OSTATNIA LINIA

Do dziś nie wiem, czy to był sen, czy jawa.

Przez długi czas próbowałem sobie wmówić, że to przemęczenie. Że człowiek po prostu potrafi czasem zobaczyć coś dziwnego, zwłaszcza kiedy przez kilka tygodni żyje praktycznie tylko pracą, kawą i powrotami nocnymi autobusami.

Ale im więcej czasu mija, tym mniej jestem tego pewny.

Bo są rzeczy, których nie da się tak po prostu zapomnieć.

A ja pamiętam tamtą noc zbyt dokładnie. Każdy szczegół. Każde światło. Każdy dźwięk.

A może właśnie brak dźwięku.

Był taki okres w moim życiu, kiedy wracałem do domu ostatnim kursem. Prawie codziennie.

Praca w OFF Piotrkowska przeciągała się regularnie. Najpierw wydawało mi się to nawet w pewnym sensie dorosłe. Wiesz... zostawanie po godzinach, ważne spotkania, telefony po dwudziestej drugiej. Człowiek miał wrażenie, że bierze udział w czymś istotnym.

Z czasem zaczęło to wyglądać mniej ambitnie. A bardziej jak powolne znikanie z własnego życia.

Wracałem nocą. Spałem za krótko. Rano kawa. Potem druga. trzecia. I znowu to samo.

Listopad tylko to pogarszał.

To był ten rodzaj listopada, który w Łodzi wydaje się ciągnąć bez końca. Miasto wygląda wtedy tak, jakby ktoś zmniejszył kontrast całemu światu.

Mokre chodniki. Wilgoć w powietrzu. Światła rozmazujące się na szybach tramwajów.

Ludzie chodzą szybciej. Nie patrzą sobie w oczy. Jakby każdy próbował jak najszybciej dostać się do domu i przeczekać do wiosny.

Tamtego dnia zostałem wyjątkowo długo. Pamiętam jeszcze światło monitora odbijające się w pustym biurze. Ktoś wcześniej zostawił niedopitą kawę. Ekspres co chwilę wydawał z siebie jakiś mechaniczny trzask.

Dopiero kiedy spojrzałem na godzinę, dotarło do mnie, że jeśli nie wyjdę teraz, zostaną mi już tylko nocne

I właśnie wtedy powinienem był zostać.

Albo zamówić taksówkę.

Albo po prostu wrócić pieszo.

Ale człowiek nie myśli w ten sposób, kiedy jeszcze nie wie, że za chwilę wydarzy się coś dziwnego.

Wyszedłem z OFF-a.

Piotrkowska była prawie pusta. Deszcz już nie padał, ale wszystko nadal było mokre. Kałuże odbijały czerwone i niebieskie światła reklam. Z daleka słyszałem tramwaj. Taki metaliczny zgrzyt, który nocą niesie się przez całe miasto.

Na przystanku przy Traugutta stały tylko dwie osoby. Starsza kobieta. I chłopak w ciemnym kapturze. Kobieta trzymała materiałową torbę i patrzyła gdzieś przed siebie. Nawet raz się nie poruszyła.

Za to chłopak niemal nie odrywał wzroku od telefonu. Wpatrywał się w ekran z taką intensywnością, jakby czekał na wiadomość, która miała zmienić całe jego życie.

Stanąłem kawałek dalej.

Pamiętam, że było bardzo cicho. Za cicho.

Nawet centrum Łodzi nigdy nie jest aż tak puste.

Po chwili zobaczyłem światła autobusu. Linia 80. Mój standardowy powrót.

Autobus podjechał punktualnie.

Jak zawsze.

I nawet wtedy wydawało mi się to trochę dziwne. Bo po dwudziestej trzeciej nic już nie działa idealnie. Zawsze coś się spóźnia. Coś nie przyjeżdża. Ktoś się kłóci.

A tutaj wszystko wyglądało wręcz nienaturalnie normalnie.

Drzwi otworzyły się z charakterystycznym syknięciem. W środku było ciepło. Pachniało mokrymi kurtkami i starym ogrzewaniem.

Wsiadłem i Usiadłem przy oknie.

Zawsze siadam przy oknie.

Nigdy się nad tym wcześniej nie zastanawiałem. Może człowiek potrzebuje wtedy mieć poczucie, że świat nadal się porusza. Że coś jeszcze istnieje poza pracą i zmęczeniem.

Autobus ruszył.

Miasto zaczęło przesuwać się za szybą. Znane sklepy. Znane światła. Znane skrzyżowania.

Przez pierwsze kilka minut wszystko było normalne.

A potem zatrzymaliśmy się na przystanku, którego nie znałem.

Najpierw pomyślałem, że po prostu nigdy wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi. W końcu nocą wszystkie miejsca zaczynają wyglądać podobnie.

Ale coś się nie zgadzało.

Tablica była całkowicie biała. Bez nazwy. Bez rozkładu. Bez numerów linii.

Jakby ktoś wyciął cały przystanek z rzeczywistości.

Drzwi się otworzyły.

Nikt nie wysiadł. Nikt nie wsiadł.

Autobus ruszył dalej.

Spojrzałem na kierowcę w lusterku. Siedział spokojnie. Jakby wszystko było dokładnie tak, jak powinno.

Pomyślałem, że może to objazd. Remont. Awaria. Cokolwiek.

Ale kilka minut później zobaczyłem kolejny taki sam przystanek.

Pusty. Biały. Bez nazwy.

I wtedy pierwszy raz poczułem coś dziwnego.

Nie strach. Jeszcze nie.

Bardziej takie uczucie, które pojawia się, kiedy człowiek orientuje się, że coś jest nie tak, ale jego mózg jeszcze rozpaczliwie próbuje znaleźć logiczne wyjaśnienie.

Autobus zatrzymał się ponownie.

Spojrzałem na pasażerów.

I dopiero wtedy zauważyłem, że starszej kobiety już nie ma.

Chłopaka w kapturze też.

Zostałem sam.

Pamiętam bardzo dokładnie ten moment. Bo nagle cały autobus wydał mi się większy. Dłuższy. Pustszy.

Jakby między siedzeniami było więcej miejsca niż wcześniej.

Autobus skręcił w Piłsudskiego.

Za oknem przesuwały się budynki. Stare kamienice. Nowe bloki. Reklamy.

Ale wszystko wyglądało inaczej.

Ciszej.

Jakby ktoś wyciął z miasta cały dźwięk.

Wtedy usłyszałem stuknięcie z przodu.

Spojrzałem w stronę kierowcy.

Najpierw poruszyło się lusterko. Potem jego ramię.

A później bardzo powoli zaczął odwracać głowę.

Nie całkiem.

Tylko na tyle, żeby spojrzeć na mnie przez odbicie.

I wtedy zobaczyłem jego twarz.

Była nieostra.

Nie rozmazana.

Raczej jakby niedokończona. Jakby ktoś stworzył człowieka i zapomniał dodać szczegóły.

Momentalnie odwróciłem wzrok.

Poczułem zimno. Takie prawdziwe. Nie z pogody.

Autobus znów się zatrzymał.

Tym razem spojrzałem za okno.

Przystanek przy ulicy Sarniej.

Stał tam człowiek.

Nieruchomo.

Patrzył prosto na mnie.

Nawet nie wiem, dlaczego od razu wiedziałem, że patrzy właśnie na mnie. Może dlatego, że nie poruszał się ani o centymetr.

Drzwi autobusu otworzyły się.

Nikt nie wysiadł.

Ale przez sekundę miałem wrażenie, że ten człowiek stoi bliżej niż przed chwilą.

Jakby rzeczywistość nagle przeskoczyła. Jak źle zmontowany film.

Zamknąłem oczy.

Policzyłem do pięciu.

Kiedy je otworzyłem, przystanek był pusty.

A autobus ruszył dalej.

I wtedy zauważyłem napis na szybie.

Nie wiem, kiedy się tam pojawił.

Ani czym został napisany.

Ale litery były wyraźne.

„Następny przystanek już był”.

Zamarłem.

Rozejrzałem się.

Nikogo.

Tylko pusty autobus i światła miasta przesuwające się za oknem.

A właściwie już nie miasta.

Bo po chwili zauważyłem, że osiedla zaczynają znikać.

Między światłami była tylko ciemność.

Nie ulice. Nie parki. Nie budynki.

Ciemność.

Jakby Łódź kończyła się kilka metrów poza trasą autobusu.

Autobus zwolnił.

I zatrzymał się.

Drzwi otworzyły się.

Tym razem nie było przystanku.

Tylko asfalt.

I kompletna cisza.

Spojrzałem na kierowcę.

Jego głowa była już całkowicie odwrócona w moją stronę.

I wtedy zrozumiałem, że nie ma oczu.

Nie pustych oczodołów.

Po prostu nic.

Żadnego spojrzenia. Nic ludzkiego.

Wtedy z tyłu autobusu pierwszy raz odezwał się głos.

- To twoja linia.

Odwróciłem się gwałtownie.

Na ostatnim siedzeniu siedział chłopak w kapturze. Ten sam.

Nie słyszałem nawet, kiedy wrócił.

Siedział spokojnie. Jakby czekał tam od dawna.

- Co to znaczy? - zapytałem.

- Wysiadasz tutaj.

- Gdzie jesteśmy?

Przez chwilę milczał.

- Na ostatnim przystanku, który pamiętasz.

Autobus stał nieruchomo. Silnika już nie było słychać.

Miałem wrażenie, że cały świat wokół przestał istnieć.

- A jeśli nie wysiądę?

Chłopak spojrzał na mnie spokojnie.

- Wtedy wrócisz do miasta.

Zawahał się.

- Ale bez siebie.

Nie wiem dlaczego, ale uwierzyłem mu natychmiast.

Drzwi były otwarte.

Na zewnątrz nie było wiatru. Nie było żadnych dźwięków.

Tylko ta idealna, nienaturalna cisza.

Wstałem.

Czułem, jak drżą mi ręce.

Zrobiłem krok.

Potem drugi.

I wysiadłem.

Drzwi zamknęły się bezdźwięcznie.

Autobus ruszył.

I dopiero wtedy znowu usłyszałem normalny dźwięk silnika.

Miejski. Zwyczajny.

Jak każdy nocny autobus.

Stałem sam na pustej ulicy.

I pierwszy raz miałem wrażenie, że to miejsce zna mnie lepiej, niż ja znam je.

Jakby czekało na mnie od bardzo dawna.

Powoli rozejrzałem się dookoła.

I wtedy zrozumiałem.

Nie byłem na Piotrkowskiej. Ani w okolicy osiedla Widzew.

Ale znałem tę ulicę.

Doskonale.

Tyle że ona już nie istniała.

Część budynków dawno wyburzono.

W tym moją kamienicę z dzieciństwa.

Powoli odwróciłem głowę.

Rząd kamienic stał dokładnie tam, gdzie powinien.

W kilku oknach paliło się światło.

Na trzecim piętrze ktoś powoli odsunął firankę.

Najpierw zobaczyłem tylko cień.

Potem twarz.

Chłopiec. Może dziesięcioletni.

Stał nieruchomo przy oknie i patrzył prosto na mnie.

Nie machał.

Nie wyglądał na przestraszonego.

Jakby wiedział, że tam stoję.

Jakby czekał.

Poczułem ucisk w żołądku.

Bo znałem to mieszkanie.

Pokój po lewej stronie należał kiedyś do mnie.

Pamiętałem dokładnie układ mebli.

Biurko pod oknem.

Stary dywan.

Lampkę nocną w kształcie księżyca.

I wtedy chłopiec zrobił coś, czego nie zapomnę chyba do końca życia.

Podniósł rękę.

I dotknął dłonią szyby dokładnie w miejscu, w którym ja jako dziecko zawsze obserwowałem ulicę.

Zamarłem.

Bo dopiero wtedy zrozumiałem, że patrzę na samego siebie.

Autobus zniknął za zakrętem.

A światło w mieszkaniu nagle zgasło.

Cała kamienica pogrążyła się w ciemności.

I przysięgam…

przez krótką chwilę miałem wrażenie, że ktoś stoi tuż obok mnie.

Tuż poza zasięgiem wzroku.

I wtedy poczułem ogromny ból rozchodzący się w skroni...

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • M.R. Gabriel godzinę temu

    Masz ciekawą wyobraźnię, budujesz interesującą atmosferę niepokoju i niedopowiedzeń. Odnoszę jedynie wrażenie, że tekst mógłby być bardziej zwarty i krótszy, ponieważ długi czas krążysz wokół nienormalnej, dziwnej normalności. Można by urozmaicić ten fragment. Sam zmagam się z tym, by pisać konkretnie i w punkt. Życzę powodzenia, ponieważ ciąg dalszy zapowiada się obiecująco, bo rozumiem że jest to fragment jakiejś powstałej, bądź powstającej całości?

  • swiat_w_perspektywie godzinę temu

    dzięki za konstruktywny komentarz :) Jestem bardzo wdzięczny. Na razie jest to pojedyncza creepypastowa opowieść, która miała skończyć się z niedopowiedzeniem. Aczkolwiek, może pociągnę to dalej. Na razie jestem an etapie budowania pojedyńczych mniejszych opowieści. Część z nich mam opartych na prawdziwych relacjach, ale ubrane w głębszą opowieść. A niektóre z nich będą, czy są w pełni wymyślone.
    Na razie testuję kierunki i sposoby przekazania pewnych treści. Dlatego Twój komentarz jest mi abrdzo pomocny :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania