Ostatnia Rozmowa
Drzwi do mieszkania numer dwanaście były zamknięte. Wiem to, gdyż przed chwilą zakluczyłem je, powróciwszy z kolejnego mozolnego dnia pracy.
Pojedyncza lampa w przedsionku wciąż wyczekiwała dnia, gdy wreszcie zabiorę się za wymianę żarówki. Już od tygodni nie rzucała światła na zimne pomieszczenie.
Ale nic nie szkodzi. Moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, jaką niosła ze sobą pora wieczorna.
W mieszkaniu było cicho. Nazbyt wręcz. W moich uszach wybrzmiewał pojedynczy dźwięk, bicie mojego własnego serca. Był to jedyny argument, który utrzymywał mnie przy przekonaniu, że wciąż nie odszedłem z tego świata.
Zamykając oczy, rozkoszowałem się chwilą bezkresnej ciszy. Po chaotycznej zmianie, spędzonej na kasie w sklepie spożywczym, usytuowanym siedem minut od mojego bloku mieszkalnego, ten moment wydawał się wybawieniem.
Na myśl o godzinach pracy, w mojej głowie zaczęła roznosić się irytująca melodia, która rozbrzmiewała w sklepie za każdym razem, gdy klienci opuszczali lokal bądź przychodzili z wizytą.
Przez pewien czas starałem się odciąć od tego dźwięku, lecz po chwili zdałem sobie sprawę, że to wcale nie był dzwonek do drzwi.
Dzwonił telefon.
Czerwony model RWT stał na ciemnej dębowej komodzie obok mnie. Nigdy nie interesowało mnie, dlaczego kierownik sklepu wybrał tę specyficzną melodię. W tamtej chwili również nie zamierzałem rozmyślać nad tą decyzją mojego szefa. Podniosłem słuchawkę i przyłożyłem ją do ucha.
- Halo?
- Witam. Z kim mam przyjemność rozmawiać? — Odrzekł niskim głosem chłopak po drugiej stronie linii. Nie miałem pojęcia, kim był.
- Słucham? - Zapytałem, skonfundowany.
- Z kim mam przyjemność rozmawiać? — Powtórzył młodzieniec.
- Zrozumiałem. Nie musi Pan powtarzać tego kolejny raz. - Złapałem się za grzbiet nosa w akcie poirytowania. Westchnąłem głęboko i kontynuowałem. - Kim Pan jest?
Cisza.
Sekunda, dwie, trzy.
Po drugiej stronie połączenia słyszalne były jedynie długie, głębokie oddechy, przyprawiające mnie o dreszcze.
Odłożyłem słuchawkę na jej wyznaczone miejsce. Odczekałem kilka sekund, spodziewając się, że osoba oddzwoni, jednak tak się nie stało. Ciężko wypuściłem z płuc zalegające w nich powietrze. Ze stóp zdjąłem obuwie i odwiesiwszy płaszcz, chwyciłem za klamkę drzwi, które prowadziły do skromnego salonu.
W tamtej sekundzie wśród głuchej ciszy wybrzmiał dźwięk telefonu.
Odwróciłem się gwałtownie i chwyciłem za słuchawkę. Chłopak po drugiej stronie rozmowy odezwał się.
- Z kim mam…
- Do cholery… na imię mam Grzegorz Miciński. Czego ode mnie chcesz?
- Ach, dobrze. - Odpowiedział z lekką ulgą. W tle słyszałem dźwięk przewracania kartek. - Dodzwoniłem się do Pana Micińskiego, tak?
- Niech pan przejdzie do rzeczy, zanim…
- Czy jest Pan.. - Chłopak zawahał się. - Przepraszam, czy był Pan mężem Pani Beaty Micińskiej?- Moje serce przyspieszyło. Ostatnim razem to imię wypowiedziane zostało przy mnie w dniu jej pogrzebu.
- To jakiś żart? - Zacisnąłem palce na słuchawce. Nie wiedziałem skąd ten chłopak tyle wiedział o moim życiu.
- W żadnym wypadku. Należę do wolontariackiego programu „Niebiański Telefon”, a Pan jest wpisany jako odbiorca przekazanej nam wiadomości.
Nie odpowiedziałem mu, jednak postanowiłem nie opierać się mej skrytej ciekawości. Chłopak wydawał się wiedzieć zbyt dużo, żeby cała ta sytuacja finalnie skończyła się na tym, iż osoba z którą rozmawiałem, będzie starała się sprzedać mi mieszkanie.
- Otrzymał pan list od swojego syna. Pozwolę sobie go Panu przeczytać. - Odchrząknął i począł recytować wyryte na kartce papieru słowa. - „Cześć, Tato. Nie jestem pewien czy ta wiadomość do ciebie dotrze, ale chciałbym wierzyć że tak się stanie. Nie będę się rozpisywał, jednak chciałem żebyś wiedział, że to nie twoja wina. Byłeś wspaniałym ojcem i dziękuję, że zawsze starałeś się mi pomóc i mnie uszczęśliwić, pomimo samobójstwa Mamy. Dziękuję ci, naprawdę. I przepraszam. Za to, że nie byłem idealnym synem, ani wsparciem. Czy za to, że Ja również nie potrafiłem zostać. Kocham cię. Mama każe przekazać to samo.”
Odłożyłem słuchawkę, przerywając sygnał. Chwyciłem za klamkę drzwi prowadzących do salonu i pociągnąłem za nią.
Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz, gdy przekroczyłem krawędź przedsionka. Zapach porannej kawy wciąż unosił się w pomieszczeniu. Musiałem zostawić kubki na stoliku zanim wyszedłem do pracy.
Srebrne promienie księżyca przebijały się spomiędzy firan. Podkreślały one martwe ciało mojego syna, wiszące nad stolikiem, przy którym jeszcze dziś rano razem jedliśmy śniadanie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania