniki. Technicy już je zabrali, pozostawiając tylko ciemny, nieregularny zarys na betonie. Przyklęknął, ignorując pył osiadający na spodniach. Jego wzrok spoczął na maleńkiej szczelinie w posadzce, tuż obok miejsca, gdzie spoczywała głowa ofiary. Coś tam było. Coś, co nie pasowało do reszty bałaganu.
Wsunął palec w szparę. Natrafił na opór. Delikatnie podważył i wyciągnął coś, co wyglądało na maleńki, zgnieciony koralik. Był matowy, w kolorze ciemnej, ziemistej czerwieni. Nie był to zwykły koralik. Przypominał raczej kawałek wysuszonej gliny.
— Majchrzak! – zawołał, a jego głos niósł się echem po pustej hali. – Miałeś coś pod paznokciem Weroniki?
Podinspektor podszedł, jego twarz wyrażała zmęczenie. — Tak, komisarzu. Drobinka ziemi, wysłaliśmy do laboratorium. Standardowa procedura. — Ta drobinka… Była sucha? Jakby zeschnięta? Majchrzak zmarszczył brwi. — Z tego, co pamiętam, tak. Dlaczego pytasz?
Sikorski otworzył dłoń, pokazując koralik. — Bo to nie była ziemia. To była glina. I to nie byle jaka.
W jego głowie nagle wszystko zaczęło się układać w przerażającą całość. Mapa. Alchemiczne symbole. Profesor Kowalski. I ten koralik. — Sprawdźcie, czy Weronika miała jakieś kontakty z… ludźmi zajmującymi się garncarstwem. Albo archeologią. Cokolwiek, co ma związek z ziemią, gliną, starożytnymi wyrobami. Natychmiast!
Majchrzak, widząc determinację w oczach Sikorskiego, kiwnął głową i ruszył do działania. Sikorski zaś, wpatrywał się w koralik. Poczuł, jak serce zaczyna mu bić mocniej. Weronika nie szukała informacji o ojcu. Nie tylko. Ona sama była częścią czegoś znacznie większego.
Nagle, w oddali, usłyszał stłumiony krzyk technika. Sikorski poderwał głowę. — Co tam? – rzucił. — Komisarzu! – głos technika był zduszony. – Proszę spojrzeć!
Sikorski ruszył w tamtą stronę. Technik stał przy jednej ze starych maszyn, tych, które kiedyś produkowały cukierki. Na jej boku, ledwo widoczne, bo przysypane kurzem, znajdowało się wydrapane słowo. Pojedyncze, wyryte spiesznie, ale wyraźnie:
"AMOROK"
Sikorski poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Amorok. To nie było słowo. To było anagram. Odwrotność. Ktoś celowo to tam napisał, licząc na to, że nikt nie zwróci uwagi. Tylko jedno słowo. Słowo, które, czytane od tyłu, stawało się kluczem do przerażającej prawdy.
KOROMA.
Nazwisko, które dręczyło go od lat, choć nigdy nie było oficjalnie powiązane z żadną nierozwiązaną sprawą. Nazwisko, które szeptały ulice w mrocznych legendach miejskich, o zaginionych dziewczynach i tajemniczych rytuałach. Legendach, które do tej pory uważał za bzdury.
Teraz, w opuszczonej fabryce cukierków, poczuł, że ta legenda staje się mroczną rzeczywistością. Koroma. Człowiek-duch, którego nikt nigdy nie widział, a którego cień unosił się nad najbardziej makabrycznymi, niewyjaśnionymi zbrodniami w regionie.
Weronika. Profesor Kowalski. Mapa. Koralik z gliny. I Amorok.
Sikorski poczuł lodowaty powiew na karku. To nie było zwykłe morderstwo. To był początek czegoś znacznie większego i bardziej złowrogiego. Coś, co ukrywało się w cieniu, od lat czekając na odpowiedni moment, by wyjść na światło dzienne. A Weronika, w swojej naiwności, zatańczyła na zbyt cienkiej linie.
Echoes z dna studni
Sikorski poczuł, jak w jego głowie rozbrzmiewa dzwon. Koroma. To nazwisko było jak cień, który od lat przesuwał się po obrzeżach policyjnych akt, nigdy nieuchwytny, zawsze obecny. Plotki, legendy, szeptane opowieści o zniknięciach, które nigdy nie miały oficjalnego rozwiązania. Teraz, w opuszczonej fabryce cukierków, ten cień nabierał realnych kształtów.
— Koroma – powtórzył cicho, niemal do siebie. Majchrzak, który właśnie wrócił z telefonem, spojrzał na niego pytająco. — Coś nie tak, komisarzu? — Wszystko jest nie tak, Majchrzak. To nie jest zwykłe morderstwo. To jest… – Sikorski zawahał się. Jak nazwać coś, co wykraczało poza zwykłą kryminalną logikę? – To jest pułapka.
Wskazał na napis "AMOROK" na maszynie. — Czytaj to od tyłu. Majchrzak zmarszczył czoło, mrucząc pod nosem. Po chwili jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. — Koroma… Ale to… To niemożliwe. To tylko legenda. — Legendy, Majchrzak, często mają swoje korzenie w prawdzie. A ta prawda, obawiam się, jest znacznie bardziej przerażająca, niż możemy sobie wyobrazić.
Sikorski podał mu koralik z gliny. — To też nie jest przypadek. Weronika, profesor Kowalski, ta mapa z alchemicznymi symbolami… To wszystko się łączy. Koroma to nie tylko nazwisko. To może być… nazwa czegoś. Sekty. Organizacji. Czegoś, co działa w cieniu od lat.
W jego umyśle zaczęły pojawiać się obrazy z dawnych, nierozwiązanych spraw. Zaginięcia młodych kobiet, które nigdy nie zostały odnalezione. Ciała, które nosiły dziwne, niewytłumaczalne ślady. Wszystko to, co do tej pory było odkładane na półkę "niewyjaśnione", nagle zaczęło pasować do jednego, mrocznego wzoru.
— Majchrzak, potrzebuję wszystkiego. Wszystkich akt zaginionych osób z ostatnich dwudziestu lat, które pasują do profilu Weroniki. Młode, inteligentne, często artystyczne dusze. I sprawdźcie, czy któryś z tych przypadków miał związek z jakąkolwiek formą… sztuki ziemi. Garncarstwa. Archeologii. Cokolwiek.
Majchrzak, choć wyraźnie zdezorientowany, skinął głową. Znał Sikorskiego. Wiedział, że gdy ten wpadał na trop, szedł za nim do samego końca, nawet jeśli prowadził on w najciemniejsze zakamarki ludzkiej psychiki.
Sikorski wrócił do ukrytego pomieszczenia. Mapa. Profesor Stanisław Kowalski. Ten klucz. Wiedział, że klucz nie pasuje do kłódki w tej fabryce. Musiał pasować do czegoś innego. Czegoś, co było równie stare i równie dobrze ukryte.
Wziął do ręki pocztówkę z enigmatycznym wersem. "Kto szuka prawdy, znajdzie tylko ból." Ten, kto to napisał, wiedział, co się stanie. Wiedział, że Weronika szukała. I że znalazła.
Nagle jego wzrok padł na jedną z probówek na biurku. Była pusta, ale na jej dnie, ledwo widoczny, znajdował się osad. Ciemny, niemal czarny. I ten słodkawy zapach, który unosił się w powietrzu. Nie był to zapach cukierków. Był to zapach… czegoś organicznego. Czegoś, co mogło być używane w rytuałach.
Sikorski poczuł, jak zimny pot oblewa mu kark. Profesor Stanisław Kowalski. Szanowany naukowiec. Co on robił w tym miejscu? I co miał wspólnego z Koromą? Czy Weronika odkryła coś, co jej ojciec ukrywał przez całe życie?
Wiedział, że aby rozwikłać tę zagadkę, będzie musiał zejść głębiej, niż kiedykolwiek. Do miejsca, gdzie prawda była tak mroczna, że mogła pochłonąć każdego, kto odważył się jej dotknąć. Do dna studni, z której wydobywały się echa dawnych zbrodni.
Przebudzenie w piwnicy
Sikorski nie zdążył nawet wydać rozkazu, by zbadać tajemniczy osad w probówce. Telefon w jego dłoni zawibrował wściekle. To Majchrzak. Głos podinspektora, zazwyczaj opanowany, teraz był przesycony paniką.
— Komisarzu! Musi pan tu być. Natychmiast!
Sikorski rzucił się w stronę drzwi. Wybiegł z pomieszczenia, zostawiając za sobą mrok i tajemnice ukrytego biura. Serce waliło mu jak młot. Czuł, że coś stało się właśnie teraz, w tej chwili, kiedy on sam był pochłonięty przeszłością.
Zobaczył ich przy głównym wejściu do fabryki. Dwóch techników, Majchrzak, a obok nich – coś, co sprawiło, że Sikorskiemu niemal ugięły się kolana. Zamiast kolejnego trupa, zamiast dalszych poszlak, na brudnej posadzce leżał mężczyzna. Był skulony, drżący, jego ciało trzęsło się w konwulsjach, a z ust wydobywały się niewyraźne, gardłowe dźwięki.
Był brudny, oszpecony, jego ubranie było podarte i cuchnęło stęchlizną. Wyglądał, jakby dopiero co wygrzebał się z jakiegoś grobu. Ale najstraszniejsze było jego spojrzenie. Oczy, choć obłąkane i pełne przerażenia, miały w sobie świadomość. Był żywy.
— Znaleźliśmy go… w piwnicy – wyjąkał jeden z techników. – Był przywiązany. Od środka. Jak tylko otworzyliśmy drzwi, zaczął krzyczeć… Ale jest w szoku, nic nie mówi.
Sikorski podszedł bliżej. Mężczyzna miał na sobie strzępy markowego, drogo wyglądającego garnituru. Ręce i nogi były posiniaczone od zaciśniętych lin. Na jego twarzy, pod warstwą brudu, widać było ślady krwi i zaschniętych łez.
I wtedy Sikorski dostrzegł to. Na nadgarstku mężczyzny, tuż pod mankietem podartej koszuli, widniał maleńki, świeży tatuaż. Kilka znaków. Jeden z nich, niemal identyczny z tym, który Weronika miała pod paznokciem. Symbol koralika z gliny.
Mężczyzna uniósł głowę, jego wzrok napotkał Sikorskiego. W jego oczach, na chwilę, zagościła iskra zrozumienia, a potem czysta, pierwotna groza. Wyciągnął drżącą dłoń w stronę komisarza, a jego usta otworzyły się w niemym krzyku. Nagle, z jego gardła wydobyły się słowa. Nie były to słowa zrozumiałej mowy. To był krzyk. Krzyk zwierzęcia, a zarazem dziecka. Krzyk czystego, niezrozumiałego strachu.
Sikorski poczuł, jak jego żołądek zaciska się w bolesnym skurczu. Wiedział, że to nie był przypadkowy więzień. To był klucz. Klucz, który sam się odnalazł. Ale kim on był? I co go łączyło z Koromą, Weroniką i Profesorem Kowalskim?
Majchrzak, blady jak ściana, wpatrywał się w mężczyznę. — Ale… to niemożliwe. Komisarzu… To… Sikorski dokończył za niego zdanie, czując, jak zimny dreszcz przebiega mu po kręgosłupie. — To Profesor Stanisław Kowalski.
Wiedział to. Pomimo brudu, szoku i upływu lat, rozpoznał rysy twarzy. Ojciec Weroniki. Profesor, który miał być w domu, szukający córki. Profesor, którego nazwisko widniało na tajemniczej mapie. Profesor, który teraz leżał u ich stóp, żywy, ale złamany, a jego nadgarstek nosił znak kultu.
To nie Koroma kazał go szukać. To Koroma ukrywał go przez te wszystkie lata.
Przebudzenie Demona
Sikorski nie czekał na zgodę. Odepchnął techników, którzy zdezorientowani patrzyli na profesora Kowalskiego. Liczyła się każda sekunda.
— Profesorze! Profesorze Kowalski! Słyszy mnie pan? – głos Sikorskiego był twardy, ale starał się, by przebił się przez mgłę szoku, w której tkwił starszy mężczyzna.
Kowalski, z wyrazem zwierzęcego przerażenia w oczach, próbował coś powiedzieć. Z jego ust wydobywały się tylko niezrozumiałe dźwięki, przerywane spazmatycznymi wdechami. Jego ciało drżało, jakby był w lodowatej wodzie. Sikorski wiedział, że musi go odizolować, zanim ktokolwiek inny go zobaczy – ten człowiek był kluczem do czegoś strasznego.
— Majchrzak! Karetka! Natychmiast! Ale nie do szpitala! Do tajnego ośrodka. Tylko my i personel medyczny. Żadnych dziennikarzy. Żadnych przecieków! I niech go uśpią, jak tylko karetka przyjedzie, inaczej nic z niego nie wyciągniemy.
Majchrzak, choć w szoku, ruszył do telefonu. Sikorski przyklęknął obok Kowalskiego, ignorując smród i brud. Złapał go za ramiona.
— Profesorze, Weronika… Pańska córka. Została znaleziona martwa. Tutaj.
Na samo imię córki, w oczach profesora zgasła resztka świadomości, zastąpiona pustką, a potem czystym, nienawistnym błyskiem. Zaczął drżeć jeszcze mocniej. Jego prawa dłoń, pomimo skrępowania, uniosła się nieznacznie, wskazując na coś w oddali. Na ciemny kąt hali, gdzie stały stare, zardzewiałe cysterny, używane kiedyś do przechowywania syropu.
— On… On… – wydobyło się z jego gardła. Sikorski wytężył słuch. — Kto? Kto "on", profesorze?
Kowalski, z trudem łapiąc oddech, wyszeptał jedno słowo. Słowo, które było jednocześnie imieniem i przepowiednią. Słowo, które sprawiło, że nawet Sikorskiemu zrobiło się zimno.
„Azazel…”
Nie Koroma. Nie człowiek. Demon. Pradawna istota. Legenda, o której szeptano tylko w najmroczniejszych, okultystycznych księgach. A profesor Kowalski, naukowiec, szanowany polonista, właśnie wypowiedział jego imię.
To nie był przypadek, że Weronika tu trafiła. To nie był zwykły spór rodzinny ani banalna zemsta. To było coś znacznie starszego i bardziej przerażającego, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Profesor Kowalski nie był ofiarą Koromy. Był jego więźniem. A Koroma… Koroma był tylko sługą. Pachołkiem, który służył czemuś potężniejszemu.
Sikorski cofnął się, patrząc na drżące ciało profesora. Ten człowiek, skryty w tej opuszczonej fabryce przez lata, był kluczem nie tylko do zabójstwa Weroniki, ale do czegoś, co wykraczało poza jego rozumienie. Koralik z gliny, mapa z symbolicznymi znakami, stary klucz – wszystko to nagle nabrało nowego, przerażającego znaczenia.
Azazel. Demon pustyni. Upadły anioł. Jakim cudem naukowiec z uniwersytetu był z tym związany? I dlaczego to Weronika, jego córka, musiała zapłacić najwyższą cenę?
Sikorski poczuł znajomy ucisk w żołądku. Ta sprawa miała go wessać w otchłań, z której nie będzie ucieczki. Wiedział, że aby rozwikłać śmierć Weroniki, będzie musiał stawić czoła nie tylko ludzkiemu złu, ale czemuś znacznie starszemu i bardziej nieuchwytnemu. Czuł, że ta fabryka, te mury, były jedynie kurtyną skrywającą prawdziwą grozę. A on, Komisarz Sikorski, właśnie otworzył tę kurtynę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania