Poprzednie częściOszaleć cz.1

Oszaleć cz.6

Witajcie! Tak, nie umarłam, wybaczcie, że tak długo nie było rozdziału. Wszelkie pretensje i zażalenia proszę słać do mojego dostawcy internetu. Zapraszam do czytania i komentowania oraz oceniania.

******************************************************************************************************************************************************************

Spojrzałem najpierw w jeden korytarz, a potem w drugi. Czy ten szpital był jakimś cholernym labiryntem?! Wszystkie ściany wyglądały identycznie, zero obrazów, okien, czegokolwiek! Rozglądałem się licząc, że zobaczę coś, co mnie naprowadzi. Oczywiście nic takiego się nie pojawiło.

- Lepiej idź w lewo… - głos oczywiście znów musiał się odezwać, już otworzyłem buzię, żeby kazać mu umrzeć, ale… po chwilce uświadomiłem sobie, że najwyraźniej chce mi pomóc. Nieco niechętnie zwróciłem się w korytarz po mojej lewej. Nie było w nim nic wyjątkowego czy wyróżniającego. Wzruszyłem ramionami. Co mi w sumie szkodzi? Ruszyłem nim i okazało się, że jest bardzo krótki i kończy się białymi drzwiami. Zaśmiałem się cicho pod nosem.

– I co? Ślepy zaułek, to mnie poprowadziłeś! - Po prostu musiałem ubarwić mój głos odrobioną drwiny, nie było innej opcji! Jednak sumienie jakby niezrażone tym, co powiedziałem, postanowiło się odezwać.

- Otwórz je, może ktoś tam będzie.

Zamurowało mnie. Dosłownie poczułem, jakby nogi wrosły mi w ziemię. Czy on mi właśnie proponował wykorzystanie kogoś? Nie możliwe! Moje sumienie się nawróciło?! Lekki uśmiech wstąpił na moje usta, a w brązowych oczach na chwilę pojawił się blask. Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem nóż, na którym nadal widniały lekko rudawe plamy. Zapukałem delikatnie w drzwi i ku mojemu szczęściu ktoś mi odpowiedział. Ledwo udało mi się powstrzymać chichot cisnący mi się na usta. Powoli pchnąłem drzwi, ukazał mi się żylasty mężczyzna z okularami jak denka od butelek, siedzący nad jakimiś aktami. Podniósł na mnie powoli swój analityczny lodowaty wzrok, przez chwilę mnie nim świdrował, ale chyba w końcu zdał sobie sprawę, kim jestem. Zesztywniał i powoli wyciągnął swoją lewą rękę, chyba w ogóle nie myśląc, że mógłbym to widzieć. W jednej chwili znalazłem się przy nim i przyłożyłem mu nóż do gardła. Chyba nieco za mocno, bo spłynęło po nim parę kropelek krwi, a w jego oczach zalśnił uroczy strach. Pozwoliłem sobie na cichy chichot, ale zaraz wziąłem się w garść. Nie mogłem go zabić… Jeszcze nie mogłem…

- A teraz, mój drogi kolego, powiedz mi proszę, jak się stąd wydostać? - Wyglądał na bardzo zszokowanego tym, że jeszcze żyje, ale przerażenie w jego oczach nieco się zmniejszyło. Nie lubiłem tego… Wbiłem mu pięść w brzuch, tak że zgiął się w pół, ale zanim nabił się na mój nóż, przytrzymałem go za włosy. - Nie lubię czekać…

Ledwo łapał oddech, parę kropel śliny spływało mu po ustach, znów wyglądał przeuroczo! Ah… coraz bardziej narastała we mnie ochota aby go zabić, ale to jeszcze nie był czas. Zaczął coś bełkotać, ale nic nie dało się z tego wywnioskować. Westchnąłem niezadowolony i przybliżyłem go nieco do czubka noża. Chyba zrozumiał aluzję, bo nieco głośniej i wyraźniej zdołał wyjąkać mi drogę. Cały czas zezował przy tym na nóż, który znajdował się niebezpiecznie blisko jego twarzy. Myślałem, że mój uśmiech wręcz rozjaśni to pomieszczenie, kiedy wreszcie dowiedziałem się, którędy iść. On natomiast zaczął wyglądać, jakby zaraz miał umrzeć. Cóż… Przyspieszę to troszkę! Demoniczny uśmiech wykwitł na mojej twarzy i bardzo powoli popchnąłem jego głowę na mój nóż, nie zdążył nawet pisnąć… Jaka szkoda… Liczyłem na więcej zabawy.

-Nie potrzebne aż tak się znęcasz… - nie! Tylko nie to! Sumienie wróciło do starej nudnej formy… Coś mu tylko odburknąłem, wyjąłem nóż z szyi tego człowieka i strzepnąłem krew.

Ruszyłem powoli do wyjścia, rozglądając się dookoła. Teraz byłem już pewny, że to dom wariatów, a raczej produkują tu wariatów. Przecież każdy, kto siedziałby cały dzień wśród takiej paskudnej białości chyba by ześwirował! Powoli przemierzałem korytarze, nieco dziwiło mnie to, że nikt jeszcze na mnie nie wyskoczył i nie zaczął się drzeć. Spojrzałem mimochodem na nóż. Krew, która na nim była zaschła i zaczęła już brązowieć; kolor całkiem miły dla oka, to muszę przyznać. Hm… A co gdyby tak pomalować na taki ściany w domu?… Chwila… Do tego trzeba mieć dom przecież… Westchnąłem i potrząsnąłem głową, chyba te leki nadal na mnie działały, bo myślałem o takich głupotach. Korytarz w końcu przestał być tak klaustrofobicznie ciasny i zaczął się rozszerzać, o dziwo pojawiło się nawet okno! Mogłem przez nie dostrzec jakiś kawałek lasu albo parku, ogółem drzewa, jakaś ścieżka i to tyle. Nie poświęcałem temu zbyt wiele uwagi. Szedłem dalej i wreszcie pojawiły się przede mną duże oszklone drzwi. Miałem ochotę wręcz krzyczeć ze szczęścia i komuś podziękować! Ale… komu? Bóg nie istnieje, a głos jest bezużyteczny… Podziękowałem ostatecznie sam sobie i pobiegłem do drzwi przeszczęśliwy. Powitało mnie przyjemne ciepłe słońce padające mi wprost na twarz. Uśmiechnąłem się. Ah… życie to mnie jednak uwielbia! Zrobiłem jeden krok… i wtedy z budynku dobiegło mnie wycie syreny…

Następne częściOszaleć cz.7

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Kajamoko 14.07.2016
    Super. Błędów nie widziałam. Mam nadzieję, że ochroniarze czy coś zginą, a bohater ucieknie. Dałabym 5.
  • Veronia 15.07.2016
    Cieszę się, że mam takich stałych czytelników. ^^ Wszystko się okaże w następnym rozdzialiku obiecuję.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania