Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Ostatni Strażnik - prolog

*Ostatni Strażnik jest drugą częścią historii, która zaczyna się opowiadaniem Pamięć Pustkowia.

_____________________________________________

 

Krew spływała powoli leniwym nurtem rzeki. Zmącona wcześniej tafla wody uspokoiła się i ukazała odbicie, przeglądającej się w niej osoby. Ciemnowłosa dziewczyna o wyrazistych rysach twarzy z przejęciem dotykała nosa, skupiając na nim całą uwagę. Uwagę, której w ogóle nie poświęcała leżącym obok zwłokom.

 

Lorien pokręcił z niedowierzaniem głową. Zawsze uważał, że Elisa nie była do końca normalna. Wspólna podróż tylko go w tym utwierdziła.

 

Trącił butem głowę zmarłego, przyglądając się jego pomazanej na czerwono, pokrytej tatuażami twarzy oraz kościanym ozdobom wplecionym we włosy.

 

- Chcę mieć mniejszy nos! - odezwała się dziewczyna.

 

- Po chuj ci mniejszy nos? - zapytał.

 

- Mój jest za duży. Nie podoba mi się.

 

Lorien podniósł wzrok znad trupa i przyjrzał się towarzyszce.

 

Może jest dość spory, ale nadaje jej uroku. No dobra, z tym urokiem to może lekko przesadziłem - pomyślał.

 

Promienie jesiennego słońca mieniły się blaskiem w jej włosach, a smukła sylwetka przyciągała wzrok. Niestety posiadała charakter, zupełnie niepasujący do miłego dla oka wyglądu.

 

- Poproś Weresa, żeby cię pocałował - odezwał się.

 

- Hee?

 

- Pamiętasz tę legendę, o wstrętnym ogrze i pięknej księżniczce? Księżniczka chyba nie za dobrze widziała na paczoły, bo zakochała się w nim, pomimo że ryj miał szpetny, jakby ktoś nim w mur trzaskał od urodzenia.

 

- W jego dobrym sercu się zakochała.

 

- Niech będzie, że w sercu. W każdym razie gdy w końcu go pocałowała, to ten zamienił się nagle w pięknego księcia.

 

- I co z tego?

 

- Może jak ciebie pocałuje nasz książę to też zamienisz się z ogra w piękną księżni....

 

Lorien nie skończył, zmuszony uskoczyć przed lecącym sztyletem.

 

- Wariatka.

 

- Cham.

 

Chłopak, upewniwszy się, że jego życiu nic już nie zagraża, pochylił się znów nad zwłokami.

 

- Zobacz lepiej jakie ma urocze ozdóbki zaplątane w kudły. Będzie ci pięknie z tymi kosteczkami - powiedział i zanurzył palce w świeżej krwi. Uniósł dłoń i zaczął rozsmarowywać ją po swojej twarzy.

 

- Ochyda - stwierdziła Elisa, choć w jej głosie na próżno by szukać obrzydzenia.

 

Podeszła do drugich zwłok, leżących kawałek dalej i zaczęła zdejmować z nich kożuch śmierdzący krwią, niemytym ciałem i dymem. Zarzuciła go na siebie z obojętnością kogoś, kto wychowywał się na ulicy. Skrzywiła się tylko podczas wplatania we włosy fragmentu ludzkiej żuchwy. Na jej widok Lorien nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.

 

- Powinnaś zabrać sobie tę szczękę na pamiątkę. Pasuje ci - wyrzucił z siebie, krztusząc się ze śmiechu.

 

- Zamknij się idioto, sam nie wyglądasz lepiej.

 

Lorien wyszczerzył się, związując czarne włosy na czubku głowy i wtykając weń kosteczki ludzkiej ręki.

 

Po chwili zaciągnęli zwłoki w krzaki i bez większego przekonania przykryli je warstwą wyschniętych liści.

 

- Dobra, czas coś zjeść - stwierdził chłopak.

 

- Nie wierzę, znowu?

 

Lorien wzruszył ramionami. Gdyby tylko mógł, jadłby na okrągło. Nie miał pojęcia, jakim cudem wciąż pozostawał taki żylasty. Może miało to związek z jego dzieciństwem? Odkąd pamiętał, zawsze był głodny. Szczurze truchła i zgniłe kartofle umożliwiały mu jedynie balansowanie na granicy życia i śmierci.

 

W końcu wpadł na próbie kradzieży. Miał szczęście, że jego niedoszłą ofiarą okazał się Sinas, królewski mag. Czarodziej złapał go za łachy na karku, jak jakiegoś niegrzecznego kociaka, przerzucił przez konia i zawiózł do Gildii Asasynów. Przynajmniej od tego czasu Lorien więcej nie głodował.

 

Przemieścili się na skraj drzew i schowani w gęstych krzakach obserwowali cel.

 

- Nienawidzę lasu - burczała Elisa, poprawiając zsuwającą się na czoło żuchwę.

 

- Mhm - odburknął Lorien, przeżuwając pasek suszonej wołowiny.

 

Rzucił szybkie spojrzenie na towarzyszkę i wrócił do śledzenia wzrokiem toczącego się po drodze wozu, otoczonego oddziałem zbrojnych. Oni sami trafili tutaj, po śladach poprzedniego transportu.

 

- Nie rozumiem, po co król wysłał zlecenie do gildii, na wykonanie zwykłego zwiadu. I to w dodatku na jakiś zadupiałych rubieżach - marudziła.

 

- Własnych zwiadowców też wysyłał, ale żadni nie wrócili - wyjaśnił, jak tylko przełknął kawałek mięsa.

 

- Amatorzy.

 

Wóz dojechał wreszcie do wejścia od jaskini, którą obserwowali już drugi dzień. Na zewnątrz wysypało się sporo tych dziwaków z ludzkimi szczątkami we włosach i sprawnie przejęli grupę jeńców.

 

Jesienny dzień nie trwał zbyt długo i wkrótce zapadł zmrok. Lorien podniósł się i ruszył cicho przed siebie. Wiedział, że Elisa jest tuż za nim.

 

Dla dwójki wyszkolonych zabójców przeniknięcie do wnętrza jaskini nie stanowiło problemu. Większość napotkanych osób nie zwracała uwagi na dwie postacie, idące zdecydowanym krokiem środkiem drogi. Ich nieznane nikomu twarze, zakrywał cień.

 

Przyszedł jednak moment, kiedy musieli sięgnąć po broń. Przemieszczając się jednym z szerszych korytarzy, wyszli naprzeciw niewielkiego oddziału uzbrojonych mężczyzn. Dowodzący grupą niósł nad głowę pochodnię. Jej blask padł na twarz przechodzącej obok Elisy.

 

- Mainn bhaalsuulell? Demhar sain bharlote nayparsalell? - Padło pytanie, którego para zabójców nie zrozumiała, ani tym bardziej nie umiała na nie odpowiedzieć. Niestety oboje znali tylko jeden z dialektów, którym posługiwały się plemiona i nie był to ten, w którym przemówił mężczyzna.

 

Lorien nie czekał. Jego zmysły wyostrzyły się, kiedy wchodził w trans. W mroku jaskini czerń pokrywająca jego oczy pozostawała niewidoczna. Błyskawicznym ruchem wyciągnął nóż, by w następnej sekundzie zagłębić go w szyi pytającego. Płynnym ruchem dopadł kolejnego. Trysnęła krew. Z dławiących się krwią gardeł wydobył się charkot.

 

Pozostali zdążyli dobyć już broni. Nie zdała im się na nic. Lorien zanurkował pod dzierżącym topór ramieniem i wbił ostrze pomiędzy żebra. Urywany krzyk. Metaliczny zapach. Wyszarpnął nóż i rzucił nim znad ramienia umierającego człowieka. Wąskie ostrze wbiło się w oczodół, dosięgając mózgu. Smuga cienia. Krzyk bólu. Elisa wykończyła właśnie ostatniego z przeciwników. Ogień leżącej na ziemi pochodni zamigotał i zgasł.

 

- Trzeba by ich gdzieś upchnąć - westchnął Lorien, wychodząc z transu.

 

Odpowiedział mu zniechęcony pomruk Elisy, poprawiającej żuchwę we włosach.

 

Chwilę zajęło im, zanim uporali się ze zwłokami i ruszyli dalej. Nie wiedzieli, ile czasu kluczyli chodnikami jaskini. Wybierali te, na których spotykali ślady ludzi, unikając tych pustych, cichych i ginących w mroku. W pewnym momencie doleciały do nich dalekie krzyki. Spojrzeli po sobie i ruszyli w tamtą stronę. W oddali zamigotał blask pochodni.

 

Odgłosy stawały się coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Oprócz wrzasków bólu i przerażenia mogli rozpoznać chór jednostajnych głosów, powtarzających nieznane im słowa. Gdy byli już dostatecznie blisko wylotu korytarza, zwolnili i ostrożnie wyjrzeli na zewnątrz.

 

Mieli szczęście. Chodnik kończył się wysoko w ścianie wielkiej, podziemnej komnaty, dając im doskonały widok na to, co działo się poniżej. Wykute w kamieniu schody prowadziły w dół, ale oni się cofnęli. Ukryci w cieniu, obserwowali wydarzenia.

 

Komnatę wypełniał tłum ludzi. Blask ognia oświetlał umazane krwią twarze i kościane ozdoby. Byli tam mężczyźni, kobiety, nawet dzieci. Powtarzając rytmicznie monotonne słowa, wpatrywali się w coś, co przypominało kamienny ołtarz. Obok niego stała postać w długich, podbitych futrem szatach. Na szyi miała naszyjnik z dziecięcych czaszek. W twarzy umazanej szkarłatem błyskały białka oczu. Postać przemawiała głosem pełnym uniesienia, wyciągając w górę zakrwawione ręce.

 

Uwagę zabójcy przykuł jednak człowiek, stojący z tyłu za kapłanem. Skrywał on twarz pod kapturem zupełnie zwyczajnego podróżnego płaszcza. Płaszcza, których wiele widywało się na drogach Istengardu lub Trovii, ale nie na rubieżach. Człowiek ten stał z ramionami skrzyżowanymi na piersi i nieniepokojony przez nikogo spokojnie przyglądał się sytuacji.

 

Szamotania i krzyk znów zwróciła uwagę Loriena na ołtarz. Pomocnicy kapłana rozciągali na nim krzyczącego z przerażenia człowieka. Nóż opadł, krzyk się urwał.

 

Zabójca docenił profesjonalizm ciosu. Ostrze wbiło się w brzuch, przecięło przeponę, dosięgnęło serca. Ściekającą krew popłynęła rowkami wyżłobionymi w karmieniu. Zabarwiła znaki wyryte wokół ołtarza. Chłopak przyjrzał się uważniej. Dopiero po chwili zorientował się, na co patrzy. Na wyrysowany w skale ogromny pentagram, powoli zapełniający się krwią ofiar. Teraz nabrał już pewności, że cokolwiek się tutaj działo, król musiał się o tym dowiedzieć.

 

Nagle przeszył go niepokój. Niepokój nie będący efektem rozgrywającej się w dole sceny. W swoim krótkim życiu Lorien naoglądał się już zbyt wiele nieszczęść i śmierci. Do zbyt wielu sam się przyczynił, aby miał nim wstrząsnąć podobny widok.

 

Niepokój, który czuł, który ścinał jego krew, napinał mięśnie, przyspieszał oddech, brał się skądinąd. Chłopak rozejrzał się. Byli dobrze ukryci, niewidoczni w półmroku. Niemożliwe, aby ktokolwiek ich dostrzegł. A jednak niepokój był i wciąż narastał, wywoływany przeczuciem zbliżającego się niebezpieczeństwa.

 

Zabójca dotknął ramienia towarzyszki, dając jej sygnał do odwrotu. Przez lata nauczył się ufać swojej intuicji. Popatrzyła na niego, marszcząc brwi i pokręciła głową. Na nowo utkwiła wzrok w rozgrywającej się w dole scenie. Lorien zgrzytnął zębami i podążył za jej spojrzeniem.

 

Dwóch rosłych mężczyzn prowadziło do kamiennego ołtarza szamoczącą się, przerażoną ofiarę. Chude ramiona starszej kobiety, zgniatane w potężnym uścisku oprawców. Grymas bólu, skowyt przerażenia. Chłopak patrzył, jak wloką ją i rzucają na kamień, niczym ochłap mięsa. Sprawnie przytrzymują. Z ust wyrwał się krzyk. Rozpaczliwa prośba o pomoc. O zmiłowanie. Błysnęło ostrze. Krzyk urwał się, przeszedł w rzężenie. Kapłan odłożył nóż i wcisnął dłoń w ranę. Wyszarpnął bijące serce. Uniósł je, a jego ręce zabarwiły się szkarłatem. Krew ściekała również z ołtarza, płynęła wyrytymi w kamieniu rowkami, coraz bardziej wypełniając wyrysowany na posadzce pentagram.

 

Kapłan odwrócił się w kierunku skrytej pod kapturem postaci. Lecz postać ta nie patrzyła na niego. Spoglądała w górę.

 

Lorien zesztywniał. Jego serce zaczęło bić szaleńczym tempem. Czuł narastające przerażenie. On, doskonale wyszkolony zabójca, bał się, czując utkwiony w sobie wzrok kogoś, kto nie miał prawa go dojrzeć. Bał się i nie mógł poruszyć. Jego ciało nie należało już do niego. Zawładnęła nim obca magia.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • JamCi 4 miesiące temu
    Czemu ten tekst taki rozstrzelony? Ciężko się czyta w ten sposób.
  • OsMiornicaDave 4 miesiące temu
    Wklejałam z Wattpada i tak wyszło.
  • JamCi 4 miesiące temu
    OsMiornicaDave można sobie zedytować i wtedy będzie bardziej przyjazne dla czytelnika.
  • OsMiornicaDave 4 miesiące temu
    JamCi wcześniej nie było tego problemu, więc nie zwróciłam na to uwagi. Zajmę się tym, jak znajdę chwilę.
  • JamCi 4 miesiące temu
    OsMiornicaDave będzie z korzyścią, tak myślę. Powodzenia :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania