Otwórz oczy

Otwieram oczy. Za późno. Znowu. Światło wgryza się w źrenice jak gwóźdź. W głowie huk, ciężar, lepka pulsacja. Nie wiem, czy to ból, czy wstyd. Granica dawno się zatarła. Czasem jedno udaje drugie.

Leżę nieruchomo. Udaję, że nie wiem, gdzie jest telefon. Jakby niewiedza mogła cofnąć noc. Jakby brak spojrzenia w ekran miał unieważnić fakty. Boję się go. Tego małego, zimnego prostokąta, który wie wszystko. Godziny. Numery. Wiadomości. Puste połączenia. Dowody.

Oddycham płytko. Nasłuchuję ciszy. Sprawdzam, czy świat jeszcze istnieje. Istnieje. To ja zniknąłem.

Gdzie byłem. Co robiłem. Z kim. Pytania przychodzą same, ale odpowiedzi są jak zdjęcia zalane wodą. Kształty bez konturów. Urwane sceny. Krótkie flesze: światła ulicy, cudze twarze, obcy śmiech. Reszta, czarna dziura.

Rano był dom. Potem praca. Zwykłe ruchy. Automaty. Udawanie normalności. Mechanika dnia, w której jestem trybikiem, nie człowiekiem. Wiem, jak się uśmiechać. Wiem, jak odpowiadać. Wiem, kiedy skinąć głową. Nikt nie widzi, że w środku wszystko jest już wypalone.

Po pracy: jedno. Tylko jedno. Obiecuję. Zawsze to samo zdanie, ten sam ton, to samo kłamstwo. Mówię je tak długo, że brzmi jak prawda.

Jedno. Na uspokojenie. Na rozluźnienie. Na sen. Na odwagę. Na ciszę w głowie.

Potem pojawia się myśl. Cicha, rozsądna, logiczna. Jeszcze dwa. Przecież kontroluję. Przecież znam granicę. Przecież dam radę.

Nie jest to takie trudne.

Ta.

Granica przesuwa się miękko, jak piasek pod stopami. Zanim zdążę zauważyć, już jej nie ma. Zostaje tylko ciąg. Szklanka po szklance. Łyk po łyku. Automatyzm. Ręka wie lepiej ode mnie.

Kończę ledwo przytomny. Sepleniący. Chwiejący się. Rozlany w sobie. Z ciałem ciężkim jak beton i myślami rzadkimi jak brudna woda. Przestaję rozumieć słowa. Przestaję rozumieć ludzi. Przestaję rozumieć, kim jestem.

Tyle lat. Zero nauki.

 

Ile czasu można się oszukiwać, zanim oszustwo stanie się jedyną formą istnienia?

Terapie. Odwyki. Detoksy. Sale pełne takich jak ja. Te same historie w innych ustach. Te same przysięgi. Te same upadki. Krótkie okresy jasności, po których zawsze przychodzi noc. Z DDA w AA — niezły, kurwa, awans. Całe życie na kolejnych poziomach tego samego piekła.

W końcu przestajesz wierzyć w wyjście. Przestajesz wierzyć w siebie. Zostaje tylko procedura: przetrwać dzień, dotrwać do wieczora, przestać czuć.

 

I tak gnić w zawieszeniu, czekając na epilog.

 

Aż przypadkiem znalazłem lek. Nie w aptece. Nie w książce. Nie w terapii.

W zwykłej chwili, która nie miała prawa niczego zmienić. I zadziałał od pierwszej dawki.

 

Od pierwszego słowa.

 

„Hej”.

 

Cichego. Niepewnego. Ludzkiego.

Takiego, które nie obiecywało nic, a jednak niosło coś, czego dawno nie znałem — obecność. Ciepło, które nie parzy. Spokój, który nie odurza. Uwagę bez żądań. Bliskość bez warunków.

 

Jedno słowo, a jakby ktoś uchylił okno w dusznym pokoju.

 

„Hej”.

 

I nagle okazało się, że świat może smakować inaczej niż wódka. Że cisza może być dobra. Że noc nie musi kończyć się upadkiem.

 

Że można jeszcze spróbować żyć.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • NinjaC 2 godz. temu
    Mocne. I przykre, w sensie prawdziwe. Najlepiej siedzi poranek i ten strach przed telefonem - od razu wiem, o co chodzi, bez tłumaczenia. Ta spirala „tylko jedno” też wchodzi, bo każdy to słyszał choć raz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania